Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 09 stycznia 2018

Wiecie co? Wysłałam do nowego/starego wujka przed świętami kartkę zrobioną własnoręcznie. Napisałam w niej życzenia wierszowane (własnomyślnie) i uśmiechałam się z dobrze popełnionego uczynku. 

Dziś odebrałam na poczcie przesyłkę, której się nie spodziewałam. Miała kształt tuby, a po rozpakowaniu z szarego papieru zobaczyłam prezent w postaci kalendarza na cały rok z rysunkami zwierząt. Są tam lisy, sowy, myszy polne i inne leśne stworzenia. Wszystkie te rysunki są autorstwa mojego nowego/starego wujka. 

Doznałam miłego szoku.

Nie wiem czy ktoś z Was kiedyś przeżywał coś podobnego. Ja się bowiem czuję dziwnie. Odkrywam jakąś część siebie, której nie znałam do tej pory. Odnajduje cechy rodzinne, których się dotąd bałam/wstydziłam/nie lubiłam (niepotrzebne skreślić). Z wujkiem jesteśmy w kontakcie smsowym. Chyba żadne z nas nie ma jeszcze odwagi, żeby zadzwonić i usłyszeć swój głos. Na razie wiemy jak wyglądamy :-) Wymieniliśmy się mailowo zdjęciami, a dodatkowo wujek jest sfotografowany na kalendarzu, który od niego otrzymałam. To kalendarz ze starostwa powiatowego, w którym wujek pracuje. 

Jest piękny. Te rysunki są piękne. Sowy jak żywe. 

Nie wiem jak się potoczy dalej ta nasza znajomość. Nie wiem co wujek sobie myśli o mnie i o całej tej sytuacji. Nie wiem czy z kimś rozmawia o tym. Ja opowiadając Szanownemu o tym co się dzieje mam ognie w oczach. Tak mnie to cieszy i sprawia mi radość, że czasem chce mi się płakać ze szczęścia. Wierzcie mi! Idąc dalej: widzę cały ogrom zmarnowanych lat, które przeleciały jak strzała. Widzę też ogromną przepaść pomiędzy siostrami mojej Mamy, które swoim charakterem i zachowaniem napełniły mnie jakąś wrogością do rodzinnych rozmów, spotkań, a wielką kulturą osobistą wujka. Choć nie chcę wpadać w euforię i zachwycać się wyimaginowanymi spotkaniami z rodziną mojego ojca... Może byłoby jeszcze gorzej... Ale chodzi mi o postrzeganie świata jednostronnie. Że nie widziałam alternatywy, innej opcji, tylko trzy starsze siostry musztrujące swoją najmłodszą siostrę jak ma żyć. Jak ma wychowywać swoje dzieci, co jeść, w co się ubierać, jak postępować, mimo dorosłości. Uzależnienie od innych i parcie na wolność w oczach mojej Mamy. Tę wolność noszę w sobie i ja i może dlatego gdzieś w środku nie dopuszczałam do procesów wychowawczych ojców moich dzieci. Czułam tę wielką odpowiedzialność, że tylko ja podołam temu zadaniu, że nie można mieć zaufania do innych, że trzeba wszystko samemu. 

Nie umiem sklecić porządnie swoich myśli, ale muszę je gdzieś wyrzucić. Na klawiaturze pisze się szybciej niż długopisem w pamiętniku. Potrzebuję się wypowiedzieć. Potrzebuję akceptacji. 

O dalszym rozwoju rodzinnej znajomości zapewne jeszcze będę pisać...

Tagi: rodzina wujek
21:22, sokramka
Link Komentarze (8) »
sobota, 06 stycznia 2018

Witaj nowy 2018 roku! 

Od września 2017 wśród moich tworów pojawiło się wiele nowych. Starałam się wrzucać regularnie na Insta, ale teraz sobie uświadomiłam, że nie wszystko. W czasie jesiennych wieczorów oraz weekendów wolnych od służbowej pracy, powstawały rękawiczki dla mnie i nie tylko oraz inne, różne dziwoty ;-)

Rękawiczek z pięcioma palcami nauczyłam się robić szybko i prędko tę umiejętność wykorzystałam robiąc komplet dla siebie: 

Oraz dla Pierworodnego:

Powstały też rękawiczki z jednym palcem dla znajomej "na zamówienie". 

Nie lubię robić na zlecenie, bo strasznie się stresuję, że produkt nie będzie spełniał oczekiwań zamawiającego, ale koleżanka była bardzo wyrozumiała i zakazała mi się denerwować ;-) Powiedziała, że z dumą będzie nosić to, co wydziergam.

