Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 18 stycznia 2017

Poniedziałek był dla mnie dniem wolnym od pracy ponieważ już jakiś czas temu zapisałam się do stomatologa na zdjęcie osadu i kamienia z zębów. Staram się to robić regularnie, a niestety przez ostatnią niszę finansową zaniedbałam moje zębiska i kamienia było mnóstwo. Siedziałam na fotelu ponad 50 min.

Do dentysty lubię chodzić. Może to dlatego, że zębinę mam mocną i w wieku 42 lat mam dwie plomby i jeden ubytek, który i tak został mi wyrwany przez głupotę. Mógł być leczony.

Kiedy kamień został zdjęty postanowiłam zapisać się na następną wizytę, podczas której wezmę się za leczenie małej próchnicy. Potem piaskowanie i na końcu lakierowanie. Będą ząbki jak perełki ;-) Chodzę do takiej przychodni, która ma podpisaną umowę z NFZ. Terminy ma około miesięczne, niektóre usługi w ramach ubezpieczenia, a niektóre za kasę. Staram się mieszać te usługi i np. plomby biorę białe, światłoutwardzalne, za kasę.

Wiem, że swoim wpisem mogę wkurzać tych, którzy zmagają się z problemami zębowymi, bardzo przepraszam, ale to jest chyba jedyna rzecz w moim organizmie, z której jestem naprawdę dumna i dzięki której nie popadam w nadmierne kompleksy. Moje zęby powodują, że uśmiecham się od ucha do ucha, mogę gryźć, zgrzytać i kąsać ;-) bez zbędnych problemów. Jako nastolatka otwierałam butelki z piwem za pomocą zębów (moich) :-)))))) Teraz pukam się w głowę z powodu głupoty jaka mi wtedy towarzyszyła.

Z moich dzieci tylko Pierworodny odziedziczył po mamusi dobrą kość zębową. Mania ma niestety ząbki po tatusiu. Słabe i żółte. Ale jedno, co mi się udało w sprawie stomatologicznej, to nauczenie moich dzieci, że dentysta to taki sam lekarz jak internista czy laryngolog. Dlatego też i Mania i Pierworodny siadają na fotelach bez lęku ;-)

wtorek, 17 stycznia 2017

Moja córka dziś kończy 11 lat. W zasadzie to jeszcze dziecko, ale już wchodzące w dział "nastolatki". Największy problem oprócz gry hormonów i ukazujących się co i raz fochów mam z ubraniem jej.

Kupując jej buty na początku sezonu byłam świadoma, że jako JESZCZE dziecko zdąży je zniszczyć nim sezon się skończy. Tak się właśnie stało. To znaczy buty są jeszcze ok, ale wyglądają jakby po nich przeszło stado żubrów ;-) W związku z tym, postanowiłam podczas weekendu pobiegać z nią po sklepach i skorzystać z zimowych wyprzedaży, planując kupno butów dla niej. Niestety, oferta dla dzieci kończy się na rozmiarze 35, natomiast wszystko co na Manię jest dobre, to buty albo na obcasie, albo na koturnie, albo w takim stylu, że moja córka mówi, że "jak dla starych bab" ;-)

Moje dziecko ma rozmiar 39/40. Wskakuje swobodnie w moje obuwie. Kiedy pojechaliśmy na wspólne wakacje, okazało się, że tenisówki, które spakowałam dla niej są na nią za małe. Oddałam jej swoje, świeżo kupione specjalnie na wyjazd. No cóż - dzieci rosną. A jeszcze niedawno przyjmowałam z rozkoszą wszelkie ubranka na małą dziewczynkę. Dziś już śmiało chodzę z nią po sklepach dla dorosłych i wybieram rozmiar ubrań 38/40.

Dziewczę moje ma już prawie 160 cm wzrostu i jakoś nie zamierza na tym poprzestać. Rośnie wzwyż i najgorsze, że wszerz też. Mam cichą nadzieję, że kiedy przyjdzie wiosna i Mania zacznie się więcej ruszać jej waga przełoży się na wzrost.

Tymczasem butów nie kupiłyśmy i myślę sobie, że sroga zima nas już nie dopadnie, bo w tym co zostało Mani na nogach niedługo już pobiega.

Tagi: córka sklepy
09:52, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2017

A teraz pochwalę się dziełem Szanownego :-) innych też trzeba chwalić.

