Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 16 września 2017

Na rozluźnienie złej atmosfery (jakiejkolwiek) zawsze działają na mnie dziergawki, szyjoszki i inne tFory autorstwa moich niespokojnych rąk ;-) No chyba że dopada mnie gnida, wtedy nic mi nie wychodzi. W moich oczach jest to bez wyrazu, ładu, składu i wyglądu.

Ale do rzeczy: powstało ostatnio kilka rzeczy, które zostały albo wysłane w świat, albo zostały na miejscu z przeznaczeniem dla kogoś lub po coś. Wszystkie na pewno są regularnie wstawiane na Insta i tam na bieżąco można je oglądać.  

Ponieważ potrzebna mi była jakaś torba śniadaniowa, a nie chciałam chodzić z reklamówkami czy jakimiś innymi "siatami", uszyłam sobie ze starych dżinsów "śniadaniówkę":

Potem złapałam się za drutowanie i szydełkowanie. Wyszło mniej więcej coś takiego:

Szydełkowy słonecznik-serwetka, która powędrowała w świat jako prezent na nowe mieszkanie.

Potem na pięciu drutach zaczęłam tworzyć skarpety z włóczki, którą dostałam od koleżanki. Włóczka była po jej babci, czy mamie (nie pamiętała), ale jak miała ją wyrzucić to wolała ją oddać mnie. I dobrze zrobiła :-) dołożyłam tylko szarej resztki z własnych zapasów i powstały: 

 

Mania jak je zobaczyła to mi ich pozazdrościła i zabrała :-) Obiecałam jej więc, że wydziergam jej skarpety w jej ulubionym kolorze, czyli niebieskim. Jestem już na etapie kończenia drugiej. I miała rację Ciapara, że skarpety wciągają! To jest gorsze niż czipsy :-)))))) Już mam pomysły na następne. A tym czasem Maniutkowe niebieskie prezentują się tak: 

W międzyczasie powstały rękawiczki, oczywiście wszystko było robione pode mnie, aby wszelkie błędy nosić z godnością ;-) Mam ten syndrom (niestety) cholernego perfekcjonizmu i to mnie gubi w robieniu "na zakaz" z rosyjskiego, czyli na zamówienie. Oto i rękawiczki:

No i na koniec projekt (próbka), który mam zamiar wstawić w następnych rękawiczkach, tym razem pięciopalczastych. Uwaga - będę je robić pierwszy raz i mam nadzieję, że filmiki z rosyjskim instruktażem dobrze mnie tego nauczą ;-)

A tymczasem miłej soboty! 

Tagi: moje hobby
11:19, sokramka
Link Komentarze (7) »
środa, 13 września 2017

Zaczęła się szkoła, zaczęły się powroty potworów... Czy to już tak musi być, że te psychologiczne problemy muszą się ciągnąć za mną bez końca? Może moja Mama też zmagała się z jakimiś zmorami? A może moja babcia również? Tego, czy mój straszny ojciec miał problemy psychologiczne raczej się już nie dowiem... Zresztą któż dziś nie ma problemów natury psychologicznej? Tylko niektórzy nie są tego świadomi i nic z tym nie robią...

Tak więc dziś moja córka znowu nie poszła do szkoły. Próbowałam długo, naprawdę długo analizować przyczynę jej absencji, ale nie znalazłam źródła w nieodrobionej lekcji, czy strachu przed klasówką/sprawdzianem. To nie to. Ona po prostu jest niezorganizowana. Do tego nie lubi niespodzianek, zmiany planów, niespodziewanych sytuacji. To chyba jest największą zmorą mojego dziecka.

Dziś, jak co rano obudziłam ją i uczesałam. Buzi na do widzenia, życzenia miłego dnia... Około 6.30 zadzwoniłam do niej z informacją, że może sobie pojechać rowerem do szkoły, bo ładna pogoda - słońce zaświeciło. I wtedy zamiast odpowiedzi usłyszałam szloch. Że ona już nie zdąży do szkoły, bo przysnęła. Bo zabraknie jej czasu na podstawowe czynności. Że nie pójdzie i już.

