Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 23 września 2016

Ciągniemy warsztaty plastyczne. Mania zachwycona (ja też, oczywiście) mimo tego, że od września program warsztatów wyznaczony jest na miesiąc - jedna rzecz do zrobienia w miesiącu, kiedy komu pasuje. Są cztery tygodnie i cztery dni wyznaczone na spotkanie. My byłyśmy w tym tygodniu w środę.

Tematem był miniaturowy plecaczek/tornisterek do wykonania z filcu oraz ozdobnych tasiemek.

Cóż tu pisać, trzeba pokazać.

Objaśniam: tornisterek ma wymiary 5,5 cm x 4,5 cm. Niebieski jest Mani, pomarańczowy mój ;-) Linijki mają 3,5 cm długości, a długopisiki wykonane są z drutu, z którego zdjęta była izolacja. Ma to imitować końcówkę długopisu ;-) Ten klips wykonany jest z cieniutkiego druciku, który można było dowolnie wyginać, aby stworzył taki właśnie końcowy efekt.

Niesamowicie można się odstresować....

wtorek, 20 września 2016

Należę do "nietelewizyjnych". Nie włączam rano telewizora, tylko radio, albo nic nie brzęczy. Nie włączam telewizora po przyjściu z pracy. Walczę cicho z Szanownym z jego zasypianiem przed włączonym pudłem. Sama muszę mieć ciszę i ciemność do spania.

Z mojej "nietelewizyjności" wynika wiele śmiesznych sytuacji. Pierwsza i chyba najbardziej rzucająca się w oczy to ta, że w ogóle nie znam twarzy aktorów. Ludzie występujących w jakichś reklamach, które widzę w necie to dla mnie nowości srebrnego ekranu. Kiedyś poznawało się dobrego aktora po roli w mądrym filmie szerokoekranowym, albo występie w teatrze. Teraz jak aktor nie zagra w tandetnym serialu to.... nie jest rozpoznawalnym aktorem. I ja mam z tym problem. Co nie zmienia faktu, że nie jest to powód do mojej rozpaczy :-) Wręcz przeciwnie: czuję się "lepsza" od tych, którzy bez odcinka swojego ulubionego tasiemca żyć nie mogą.

Przykładami takich "aktorów", o których nie mam zielonego pojęcia jest np niejaka Agata Zając, czy Aneta, sama już nie kojarzę. Skąd ona jest i co ona gra oraz gdzie, musiał mi powiedzieć dopiero wujek Google. A zobaczyłam tę panią w tej oto reklamie. Potem było zdziwienie jak zobaczyłam nową reklamę pewnej sieci komórkowej i ten pan z brodą nie był już Kotem ;-) Bo przecież wydawało mi się, że Kot sprzedał tej sieci twarz dożywotnio ;-) Kiedy sprawdziłam co to za brodacz, znowu stwierdziłam, że jestem do tyłu z nowościami, bo... nie oglądam seriali :-))))

Generalnie nie jestem fanką seriali. Tematy o życiu bohaterów jakiegoś "Rancza" czy "Na wspólnej" są dla mnie obce. Nie poplotkują ze mną dziewczyny z pokoju o życiu doczesnym jakiejś Ilony Ostrowskiej (kto to jest??? ;-)) Ale nawet zagraniczne, modne seriale są dla mnie zagadką, bo taki sobie House of Cards, gdzie podobno gra śmietanka aktorska Hollywood, odtwarzany jest na kanale, do którego dostępu nie posiadam. A marnować czas na niego w necie zwyczajnie mi się nie chce.

P.S. stwierdziłam, że ostatnimi czasy najbardziej medialny z rozpoznawalną twarzą stał się Robert Lewandowski :-))))))))))

Tagi: telewizja
11:19, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 września 2016

W niedzielę poszłam na kolejną manifestację związaną z projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji w naszym kraju. Projekt jaki będzie poddany pod głosowanie w Sejmie obejmuje całkowity zakaz aborcji, nawet gdy ciąża zagraża życiu kobiety, pochodzi z gwałtu, lub jest wynikiem kazirodztwa, bądź płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Do tego w projekcie są kary dla kobiet, które poroniły oraz dla lekarzy, którzy "pomagali" w tym procederze. W projekcie spotykamy się również z ograniczeniem dostępu do środków antykoncepcyjnych oraz do badań prenatalnych. Niczym w Salwadorze, gdzie kobiety siedzą w więzieniach za poronienia bądź próby usunięcia niechcianych ciąż.

