Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 05 grudnia 2018

Od początku tygodnia Młoda ma zajęcia na indywidualnej ścieżce nauczania. Polega to na tym, że w ciągu tygodnia ma przeplatane lekcje z „okienkami”, które zazwyczaj spędza w bibliotece z ulubioną książką. Lekcje ma sam na sam z nauczycielem. Jest pytana, są rozmowy w temacie lekcji i ma zadawane prace domowe jak każdy inny uczeń. Różnicą jedynie jest to, że siedzi sama w ławce z jednym nauczycielem do towarzystwa. Raz tylko zdarzyło się jej, że znalazła się w jednej sali z kolegą ze starszej klasy, który również miał indywidualny tok nauczania. Kolega ów miał z zachowania bardzo złe noty oraz na zajęciach przeszkadzał innym, rozpraszał nauczycieli i nie skupiał się na samych tematach lekcji. Był wulgarny i opryskliwy. Mania później mi powiedziała, że dziwnie się czuła w jednej klasie razem ze „szkolnym łobuzem”. Dodała jednak potem, że zajęcia były prowadzone w taki sposób, że oboje nie słyszeli swoich lekcji ponieważ każde z nich siedziało na krańcach sali.

Mania jest zachwycona tym systemem i ja się córce wcale nie dziwię. Kiedy postałam parę razy na korytarzu szkolnym, pojawiło się wiele rozmów na temat atmosfery podstawówki, bo niewątpliwie hałas tamtejszy przewyższa jakiekolwiek dopuszczalne normy ;-)  Mania mówiła mi, że cisza i spokój pewnie jest w szkołach prywatnych, gdzie jest mało dzieci. Ale zaraz pojawiła się teza, że szkoły prywatne zapewne skupiają w swoim środowisku snobów i egoistów ;-) To rozmyślania mojej Mani.

Lekcje ma różnie: czasem idzie na pierwszą godzinę i po czterech wraca, czasem idzie na trzecią i zostaje do szóstej godziny lekcyjnej, a czasem zdarza się, że ma w planie osiem godzin w szkole, gdzie trzy z nich to „okienka” biblioteczne. Uzależnione jest to od czasu wolnego poszczególnych nauczycieli.

Opinia psychologa i decyzja szkolna wystawione są do końca pierwszego semestru. Moja córka już podejmowała rozmowy w tym temacie, że ona już czuje, że po powrocie do „normalnych” lekcji w drugim semestrze z całością klasy, może się powtórzyć jej absencja. Nie pytałam dlaczego, bo Mania sama odpowiedziała, że ona siebie zna i wie, że strach przed tłumem, hałasem i niektórymi kolegami może pojawić się znowu. Przykro mi słuchać takich rozterek, ale rozumiem i staram się ją wspierać jak tylko potrafię. Powiedziałyśmy sobie, że na razie nie będziemy zajmować umysłu tematami związanymi z jutrem, a skupimy się na dziś i na lekcjach, które musi odrabiać teraz.

W przyszłym tygodniu wracam do pracy po zwolnieniu. W głębi duszy czuję jednak strach o systematyczność uczęszczania do szkoły mojej córki. Ale te obawy zostawię sobie po weekendzie. Dziś cieszę się tym co dał mi system ratując moje dziecko przed repetą klasy.

14:59, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 grudnia 2018

Odchodząc na chwilę od problemów egzystencjalno – psychologicznych opowiem o przygodzie, jaka przydarzyła się mojemu młodszemu dziecku w ostatnią niedzielę. Otóż koleżanka, której dawno nie widziała zaproponowała wspólny wypad na świeżo otwarte lodowisko. Ponieważ znamy się również z mamą tejże koleżanki, postanowiłyśmy we cztery spędzić milo przedpołudnie. Moja córka jak i ja wirtuozami jazdy na łyżwach nie jesteśmy, wobec czego nasze poczynania na tafli lodu były wręcz śmieszne, żeby nie powiedzieć komiczne. Dwie lebiegi próbujące bez trzymania się bandy przedostać się z jednego skraju lodowiska na drugi. No komizm w czystej postaci normalnie! ;-) Nasze koleżanki to już wprawione w ten sport aktywne uczestniczki grupowego jeżdżenia. Ale dzielnie nam towarzyszyły nie powodując osamotnienia i wykluczenia. To jest dopiero prawdziwe koleżeństwo!

Radziłyśmy sobie jakoś – takoś, gdy nagle moja córka postanowiła „zaszaleć” dodając sobie odwagi zwrotem: „oj tam, ja już umiem”. Gdy popłynęła po tafli lodu, coś poszło nie tak i wyrżnęła na kolano, a w tym samym momencie jakiś ośmio – dziewięcio latek z impetem wparował na moją klęczącą córkę lądując swoją łyżwą w jej kolanie. Efektem tego zderzenia było jezioro czerwonej krwi na białym lodowisku, odholowanie przez nasze koleżanki kulejącej Mani do bandy, a bezpośrednio odsłonięcie mięsa na kolanie i wezwanie przez służby medyczne karetki. W czasie oczekiwania na pojazd służby zdrowia, ratownik opatrzył mojej córce ranę, którą ona nieśmiało przykrywała ręką. Ręka lepiła się od krwi, ale Mania (o dziwo!) uśmiechała się do wszystkich i mówiła, że nic się nie stało, że będzie dobrze, że będzie miała co wspominać i na pewno zostanie jej blizna do chwalenia się innym. Nieznacznie tylko drżała jej ręka, która przykrywała ranę, ale nie chciałam za bardzo zwracać jej na to uwagi.

