Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
poniedziałek, 26 czerwca 2017

To już ostatnia prosta. Na 11 lipca mam wyznaczony termin obrony. Od tego czasu będzie do mnie mówić "pani magister", tak jak do tych pielęgniarek ze szpitala, w którym się znalazłam z powodu kolki nerkowej ;-) Ale nie będzie to konieczne. Te studia były dla mnie przygodą, zapoznaniem nowych ludzi, z którymi (garstką) będę na pewno utrzymywać jakiś kontakt, no i były przyczyną podwyższenia wykształcenia. To ostatnie nie było mi do końca potrzebne, ale obserwując rynek pracy i wymagania co do potencjalnych pracowników, uświadomiłam sobie, że może jednak warto. 

W bilansie pozytywów znajdują się również koszty jakie poniosłam za studiowanie. I tak naprawdę są one... zerowe. No, może na końcu ostatniego semestru musiałam zapłacić: 60,00 za wydanie dyplomu, 250,00 opłaty archiwizacyjnej (!) której de facto nie było za czasów licencjata oraz 80,00 za oprawę pracy (wraz z wydrukiem). Za samo studiowanie płaciłam ze stypendiów. I to jest wielki plus! Raz było to stypendium socjalne, raz naukowe, zdarzyło się również, że pobierałam je oba... Ale generalnie złotówki za semestr z własnego portfela nie dałam.

Szanowny od pewnego czasu chodzi za mną i się pyta: co ja teraz będę robić w te wolne weekendy jak już mi się nauka skończyła ;-) Myślałam o jakimś kursie językowym bo mój angielski kuleje strasznie i przez to boję się go używać, ale nie znam dobrze rynku szkół językowych więc na razie zostawię ten temat w spokoju. Ale szczerze powiedziawszy przyzwyczaiłam się do rytmu weekendowego - że gdzieś trzeba wyjść, że czegoś trzeba się nauczyć, że jakiś referat należy napisać... Ale na podyplomówkę szkoda mi moich pieniędzy ;-) Straszna ze mnie kutwa i ściubigrosz, co? Poza tym, żeby podjąć studia podyplomowe chciałabym zacząć je na jakiejś lepszej uczelni niż ta, która za chwilę wręczy mi magistra. Tu było dość prosto, szybko i bezboleśnie (oczywiście stwierdzam to z perspektywy czasu, który już upłynął ;-))

Tak więc muszę wyciągnąć na 11 lipca wizytową koszulę (których zresztą nie lubię nosić ;-)) oraz wizytowe spodnie i przygotować się na ten dzień. Trzymanie kciuków wskazane - choć i tak wszystko już przesądzone i będzie to zwykła formalność.

Z pozdrowieniami poniedziałkowymi - "pani magister" ;-) 

Tagi: studia
06:44, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 czerwca 2017

W marcu tego roku postanowiłam zadbać o swoje koszmarne bóle głowy. Zresztą poganiał mnie już Szanowny wypominając, że jego gonię do dentysty i płacę za leczenie szczęki, tak teraz i on może pogonić mnie z moim zdrowiem. Dostało mi się również ;-) za brak inicjatywy w kwestii rehabilitacji kręgosłupa. 

Zapisałam się więc do znanej mi pani neurolog, ale niestety na NFZ termin miałabym dopiero na koniec września. Wzięłam sprawy w swoje ręce i skorzystałam z tego, że pani doktor prowadzi prywatną praktykę lekarską niedaleko pobliskiego szpitala. Fakt, że wizyta kosztuje 120 zł nie odstraszył mnie, wszak potrzebowałam szybko porady, bo migreny dopadają mnie naprawdę często. 

Po długim wywiadzie (u pani doktor regulaminowych 15 minut nie usiedzisz - co najmniej 45 min) dostałam receptę na dwa leki przeciwmigrenowe oraz skierowanie na badanie głowy, które zwie się "angio-tk". Aż musiałam je sobie wygooglać, żeby się dowiedzieć co będzie mi robione ;-) Angio-TK ma wyeliminować ewentualnego tętniaka, który również może być przyczyną tak ostrych bólów głowy. 