Sama manifestacja, zapowiadana już od dawna i ogłaszana na łamach FB, była bardzo mało rozpowszechniona w mediach. Praktycznie nigdzie na żadnym portalu nie widziałam wzmianki o tym wydarzeniu. I to moim zdaniem skutkowało niewielką ilością przybyłych na miejsce.

Była Kazia Szczuka, Basia Nowacka, Marta Frej, Maja Ostaszewska, zabrakło Doroty Wellman, która usprawiedliwiona była chorobą kogoś bliskiego z rodziny. Sama czułam się jakoś dziwnie. Do tej pory zawsze chadzałam na takie wydarzenia z kimś, bo posiadam fobię przed tłumami i zwyczajnie nie odnajduję się na takim zgromadzeniu. Nie było Bezcielesnej - nie mogła, nie było mojej koleżanki z KODu - nie mogła, była poza Warszawą, nie było tez moich koleżanek (pary), które również opuściły stolicę na ten czas. Postałam pod murem, posłuchałam Marii Peszek, wojowniczych okrzyków i poszłam.

Czułam się zawiedziona małą ilością walczących o SWOJE prawa kobiet. O prawa swoich córek, swoich sióstr, kuzynek, nastolatek, które wchodzą w dorosłe życie. Minister zdrowia K. Radziwiłł powiedział niedawno, że pigułki "po" będą w sprzedaży tylko na receptę; "Tego typu produkty są po prostu niebezpieczne, dlatego, że powinny być używane tylko zgodnie ze wskazaniami lekarskimi. Dziś wiemy, że mamy do czynienia z sytuacjami, gdzie dziewczynki przyjmują tego typu środki kilka razy w ciągu miesiąca" - to słowa przytoczone z wypowiedzi ministra. Ciekawe skąd minister zaczerpnął takie statystyki?

Przypomina mi się Rumunia za czasów Nicolae Ceausescu. Gdzie władający państwem nakazał bezwzględnie rodzić kobietom dzieci, w celu zwiększenia demograficznego kraju. Niestety - plany przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Tysiące dzieci znalazły się w przepełnionych domach dziecka, bo biedne rodziny nie dawały sobie rady przy tak licznym potomstwie. Na ludzi, którzy posiadali mniej niż pięcioro dzieci nałożono bardzo wysokie podatki, środki antykoncepcyjne wycofano ze sprzedaży i skutkiem czego nastąpił wzrost "siły gospodarczej" kraju. Ale niestety jakim kosztem???

Pewien mały, ale jakże wielce groźny człowiek chyba chce osiągnąć to samo, lub coś podobnego. Do tego reforma szkolnictwa, wprowadzenie wychowania patriotycznego oraz akceptacja ONRowskich zgromadzeń, ma chyba na celu wytworzenie nowego Polaka o nacjonalistycznych i ksenofobicznych cechach.

Ale miało być o kobietach, a zeszłam ostro na politykę. Choć w sumie ustawa o prawach kobiet to też element polityki. I tak bardzo zabolało mnie to, że na samej manifestacji było nas, babek, tak niewiele. Kilkaset raptem.

Wiele osób mówi o ucieczce z tego zacofanego kraju, ja nie chcę uciekać, choć swojemu synowi i bratu mówię to dość często. Jeśli nie ma i nie będzie tu perspektyw i nic ich tu nie trzyma, niech budują swoje życie w innym, bardziej cywilizowanym i mniej ksenofobicznym kraju. Kraju tolerancji i swobody religijnej. Nie ważne gdzie.Marzę o wolnej, światłej Polsce...

czwartek, 15 września 2016

Znowu jestem w trójce klasowej. Nie żałuję tego kroku (zgłosiłyśmy się same z koleżanką, z którą już przerabiałyśmy ten temat wcześniej). Teraz znowu mamy kontrolę nad klasą i jesteśmy w stanie ogarnąć składki, wpłaty, różne wycieczki i prezenty dla dzieci.

I o finansach właśnie będzie refleksja.