Pojechałyśmy do szpitala dziecięcego, gdzie Mania została bardzo dobrze przyjęta. Pani doktor zdjęła jej prowizoryczny opatrunek, który poprawili jeszcze panowie z karetki i rozpoczęło się szycie. Najpierw oczywiście musiała jej zaaplikować znieczulenie. Byłam przy córce cały czas i naprawdę – tak jak ona ma bardzo obniżony próg bólu, to jej odwaga i dzielność zasługuje na najwyższe uznanie. Ściskała moją rękę i choć ja mam dość wysoko postawioną poprzeczkę na odczuwanie czegokolwiek, czułam jej siłę na swojej dłoni.

Dziś już jest trzeci dzień od wypadku, a Mania ma się świetnie. Opatrunek zmieniam jej codziennie, ale widzę, że goi się znakomicie, szybko i bez większych komplikacji. Umówiłam się już z zaprzyjaźnioną koleżanką – pielęgniarką, że w ramach pretekstu do spotkania ona zdejmie mojej córce szwy, żeby nie latać już po przychodniach ani żadnych innych dziurach. A tak – napijemy się kawki, pogadamy i będzie przyjemne z pożytecznym. Kontrola w poniedziałek, a szwy pewnie jeszcze z tydzień ponosi.

O tym jak moja córka rozpoczęła indywidualny tok nauczania i jak sobie z nim radzi – będzie w odrębnym wpisie.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Nie umiem już ubierać w tytuły adekwatne do treści wpisu, ale to nie o to chodzi.

Od dziś jestem na L4 na opiekę nad dzieckiem. W piątek byłam z Manią u psychiatry młodzieżowego na kolejnej wizycie. Ona sama miała w czwartek dokończyć badania psychologiczne, które miały odbyć się w budynku szkoły. Z samodzielnym dojściem były ogromne problemy. Córka przez telefon płakała, a wręcz szlochała, że nie pójdzie, że się boi, a co jak ktoś ją spotka i zacznie wypytywać? Musiałam przekonywać, że będę z nią na linii cały czas, żeby poszła w czasie trwania lekcji i że wszystko się uda. I udało się, ale i mnie musiał ten strach i panika dorwać, bo złapały mnie duszności i ściskanie krtani jak astmatyka. Potem przypomniałam sobie, że przy pierwszym epizodzie depresyjnym, w 2010 roku miałam podobne objawy. Mąż zawiózł mnie wtedy do szpitala, bo myśleliśmy, że dopadło mnie jakieś zapalenie płuc, albo właśnie astma. Potem okazało się, że to pierwszy etap depresji. Kiedy w czwartek przestałam się już dusić, zadzwoniłam do córki i opanowałam sytuację. 

W piątek opowiedziałam pani doktor o wszystkim. Poradziła brać zapobiegawczo coś na uspokojenie. O zwolnienie się nie prosiłam, ale pani doktor sama zaproponowała, że teraz najlepszym wyjściem z sytuacji będzie nadzór i opieka nad Manią, a dla mnie wytchnienie i spokój od pracy. Jej po prostu potrzebny jest kontakt z mamą i ja mam córce to zapewnić. Pani doktor powiedziała, że nawet nie przyjmuje odmowy – daje dwa tygodnie zwolnienia z możliwością przedłużenia i basta.

Pojechałam więc dziś rano do pracy i zwolnienie zaniosłam. Ktoś mógłby spytać – „po co pojechałaś jak masz L4?” Ano właśnie tu widoczna jest cała moja natura. Ponieważ wożę jeszcze dwie osoby z pracy, nie mogłam im w piątek powiedzieć, że nie będą mieli czym do tej pracy dojechać. A tak będzie im łatwiej dogadać się z kimś innym. Poza tym i tak zwolnienie trzeba do zakładu pracy jakoś dostarczyć, więc stwierdziłam, że lepiej jak zrobię to sama.

Na moje L4 bezpośredni przełożony zareagował dziwnie. Niby powiedział, że nie ma z tym problemu, bo jak trzeba to trzeba, ale służbowy był jakbym mu dzieci pozabijała. A może to tylko moje wyobrażenie? Zresztą ja się nie muszę nikomu tłumaczyć. Dokument jest dokumentem ważnym i koniec.