Pani doktor, idąc w ślad za moim mężem nie omieszkała mnie również opierniczyć ;-) za niedopilnowanie schorzenia kręgosłupa i kazała zająć się w trybie pilnym ponowną jego rehabilitacją. Podziękowałam za troskę, kręgosłupem się na pewno zajmę, albowiem podobno u mnie w pracy jest rewelacyjna poradnia rehabilitacyjna, z której wszyscy nagminnie korzystają. To pokorzystam z czasem i ja - dla własnego zdrowia. 

Kiedy tak siedziałam i zbierałam już kwity od pani neurolog, spytałam się nieśmiało czy może mi wystawić zwolnienie choćby za ten dzień, kiedy nie poszłam do pracy (wczorajszy poniedziałek). Na co pani doktor radośnie oznajmiła, że chętnie wystawi mi zwolnienie, na ile tylko chcę - nawet na trzy tygodnie. Zdębiałam. Ale propozycję chętnie przyjęłam i tak oto w ten sposób jestem od wczoraj na L4 z powodu bólu migrenowego oraz schorzenia kręgosłupa. W karcie zapisano - oszczędzający tryb życia. Chyba muszę więc przyjść na nauki do Bezcielesnej bo szybki kurs korzystania z K.K.K. w wolnym tłumaczeniu - Kawa, Książka, Kocyk. 

Mimo ogromnych pokładów energii gdzieś się ten organizm po drodze buntuje i choć się chce i idzie się pod prąd, to jednak nie można za wiele. Dobrze jest być wiecznie radosnym i energicznym, ale odpoczywać też trzeba umieć, a ja walczę z tym od lat. Że nie umiem usiąść w spokoju 5 minut, że wypoczynek to tylko aktywny i w ruchu, że wynajduję sobie robotę, żeby chyba zająć głowę, bo mózg mój tez pracuje od lat na zwiększonych obrotach - studia, bezrobocie, bieda, nowa praca, problemy Małej, doroślejący Pierworodny, pasierbowie, depresja... Sporo tego na karku...

Tak więc do końca czerwca mam "fritajm". W tym tygodniu na spokojnie, bez stresu zakończę temat studiów (wydrukować i złożyć pracę magisterską do dziekanatu) a w przyszłym - to się zobaczy...

I najgorsze jest to, że będąc na L4 mam wyrzuty sumienia, że w ogóle na nie poszłam. A przecież instytucja, w której pracuję nie zawali się bez mojej obecności... ;-) 

Tagi: zdrowie
09:40, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 czerwca 2017

To, że kilka wpisów wstecz napisałam, że u mnie wszystko ok, nie znaczy, że sielanka trwa w najlepsze. Owszem - jest i zdrowie, nie kaszlę, nie prycham ;-) jest i praca, są moje dzieci, które niczym nie stwarzają mi kłopotów, jest w końcu Anioł - Szanowny. 

Czegóż chcieć od życia więcej? 

Wczoraj miałam straszną ochotę napisać do mojej psycholog, pani Izy. Przywłaszczyłam Ją sobie jako "moja" albowiem to jest człowiek, który ma w oczach zrozumienie. A tego teraz szukać ze świeczką. Ale nie miałam odwagi. Są inni, bardziej potrzebujący, których Ona zapewne wspiera na wizytach. Mogłabym pogadać z Szanownym, ale on wysłucha, a nie zrozumie. Przyjaciółki nie mam, bo poza moją Mamą nikomu nie zwierzałam się z kłopotów i stąd może też wynikać trudność dobierania sobie towarzystwa "psiapsiółkowego". Ja po prostu nie umiem mieć przyjaciół. 

Czasem ludzie po depresji wracają do głębokiego doła ot tak. Bez powodu. Czytałam Tomasza Jastruna, sama odczuwam takie doły. I wtedy nie ma wsparcia. Nie ma zrozumienia. Zostaje się samotnym w obliczu czegoś, co otacza cię czarnym jak smoła workiem. A najgorsze jest to, że oczekuje się od świata odczytania bólu jaki siedzi w środku. Nie ma się odwagi podejść i powiedzieć: "słuchaj, pogadamy? dziś mam fatalny nastrój, nie wiem z jakiego powodu, ale boli mnie "w środku". 