Tak więc poniżej zamieszczam wieszak na klucze, którego strasznie mi brakowało w naszym przedpokoju, bo kluczy mamy dużo i wiele i w ogóle ;-)

Pomysł i szkic jest mój, wykonanie, czyli - wycięcie, pomalowanie, zalakierowanie, wbicie haczyków i przymocowanie do ściany jest autorstwa mojego męża.

Także i o:

 

wtorek, 10 stycznia 2017

W niedzielę dowiedziałam się o śmierci znajomej. Dziewczyna była z rocznika '83. Pracowała z moim Bratem. W zeszłym roku okazało się, że ma jakiegoś guza mózgu. Przeszła operację, odjęli jej część czaszki... Mimo tego ona sama pozostawała do samego końca w dobrym nastroju. Nawet jak po operacji mówili jej, że rak nie lubi słodyczy i żeby je ograniczyła, ona jadła je mimo ostrzeżeń ponieważ bardzo je lubiła.

Przyznam się szczerze, że gdy się o tym dowiedziałam przeszły mi ciarki po plecach. Gdyby istniał jakiś algorytm na umieranie na pewno byłoby mi łatwiej to przyswoić. A tak: dziś człowiek jest - jutro go nie ma :-(

Rozmawiałam z moim Bratem na temat śmierci tej dziewczyny. Stwierdziłam, że to niesprawiedliwe: ona młoda, ładna, wykształcona, znała języki, miała podwójne obywatelstwo, miłośniczka zwierząt, do tego światopoglądem bliska mnie: ateistka. W związku homoseksualnym, prowadząca normalne, spokojne, ustabilizowane życie. Mój Brat tylko mnie spytał: a nasza Mama? czy to było sprawiedliwe? A inni umierający zbyt wcześnie? Takie życie....

Zeszły rok był tragicznie śmiertelny. Ten zaczął już żniwa. Jest mi tak cholernie żal tej dziewczyny, jej rodziny, jej "żony", tego co zostawiła.

Pogrzeb w środę...

07:51, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

Ostatni taki długi weekend właśnie minął, teraz długo, długo nic, aż do kwietnia ;-) Rozochoceni rozleniwieniem postanowiliśmy kontynuować tę nową tradycję domową i siedzieliśmy w domu całe trzy dni. Może to wynikało też z aury panującej na zewnątrz, bo nawet moje koty przespały mróz w naszej łazience - mamy tam ogrzewanie podłogowe :-D Nie pojechaliśmy po materiał na łóżko dla Mani, ale za to robiliśmy inne rzeczy. Szanowny wykonał wieszak na klucze do przedpokoju, jak będzie gotowy (lakier schnie) to się nim pochwalę. Ja zaś wydziergałam mitenki dla Mani, bo mi pozazdrościła moich, zrobionych na szydełku.

Pierworodny wyjechał ze swoją drużyną na cały weekend, a dziadek również opuścił swoje mieszkanie jadąc jak zwykle do narzeczonej. I tu bym chciała wtrącić odpowiedź dla jol-ene: teść może i chciałby zamieszkać ze swoją kobietą, ale ona tego nie chce. Po pierwsze jest świadoma alkoholizmu dziadka i chyba nie chce się z tym problemem użerać. Po drugie narzeczona dziadka ma bardzo wysoką rentę po swoim pierwszym, zmarłym mężu i kiedyś opowiadała, że nie chce jej stracić. Ta emerytura jest po obywatelu USA i tam chyba są inne uwarunkowania jej otrzymywania. Wiem, że jeśli chce nadal te pieniądze pobierać nie może wyjść za mąż. Być może zamieszkanie z kimś na stałe wiązałoby się ze strachem przed stratą kasy. Nie wiem.

A poniżej mitenki szydełkowe, które widzicie dwa razy ;-) pierwszy i ostatni. Sprułam je bowiem i z tej włóczki robię inne, na pięciu drutach.

A mitenki granatowe są wykonane metodą pięciu drutów :-) bez szwów, na okrągło. Są wydzierganie dla Mani i już dziś pobiegła w nich do szkoły.

Miłego dnia!

środa, 04 stycznia 2017

Przed świętami dziadek wyjechał ze swoja narzeczoną do sanatorium. W tym czasie był taki błogi spokój, że przemknęła mi nawet myśl, że nie przejęłabym się, gdyby teścia nie było już zawsze.....

