Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Wieczorne Polaków rozmowy.

Lubię czasem we własnej kuchni prowadzić filozoficzne dyskusje na różne tematy. Lubię też czasem jak mój Pierworodny uczestniczy w tych dyskusjach, bo wiele mądrego ma do powiedzenia i najczęściej sprzecza się z Szanownym. Zazwyczaj moje chłopy mają odmienne zdanie, ale obserwacja tych różnic strasznie mnie bawi. Nie ma w tym nic zdrożnego, wulgarnego, agresywnego – ot dwaj panowie próbują się wzajemnie przekonać, który ma rację. Mój syn często sypie argumentami książkowymi, popartymi jakimiś dowodami, relacjami, publikacjami, których się naczytał, natomiast mój mąż argumentuje swoje racje doświadczeniem i sytuacjami, w których się znalazł.

Wczorajszy wieczór dotyczył… atmosfery w pracy. Zaczęło się od moich opowieści na temat służbowej kawki organizowanej codziennie w dziale, w którym pracuję. Podkreślałam, że na początku jakoś to mogłam znieść, ale z czasem stało się to dla mnie męczące i nie mam ochoty codziennie o stałej porze odrywać się od wyznaczonych sobie zadań i opowiadać co będę gotować na obiad, albo jakie buty sobie ostatnio kupiłam. Do tego tematy rozmów diametralnie odbiegają od moich zainteresowań i spojrzenia na świat. Nie umiem zachwycać się nowym złotym łańcuszkiem koleżanki, nie zwracam też uwagi (jak inne) na „za krótką spódnicę Iksińskiej”. Dlatego też najczęściej siedzę i przytakuję albo i nie. Bezproduktywnie wytrącam minuty z cennego czasu. Dodam tylko, że odprawy służbowe, gdzie poruszamy sprawy sekcji odbywają się osobno, raz w tygodniu.

Mój mąż stwierdził, że niestety, ale jest to sfera budżetowa i takie „opierdalanki” służbowe występowały za komuny i to pozostało w miejscu, w którym pracuję. Że przerwa na kawę kiedyś w urzędzie była święta i nic się nie załatwiło, dopóki szanowna pani urzędniczka nie skończyła tej przerwy. Że kawa, papierosek i ploteczki były nieodzownym elementem codziennej pracy pań pracujących w biurach. Na co mój syn postawił kontrę, zupełnie nie zgadzając się z tezą Szanownego i jego analiza mojej atmosfery z pracy otarła się o… korpo.

Pierworodny wywnioskował, że takie zachowanie mojego kierownika i akceptacja tego procederu przez jego zastępczynię wynikają z nowego modelu zarządzania ludźmi. Że aktualnie „korpo” to już nie są białe kołnierzyki, rozliczane z indywidualnego wyniku pracy ponad normę, tylko próba zrobienia z pracownika swojego przyjaciela, a nawet coś w rodzaju członka „rodziny”. Że teraz nowoczesny szef korpo musi znać prywatne życie swoich pracowników, żeby np. w czasie tragicznego zdarzenia  pocieszyć go, wesprzeć, albo jeśli stanie się coś dobrego, żeby razem z pracownikiem świętować radość.

I tu mała dygresja: niedawno szefowi szefów naszej instytucji zmarł teść. Poszła fama po całej jednostce. Wyznaczono delegację składającą się z trzech osób w celu pojechania na pogrzeb. Do tego zbierane były datki na wieniec. Oczywiście z zastrzeżeniem, że są nieobowiązkowe. Ja nie dałam, ale uniknęłam tego w sposób bardzo dyplomatyczny, tak, że moje koleżanki z działu nawet nie wiedziały, że się wyłamałam. O sensie takiego postępowania nie będę pisać, bo moim skromnym zdaniem to wszystko zależy od człowieka. Ja czułabym się idiotycznie gdyby zakład pracy zrzucił się na wieniec pogrzebowy dla zmarłej mi osoby. To moja osobista sprawa jak będę przechodzić to wydarzenie.