Mnie boli w środku znowu od kilku tygodni. Uśmiechy rozdaję sztuczne, na zawołanie: numer 5, numer 8. Nie rozmawiam z Szanownym, nie pytam o nic córki. Milczę. Moim dzieciom to pasuje, ale czy to ma dobry wpływ na ich rozwój? W przypadku Pierworodnego zapewne już nie (na jesieni skończy 21 lat), ale moja 11 letnia córka pewnie już wyrabia zdanie o matce - dziwaku. 

Nie mam na siebie pomysłu. Tzn dziś nie mam na siebie pomysłu. Znów snuję się po mieszkaniu wykonując tylko podstawowe czynności. Chciałam zapleść sobie znowu bransoletkę, uszyć małą torbę na ramię. Nic mi nie wychodzi. Nie podoba mi się. W moich oczach jest bezbarwne i bez wyrazu. 

Zamartwianie się bez powodu jest czymś najgorszym. Bo jeśli człowiekowi dzieje się krzywda, wtedy ma powody do rozpaczy, ale jeśli świat z założenia jest brunatny, bez powodu, to już jest źle. Czegoś mi brakuje i sama nie wiem czego. To, że chciałabym się spotkać w gronie znajomych jest nieprawdą. Ostatnio nawet zwaliłam spotkanie integracyjne w pracy, bo mnie wszyscy wkurwiali. Tak bez powodu, bo przecież nikt mi nic nie zrobił. 

Nie umiem przyjmować pewnych zadań z założenia, że tak musi być. Tylko rozkminiam problem i rozkładam go na cząsteczki: przykładowo mam iść z wnioskiem do podpisu, ale ten wniosek będzie czytany, bo człowiek nie podpisze bez czytania. I już mi się kołaczą w głowie myśli: a jeśli coś będzie źle? a co jeśli człowiek od podpisu powie, że mam gdzieś coś poprawić? a jeśli się nagada i ponarzeka, a ja tego będę musiała słuchać? Człowiek normalny powiedziałby: a co w tym za problem?! Przeczytać musi, pogadać widać, też musi, a jak trzeba będzie poprawić, to się poprawi. A ja, kuźwa, robię z tego problem rangi wypadku samochodowego...

Kto temu jest winien? Że tak postrzegam świat? Ja sama. Bo muszę przebić się przez mur i mówić sobie o samych dobrych rzeczach. O wartościach, które mam. A mam? O tym, co życie mi daje bezproblemowo. 

Muszę się bardziej skupić. 

08:39, sokramka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 04 czerwca 2017
niedziela, 28 maja 2017

Mają rację ci, którzy uważają, że moja dłuższa absencja na blogu spowodowana jest pozytywną zmianą mojego życia. To da się odczuć na każdym kroku. 

Zacznę od tego, że kupiliśmy samochód. Tzn ja kupiłam dla Szanownego. Stary już odmawiał posłuszeństwa, poza tym - był "stary". W tym roku można by było starać się o żółte blachy zabytkowe ;-) Ponieważ ja używam do poruszania się po mieście komunikacji miejskiej i roweru, stwierdziliśmy, że po pożegnaniu z moją białą mewą wymienimy pojazd Szanownego. I znowu poczułam się jak dawno temu - odpowiedzialna za kasę, za załatwianie spraw urzędowych, za pilnowanie drobiazgów administracyjnych. Szanowny tylko wybrał samochód i pojechaliśmy go zakupić. Teraz duży chłopiec cieszy się swoją nową zabawką i siedzi w każdej wolnej chwili przy samochodzie, albowiem kupiliśmy autko używane, ale już nie tak stare jak poprzedni pojazd. 