Na pierwszym zebraniu nie mogliśmy się dogadać w kwestii składki klasowej na różne rzeczy dla naszych dzieci - prezenty mikołajkowe, na zakończenie roku, kwiaty dla nauczycieli... Dla jednych 5 zł miesięcznie było za dużo, inni chcieli 10 zł. W końcu nie doszło do porozumienia i postanowiłyśmy napisać taką "wklejkę" dla rodziców, żeby się sami określili ile mają wpłacać kasy na swoje, przecież, dzieci.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka z pytaniem czy są jakieś ustalenia odnośnie składek. Opowiedziałam jej więc o "wklejkach". Koleżanka natychmiast odparła, że to niesprawiedliwe, żeby jeden dawał 5 zł, drugi 10, a trzeci nawet 2. Ona jest samotną matką, zawsze dawała pieniądze, opłacała wszystkie potrzebne rzeczy, a rodzice, którzy "rozbijają się" samochodami olewali temat i nie płacili nigdy nawet złotówki. Ale prezent dla dziecka to chcieli. No to teraz ona teraz z zemsty za poprzednie lata nie będzie płaciła nic. Niech inni się postarają i utrzymują jej córkę.

Zdębiałam.

Nie przypuszczałam, że usłyszę to z jej ust. Owszem - dziewczyna jest prosta, z małej miejscowości, w politykę się nie angażuje, ale bywa miła, uśmiechnięta, dba o tę swoją córkę najlepiej jak potrafi, pracuje i nic złego nie można o niej powiedzieć. Dlaczego rodzice nie myślą o swoich dzieciach? W sumie nic za darmo nie ma. Brak wyobraźni niektórych mnie czasem poraża. Przecież to tak jakby poszła ze swoją małą do sklepu i kupiła jej jakiś drobiazg z własnego portfela. Tak my - trójka klasowa zbieramy te składki, żeby potem sprawić radość jakimś drobnym podarunkiem dzieciom z naszej klasy. Nawet pierdołą, ale dzieci zawsze się ucieszą. Warto też docenić każdą wpłaconą złotówkę, czy to będzie zadeklarowane pięć czy dziesięć zł. 

Nie bardzo rozumiem takiego myślenia "z zemsty nie będę dawać składek, niech inni dają". Z jakiej zemsty? Za co? Co jej ktoś personalnie zrobił? Od razu kojarzą mi się ci rodzice, którzy otrzymują 500+ i rezygnują z zatrudnienia, bo dostają kasę "za nic". Za darmo to teraz nawet w mordę się nie dostanie, bo trzeba przynajmniej czymś zasłużyć, np mówieniem po niemiecku, albo egzotycznym wyglądem.

Czy koleżanka wpłaci jakąś symboliczną kwotę - nie wiem. Rabanu nie będziemy robić, to będzie jej decyzja. Na szczęście takich rodziców mamy niewielu i poradzimy sobie z budżetem klasowym.

Wczoraj drukując te wklejki przeanalizowałam sobie rodziców, którzy jeszcze nic nie zapłacili, ani składki, ani obowiązkowych opłat za koncerty, czy zbliżającą się wycieczkę. I wyszło, że profil społeczny tych rodziców jest bardzo zróżnicowany. Są wśród nich rodzice pracujący w telewizji, ale są też samotne matki i rodzice patologiczni. Nie ma reguły.

Najważniejsze, że jako trójka klasowa będziemy dobrze dysponować wspólną kasą. Pamiętam jak prowadziłyśmy buchalterię w klasach 1-3, rodzice mieli wszystkie informacje w dzienniczkach - ile jest kasy, na co zostało wydane, jakie są dalsze propozycje.

poniedziałek, 12 września 2016

Wrzesień chyba nie chce pożegnać się z upałami i trzyma się kurczowo wysokich temperatur. Mnie to doprowadza do szału ;-) Nic się chce, żadna praca nie daje satysfakcji, człowiek wchodzi pod prysznic mokry i wychodzi.... mokry ;-) Ale nic. Przeżyło się jedne upały to przeżyje się i drugie ;-)