Wczoraj pojawił się wczesnym popołudniem i zadzwonił do Szanownego, że syn mógłby ojca odwiedzić i pogadać. Szanowny przystał na propozycję i zaraz po powrocie z pracy poszedł na stronę dziadka. Zdziwił się jednak, bowiem chałupa była zamknięta, a w oknach widniała ciemność. Mąż mój wykonał więc telefon do swojego ojca i po chwili usłyszał niezrozumiały bełkot, który ogólnie informował Szanownego, że "właśnie się położyłem, bo taki zmęczony jestem i chcę iść spać". Oczywiście słowa te wypowiedziane były już po wypiciu dobrej ilości alkoholu i nie sposób było dogadać się z teściem.

W nocy w okolicach pierwszej słyszeliśmy zza drzwi łomot i rozmowy. Ojciec dzwonił do jakichś swoich znajomków i przepraszał, że obudził, ale "może byśmy się jutro zobaczyli?"...

Za długo był spokój. Wiedziałam, że dziadek musi odreagować dwa tygodnie abstynencji i po powrocie do domu musi się nachlać jak meserszmit. Doszłam do wniosku, że teraz albo zapije się na śmierć, albo zrobi sobie jakąś krzywdę zdrowotną (cukrzyk). Już mi się nie chce o tym myśleć.

A niedługo Dzień Babci i Dziadka. Teść będzie zapewne wymagał zainteresowania i życzeń od swojej wnuczki, a ja jak co roku będę namawiać Manię do zrobienia jakiejś laurki. W końcu ma tylko jednego dziadka i żadnej babci.

wtorek, 03 stycznia 2017

Czas zacząć nowy rozdział, choć dzień jak każdy poprzedni niczym szczególnym się nie wyróżnia. Sylwestra spędziliśmy w ambasadzie japońskiej - to znaczy w kimono i spać :-)))) Gdzieś usłyszałam ten tekst i strasznie mi się spodobał. Ledwo wytrzymaliśmy do północy, ale nie ma się czemu dziwić - oboje budzimy się codziennie skoro świt. Organizm przyzwyczajony. Mania oczywiście siedziała dłużej, Pierworodny też, choć miał zaproszenie na jakąś imprezę w gronie swoich znajomych, to jednak został w domu.

Petard wiele nie było w naszej okolicy, ludzie albo powyjeżdżali, albo zmądrzeli i nie chcieli straszyć zwierząt. My tez nie strzelaliśmy.

A dzień pierwszego stycznia okazał się dniem totalnego lenistwa, co w moim przypadku jest co najmniej dziwne ;-) Nawet nie umyłam zębów, nie ubrałam sie i nie czesałam :-D ale było fajnie - beznadziejnie leniwie i najważniejsze - NIC nie musiałam. Robiłam to, co chciałam, np. kończyłam komin na drutach, o którym wspominałam jakiś czas temu oraz przeglądałam filmiki na YT zawierające jakieś fajne wzory na szydełko i druty.

Z przyjemności: zaczęłam również ją czerpać z posiadania nowego telewizora zakupionego Szanownemu w ramach prezentu świątecznego. Telewizor jest bardzo duży, bardzo płaski i ma zainstalowany Netflix. Miesiąc mamy darmowy, ale już się z Pierworodnym umówiłam, że za abonament będziemy płacić wspólnie ponieważ i on i ja (i Mania) mamy z tego przyjemność. Netflix posiada szeroką gamę filmów i seriali, które można sobie wieczorem zarzucić zamieniając wieczorny czas rozrywką zamiast papki telewizyjnej, która sączy się z popularnych kanałów. Wczoraj obejrzeliśmy "Jestem Bogiem" z Bradleyem Cooperem, wcześniej zarzuciłam "Wielkiego Gatsbiego" z DiCaprio, a Mania szaleje za filmowymi bajkami w typie "Królewny śnieżki" z Julią Roberts. Mój Syn siedzi przed serialami i to samo proponuje mnie. Nie mam czasu na takie rzeczy, bo praktycznie po przyjściu z pracy wieczór spędzam w kuchni, a filmy z Szanownym oglądamy już w łóżku. Ale przyznam szczerze, że takie technologiczne usprawnienia potrafią uprzyjemnić wspólne chwile.

A na koniec obiecane twory. Łapki kuchenne (prezent) i wzór mojego nowego komina, który juz skończyłam i przymierzam się do wykonania z tej samej włóczki pary mitenek.

Dobrego Nowego Roku!

czwartek, 29 grudnia 2016

No właśnie - te kilka dni wolnego, trochę przedłużony weekend, a jednak takie dni, podczas których mogą się zdarzyć rzeczy niespotykane w ciągu roku. 