Dziś byłyśmy już z Manią w szkole u pani dyrektor. Wszystko okraszone było panicznym strachem mojej córki  i paniką, że ktoś z klasy może ją zobaczyć i wypytywać „dlaczego jej się nie chce chodzić do szkoły?”. Bo dzieciaki tak podobno reagują. Mam tę informację od wychowawczyni. Ale postanowiłam pójść w czasie trwania lekcji, żeby żaden z kolegów czy koleżanka nie były przypadkiem na korytarzu. Dowiedziałam się tez od Mani, że gorsi w dokuczaniu są chłopcy, że koleżanki jeszcze jakoś to rozumieją, choć z trudem, ale chłopcy nabijają się z każdej osoby i z każdej przyczyny. To chyba normalność tego wieku, ale czy musi być to aż tak wielką traumą dla tych mocniej wrażliwych?

Czekamy więc na telefon ze szkoły o indywidualnym planie dla Mani. Pani dyrektor powiedziała, że moja córka będzie dwudziestym dzieckiem na całą szkołę z takim tokiem nauczania. Musi się tylko rozkręcić, napędzić to koło zamachowe, które gdzieś tam się zatrzymało i popchnąć ten wózek zwany szkołą podstawową dalej, do przodu.

Będzie dobrze. 

10:43, sokramka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 15 listopada 2018

Zarzekałam się już kiedyś, że nie będę opisywać więcej swoich kłopotów, bo i tak ludzie mają swoje problemy i po co wywnętrzać się na darmo. Ale jednak jak dochodzi się do ściany i ta ściana nie chce przepuścić, wtedy człowiek się poddaje i robi większość rzeczy wbrew zasadom.

I właśnie teraz łamię swoją zasadę.

Dziś w pracy dowiedziałam się, że popełniłam w sierpniu błąd, który kosztował nasz dział cały dzień stresu. Bo jakoś to trzeba było odkręcić, żeby kontrola nie doczepiła się do czegoś. Nie zarzuciła nam machlojek, albo postępowania wbrew zasadom i regulaminom. Przeżyłam to strasznie. Zryczałam się jak bóbr, a nie chciałam i wszyscy widzieli we mnie tego jełopa, który nie potrafi ogarnąć prostego zadania. Czy płacz jest oznaką słabości czy ukazaniem uczuć, których podobno nie wolno kisić w sobie? Nie miałam siły się nawet tłumaczyć. Po prostu wzięłam odpowiedzialność na klatę i z postanowieniem naprawienia błędu wyszłam dziś z pracy straszliwie skopana. Zapewne mogę się pożegnać z premią, a nawet mogę dostać upomnienie. Trudno. Nie takie błędy w życiu popełnia, dobrze, że nikt nie pójdzie przez to siedzieć.

Ta sytuacja psychicznie mnie wykończyła. W ogóle praca tutaj graniczy z jakimś mobbingiem czy jak. Nic nie wolno robić samodzielnie, wszystko musi odbywać się za wiedzą i zgodą jednej takiej, która najwyższa nie jest, ale jak brak najwyższego ona go zastępuje. A najwyższego brak bardzo często. Jest też takim typem, który mało interesuje się życiem służbowym swojej sekcji. Być może to mój błąd, że nie nauczona jestem pracować pod presją i bez samodzielności. Być może to jest słuszne, że powierza się obowiązki i co chwilę kontroluje i wymaga się spowiedzi w zakresie wykonywanych zadań. Nie wiem jak jest w innych jednostkach, ale tam gdzie jestem od roku tak to wygląda. W poprzednim miejscu, a w tej samej branży nie byliśmy tak restrykcyjnie sprawdzani, a na pewno nie zaglądało się nikomu przez ramię. Liczył się efekt końcowy i tabelka w Excelu. Tu ważniejsze jest jakim sposobem doprowadzisz do wyniku. Na wszystko musi być papier, a na ten papier następny papier, potwierdzający, że ten papier wziął się z tego, że poprzedni papier tak kazał. Koszmar. Jeśli tak dalej pójdzie zwolnię się sama, bo moja psychika nie wytrzymuje takiej presji. Albo to ze mną coś jest nie tak.

Następny kłopot to moja córka nie chodzi do szkoły już w ogóle. To trzeci pełny tydzień, kiedy zostaje w domu i nakrywa się kołdrą. Nie nawiązuje kontaktu w zakresie szkoły. Każda rozmowa kończy się pustym, bez wyrazu spojrzeniem i brakiem odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie, a tym bardziej nawiązaniem dialogu. Przeszłam już wszystkie możliwe sposoby i metody walki z jej absencją. Psychiatra przepisał antydepresanty, ale ona w weekend jest radosna, wesoła, wygłupia się z kotami, przychodzą do niej koleżanki. Kiedy nadchodzi poniedziałek rano – koszmar zaczyna się od nowa. Będzie na pewno nieklasyfikowana na pierwszy semestr ponieważ nie ma większości ocen. W przyszłym tygodniu mam aż trzy dni spotkań ze specjalistami. Z utęsknieniem czekam na decyzję z poradni, która pozwoli mojej córce wrócić do szkolnej ławki choćby i na spotkania z samym nauczycielem. Bo tak wygląda zindywidualizowana ścieżka nauczania.