Pierworodny pozdawał wszystkie egzaminy maturalne. To jest dopiero duma dla matki, choć sam zainteresowany miał totalnie "wyjebane" na temat (jak mówi dzisiejsza młodzież). Angielski ustny zdał na 100%, polski ustny też dobił prawie do tego wyniku, pozostałe wyniki dopiero w czerwcu. Jednak prócz dwóch dodatkowych przedmiotów jakie sobie wybrał, tj. WOS i geografia, mówił, że resztę przeszedł gładko - matematykę rozszerzoną i klasycznie polski. Ale podobno wszystkie dodatkowe przedmioty były w tym roku mega trudne (koleżanki córka zdawała biologię i potwierdziła). Brawo Pierworodny!

Mania zbliża się do końca roku szkolnego i też zdołała wykaraskać się z kłopotów szkolnych, choć zdarzały się incydentalne absencje. Ale jednak będzie miała na świadectwie same piątki i czwórki. Sama uważam, że w takiej sytuacji moja córka nie zasługuje na takie oceny (okropna matka jestem, co?), ale to już jest decyzja nauczycieli, że postanowili ją podciągnąć wynikami mimo tak wielu nieobecności w ciągu całego roku szkolnego. 

A reszta toczy się całkiem spokojnie. Bez większych ekscesów. Za chwilę mam obronę magistra, podejrzewam, że w okolicach lipca. Oczywiście nie omieszkam zajrzeć i napisać jak się wszystko potoczyło ;-) 

Ogródek Szanownego rośnie, pomidorki, fasolka, ogórki, bób pod jego ręką pięknieją. Ma chłop smykałkę w tym zakresie. A ja chodzę i po Szanownym sprzątam :-) niech robi to, do czego ma zdolności. 

W pracy - jak to w pracy... Myślę już o zmianach, bo pensja nie za wysoka i po roku z kawałkiem można by było sobie coś polepszyć, nawet w tej samej instytucji. Kto wie? 

:-) 

08:46, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

środa, 03 maja 2017

Nie da się jednak opuścić pola działania, szczególnie gdy ma się głębokie żale do wywalenia. Może blog nie jest najlepszym miejscem na opisywanie historii rodzinnych, ale czasem nie mam z kim pogadać, żeby ktoś zrozumiał paradoksy krążące pomiędzy pokoleniami. 

Czasem rzucę jakiś problem wśród znajomych i moje historie są często odbierane jako "dziwne", "niespotykane", zdarza mi się usłyszeć: "w mojej rodzinie to nie do pomyślenia". Dlatego wiele razy zostaję z przemyśleniami sama.

Otóż - wstydzę się swojej rodziny ze strony Mamy. Mama miała trzy starsze siostry, z których żadna nie jest godna mojego zaufania, przywiązania, czy nawet odwiedzania. A tak - myślcie sobie co chcecie, ale ja też swoją godność mam. 

Ciotka najstarsza - pierwsza córka mojej babci, ma 74 lata. Jest osobą nad wyraz śmiałą, otwartą, która chłonie nowinki i nie boi się ich. Jest antypisem, a w rozmowach politycznych wspiera KOD i nowe, młode twarze. Do tego jest bardzo przemądrzała, wtrynia się w cudze życie, uważa, że zawsze ma rację i wszyscy mają się jej słuchać. Jej dzieci ją akceptują, ale nie podążają za nią. Są dorosłe więc stworzyli własny mikroklimat rodzinny kierując się w stronę tych "lepszych stron mocy", czyli np. swoich teściów. Ciotka swoją agresywną i niezwykle absorbującą postawą zraziła większość rodziny. Mówi, że tylko na koleżankach może polegać, bo one jej do tej pory nie zawiodły. U tej właśnie ciotki mieszka tymczasowo mój Brat.

Ciotka średnia jest samotną, bezdzietną panną. Ma już skończone 70 lat i pod swoją opiekę postanowiła ją wziąć jej starsza siostra (patrz wpis: akapit wyżej). Od lat wszyscy podejrzewają u tej średniej jakieś zaburzenia psychiczne - schizofrenię, bądź inne zmiany mózgu. Ciotka jest więc w pełni kontrolowana w swoim nowym miejscu zamieszkania przez swoją starszą siostrę: nie wolno jej palić papierosów, nie wolno jej wychodzić samej z domu ("bo ucieknie"), dostaje jakieś ziołowe leki bez konsultacji z lekarzem, starsza siostra kontroluje jej sferę życia od świtu do zmierzchu od codziennych czynności po tematy do wspólnych rozmów.