Mnie ciśnienie skoczyło i zaczęłam przeklinać. A że robię to siarczyście i kwieciście musiałam się rozłączyć, żeby do reszty nie zmieszać z błotem mojej córki. A potem już uruchomiła się lawina próśb, gróźb, wypominań, angażowania części rodziny (Mąż, Pasierb), żeby tylko Mania poszła do tej cholernej szkoły. Jeszcze do tego powiedziała mi, że nie może znaleźć swoich kluczy, a miała przy nich klucz do zapinki do swojego roweru, no i nie będzie mogła zamknąć chałupy. Aktywni wszyscy członkowie rodziny (ja, Mąż i Pasierb) zorganizowaliśmy akcję tak, że dostała od Scareface'a drugą zapinkę, chałupa miała być zamknięta na dwie pary drzwi tylko z klamek, a z terenu działki wypuścił ją też Scareface przez swoją furtkę. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Niestety po jakimś czasie miałam telefon od Mani, że ona jednak nie pójdzie do szkoły i już, że to ostatni raz, obiecuje, a potem będzie już uczęszczać. Zagroziłam jej, że przecież te same słowa powtarzała mi w zeszłym roku szkolnym i te "ostatnie razy" powtarzały się po kilka razy... Nic z tego...

Płakać mi się chce - dlaczego? Czy popełniłam gdzieś błąd? Czemu jestem winna, że moje dziecko jest czasami aspołeczne? Wczoraj po szkole pojechała do koleżanki, dobrze się razem bawiły. W poniedziałek była u kolegi - mówiła, że też spędziła razem miło czas. A dziś - nagły zwrot akcji. Jakby coś jej podpowiadało - "dziś nie możesz iśc do budy, bo to będzie zły dzień". Muszę poważnie zastanowić się nad terapią dla mojej córki, albo olać i pozwolić, żeby sama decydowała kiedy ma chodzić, a kiedy nie. Ale przecież tak nie można. Sama o tym dobrze wiem, bo któregoś roku w liceum, moje wagary znacząco wpłynęły na moje zachowanie, a co za tym poszło - musiałam powtarzać rok.

Ciężka czeka mnie środa...

08:24, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 30 sierpnia 2017

Będzie o moim Synu. Już jakiś czas temu wspominałam, że Pierworodny zamierza opuścić stolicę i udać się na emigrację do innego miasta. Otóż więc plany te od dziś się ziściły. Wczoraj dziecko moje spakowało wielką walizę i dziś o 12.00 pociągiem wyrusza do Wrocławia. Ma tam zapewnione mieszkanie, które będzie współdzielił ze swoim kolegą z tamtejszego hufca, ma również zapewnioną pracę, którą pomagali mu załatwić wrocławscy znajomi. Nie ukrywam, że syn mój będzie zarabiał więcej ode mnie ;-) ale to i dobrze - chłop musi mieć kasę. Do tego oczywiście dokonał transferu swojej osoby z hufca stołecznego do hufca wrocławskiego.

Do tego chcemy wspólnie poinformować ojca Młodego, że jego syn będzie już sam się utrzymywał i w związku z tym zbędnym jest przesyłanie chłopakowi alimentów. Uczciwość przede wszystkim. W zasadzie mój Były wywiązywał się do tej pory bez zarzutów i łożył na syna bezproblemowo, tak więc winniśmy mu zwrotnie to samo.

Ja się cieszę, Pierworodny się cieszy, wszyscy się cieszą :-) Koleżanka w pracy zapytała się mnie, czy nie płaczę, kiedy usłyszała moje: "cieszę się!" stwierdziła (pół żartem, pół serio), że wyrodna matka jestem. No i dodała: "ciekawe ile będziesz czekać na powrót syna z podkulonym ogonkiem". A ja jestem pewna, że Młodemu się uda, bo znam jego charakter. On potrzebuje wolności tak jak ja. Musi być samodzielny i niezależny, bo wtedy czuje, że żyje.

Niech więc Pierworodnemu się szczęści na nowej drodze kariery!

:-)

Tagi: syn
07:45, sokramka
Link Komentarze (15) »
czwartek, 17 sierpnia 2017

Żyjemy. Dotarliśmy po podróży w poniedziałek wieczorem, ale trzy dni to zdecydowanie za mało, żeby zaspokoić głód zwiedzania i chodzenia po górach. Było zdobywanie ruin zamków, wspinanie się na szczyty, czasem nachylenie góry zmuszało nas (i innych) do wspomagania się rękami, ale przeżyliśmy cudowny czas razem. Było też paru "Januszów górskich", którzy wspinali się w klapkach, sandałkach i trampkach oraz z torebkami wizytowymi u boku, ale generalnie większość turystów miała olej w głowie i była poprawnie ubrana.