Ogródek już wypielony przez Szanownego. Zbiory w koszach stoją w piwnicy i sukcesywnie są przerabiane na przetwory. Cały weekend poświęciłam na zabawę ze słoiczkami ;-) Słoneczniki też już zerwane. Mam mnóstwo przecierów pomidorowych, keczupów, utartej i zamrożonej dyni, przecierów z ogórków kwaszonych. W sumie - jest co jeść. Kukurydza tez obrodziła i mieliśmy taki czas, kiedy jedliśmy ją na śniadanie, obiad i kolację, a i rybki w oczku się trochę pożywiły ;-) Miałam w niedzielę na chwilę spotkać się z Bezcielesną, ale gary mnie pochłonęły, czego jednak nie żałuję, wręcz przeciwnie :-) 

W niedzielę też odwiedził nas Uszak z Okularnicą i Pacholęciem. Mały już chodzi (uwaga - w styczniu skończy dwa lata), uśmiecha się, bawi się piłką. Jednak jest emocjonalnie bardzo zaniedbany. Nie mnie wnikać w przyczyny, bo to ani nie mój wnuk, ani żaden pociotek. Widzę, że Szanowny bardzo jednak przeżywa niedbalstwo matczyne swojej synowej. Pasierb rozmawiając ze mną potwierdził te zaniedbania. Dziewczyna jest miła, sympatyczna, ale niestety nieporadna i chyba trochę leniwa. Potrzeba jej wsparcia.

Nowy tydzień, to zakończenie starych wniosków i chyba koniec w tym roku naszej służbowej aktywności. Zakupy teraz będą już tylko realizowane. Jeśli nie dojdzie mi nic na cito, to będę miała do końca roku kalendarzowego spokojniejszą pracę :-)

Miłego tygodnia!

piątek, 09 września 2016

Wracamy do gry z walką z psychologicznym potworem. Wtorek 6 września był dniem pierwszej w tym roku nieobecności Mani w szkole. Pojechała normalnie autobusem, spotkała się z koleżanką, poszła do sklepu, zrobiła dla siebie zakupy i.... wróciła się do domu. Zadzwoniła do mnie, że bardzo, ale to bardzo czuje się "podziębiona" i z tego powodu nie idzie do szkoły.

Byłam wściekła. Jeszcze się dobrze rok szkolny nie zaczął, a ona już odwala takie numery. Jednak wieczorem powiedziałam jej, że lepiej jak wróciła do domu niż miałaby się szwendać po osiedlu, będąc na klasycznych wagarach.

Postanowiłam umówić się ze szkolną psycholog (nie tą, u której byłyśmy w poradni p-p) tylko z tą, która towarzyszyła mi parę lat temu w walce z absencją szkolną i zachowaniem Golasa. Część z Was, która sytuacji nie zna może zapoznać się z tematem na moim starym, zielonym blogu.

Tak więc w środę zwolniłam się wcześniej z pracy i wraz z Manią spotkałyśmy się z panią psycholog.

Na początku nie było wesoło. Mania siedziała mi na kolanach i jak zwykle nie chciała się otworzyć. Ale kiedy zauważyła, że kobieta u której jesteśmy naprawdę różni się od dotychczasowych znanych jej osób, zaczęła nawiązywać kontakt. Najpierw słowny, a później wzrokowy.

Fajnie było nam rozmawiać we trzy i dowiadywać się różnych rzeczy o sobie. Ta psycholog jest tak mądra (według mnie) że próbując wyciągać z Mani strachy i demony, sama przytaczała przykłady ze swojego życia, dla porównania sytuacji. Wyszło, że moja córka wręcz nienawidzi swojej wychowawczyni i się jej boi. Że bardzo lubi swoją nauczycielkę od niemieckiego, że nie cierpi się spóźniać i m.in. dlatego nie poszła we wtorek do szkoły (zbyt długo przebywała w sklepie z koleżanką). Napiętnowanie jej śmiechem koleżanek i kolegów z klasy, że się spóźniła, paraliżuje ją niesamowicie. Jest też okropnie zestresowana kiedy ma publicznie odpowiadać przed klasą, albo pisać przy wszystkich na tablicy. Osobiście bardzo dobrze to rozumiem. Choć pamiętam moje występy szkolne, inicjowane przez moją wychowawczynię 1-3, która uważała, że posiadam niebywały talent aktorski i donośny głos. Sparaliżowana strachem musiałam na jakimś apelu śpiewać piosenkę z Akademii Pana Kleksa "Jak rozmawiać trzeba z psem".