U nas nie ma czegoś takiego jak kolacja wigilijna. Owszem - choinkę ubiera Szanowny z Manią, ale ja nie szykuję żadnych specjałów na stół. A ostatnio nawet postanowiłam tylko zrobić dobry obiad i w spokoju zjeść go we czwórkę, jak nigdy. Dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium więc nikomu i z niczego nie musiałam się tłumaczyć. Nareszcie czas spędziliśmy tak naprawdę po naszemu. Miło, spokojnie, z prezentami, które sami sobie wybraliśmy i sami się nimi obdarowaliśmy. 

Muszę też przyznać, że w tym roku mój syn chyba poczuł zew wolności i jakieś dziwne parcie na kuchnię, albowiem sam przygotował dwa ciasta na ten świąteczny weekend, a od wczoraj pichci jakieś dwie kolejne pyszności na pożegnanie koleżanki z hufca ;-) Szacun dla Pierworodnego!

Natomiast w niedzielę odwiedził Szanownego jego najmłodszy syn ze swoją kobietą i dzieckiem, które urodziło się w sierpniu. Szanowny widział wnuczka po raz pierwszy. Najgorsze z tej wizyty było okraszenie jej... wódką. Tak, tak, kolejny raz ostro wyraziłam swoje zdanie na temat tego alkoholu. Synuś przyniósł flaszkę do obalenia razem z tatusiem. Potem pojawił się najstarszy z moich pasierbów ze swoją rodzinką, a ja udałam, że baaaaaardzo mnie boli głowa i poszłam czytać do Maniutkowego pokoju. 

Ech najchętniej to bym chciała, żeby całą wódę świata zalało morze i żeby jej nigdy nie było, a jedynym alkoholem dostępnym dla ludzi było piwo i wino. Nie wiem dlaczego akurat do wódki mam taką awersję. Mój mąż nie jest alkoholikiem, wódkę pije właśnie raz w roku i jest po niej wesoły i niesamowicie wygadany, czego nie można o nim powiedzieć kiedy jest trzeźwy ;-) Ale ten konkretny alkohol nie pasuje mi do żadnej okazji. A jeszcze jak zobaczyłam, że piją oboje młodzi rodzice (!) tego najświeższego malucha, to doznałam szoku. Do tego oboje palący.

To niby nie moje małpy i nie mój cyrk, ale zauważyłam jak dziwnie łączą się ludzie w pary: moja Mama uciekła z rodzinnego domu w małżeństwo, w którym nie mogła dogadać się pod względem intelektualnym, chociaż czarę goryczy przelała przemoc ojca wobec mojej Mamy. Rozwiodła się. Moja teściowa - kobieta wykształcona, z dobrego, bogatego domu, związała się z człowiekiem ze wsi, mimo oporów i sprzeciwów jej opiekunki. Gdyby nie fakt, że teściowa była kobietą niezwykle ugodową, zapewne też by się rozwiedli ze względów intelektualno-kulturowych. Następnie mój mąż ożenił się z kobieta niezwykle religijną, prostą, z małego miasteczka, której edukacja zakończyła się na szkole zawodowej i zapewne do dziś pani przejawia strach przed zabobonami, a nauka czy nowości techniczne są dla niej obce (wiem, że nie posiada nawet adresu mailowego). Rozwiedli się. A ich synowie - każdy ma kobietę inną, z różnych środowisk, jednak są to dziewczyny proste, nie przejawiające żadnych ambicji. No, może Blondyna Scareface'a jest kobietą o szerszym horyzoncie myślowym, jakieś tam studia chciała podejmować, ale urodziło się dziecko i siedzi teraz w domu. 

Patrzę na dzieci mojego męża i jestem zadziwiona. Porównując ich do mojego syna widzę ogromny mur, choć żaden z nich nie jest ani złodziejem (no, jeden był...) ani narkomanem, porobili dzieci, pracują na te dzieci i w miarę możliwości się tym swoim domem zajmują. Nic szczególnego, nic specjalnego, żadnych ambicji, marzeń, pasji, hobby. Mój syn kiedyś został nazwany przez dziadka "pedałem". "On to chyba jakiś pedał jest, bo dziewczyny jeszcze nie ma". Strasznie mnie to zabolało, bo wyszła z dziadka zaściankowość i patrzenie na życie przez pryzmat stereotypów.  