Nie mam nastroju na wrzucanie zdjęć, a mamy ich mnóstwo. W ogóle znowu nie mam nastroju. Muszę szybko wrócić do pracy, żeby zająć czymś łeb. A propo's łba - w górach przez całe trzy dni bolała mnie głowa. Migrena nie opuszczała mnie nawet tam, ale w niczym mi to nie przeszkadzało, bowiem doznania emocjonalne i wzrokowe niwelowały ból. Dało się z nim żyć.

Mania nad morzem do końca tygodnia. Pierworodny czeka na decyzję nowego pracodawcy z Wrocławia. Czy mu wyjdzie przeprowadzka - zobaczymy.

W ręku mam szydełko i dziergam prezent dla koleżanki - będzie niedługo mamą. A potem wydziergam prezent dla kogoś, z kim ostatnio trochę się zaprzyjaźniłam ;-)   

09:01, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 sierpnia 2017

Kobieta po czterdziestce i mężczyzna po pięćdziesiątce wyruszą na poszukiwanie siebie w polskich górach ;-) Wyjeżdżamy z samego rana z Szanownym zaraz po odstawieniu naszej Mani na dworzec autobusowy. Ona bowiem również zaczyna swoje prawdziwe wakacje. Jedzie nad morze z moją koleżanką i jej synem. 

Do zobaczenia po urlopie!


Tagi: urlop
08:40, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 sierpnia 2017

Szanowny już od poniedziałku sobie urlopuje, ja dopiero od dzisiejszego dnia. Postanowiłam zaprosić więc swojego małża do kina na seans o... kotach. Poszliśmy w środę wieczorem. Jako zawodowa kociara (tak jak mój mąż) nie mogłam powstrzymać się od obejrzenia szeroko reklamowanego filmu: Kedi - sekretne życie kotów.

Nie umiem prostymi słowami opisać zachwytu nad tym filmem. Niby nic - bo to taki paradokument, z łapanymi chwilami wśród stambulskich kotów, ale rozmowy z tymi ludźmi, którzy te koty kochają, opiekują się nimi i o nich opowiadają - były tak głębokie, że oglądało się ten film z czystą przyjemnością.

Tłem jest miasto Stambuł. Miasto tureckie, które przechodzi przemiany. Te przemiany mają wpływ na życie kotów, które są i uliczne i domowe. Ludzie tam traktują koty jak coś w rodzaju "wysłannika Boga". Jest porównanie do psów, z którym i ja się zgadzam: że pies traktuje człowieka jak boga, wykonuje wszystkie jego polecenia, podlega mu, a kot nie. Kot jest indywidualistą i takim pozostanie do końca swoich dziewięciu żywot. My z Szanownym za to też kochamy koty i współdzielimy z nimi życie. Tak jak mieszkańcy Stambułu - nie mówimy "jestem właścicielem kota", kot to część naszej rodziny. Naszego stada. Pewien mieszkaniec Stambułu mówi, że kto nie lubi kotów, nie lubi też innych, że poprzez podziw lub miłość do tych zwierząt poznaje się prawdziwe człowieczeństwo.

Tak jak w innych zakamarkach świata są tam ludzie, którzy karmią koty suchą karmą, ale też są tacy, którzy gotują dla swoich współtowarzyszy po 10 kg mięsa. Są tacy, którzy noszą regularnie do weterynarza, sterylizują i kastrują, a są tez tacy, którzy opiekują się kotami portowymi w pięciu pokoleniach (kotów).

Mamy pokazany w tym filmie przykład kilku przedstawicieli tego znakomitego gatunku i możemy zaobserwować ich zwyczaje, codzienne życie przy człowieku. Dowiadujemy się też przy okazji o historii tych ludzi. O tym co skłoniło ich do opieki nad kotami. Jak żyje się z kotem, co to daje.