Wytłumaczyłam więc mojemu dziecku, że przez ręce pani wychowawczyni przewinęło i przewinie się multum takich "Mań" jak ona i zapewne za jakiś czas nawet z pani pamięci ona zniknie. Wymyśliłam też (co spotkało się z aprobatą pani psycholog), że Mania może sobie wymyślić, że obecna pani wychowawczyni tak naprawdę NIE jest jej rzeczywistym wychowawcą, a jest nią pani od niemieckiego, tak bardzo przez Manię lubiana. Mania będzie miała taką "osobistą" wychowawczynię. Sama tez byłam dumna z tego pomysłu ;-) Dodatkowo psycholog prosiła moją córkę o wykonanie rysunku, na którym mają być różne stworki i zwierzęta, które przedstawiają znane jej osoby z klasy. Taka zabawa we wróżkę - czary-mary, zamieniam panią w dinozaura ;-)

Obie wyszłyśmy zadowolone, to chyba najważniejsze, bo nie ma nic gorszego niż nieodpowiednia terapia dla wrażliwego dziecka. Moja córka na razie do szkoły chodzi. Mam nadzieję, że te spotkania pomogą uporać się jej z demonami szkolnymi. Wiem, rozumiem i czuję jej obawy i strach, bo sama podobnie reagowałam na instytucję szkoły. Tylko, że ja przeżywałam rozwód rodziców, byłam w bardzo mało komfortowej sytuacji. Czas kiedy walczyłam z własnymi demonami to były lata kiedy nie przywiązywano wagi do zdrowia psychicznego dziecka. Teraz czasy się zmieniają. Pomoc jest z wielu stron, tylko trzeba złapać odpowiedni wiatr.

poniedziałek, 05 września 2016

Korzystając z możliwości wzięcia urlopu (ach, jaki to jest cudowny przywilej!) czwartek i piątek siedziałam w domu. Na rozpoczęcie roku szkolnego Mani miałam nie iść, ale córka tak mnie prosiła, że poszłam choćby z powodu posłuchania czy szkoła będzie komentować nadchodzące reformy. Wszyscy łącznie z panią dyrektor i wychowawczynią mówili: zobaczymy jak to będzie.

Mania, już uczennica piątej klasy, z reformy nie jest zadowolona. To, że będzie miała przez następne cztery lata tę samą wychowawczynię, napawa ją zgrozą. Ale cóż zrobić. Na szczęście smutek zastąpiła radość planu na nowy rok, ponieważ w poniedziałek i środę na pierwszej godzinie jest religia. Będzie więc Młoda chodziła w te dni na drugą lekcję ;-)

Remont kuchni trwa. Wypadły dodatkowe wydatki, które niestety musiały zostać poniesione i niestety kawałek oszczędności, które już zaczynałam sobie tworzyć nadszarpnęłam. Poza tym w takim domu jak ten, w którym mieszkam nic się kupy nie trzyma. Ściany są krzywe, podłoga nieckowata, wszystko trzeba albo naginać, albo tuszować, albo docinać. Ale nie ma jak współpraca z moim kochanym Szanownym - ten to potrafi wszystko naprawić, zrobić, wykorzystać, przerobić i zamontować :-)

Sobotę wykorzystałam na czas z córką i jej koleżanką. Na warszawskich Polach Mokotowskich trwały zawody "Latających psów". To nic innego jak turniej łapania dysku popularnie zwanego frisbee. Dziewczyny bawiły się świetnie oglądając zawody, potem było zaganianie owiec, kaczek, a następnie psie skoki do basenu. Ja już trochę mniej się bawiłam- moja fobia przed tłumem dała o sobie znak. Z tego tez powodu nie poszłam na Noc Pragi. Mojej ukochanej dzielnicy, w której się wychowałam i gdzie jestem już trzecim, praskim pokoleniem. Ale nadrobił to mój Brat, będąc na koncertach i spotykając się z kumplami "z dzielni" ;-)

W niedzielę pracowaliśmy już z chłopiną razem w tej remontowanej kuchni. Potem przeszliśmy na ogród, powyrywaliśmy co się dało, zebraliśmy ostatnie plony fasolki, ogórków, dyni. Pomidory zielone powędrowały do piwnicy, na zimę dojrzeją :-)

Doznałam szoku, kiedy moja dziesięcioletnia córka oświadczyła, że chce iść do kina z koleżanką. Sama. No w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zdziwiłam się, że zaczyna puszczać sama tę niewidzialną smycz, ale to było pozytywne zdziwienie, bo w końcu musi się zacząć usamodzielniać. Dziewczyny były na Epoce lodowcowej, podobno film super i nie żałowały.