Tak mnie to wszystko przeraża i boli od środka, że nie umiem już cieszyć się zwykłym życiem. Zauważyłam, że nawet kąciki ust nieznacznie mi opadły, a może to złudzenie?... Moja niska samoocena pogłębia się i trudno mi pogodzić się z tym wszystkim. A nie mam już siły walczyć. Muszę jednak być silna dla mojej córki, która bardzo mnie potrzebuje. Któregoś dnia ryczałyśmy obie jak leci. Tylko, że to ja mówiłam, ona się nie odzywała.

Kiedyś moja współlokatorka służbowa powiedziała mi, że moja córka taka jest przeze mnie, że skoro ja jestem aspołeczna, to dziecko niejako powiela zachowania rodziców, ale o tym już pisałam i nie chce mi się powtarzać. Czuję się deptana i kopana. Ale jednocześnie widzę ludzi, którzy nam bardzo pomagają i wspierają. Mam do nich wielki szacunek. To nie tylko specjaliści z zakresu psychologii, ale też znajomi, którzy rozumieją przez duże „R”. Dziękuję Wam!

piątek, 09 listopada 2018

Długo oczekiwany przeze mnie i mojego Brata film o zespole Queen w końcu doczekał się polskiej emisji. Wczoraj byliśmy w kinie, umówieni już wcześniej, że idziemy razem, bo razem wychowywaliśmy się na ich muzyce. Oczywiście sam zespół karierę rozpoczynał jak mnie jeszcze na świecie nie było, ale w okresie fascynacji muzyką i ja i Brat uplasowaliśmy Królową na najwyższym podium.

Znamy historię życia i powstania Queen z książek, filmów oraz dokumentów. Kiedy Freedie umarł w 1991 miałam 16 lat i płakałam jak bóbr. Nie mogłam uwierzyć w to, że ten geniusz sceniczno – muzyczny już nic nie stworzy, nic nie napisze i co najgorsze – nie zaśpiewa.

Kiedy w planach był film z Sachą B Cohenem w roli Freddiego, byłam zachwycona. Moim zdaniem (i nie tylko moim) miał tak wielki potencjał, żeby ukazać tę wielką charyzmę wokalisty, że nie trzeba by było wielu zabiegów scenicznych, żeby to osiągnąć. Okazało się jednak, że Sacha miał zgoła inną wizję przedstawienia postaci niż koledzy z zespołu, a w szczególności Brian May i Roger Taylor. John Deacon po śmierci Freddiego zupełnie odsunął się od wspólnych produkcji gdyż jak sam stwierdził: Queen bez Fredka to już nie jest Queen.

Freddiego zagrał więc Rami Malek, którego dość dobrze poznałam w serialu Mr Robot. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do jego obsady i miałam dziwne uczucie patrząc na chłopca, który zagrać ma faceta silnego, niezależnego i z ambicjami. Wczoraj w kinie moje zdanie nieco się zmieniło gdyż Malek udźwignął ten ciężar i pociągnął wózek zwany Freddiem. Nawaliła tylko charakteryzacja, bo nie do końca podobał mi się zabieg „uzębienia” twarzy Maleka, aby wyglądał bardziej „Mercurowo”. Czasami wyglądało to dość komicznie i nieco infantylnie. Obsada pozostałych członków nie budzi zastrzeżeń tym bardziej, że aktor grający Briana Maya to istna jego kopia. No klon zwyczajny! Zobaczcie sami.

Wiele niezgodności jest w filmie pod względem chronologii wydarzeń i w ogóle pod względem naginania rzeczywistości. Dla fana, który znał historię zespołu to cios, dla laika może być to wypaczonym obrazem gwiazdy, który utrwali sobie po tak płytkim przedstawieniu postaci.

Nie dajcie się oszukać, że Fred dowiedział się o swojej chorobie przed koncertem Live Aid. To wierutne kłamstwo. Zdarzyło się to jakiś czas po koncercie. W filmie najprawdopodobniej miał być to zabieg spinający czas jaki chcieli opowiedzieć twórcy. Po takim zabiegu oglądając występ Queen na Live Aid w głowie rodzi się myśl: „ależ wielka energia i siła śpiewu, pomyśleć, że miał świadomość swojej choroby”. A nie miał. Zarażony już był, ale nie wiedział.

Nieprawdą też jest, że Fred mieszkał samotnie w wielkim domu, tylko ze swoimi kilkunastoma kotami, albowiem oprócz kotów, których wielkim miłośnikiem był :-) miał służbę, ludzi od kuchni, od ubierania, od sprzątania.

Faktem przeinaczonym jest też historia znajomości Freddiego z jego ostatnim, stałym partnerem – Jimem Huttonem. Nie był on ani kelnerem na jednym z jego przyjęć, ani nie poznali się w tym czasie co film pokazuje. Hutton był fryzjerem i znali się dużo wcześniej. Ponieważ człowiek ten już nie żyje, nie mógł się bronić.

Jednak to nie klasyczna biografia, a wizja dwóch pozostałych członków zespołu. O tym jak bardzo różni się od rzeczywistości i jakie popełniono błędy przy realizacji filmu doskonale obrazuje ten krótki artykuł.