Kino było pełne. Mimo tego, że był to środek tygodnia (przypominam o tzw "biedaśrodach" w CinemaCity - wtedy bilety są o połowę tańsze). Moim skromnym zdaniem nie jest to film dla dzieci poniżej 11/12 r.ż. Po pierwsze - jest to film turecki z napisami. Nasza Mańka nie chciała iść bo... nie lubi czytać. Po drugie to film z przesłaniem. Nie jest to zwykła opowieść. To film o prawdziwym uczuciu. Kto lubi koty ten lubi wszystkich innych dokoła. Ja już dawno stwierdziłam, że współdzielenie życia z kotem, to nie jest zwykłe uczucie, to stan umysłu. Kto chce, aby kot przychodził na zawołanie, na rozkaz człowieka, czy nie biegał po blatach czy stołach - niech sprawi sobie psa, bo tak naprawdę nie zna kociej natury. Kot to taki antydepresant. Jest samodzielny, a jednocześnie potrzebny człowiekowi. To zupełnie inna natura niż pies. To również zupełnie inne obowiązki niż przy psie. Z kotem musisz się liczyć, bo ma swoje zdanie i zrobi zawsze to, co chce. Ja za to kocham koty, bo sama lubię być indywidualistką, niezależną od innych.

Film polecam każdemu - i tym, którzy są kociarzami i tym, którzy tych zwierząt nie tolerują. Dla samego rarytasu wzrokowego jakim są i koty i miasto Stambuł warto. No i muzyka - przepiękna! Odpowiednia do sytuacji, klimatyczna. 


    

Tagi: film
09:06, sokramka
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 lipca 2017

Na przekór gnidzie muszę jakoś funkcjonować. Próbuję coś dłubać, aby czas nie był przeze mnie stracony wlepianiem się w sufit. Walczę ze sobą jak tylko mogę. Nakładanie masek strasznie mnie męczy i w miejscach gdzie muszę udawać (np. w miejscu pracy) czuję się okropnie.

Ci, którzy znają mnie z Insta, wiedzą, że co jakiś czas wstawiam to, co wyszło spod moich palców. Dla tych, którzy nie mogą tam zaglądać parę fotek:

Lato jest więc ubranka zgodne z obowiązującą porą roku ;-)

Jak się zrobi chłodniej zawsze można zarzucić coś bardziej przykrywającego:

Na modelce prezentuje się tak oto:

Sprawiłam też niespodziankę córce mojego pasierba, dłubiąc myszkę według instrukcji pewnej zdolnej Rosjanki, której kanał na YT mam już zasubskrybowany ;-) 

Myszkę trzeba było ubrać, co będzie z gołym dupskiem latać? ;-)

No i odezwały się u mnie oczywiście instynkty rozdawnicze, bo prócz myszki powstała podkładka pod kubek:

A niedawno poświęciłam swój czas na... wózek. Mały, szydełkowy wózeczek. Na początku była to inspiracja rosyjskimi stronami z rękodziełem, a później pomysł przerodził się w prezent dla koleżanki, która niedługo będzie mamą.

Wózek mieści się w dłoni. Mojej dłoni.

W sumie to nie wiem po co to dziergam. Biznesu z tego żadnego nie ma. Jest satysfakcja, bo lubię to robić. Uwielbiam, gdy mi się udaje, gdy się komuś podoba. Sama nie umiem przyjmować prezentów. Czuję się wtedy zażenowana i jest mi głupio, że ktoś, coś dla mnie... Nawet Szanowny nic mi nie kupuje, bo wie, że ciężko mi dogodzić. Na muzyce się nie zna, płyt mi nie kupi. Komiksów, książek nie czyta, nie rysuje, nie dzierga i nie szyje...

Koleżanka zaproponowała mi współpracę (na zasadzie wolontariatu) z punktem, który nosi podarunki do zaprzyjaźnionych szpitali. Prezenty są maleńkimi ubrankami, kocykami, maskotkami dla bardzo małych wcześniaków, które zazwyczaj rodzą się martwe. Ciuszków dla takich maleństw w sklepach nie ma. Ludzie dziergają i szyją dla nich. Chyba spróbuję, ale najpierw trzeba napisać maila, a ja mam ostatnio fobię społeczną, nawet w zakresie rozmowy pisanej. Choć jedna osoba, z którą ostatnio wymieniam myśli bardzo mnie buduje i wspiera. Po prostu rozumie.