W grudniu zaczęłam szaleć ze świątecznymi ozdobami. Powstał Mikołajek, który wyjechał do UK, do koleżanki, która będzie niedługo mamą. Mikuś ma jeszcze złotą klamrę na pasku, ale zdjęcie zrobiłam przed wymyśleniem tego ozdobnika ;-) 

Jak szaleć to szaleć i na tzw. "rozdawnictwo" udziergałam podkładki pod kubki, które rozdałam koleżankom w starej pracy na pożegnanie oraz wysłałam koledze mieszkającemu w UK. 

Koleżanka, o której wspomniałam - ta z UK, będzie mamą, a więc wraz z Mikusiem posłałam jej buciki dla noworodka. O takie: 

Zdjęcie nie oddaje całej słodkości tych pantofelków, bo aparat zamiast złapać ostrość bucików wolał upajać się naturą w tle :-P

Na bazie wzoru na buciki już w tym roku wyprodukowałam następne, dla młodego mężczyzny, który niebawem pojawi się na świecie:

Rosyjskie strony internetowe oraz ichnie filmiki na YT zawierają wiele pożytecznych instrukcji oraz wzorów ;-)

Nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła się Szanownym! On także produkował, ale w swoim zakresie robótek ręcznych. Powstał piec do centralnego na olej opałowy (chcemy przyoszczędzić gazu) oraz domek na rowery i sprzęt podwórkowy:

A koty się lenią i cieszą nasze oczy swoim beztroskim zachowaniem:

Wszystkiego najlepszego na co czekacie w nowym, 2018 roku!

:-*

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dzieje się. Lubię jak się coś dzieje, bo mój umysł nie zaprząta sobie wtedy szarych komórek głupotami. W piątek pożegnałam się oficjalnie z moimi koleżankami i kolegami z pracy. Dostałam prze-pię-kny prezent w postaci kubków z kotami, w komplecie z pieprzniczką i solniczką, oczywiście tez w kształcie kotów ;-) O takie cudo razy 4:

Dziś zamierzam iść do lekarza i poprosić o L4 do końca tygodnia. W tym wolnym czasie nadrobię zaległości szydełkowe oraz powysyłam resztę kartek świątecznych. Przyznam, że w dobie internetyzowania wszystkiego jak popadnie, klasyczne wysyłanie listów sprawia mi ogromną radość i nie zaprzestanę tego, póki będę miała do kogo ;-) A ostatnio pojawiła się dodatkowa osoba.

W związku ze śmiercią mojego ojca postanowiłam poinformować o tym wydarzeniu jego najmłodszego brata, z którym miałam jako dziecko najlepsze stosunki. Najbardziej go lubiłam i widziałam w nim najmądrzejszą część rodziny mojego ojca. Bardzo bałam się napisać do wujka, ale w końcu przemogłam się, bo jeśli by mnie odrzucił, wtedy wiedziałabym, że nie ma co ciągnąć dalej tej sprawy.

Wujek jednak mi odpisał. I bardzo mnie zaskoczył, bo mimo otrzymania ode mnie złej wiadomości o śmierci jego brata, chce znajomość utrzymać. Będzie to oczywiście proces długi, albowiem budowanie relacji rodzinnych to nie pstryknięcie palcami, tym bardziej, że mamy „w plecy” około 30 lat… Cieszę się niezmiernie, bo zaczynam widzieć jak bardzo skrzywiona jest moja psychika przez to, że utrzymywałam kontakt tylko z jedną stroną rodzica, a i tak siostry mojej Mamy to płytkie, pozbawione wyobraźni, proste osoby. Już kiedyś pisałam, że wstydzę się sióstr swojej Mamy, bo w zasadzie nawet nie ma o czym z nimi rozmawiać. A jeśli już rozpoczęło się jakiś temat, to zazwyczaj i tak kończyło się na wypominkach z ich strony. Dlatego też ograniczyłam do minimum z nimi kontakty już dawno.  

Wujek ze strony mojego zmarłego ojca miał 16 lat, kiedy ja się urodziłam. Postanowili zrobić go moim chrzestnym. Pamiętam wakacje u niego, pamiętam jego nauki przyrody (wujek kocha ptaki, jest leśnikiem, rysownikiem, nauczycielem), pamiętam jego łagodny głos i sposób bycia. Totalne przeciwieństwo mojego ojca – agresora. Najważniejsze jest jednak, że zaczynamy coś budować, a właściwie odbudowywać, bo mimo mojej alienacji i niechęci do bywania na rodzinnych zjazdach, gdzieś tam, w środku czegoś zawsze mi brakowało. Być może gdybym widziała zwyczaje panujące w rodzinie mojego ojca, mój stosunek do rodzinnych zjazdów byłby inny. Ale to tylko gdybania i przypuszczenia. Na pewno wątek rodzinny po stronie miecza rozwinie się z czasem.

A tym czasem ;-) muszę wstawić drugie pranie i pojechać dziś do lekarza po L4. Pojechać mogę już swoim nowym autkiem! Bowiem w sobotę pojechałam z Szanownym kupić (moją już) niebieską strzałę! W tym tygodniu staruszek będzie mi montował instalację gazową i od nowego roku, do nowej pracy będę śmigać jak się patrzy ;-) Kupiony został Peugeot 206, taki mniej więcej jak na foci i nawet w takim kolorze.