Poza tym niczego więcej nie mogę krytykować, albowiem muzycznie film obronił się w 100%! No i ta początkowa solówka Briana w obrazie wytwórni 20th Century Fox! Bomba muzyczna! Rewelacyjnie wyszła też rekonstrukcja koncertu Live Aid z oryginalnym podkładem muzycznym, choć tu Rami w scenicznej roli trochę słabnie. Brak mu tej charyzmy Freddiego i sił witalnych, energii oraz powera. Ale ogólnie dał radę i zaliczył u mnie egzamin na 4 z dużym plusem.

Osobiście nie umiem wskazać żadnego utworu Queen jako mojego ulubionego, bo każdy z nich wyróżnia się czymś szczególnym. Jednak do „Love of my life” mam szczególny sentyment, dodatkowo do wersji koncertowej z Wembley. Utwór napisany dla Mary Austin, która była początkowo dziewczyną Briana Maya, później Freddiego, a po rozstaniu, do końca jego życia wierna przyjaciółką. Podobno tylko ona wie gdzie rozsypane są prochy Freda.

Film polecam z całego serca!

Tagi: film queen
17:26, sokramka
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 października 2018

Jestem po seansie wszystkich odcinków „Rojsta” w reżyserii Jana Holoubka. Serial jest dostępny na Showmax, ale nie wiem czy gdzieś można jeszcze go zobaczyć. Serial liczy sobie 5 odcinków po 50 minut i to jest niestety mankament, bo czuję wielki niedosyt. Mało. Wciągnęłam się jakbym oglądała polski Twin Peaks. Ktoś może mieć inne odczucia z tym serialem, ale ja właśnie w taki sposób go odebrałam.

Streszczenie i o co w ogóle chodzi w filmie można sobie przeczytać np. na Filmwebie, natomiast ja bym chciała odnieść się do pomysłu, gry aktorskiej i odbioru. Pomysł na morderstwo w małej mieścinie, okraszony nutą tajemniczości przewala się ostatnio w literaturze kryminalnej dość gęsto. Ale serial to co innego. Ogląda się wizję reżysera jego oczami. I ta wizja bardzo mi się spodobała. Treść obsadzona jest w latach ’80, czyli w czasach, które i ja pamiętam. Oglądając poszczególne odcinki, utkwiła mi bardzo w pamięci scena w-fu w klasie ósmej: obleśne dresy i zniechęcona młodzież leniwie wymachująca rękami do pajacyków. W tym momencie otworzyła mi się dziura pamięciowa i moje przygody na szkolnym w-fie.

Dawida Ogrodnika widziałam w wielu rolach, ale potwierdzam, że idzie on aktorsko w dobrym kierunku i rozwija swój talent. Tu, w serialu jako młody dziennikarz, chcący odciąć się od partyjnego tatusia, ucieka z młodą żoną na tzw. „zadupie”, w którym myśli, że odnajdzie swoje małe szczęście. Niestety będąc człowiekiem wrażliwym wplątuje się swoją naiwnością w serię kłopotów.

O tym kto gra tam z aktorów znanych nie będę się rozwodzić ponieważ wszystko można sobie doczytać. Obsada pozwala mi tylko nachwalić reżysera, bo aktorzy są nietuzinkowi i z półki tych „niekomercyjnych”. Bardzo dobrze zagrana jest postać Kulika – aktor Jacek Beler to mistrz mimiki i wczuwania się w graną postać. Ireneusz Czop – którego grą zachwyciłam się po „Pokłosiu”, a potem widziałam w filmie „Jack Strong” gra tutaj pana prokuratora, który w miasteczku może wiele. Trochę mało Fronczewskiego – myślałam, że odegra w tym serialu jakąś większą rolę, no i rewelacyjny Marek Dyjak w roli rzeźnika. Klasa sama w sobie, mimo, że zagrał krótko i niewiele mówił.

Zdecydowanie czuć malizną, a patrząc po finałowym odcinku – nie sądzę, żeby reżyser pozwolił sobie na następne sezony. Trochę się tego ciała pokładło no i o czym miałyby być dalsze odcinki? Ale generalnie ogląda się bez znudzenia, wciągają mroczne lasy, trochę magii, wierzeń, przeraźliwej powojennej historii i serial na ocenę „mocne 8” gotowy. Polecam!

Zapomniałam dodać: muzyka! Wspaniale dobrana: jest i Andrzej Rybiński ze swoim jednym, wielkim przebojem, jest i Krystyna Prońko, ale słyszymy też w tle Rezerwat. Smaczku dodaje tło stylizowane na lata '80. To jest dopiero doznanie estetyczne :-) 

Tagi: film
08:17, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 24 października 2018

Ech wy, ludzie, co nie rozumiecie, jak to można „nie chcieć” chodzić do szkoły. Co nie potraficie pojąć, że czasem ciężko jest wystawić własną nogę z łóżka. Co uważacie, że lenistwo to cecha rozkapryszonego bachora i że „nie chcieć” to nie znaczy „moja fanaberia”.