Teraz mała dygresja: ciotka najstarsza pod swoim dachem trzyma mojego Brata i swoją młodszą siostrę.

Ciotka najmłodsza, trzecia w kolejności przyjścia na świat i bezpośrednio starsza od mojej Mamy skończyła w tym roku 70 lat. Ma cukrzycę, męża, psa, ale nie ma dzieci. Kiedyś powiedziała mi, że: "tak głęboka miłość do matki (mając mnie na myśli) nadaje się do leczenia", po tym nasze stosunki już zawsze pozostawały chłodne, a dziś nawet są lodowate.

Każdy coś tam na pewno ma za uszami i nie jestem święta, ani się nie wybielam, ale cieszę się, że nie muszę bywać na ustawianych spotkaniach rodzinnych trzech zwariowanych bab, bo one się po prostu nie odbywają. Każda z nich tworzy (tworzyła) swoją enklawę i w swoim sosie piorą swoje brudy. Widać to najlepiej po dzieciach mojej najstarszej ciotki, które od bardzo dawna nie uczestniczą aktywnie w imieninach, czy wigiliach urządzanych przez ich matkę. Jej dzieci wolą tę "lepszą stronę mocy". Biorąc jednak pod uwagę tradycje "rodzinności" to nic nie przetrwało wśród tych kobiet i nawet dopóki żyła moja babcia one we trzy darły ze sobą koty. Na dzień dzisiejszy babcia nie ma godnego nagrobka. Jest tylko kopczyk z krzyżem i tabliczką, bo każda z nich rzucała na siebie inwektywy z dodatkiem: "a dlaczego to ja mam być inicjatorką i wykonawczynią tego nagrobka?". Przykre.

Nie narzekam, ale gdzieś w środku jest mi przykro. Najbardziej wtedy kiedy z ust innych słyszę jakie mają wsparcie od swoich ciotek, wujków, czy innych kuzynów. Tak, tego wsparcia chyba mi brakuje najbardziej... Kiedy całe życie słyszało się, że "jest się do niczego", że "matka wam nic nie dała" (materializm) frustracja może osiągnąć poziom Himalajów. A kiedy ja obroniłam licencjat usłyszałam od najstarszej ciotki: "e, to nic nie znaczy, to tylko taka lepsza matura", poziom mojego dowartościowania osiągnął jądro ziemi. I znowu mogłam liczyć tylko na głos wsparcia najbliższych i znajomych.

Moja córka czasami ogląda ten durny serial "Trudne sprawy". Wie, że grają tam aktorzy i wszystko jest wyreżyserowane, bo w jej domu bezpośrednio nie zdarzają się takie sytuacje. Ale tłumaczę jej często, że bywają domy, w których tak durne załatwianie spraw jest na porządku dziennym. Sama przechodziłam to jako nastolatka... 

Tagi: rodzina
15:22, sokramka
Link Komentarze (8) »
sobota, 22 kwietnia 2017

...pożegnać się z wpisami na dłużej. W zasadzie to nic takiego ekscytującego się nie dzieje, mam pracę, która w jakiś sposób daje mi satysfakcję, choć finansowo nie jest to na poziomie korporacyjnym, ale przecież nie jest to najważniejsze - najważniejsza jest stabilizacja ;-) 

Rodzinnie nic szczególnego się nie dzieje, Pierworodny w końcu doszedł do etapu matury i najprawdopodobniej pójdzie do pracy i jednocześnie na zaoczne studia. Bardzo mnie to cieszy, bo utrzymywanie kolejne lata dorosłego, wiecznego studenta nie uśmiechało mi się ;-) Praca uszlachetnia, praca u podstaw, pamiętacie... ;-) 

Mania jak to Mania - nic się nie zmienia, wciąż nieśmiała, skromna, bojaźliwa, ustępliwa, choć ma własne zdanie i najlepiej wypowiada je w domowych pieleszach :-) 