A dziś dzień jak co dzień, od rana roboty mnóstwo. Biorę się zatem za pracę, bo premii nie będzie ;-) Miłego poniedziałku!

czwartek, 01 września 2016

Są tacy, którzy malują paznokcie, żeby dodać sobie urody. Ja nie maluję. Są tacy, którzy "tuszują" sobie rzęsy, ja tego nie robię, nawet tuszu do rzęs nie posiadam ;-) Są też tacy, co malują sobie usta szminką, żeby się upiększyć. Ja sobie nie maluję :-) Żeby sobie zrobić przyjemność, na moich dwóch nadgarstkach pojawiły się tatuaże symbolizujące koty :-)

Minister mojego resortu ostatnio sypnął dość sporą premią kwartalną ;-) a ponieważ dawno nie robiłam nic dla siebie, umówiłam się w studiu tatuażu najpierw na konsultację, a potem na realizację :-) 

Jestem bardzo, bardzo zadowolona. 

Bardzo.

Tatuaż jest dla mnie jak narkotyk - na jednym się nie kończy ;-) I to mi cholernie poprawia humor. W ogóle uwielbiam wydziaranych ludzi, ale tatuaże muszą tez być tworem bardzo przemyślanym, a jednocześnie zwracającym uwagę i posiadającym sens. Np ja mam swoje zasady: po pierwsze nigdy nie wytatuuję sobie napisu. Żadnego imienia, żadnego "matka forever" czy "love syna/córkę". Dla mnie to....wiocha. Sorry, ale to jest moje zdanie. Ktoś może powiedzieć, że dla niego w ogóle robienie sobie tatuażu to wiocha. I ok. Każdy ma prawo do własnej opinii. Po drugie: nie podoba mi się kolor w tatuażu. Cienie, owszem. Ale kolor jest nie dla mnie. Po trzecie: mimo mojego "znarkotyzowania się" tatuażami, nie zrobiłabym sobie sesji na: całym ręku, nodze, gdzieś, gdzie trudno będzie mi to na starość przykryć. 

Aktualnie posiadam: znak ryb (mój własny projekt) na lewym ramieniu, cieniowanego tribala na prawym ramieniu i najnowszy nabytek zrobiony we wtorek: symbole kotów na nadgarstkach.

Podczas sesji rozmawiałam ze swoim tatuatorem, przy okazji to bardzo młody, fajny, zdolny człowiek, żaden tam czub, czy wariat. Tak na marginesie: zastanawia mnie dlaczego wciąż tatuaż i społeczeństwo z nim związane kojarzone jest ze złem, wariactwem, szaleństwem, prostactwem? Bardzo często tatuatorzy to ludzie niesamowicie wrażliwi, oni muszą mieć estetyczną wyobraźnię, bo jeśli ktoś nie umie rysować, nie może być tatuatorem. Tak więc podczas sesji wyszło, że sama mogłabym się uczyć na tatuatorkę. Umiem bowiem rysować, mam wyobraźnię, ale niestety, temu trzeba by było sie poświęcić. Zrezygnować z pracy zawodowej, uczyć się zaczynając sprzątać po doświadczonych tatuatorach (tak jak u fryzjera ;-)) Fajna sprawa, ale ja już chyba jestem za stara i brałabym ogromną odpowiedzialność za czyjś tatuaż. A jako osoba wiecznie niezadowolona ze swoich tworów, miałabym wyrzuty sumienia, że ktoś chodzi z niedoskonałym tatuażem. Dlatego zostawię tę profesję innym doświadczonym :-)

Kotki są różne, a jednak bardzo podobne ;-) Stwierdziliśmy z wykonawcą tatuażu, że lewy to kocur, a prawy to kotka ;-)

 