Jest lato a ja już myślę o ręcznie dzierganych Mikołajkach, nie takich jak w zeszłym roku - bo musi być coś innego. Nie może być to samo, bo będzie nudno, a ja się będę pogłębiać w gnidzie. Musi być urozmaicenie...    

 

Tagi: moje hobby
18:17, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 26 lipca 2017

Zagląda mi przez dziurkę od klucza... Sprawdza mnie ile bez niej wytrzymam... Czujna jest cholera, a ja nie mam siły z nią walczyć. Nie umiem się skupić. Liczę rzeczy po dwa, trzy razy, czytam bardzo uważnie i wolno, do tego muszę być sama i musi być cicho. Czytanie w komunikacji miejskiej odpada. W ogóle ostatnio lubię być sama...

Nakładam maski i pozornie się uśmiecham, bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Wszystko płynie tak smętnie, brakuje mi adrenaliny, a nie mam bodźców do jej wyprodukowania...

Wstydzę się iść do mojej dr, bo boję się jak zareaguje. Po ostatniej, zeszłorocznej wizycie, mimo ustaleń z nią, że zmniejszamy dawkę leku, sama po kilku tygodniach odstawiłam go całkiem. Bo było super! Bo była nowa praca, bo były motyle w małżeństwie. Bo myślałam, że sobie ze wszystkim poradzę i już nie będzie problemów. A teraz jest wielkie NIC.

Przychodzę po pracy do domu i kładę się z otwartymi oczami, a moja córka pyta czy mi coś dolega. Mało mówię, nic mnie nie cieszy. Urlop mam od 7 sierpnia. Nie bawi mnie on wcale, nie mam pomysłów na spędzenie tego wolnego czasu. A pomysł Szanownego już mnie drażni.

Nie wiem co mam robić. I proszę mi nie pisać rad w stylu: "idź do swojego lekarza". To musi samo...  Czasem też wystarczy samo wyrzucenie z siebie, a czasem wymiana maili z kimś kto taki stan przeżywał. Czasem też nic nie pomaga.

06:57, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 lipca 2017

O nieee... chcielibyście pikantne szczegóły z historii łóżkowych ;-) A to tylko taki kontrowersyjny tytuł, ha ha :-) 

Otóż będę się więc chwalić w końcu dziełem Szanownego jakim jest łóżko Mani, które robił jej od dłuższego czasu. Legowisko gotowe jest od dwóch tygodni ale jakoś nie miałam weny, żeby się nim pochwalić. Łóżko jest wykonane z płyty w kolorze niebieskim - na zamówienie naszej córki ;-) ma dwie szuflady na pościel oraz wymiary 200 x 120. To oczywiście wymiary materaca, bo łóżko ma ciut więcej. W planach jest jeszcze uszycie przeze mnie poduch pod plecy, ale nie mam czasu i nie widzę nigdzie żadnego ładnego materiału (oczywiście w odcieniach niebieskiego), żeby sprostać wymaganiom córki ;-) Materiał do wyłożenia dna szuflad jest porządny, ze sztywnej płyty, a nie tak jak robią w tych beznadziejnych Ikeowskich meblach - "że się wygina". Szyny do szuflad mają wysuw pełny co umożliwia dokładną penetrację ich wnętrza np w celu odkurzenia ;-) 

Po obliczeniu kosztów jakie włożyliśmy w wyrko wyszło nam: ok. 1300 zł z materacem. Oczywiście robocizna Szanownego nie jest wliczona, ale zostało mu to wynagrodzone w inny sposób ;-)

Oto i Maniutkowy barłóg, w poszczególnych etapach budowy. Prześcieradło zostało też uszyte - przez mnie. Jest z dwóch mniejszych, dziecięcych i ma gumkę. Deska pod materac jest dodatkowo obciągnięta materiałem, aby ewentualne zadziorki nie zniszczyły w przyszłości materaca, jest on bowiem z tą matą kokosową, na której się śpi wyśmienicie! Przetestowałam osobiście. 





piątek, 30 czerwca 2017

Najpierw będzie o wodzie, bowiem gdy jej nie ma - ciężko w życiu ;-) Otóż nastąpiła znowu awaria, która zdarzyła się już w tym domu, a którą sobie przypomniałam dzięki wspaniałym tagom (głównie chodzi o czas). Jak się dobrze oznaczy wpisy na blogu, to potem można szybko przypominać sobie co, gdzie i kiedy ;-)