No i Szanowny - mój najukochańszy mąż na świecie - bycie z nim to najlepszy prezent od losu. Uwaga - napisałam "z nim" a nie "przy nim" to kolosalna różnica, bo wciąż uważam, że małżeństwo to partnerstwo, a nie hierarchia wyższości/niższości. I tego też nauczyłam się będąc bezrobotną; kiedy moja "wyższość" nagle została podeptana, Szanowny zawsze stał po mojej stronie. Ze swoimi wadami i ułomnościami. Ale był. I za to go kocham i szanuję. Kobieta, która chce być "przy mężu", albo chce by on był jej "opiekunem" a nie partnerem, moim zdaniem ma jakieś kompleksy. Ale to jest moje zdanie i nikt nie musi się ze mną zgadzać ;-) 

Pasierbowe życie już prawie w ogóle do mnie nie dociera. Synowie mają swoje rodziny, nie narzucają się nam - z czego oboje z Szanownym bardzo się cieszymy. Na te kilka dni wiosennych świąt chłopcy zazwyczaj jeździli po rodzinach swoich kobiet i do byłej żony mojego męża - SS. Do taty tylko dzwonili, a my mieliśmy czas dla siebie - tak "dla siebie", if You know what I mean ;-)

Tak więc może zamieszczę kiedyś jeszcze jakieś foty kotów, albo nowego ubranka dla lalki, ale raczej "życiowych" wpisów już za wiele nie będzie. Może wspomnę czas kiedy będę broniła swojej pracy magisterskiej, a to już niedługo!!! Bloga nie chcę kasować, zbyt dużo tu emocji i prawdy życiowej. Mam poniekąd w głowie plan, który w ukryciu realizuję (dotyczy to nowego bloga), ale nie chcę go teraz ujawniać, nie każdemu taka tematyka by się spodobała. Na pewno zaś zaglądać będę do Was - myszki, Bożeny, jol-ene, ciapary, gwiezdnej, która idzie na koncert zespołu Metallica !!!!!!!!, nieokrzesanej, greenbaby, bezcielesnej, brommby, fischerka i innych...

Ślę ciepłe pozdrowienia i idę oglądać film z Szanownym na Showmaxie. Dzisiejsze wyprawy do kina są przeznaczone dla burżujów - bilety drogie jak diabli, a i ja klasy burżujskiej nie lubię ;-)   

Tagi: życie
20:00, sokramka
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Na Insta wstawia się szybko - ot ze smartfona wrzuca się foto na aplikację i ma się już obraz do pokazywania. Z blogiem jest trochę gorzej, bo zdjęcie należy najpierw obrobić, żeby odpowiednia wielkość się zmieściła ;-) 

A więc wrzucam kilka ubranek wykonanych ostatnio dla Maniutkowych lalek. Niektóre zostały zrobione kilka tygodni temu, a inne np. wczoraj.

Biała sukienka zrobiona szydełkiem:

Sukienka ze starych skarpet Mani, które miały iść do utylizacji ;-)

Z podobnie starych skarpet powstały legginsy. Druga skarpeta zapewne posłuży na uszycie legginsów długich ;-)

Wiosna idzie więc należy lalki zacząć ubierać zwiewnie. Np. w sukienkę w kwiaty:

Muszę się też pochwalić dłubaninką Mani. Z moją małą pomocą (wskazówki słowne oraz jedna ręczna) uszyła swoją pierwszą spódniczkę dla lalki:

Kot się lenił:

A my piekliśmy chlebki, ciasta czekoladowe, serniki i graliśmy w karty. Dobrze, że już jutro normalny dzień pracy, bo nawet pogoda nie nastrajała do czynów ogródkowo-podwórkowych.

Miłego! 

20:22, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 12 kwietnia 2017

Na podbudowie ostatniej sytuacji jaka wydarzyła się w moim mieście – zawaliły się cztery piętra starej, warszawskiej kamienicy, przyszły mi do głowy myśli mieszkaniowe. Prawdą jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, że tylko krowa nie zmienia poglądów i że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wszystkie te powiedzenia mają swoje odzwierciedlenie w życiu doczesnym.