Na szczęście głos teścia nie będzie słyszalny aż do 5 stycznia i chwała mu za to :-) 

W poniedziałek wzięłam się za maszynę i uszyłam prezent właśnie dla jednej z moich synoch, która wg mnie jest z nich trzech najbardziej "ludzka". To łapki kuchenne, które już wiszą na Insta. Powiesiłam też nasze zdjęcia z ostatnich wakacji w dużej ramce, a z chłopem rozplanowaliśmy wykonanie łóżka dla Mani, do którego jakiś czas temu zakupiliśmy sam materac. W najbliższą sobotę zapewne pojedziemy po dechy. 

Mam cały tydzień urlopu międzyświątecznego. Do pracy idę dopiero w nowym roku. Mimo to wstaje najpóźniej o 7.00 bo dzień wtedy zupełnie inaczej się układa. O 12.00 mam już zrobione pranie, zmywanie, przykładam się też do dawno nie trzymanych drutów i włóczki (mam w planach szalik). No i oczywiście w międzyczasie pisanie pracy magisterskiej pochłania moje wolne minuty. Aktualnie czytam też drugi tom Krugera autorstwa Marcina Ciszewskiego. Bardzo długo na tę pozycję czekałam i już prawie zapomniałam co się działo w pierwszym tomie ;-) 

W każdym razie zaraz będziemy starsi o kolejny rok. I oby ten 2017 był milszy od tego cholernego 2016, podczas którego zgasły wielkie gwiazdy i osobistości oraz w czasie którego Polska rozbiła się na dwa wrogie sobie obozy. 

piątek, 23 grudnia 2016

A gdyby tak bojkotować sklepy sprzedające żywe karpie? Sorry za wpis o rybach, ale już nie mogę.

Tradycja polską jest jedzenie na wigilię karpia. Najpierw jednak trzeba go zakupić, najlepiej żywego, aby potem móc go utłuc w wannie, poszatkować na dzwonka i usmażyć lub włożyć pod galaretę.

To nie jest moja tradycja. Nigdy nie była - Mama nie lubiła karpia i go nie kupowała - ja mam podobnie. Obrzydzenie mnie bierze i wstręt ogarnia kiedy widzę w sklepach te "wanny" pełne karpi, które zgniecione między sobą jak sardynki w puszce próbują łapać dostępne powietrze w wodzie. Potem taka ekspedientka wyławia dla klienta jednego z tych karpi, waży i ... wkłada w reklamówkę. Droga tej ryby ze sklepowej wanny do domowej wanny jest straszna. Ludzie najczęściej rzucają rybę do koszyka pomiędzy inne zakupy i zwierze szamocząc się w reklamówce zdycha w męczarniach.

Oj tam, oj tam, ktoś napisze - to "tylko" ryba, to tradycja, tak było zawsze.

Ok. Ale jesteśmy ludźmi. Uczymy się, ewoluujemy. Nasze zachowanie od wieków się zmienia. Gdybyśmy chcieli utrzymywać wieloletnią tradycję, to mężczyźni zdobywaliby nas, kobiety, waląc pałką w łeb i szarpiąc do domu za włosy.

Ewolucja kulturowa to także inne spojrzenie na rytualne uboje zwierząt. To nie powinno się dziać w XXI wieku. Nie mówię, że każdy od dziś ma zostać wegetarianinem, bo człowiek ma żuchwę przystosowaną do gryzienia mięsa, ale może w przyszłości się okazać, że poddani ewolucji ;-) zaczniemy stosować inne diety, np. pastylkowe i nasze zęby zmienią kształt.

Drodzy, jedzcie sobie te karpie, ale nie kupujcie ich żywych. Nie każcie dzieciom patrzeć jak zwierze poddawane jest nieludzkiemu traktowaniu. Ja też jadam mięsko i ostatnio nawet obrabiałam półtuszę wieprzową, z której mam zapas wędlin i kiełbas. Ale wiem, że świniak był ubity w sposób humanitarny, a nie zadźgany za stodołą przez pijanego chłopa.

Moja koleżanka, która mięsko lubi jeść jak mało kto, ma taką teorię, która deczko ją usprawiedliwia w tym uwielbieniu wieprzowiny. Twierdzi, że świnki rosną na drzewach i dojrzewające spadają na ziemię, gotowe do zjedzenia ;-)

Za wegetarianina się nie uważam, myślę też, że niejedzenie mięsa i ryb wiąże się ściśle z wyznawaniem jakiejś ideologii, do której mi daleko. Ale przestrzeganie humanitarnych zasad współżycia ze światem zwierzęcym chyba nie jest mi obce. Karpie żyją i czują, to, że nie wydają głosu nie upoważnia nas, ludzi, do tak obrzydliwego ich traktowania.

08:22, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53