Tagi: tatuaż
16:39, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 sierpnia 2016

Poniedziałki chyba na stałe już będą objęte wizytami w Muzeum Domków dla Lalek ;-) Wczorajszy wieczór również spędziłyśmy z Manią na warsztatach rodzinnych. Tym razem do uszycia był śpiworek dla lalki. Pięknie to mojej córce szło! Igłę sama nawlekała, tylko supełków nie potrafiła robić, ale od tego byłam ja :-)

Jej dzieła plastyczne z warsztatów znajdują się na honorowym miejscu, na półce u niej w pokoju. Jest to też dodatkowa motywacja do utrzymania porządku na półce - musi ją wycierać, żeby rzeczy się nie zakurzyły ;-)

Od września tematyka warsztatów będzie miesięczna. Ale zajęcia będą odbywać się raz w tygodniu, tak więc kto nie zdąży w jednym terminie będzie mógł przyjść sobie w innym. I tak co miesiąc.

Oto śpiworek wykonany rękami mojej dziesięcioletniej córki:

A moje dziergadełka z ostatnich dni prezentują się w taki sposób:

Kurtka jest ze skrawków skórki, rękawy i obłożenie ze zwykłego materiału.

Eksperymentowałam jeszcze z butami. Tym razem wybrałam korek od wina, paseczki skórki i klej butapren :-)

I to by było tyle.A teraz czas wracać do pracy, wnioski czekają ;-)

Miłego!!

środa, 24 sierpnia 2016

Takimi słowami kończyła się niemalże każda moja rozmowa z Mamą, kiedy dyskutowałyśmy o babci, o jej Alzheimerze, o jej dziwactwach i zagrożeniach dla innych oraz siebie.

Ale nie miało być o mojej babci. Będzie o moim teściu. Gdybym nagle straciła dach nad głową z powodu jakiegoś wybuchu bądź pożaru, zapewne się o tym dowiecie szybko.

Parę dni temu siedzieliśmy wieczorem w swoim pokoju, Szanowny, Mania i ja. Córka bawiła się w domek zbudowany z koców, chłop grzebał w internecie, a ja jak zwykle coś tam dziergałam. W pewnym momencie mnie olśniło, bo od kilkunastu minut słyszalny był gwizdek czajnika z mieszkania dziadka. Wspomniałam o tym Szanownemu, a wtedy i Mania włączyła się do rozmowy mówiąc, że słyszy ten gwizdek już od czasu budowania swojego domku. Szanowny wstał, poszedł na stronę ojca, żeby sprawdzić co się dzieje. Po powrocie opowiedział, że dziadek zasnął oglądając mecz i nie słyszał jak gwiżdże mu czajnik (!)

Wczoraj Scareface miał telefon w ciągu dnia od dziadka, żeby z łaski swojej zajrzał do jego mieszkania, bo dziadek chyba zostawił na gazie gulasz. Scareface był na spacerze więc musiał wrócić się z drogi do chałupy. Zastał spalony garnek, bo gulasz dawno już wykipiał. Gaz z kuchenki ulatniał się, bo płomień został zduszony przez kipiący gulasz. W chałupie śmierdziało gazem i wystarczyła iskra.... Aż mi się nie chce tego pisać.

Kiedy teść wrócił wieczorem do domu był już tak napruty, że ledwo trzymał się na nogach. A gdy Szanowny wrócił z pracy poszedł do ojca spróbować z nim pogadać. Nie było mowy. Dziadek siedział na schodach do swojego mieszkania i burczał pod nosem: "przecież ja nie piłem, ja tylko tak... wietrzę się".

Jesteśmy przerażeni, bo dzieje się coraz gorzej. Narzeczona dziadka nie chce i nie może z nim zamieszkać, a w dni kiedy wyczuje, że teść zaczyna tankować po prostu do niego nie dzwoni. Byli teraz razem dwa tygodnie w sanatorium, dziadek nie wypił ani kropelki więc teraz musi sobie ten "stracony czas" odbić.

Strasznie.

Będę dziś dzwonić do ubezpieczyciela w sprawie odnowienia polisy. Dom jest niby stary, postawiony w 1935r, lepiej byłoby go zburzyć i postawić coś na nowo, ale jednak mieszkać gdzieś trzeba...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50