Wychowując się w biednym domu, nie mając dłuższy czas swojego miejsca, nie mówiąc już o własnym pokoju, moje spojrzenie na posiadanie mieszkania wykształciło się trochę roszczeniowo. Mama nie miała pieniędzy na wynajem lokalu, nie mówiąc już o kupnie więc najprościej było samotnej matce złożyć wniosek o przydział lokalu komunalnego. Ja sama później uczyniłam ten sam krok, będąc już młodą matką, a że mieszkań nowych – komunalnych  w naszym mieście buduje się jak na lekarstwo, przydziały są na mieszkania w starych kamienicach. Te kamienice najczęściej są z lat przedwojennych, a dodatkowo, w związku z powojennym dekretem Bieruta – objęte są roszczeniami spadkobierców przedwojennych właścicieli. Taką kamienicę trudno jest rewitalizować ponieważ najczęściej jest oddawana w ręce tych, o których wspomniałam w zdaniu wcześniej. Nowi/starzy właściciele nie radzą sobie z utrzymaniem tak wielkiego domu, bywa, że podwyższają drastycznie czynsze, które są nieadekwatne do standardu lokalu, potem pozbywają się niepłacących lokatorów i w końcu zostają z ruiną na karku.

Obecnie od kilku lat prawo nie funkcjonuje jak kiedyś – że przydział mieszkania mógł być nawet w kamienicy z roszczeniami. Taki lokal otrzymałam ja. Skutkiem tego były drastyczne podwyżki czynszu, a potem eksmisja i wieloletnia batalia prawna z właścicielem budynku. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mam gdzie mieszkać, ale gdyby mój mąż nie posiadał alternatywy pewnie szukalibyśmy innego wyjścia.

Na zakup własnego M nie każdego stać. To jest ogromna bolączka dzisiejszych czasów i wiem jak trudno młodym ludziom rozstać się z rodzicami tylko dlatego, że nie mieliby gdzie mieszkać. Sama mogłabym mnożyć przykłady z własnego otoczenia: brat, pasierb, koleżanka z kotem, to osoby, które wciąż poszukują własnego królestwa. Polityka mieszkaniowa w naszym kraju jest tragiczna. Wszystko to wiąże się z wysokością zarobków, oprocentowaniem kredytów mieszkaniowych i ich dostępnością. Zapisy na mieszkania komunalne są też ostro obwarowane, bo prędzej na listę zostanie wciągnięty patologiczny, bezrobotny pijak z czwórką dzieci, który i tak (z góry wiadomo) czynszu uiszczać nie będzie, niż samotny trzydziestoletni kawaler, który jest „za biedny” na kredyt, a „za bogaty” na socjal.

Moja refleksja krążyła wokół tych nieszczęsnych przydziałów, które nadaje się kandydatom na lokatorów. Jak długo może wytrzymać bez remontu i nakładów finansowych stara, przedwojenna kamienica, co mają zrobić ludzie, którzy miotają się pomiędzy wynajęciem, a kupnem. Trzeba mieć wiele szczęścia, żeby móc powiedzieć o posiadaniu własnego kąta.

Dziś nie wyobrażam sobie mieszkania w takiej zrujnowanej kamienicy choć swoje tam przeżyłam. Mój apetyt wzrósł w miarę jedzenia choć długo przyzwyczajałam się do tego typu lokalu. Opłaty za mieszkanie w kamienicy rozkładają się różnie: niski czynsz, ale za to wysokie opłaty za gaz (ciepła woda i jeśli są kaloryfery to ogrzewanie), lub jeśli nie ma w mieszkaniu gazu wysokie rachunki za energię. W domku te opłaty pozbawione są czynszu, ale za to dochodzi praca własna w stylu – remonty dachu, odśnieżanie, ogólnie jest co robić.

Dobrze, że kamienica, w której runęły cztery piętra nie była zamieszkana. Ale w domu obok przydział komunalny miała moja ciotka. Musiała się wyprowadzić, bo mieszkanie tam zagrażało jej życiu. Lokale zastępcze oczywiście znowu dostali w starych kamienicach. I oczywiście taka kamienica znowu będzie miała jakiś „czas życia” o ile miasto o nią zadba. A jak wiadomo – pieniędzy na to zawsze brak.











 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57