Wracając do braku wody - nie pojawił się gejzer podwórkowy, ale zbyt często pracował hydrofor. Szanownego to zaczęło niepokoić. Wczorajszy dzień poświęcił więc na znalezienie usterki. Musiał wziąć dzień wolny. Kiedy o 8.00 rozpoczął kopanie dziury w ziemi, w miejscu w którym znajduje się zawór zwrotny, zakończył pracę dopiero przed 20.00. Okazało się, że zawór znów pękł (tak jak w 2014r.) i znowu trzeba było go wymieniać. Ale Szanownego gryzła przyczyna pęknięć tych nowych zaworów. Po jego analizie okazało się, że dawno temu "fachowcy", tacy raczej przypominający tych z programu Usterka ;-) źle zamontowali rurę. Została ona niewłaściwie wypoziomowana i pod naprężeniem powodowała mikro uszkodzenie zaworu, który w końcu musiał pęknąć. Tak więc oprócz zaworu Szanowny postanowił wymienić również rurę, aby ten rodzaj usterki nie pojawiał się już nigdy.

Kiedy więc stał i kopał tę dziurę, ja stałam obok niego i wycierałam mu pot z twarzy i głowy, który lał się z niego strumieniami. Z czymś mi się ta sytuacja kojarzyła, ale nie będę się śmiać z cudzych wierzeń ;-) Ciężka to praca. Bardzo. Sama próbowałam przewalić ze cztery łopaty, ale mąż mnie przegonił mówiąc, że "będzie mnie bolał potem kręgosłup".

Woda w miarę szybko się pojawiła i mamy nadzieję, że nie zaskoczy nas kolejna usterka, choć może pojawić się brak wody w studni. Wtedy to już nastąpi inna bajka. Już Szanowny nie pomoże, trzeba będzie wezwać fachowców do wywiercenia nowej. Tylko Fachowców, a nie "fachowców" ;-)

W temacie drzewa zaś: kiedy pojawił się przepis o możliwości wycinki drzew z własnej posesji bez specjalnych zezwoleń, ludzie zaczęli nagminnie je usuwać. Czasem miejsca i ilość tych wycinek były niezrozumiałe, ale nawet sam dziadek wspomniał, że to dobry przepis. W końcu można zrobić coś u siebie bez pytania.

No i zrobił.

Po jego stronie stał wielki iglak. Proszę nie pytać jaki - nie znam się, nie była to jednak sosna - sosenkę rozpoznam, w każdym razie drzewo rosło już ponad dach domu, a korzenie wybijały chodnik. Było również podejrzenie, że drzewo próbuje dostać się pod mury chałupy. Wczoraj przyjechała ekipa, drzewo ścięła, gałęzie i mniejsze pieńki zabrali, a szerokie, pokawałkowane pnie zostawili. Dziadek jak to dziadek - bez wódki ani rusz. Wstawiony porozdawał co ładniejsze pieńki sąsiadom. Zostały mu te najbrzydsze, sękate, krzywe. Kiedy przyszedł do Szanownego z pytaniem czy mój mąż chce te pieńki np. na stołki, czy jakieś inne rzeczy, Szanowny spojrzał się z politowaniem na ojca i powiedział: "tatuś, weź sobie to drewno na opał, bo co ładniejsze to sąsiadom oddałeś, a ja bym nie tylko sobie, ale i tobie stołeczków porobił".

Niestety dziadek nie poczuwał się do winy, a Szanowny stwierdził, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo to było drzewo po dziadka stronie, dziadek zapłacił i dziadek rozdysponował pieńkami jak chciał. Przykro tylko, że teść pomyślał najpierw o sąsiadach, a później o własnym synu.

Po stronie teścia nie stoi więc już wielki iglak i nie daje cienia na kawałku podwórka. Mam tylko nadzieję, że czyn ten spowoduje ochronę starego już domu i korzenie więcej nie będą podbijać się pod chałupę. Na ocalałym pieńku dziadek chce zrobić sobie stolik. Ciekawe do kogo zwróci się o pomoc w tym temacie? ;-) 

   

08:35, sokramka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58