Nienawidzę ludzi, którzy są niedouczeni, a wymądrzają się jakby byli specjalistami w danej materii i pouczają mnie jak mam postępować z własnym dzieckiem. Jest mi przykro, że głębokie marzenia i snucie zaiste magicznych planów przez nastolatkę jest traktowane przez innych niepoważnie. Oczywiście nie przez wszystkich.

Jesteśmy po pierwszej wizycie w poradni u rejonowego psychologa opiekującego się podstawówką mojej córki. Dobrze trafiony ponieważ jest to pani doktor, którą znam od lat i która kiedyś wspomagała mnie przy wyczynach najmłodszego z moich pasierbów. Część tych przygód opisana jest jeszcze na zielonym blogu.

Jutro moja córka ma iść normalnie do szkoły. Wiemy obie, że musi, ale obie też zdajemy sobie sprawę z tego, że będzie to ciężkie.

W planach ma mieć rozpisany indywidualny tok nauczania z zindywidualizowanym planem lekcji. Na część zajęć będzie musiała uczęszczać z innymi, a na części będzie miała zajęcia face to face z nauczycielem prowadzącym.

Zapomniałam również wspomnieć, że Mania ma przepisane leki. Nazywa je „tabletkami szczęścia”, choć mówi, że wie, że nie zawsze to tak działa. Mimo wszystko uśmiecha się i szaleje z kotami w domowych pieleszach.

Tagi: córka
17:55, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 października 2018

Wolny dzień piątkowy przeznaczyłam w pełni na córkę. Mania była umówiona na wizytę u lekarza psychiatry, specjalizującym się w problemach dzieci i młodzieży. Znałam tą panią doktor ponieważ kiedy przechodziłam swoje problemy, poradnia skierowała mnie właśnie do niej. Okazało się, że i Mania poczuła chemię do tego lekarza. Wizyta trwała 1,5 godz. podczas której doktor przeprowadziła wywiad środowiskowy i postawiła wstępną diagnozę. Broniłam się od samego początku, aby moje dziecko nie otrzymało wskazań do nauczania indywidualnego, ale jednak okazało się, że taki papier został wystawiony. Jednakże nie będzie to wyglądać jak się może innym wydaje – że nauczyciel przychodzi do domu i naucza dziecko, nie, nie. Mania będzie musiała chodzić do szkoły i jako wolny słuchacz uczestniczyć we wszystkich planowanych zajęciach. Inaczej będzie wyglądać jednak samo zaliczanie przedmiotów. Otóż wszelkie odpytywania, sprawdziany czy kartkówki będzie zdawać poza klasą, w dogodnych dla nauczyciela godzinach. Np. w okienku religii, na którą moja córka nie chodzi, albo po lekcjach. Zobaczymy.

Mania bardzo się ucieszyła, miała dziś za zadanie zanieść wspomniany papier do swojej wychowawczyni. Nie uczyniła tego. Płakała mi w słuchawkę, że ona nie wie dlaczego, ale nie poszła do szkoły i już. W dniu jutrzejszym postanowiłam spóźnić się do pracy, a w zamian zawieźć córkę do szkoły oraz papier i porozmawiać z wychowawczynią. Poza szkołą Mania spotyka się normalnie z koleżankami z klasy, ale są to zazwyczaj dwie, trzy zaufane osoby. Jej przyjaciółką jest dwa lata starsza dziewczynka mieszkająca trzy przecznice dalej.

Miałam też nie chwalić się w pracy mojej współlokatorce piątkowymi wydarzeniami, choć i tak wie, że moja córka do szkoły chodzi okrężnymi drogami. Mamy dzieci w podobnym wieku i często ten temat jest jedynym, który udaje się nam poruszać. Dziś spytana „jak po weekendzie” postanowiłam przyznać się, że byłam u młodzieżowego psychiatry. Liczyłam jednak na trochę inteligencji w tej kobiecej głowie, ale bardzo się zawiodłam. Usłyszałam, że to chyba przeze mnie, bo jeśli ja jestem aspołeczna, nie lubię się integrować, to moja córka widzi matki zachowanie i postępuje podobnie. Że to dziwne co najmniej, że 12 letnia dziewczynka nie chce wygłupiać się z koleżankami na korytarzu szkolnym, tylko woli siedzieć ze słuchawkami na uszach i czytać swoje ulubione książki. Powiedziane to było wszystko w sposób spokojny i łagodny, ale jednak dosadny. Zabolało.

Nie będę się zmieniać tylko dlatego, że kilka osób, z którymi muszę współpracować ma inny światopogląd niż ja. To nie moja wina, że nie trafiłam na środowisko bliskie moim poglądom. Koleżanka spytała się: a jak ty sobie radziłaś na studiach? Przecież musiałaś je jakoś skończyć? Przebywając w tak wielkim gronie słuchaczy jak to jest być takim „odludkiem”? Sprowokowana do rozmowy powiedziałam bez zastanowienia: na studiach kolegowałam się z grupą, która mi odpowiadała i z którą doskonale się dogadywałam. Współlokatorka zamilkła. Chyba też ją ubodło, choć rozmowy nasze zawsze prowadzone są zawsze w atmosferze kultury i spokoju, a co tam sobie ona o mnie myśli poza pracą to już mnie gucio obchodzi.