Tak więc rozmowa rodzinna trwała prawie 2 godziny, bo zaczęliśmy zahaczać o wiele tematów, które jak gałęzie drzewa wychodziły po drodze, w trakcie dyskusji. Było też o schodach ruchomych, na których musimy odpowiednio się zachować, o podziale na stronę dla stojących i stronę dla idących szybciej. Mój mąż nie jest w stanie tego zrozumieć i nawet ja próbowałam go przekonać, że wynika to z kultury i że jeśli ktoś ma ochotę stać na schodach ruchomych, niech stoi, ale niech nie blokuje drogi przejścia tym, którzy chcą zrobić to szybciej. Szanownego teza polega zaszufladkowaniu schodów ruchomych do „przewożenia”, bo są „ruchome”, a nie bo są „schodami” :-)

Potem była polityka w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi i tu – mimo wspólnego stanowiska co do kierunku naszych politycznych myśli – też było wiele argumentów różniących się od siebie, co do sposobu wyboru. Bo np. mój syn jest przekonany, że pierwsza tura wyborów na prezydenta miasta jest turą, gdzie możesz oddać głos na dowolnego kandydata (zgodnie z przekonaniami), bo i tak żaden z kandydatów nie osiągnie 50+1%, żeby wygrał. A druga tura jest właśnie wyborem na „mniejsze zło” pomiędzy dwoma kandydaturami. Natomiast mój mąż uważa, że już w pierwszej turze należy wykluczyć dojście do podium złu i głosować za tym, który ma największe poparcie po tej lepszej stronie.

Nie ukrywam, że wszyscy we trójkę jesteśmy przeciwni, aby pan Byle-Jaki rządził stolicą i w tym zakresie jesteśmy zgodni.

A jutro mam dzień wolny w związku z terapią Mani. Zapewne powstanie o tym jakiś wpis tematyczny.

czwartek, 18 października 2018, sokramka
Tagi: praca Mąż syn
Komentarze
2018/10/18 19:01:40
Z całą sympatią dla Pierworodnego, któremu zawsze szczerze kibicowalam... Buahahahahaha. ps. Być może będę miała własny felieton w darmowej przez nikogo nie czytanej gazecie przeznaczonej dla pracowników różnych korporacji (to nie sarkazm tylko fakt) czy mogę wykorzystać te scenę? Oczywiście jeśli dojdzie to do skutku prześlę tekst do autoryzacji.
-
2018/10/18 20:04:54
Justek: masz moje błogosławieństwo ;-)
A Pierworodny - cóż, młody jest, nadrobi jeszcze ;-)
Serdeczności!
-
2018/10/19 12:16:29
Pracowałam w firmach prywatnych i chwilę w budżetówce.
Niestety, muszę przyznać rację twojemu mężowi. Urzędu nadal mają długą tradycję bycia urzędami. Jak płaci ci nieokreślona pulpa zwana podatnikiem, to tylko nikt może cię rozliczyć z twojej pracy.
Może są inne urzędy.
-
2018/10/19 16:01:41
Trafiłam za bezcielesną i się zaczytałam :)
Byłabym jednak trochę za Pierworodnym. Nie warto wrzucać wszystkich do jednego wora. Od lat pracuję w tzw. budżetówce. Nigdy nie było i nie ma mowy o przerwie na kawę i głupich pogaduchach. A gdyby zdarzyło się, że petent czekał aż wypiję kawę, następnego dnia już bym tam nie pracowała. Zresztą sama ze zwykłej kultury, nie wyobrażam sobie, żebym omawiała mini koleżanki z pokoju obok, a ktoś by na mnie czekał. Wydaje mi się, że wszystko zależy od ludzi, którzy w danym miejscu pracują.
-
2018/10/19 19:38:57
omnieionimtez, miło mi :)
Urzędy, gdzie przychodzą ludzie z zewnątrz to inna sytuacja.
-
2018/10/19 20:56:38
Masz rację, że to inna sytuacja. Ale dalej trzymam się tego, że wszystko zależy od ludzi :)
-
2018/10/19 20:58:28
A przynajmniej wiele.
-
2018/10/19 21:03:37
justek, gratulacje :)
-
2018/10/20 13:16:11
Omnieionimtez: mnie jest również bardzo miło :-)
A w nawiązaniu do tematu: sfera budżetowa, w której ja pracuję, nie jest bezpośrednio związana z obsługą klienta. Chociaż odbieramy telefony z zewnątrz, to jednak jest ten komfort nie odebrania ;-) Ale moim zdaniem nie powinno być wyjętej prawie godziny (!) na plotki, kawki i bzdury kiedy robota czeka... No i zgadzam się też, że wszystko zależy od ludzi :-)