Wracając do tematu psychiatry ucieszyłam się podwójnie po wizycie, bo pani doktor powiedziała, że napisze do Sądu pismo o przymusowe leczenie dziadka – alkoholika. Ponieważ jego zachowanie ma destrukcyjny wpływ na rozwój wnuczki. Oczywiście nikt nie sprawdzi czy ma, czy nie ma (może ma), ale adres ten sam i powód do leczenia teścia jakiś jest zawsze.

Nigdy o nic się nie prosiłam, ale teraz jakoś dziwnie potrzebuję wsparcia. Moja córka nie jest nienormalna, ja chyba też nie, ale coś nie gra, coś nie iskrzy i coś jest pod górę. Proszę, trzymajcie za nas kciuki. Najbardziej chciałabym, żeby córka przestała się bać i żeby traktowała szkołę nawet jako zło, ale konieczne, bo to, że ma lekkie fobie i stany lękowe zostało wpisane w zaświadczenie.

Tagi: córka
16:25, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 października 2018

Lubię czasem we własnej kuchni prowadzić filozoficzne dyskusje na różne tematy. Lubię też czasem jak mój Pierworodny uczestniczy w tych dyskusjach, bo wiele mądrego ma do powiedzenia i najczęściej sprzecza się z Szanownym. Zazwyczaj moje chłopy mają odmienne zdanie, ale obserwacja tych różnic strasznie mnie bawi. Nie ma w tym nic zdrożnego, wulgarnego, agresywnego – ot dwaj panowie próbują się wzajemnie przekonać, który ma rację. Mój syn często sypie argumentami książkowymi, popartymi jakimiś dowodami, relacjami, publikacjami, których się naczytał, natomiast mój mąż argumentuje swoje racje doświadczeniem i sytuacjami, w których się znalazł.

Wczorajszy wieczór dotyczył… atmosfery w pracy. Zaczęło się od moich opowieści na temat służbowej kawki organizowanej codziennie w dziale, w którym pracuję. Podkreślałam, że na początku jakoś to mogłam znieść, ale z czasem stało się to dla mnie męczące i nie mam ochoty codziennie o stałej porze odrywać się od wyznaczonych sobie zadań i opowiadać co będę gotować na obiad, albo jakie buty sobie ostatnio kupiłam. Do tego tematy rozmów diametralnie odbiegają od moich zainteresowań i spojrzenia na świat. Nie umiem zachwycać się nowym złotym łańcuszkiem koleżanki, nie zwracam też uwagi (jak inne) na „za krótką spódnicę Iksińskiej”. Dlatego też najczęściej siedzę i przytakuję albo i nie. Bezproduktywnie wytrącam minuty z cennego czasu. Dodam tylko, że odprawy służbowe, gdzie poruszamy sprawy sekcji odbywają się osobno, raz w tygodniu.

Mój mąż stwierdził, że niestety, ale jest to sfera budżetowa i takie „opierdalanki” służbowe występowały za komuny i to pozostało w miejscu, w którym pracuję. Że przerwa na kawę kiedyś w urzędzie była święta i nic się nie załatwiło, dopóki szanowna pani urzędniczka nie skończyła tej przerwy. Że kawa, papierosek i ploteczki były nieodzownym elementem codziennej pracy pań pracujących w biurach. Na co mój syn postawił kontrę, zupełnie nie zgadzając się z tezą Szanownego i jego analiza mojej atmosfery z pracy otarła się o… korpo.

Pierworodny wywnioskował, że takie zachowanie mojego kierownika i akceptacja tego procederu przez jego zastępczynię wynikają z nowego modelu zarządzania ludźmi. Że aktualnie „korpo” to już nie są białe kołnierzyki, rozliczane z indywidualnego wyniku pracy ponad normę, tylko próba zrobienia z pracownika swojego przyjaciela, a nawet coś w rodzaju członka „rodziny”. Że teraz nowoczesny szef korpo musi znać prywatne życie swoich pracowników, żeby np. w czasie tragicznego zdarzenia  pocieszyć go, wesprzeć, albo jeśli stanie się coś dobrego, żeby razem z pracownikiem świętować radość.

I tu mała dygresja: niedawno szefowi szefów naszej instytucji zmarł teść. Poszła fama po całej jednostce. Wyznaczono delegację składającą się z trzech osób w celu pojechania na pogrzeb. Do tego zbierane były datki na wieniec. Oczywiście z zastrzeżeniem, że są nieobowiązkowe. Ja nie dałam, ale uniknęłam tego w sposób bardzo dyplomatyczny, tak, że moje koleżanki z działu nawet nie wiedziały, że się wyłamałam. O sensie takiego postępowania nie będę pisać, bo moim skromnym zdaniem to wszystko zależy od człowieka. Ja czułabym się idiotycznie gdyby zakład pracy zrzucił się na wieniec pogrzebowy dla zmarłej mi osoby. To moja osobista sprawa jak będę przechodzić to wydarzenie.

Tak więc rozmowa rodzinna trwała prawie 2 godziny, bo zaczęliśmy zahaczać o wiele tematów, które jak gałęzie drzewa wychodziły po drodze, w trakcie dyskusji. Było też o schodach ruchomych, na których musimy odpowiednio się zachować, o podziale na stronę dla stojących i stronę dla idących szybciej. Mój mąż nie jest w stanie tego zrozumieć i nawet ja próbowałam go przekonać, że wynika to z kultury i że jeśli ktoś ma ochotę stać na schodach ruchomych, niech stoi, ale niech nie blokuje drogi przejścia tym, którzy chcą zrobić to szybciej. Szanownego teza polega zaszufladkowaniu schodów ruchomych do „przewożenia”, bo są „ruchome”, a nie bo są „schodami” :-)

Potem była polityka w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi i tu – mimo wspólnego stanowiska co do kierunku naszych politycznych myśli – też było wiele argumentów różniących się od siebie, co do sposobu wyboru. Bo np. mój syn jest przekonany, że pierwsza tura wyborów na prezydenta miasta jest turą, gdzie możesz oddać głos na dowolnego kandydata (zgodnie z przekonaniami), bo i tak żaden z kandydatów nie osiągnie 50+1%, żeby wygrał. A druga tura jest właśnie wyborem na „mniejsze zło” pomiędzy dwoma kandydaturami. Natomiast mój mąż uważa, że już w pierwszej turze należy wykluczyć dojście do podium złu i głosować za tym, który ma największe poparcie po tej lepszej stronie.

Nie ukrywam, że wszyscy we trójkę jesteśmy przeciwni, aby pan Byle-Jaki rządził stolicą i w tym zakresie jesteśmy zgodni.

A jutro mam dzień wolny w związku z terapią Mani. Zapewne powstanie o tym jakiś wpis tematyczny.

Tagi: Mąż praca syn
08:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
środa, 03 października 2018

Nie piszę ostatnio ponieważ nie dzieje się dobrze i chcę uniknąć publicznego umartwiania się nad sobą. Po pierwsze: pijany teść, który doprowadza mnie i Szanownego do rozstrojów nerwowych swoja postawą, zachowaniem i brakiem umiaru. Ten umysł już się skończył i nie widać poprawy. Ten typ już kroczy ku samounicestwieniu i z tej drogi powrotu już nie ma. Dziadek ma zaniki pamięci, wpiera innym sytuacje, który nie miały miejsca, które sobie wyobraził. Przebił mi kolejny raz opony, a jak został tym razem przyłapany na gorącym uczynku, stwierdził, że chciał sobie gałązkę uciąć do wazonu. Tylko pytanie: skąd? Z trawy? Wylądował parę dni temu w szpitalu, bo podobno zemdlał w aptece i ludzie wezwali do niego karetkę. Zrobili mu badania i okazało się, że ma marskość wątroby, anemię, niedożywienie, wysoki cukier i wiele innych złych wyników. To już jest chodzący zgon.

Po drugie: kłopoty szkolne Mani. Nie ustają, a wręcz zaczynają przybierać świadomą postać u dorastającej nastolatki z brakiem energii i tendencją do depresyjnych myśli. Może to i moja wina? Napiszę tylko, że wróciliśmy na drogę wsparcia korzystając z pomocy mojej kochanej koleżanki Bezcielesnej. To dzięki jej koleżankom, znajomym znajomych, będziemy teraz uczęszczać na terapię rodzinną, która już rozpoczęła się jedną, długą wizytą. W podsumowaniu wszyscy troje jesteśmy z pani psycholog zadowoleni, bo to jest chyba nareszcie ten specjalista, który dosłownie czyta w naszych umysłach. A ja już nie mam siły walczyć ze słabościami mojego dziecka.

Moje robótki stanęły w martwym punkcie. Przyszykowałam do wysyłki ostatnie rękawiczki w prezencie, ale jak zobaczyłam jak cudnie koleżanka wydziergała poszewki na podusie to mi się wstyd zrobiło, że te rękawiczki mogą się jej nie spodobać. Trzymam więc w aucie przesyłkę gotową do puszczenia i muszę się w końcu zdecydować ją wysłać.

Kolejną robótką jest serweta na nowe mieszkanie innej koleżanki. Plan był dobry, zamierzenia wspaniałe, tylko jak oko zaczęło patrzeć na rosnący twór, okazało się, że coś znowu nie pasuje. Jakieś takie brzydkie, wychodzi nie to, co się miało w wyobrażeniach.

Światełkiem w tunelu mroku może być moja kolejna zmiana pracy, tym razem na lepszą, dwa razy więcej płatną (!), z dojazdem do centrum miasta. W końcu będę miała gdzie i kiedy czytać książki. Ale sprawy są na razie w powijakach i nie znam szczegółów. Jestem za to „wciągnięta” do listy pewnych kandydatów na dane stanowisko. Mam czekać na sygnał, który zabrzmi może z końcem roku…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62