Jeździ się bombowo. Samochód został sprawdzony i dokładnie obejrzany przez mój „autoryzowany serwis domowy”, czyli Szanownego – mechanika z zawodu.

Z nowym tygodniem – czas się brać za robotę! Miłego!

czwartek, 30 listopada 2017

Już mi jest mega wstyd. Za nieporadność, za to, że nie umiem wychowywać dzieci, za to, że nie umiem znaleźć rozwiązania i za to, że już mi ręce opadają i zwyczajnie mi się nie chce. 

Proszę sobie nie myśleć, że Mańka już wspaniale chodzi codziennie do szkoły. Ten problem trwa i trwa niezmiennie, a ja już nie mam pomysłów jak pomóc mojemu dziecku. No i przede wszystkim - jak znaleźć przyczynę. Choć wczoraj pomyśleliśmy z Szanownym, że Mania może nie mieć konkretnej przyczyny, a w okresie dojrzewania nie ma chęci na życie i wszystko może jej się wydawać strasznym kłopotem. Wszystko. 

Nie ma tygodnia, który byłby w 100% zapełniony jej obecnością w szkole. A to w jednym tygodniu nie pójdzie w poniedziałek, bo ją boli brzuch, a to w drugim tygodniu we wtorek, bo wyskoczyła jej krosta na czole, a w czwartek następnego tygodnia znowu zepsuł się suwak w kurtce. Spytana czy pojedzie ze mną do sklepu po nową (popołudniu) nagle okazuje się, że suwak się naprawił. Jak nie pójdzie w jednym tygodniu w środę to nieobecność w czwartek spowodowana jest tym, że zapomniała odrobić lekcji z poprzedniego dnia, którego nie była. Doszło do tego, że skończyły mi się pomysły - straszenie, że zapłacimy karę, że może nam sąd ją zabrać do internatu, że może nie zdać do następnej klasy - nie pomagają. Tłumaczenie, że szkoła jest ważna tak jak praca dla mamy i taty, nagradzanie za oceny, wspólne odrabianie lekcji, nawet czytanie przeze mnie jej lektury (!) - nie działa. Jestem wybuchowa, co córka wiele razy mi sygnalizowała, od kilkunastu dni staram się nad sobą mocno panować - nie krzyczę, staram się nie podnosić głosu. Mówię jej - zobacz: ja się staram, żeby było wszystko ok. Ona to widzi i docenia. Ale to też nie pomaga. 

Wczoraj już puściły mi nerwy kompletnie. Mańki nie ma w szkole od poniedziałku. Jutro jest piątek. Ona siedzi w domu i nakryta kołdrą ogląda telewizję, odcięliśmy jej bowiem dostęp do internetu za karę. Wczoraj na moje wielokrotnie powtarzane pytanie: czy odrobiłaś z dziś lekcje? i czy w czymś ci pomóc? wciąż słyszałam: nie, nie chcę, zaraz. W pewnym momencie doprowadziło to moje nerwy na skraj szaleństwa i wykrzyczałam jej całą moją złość, po czym poryczałam się jak bóbr. Ona zresztą też. 

Szanowny jest wspaniałym wsparciem, albowiem jest z niego anioł spokoju. Jednak i on wczoraj nie wytrzymał i podniesionym głosem (co się rzadko u niego zdarza) wypytał Manię o powody takiego zachowania. A może to my - rodzice - robimy coś źle, o czym nie wiemy, a co nam córka nie umie wyartykułować? Poprosił o napisanie na kartce żalów dziecięcych. Tak to jest, że jedni mają dzieci wylewne, inni mają żółwie w skorupie..

Po otrzymaniu kartki okazało się, że znowu nie ma przyczyny głównej, a napisane było: "jutro i tak nie pójdę do szkoły, bo mnie mama tak zdenerwowała, że chcę odpocząć. I zrobić jej na złość". 

Ot słowa dwunastoletniej dziewczynki. 

Dziś nie odzywam się do niej ani jednym słówkiem. Rano nawet jej nie budziłam, skoro powiedziała tacie, że i tak nie pójdzie do szkoły. Jutro jestem umówiona w szkole z panią pedagog. To kolejna osoba uwikłana w kłopotliwy problem nie radzenia sobie z uczęszczaniem do szkoły mojego młodszego dziecka. 

Tagi: córka
18:06, sokramka
Link Komentarze (9) »
wtorek, 28 listopada 2017

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o pracy może być dla niektórych nieprzyjemne, a nawet wkurzające, ale może niech nie czytają, niech się nadmiernie nie stresują, ja opisać muszę...

Otóż złożyłam już wypowiedzenie w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Od bardzo długiego czasu nie czułam już takiego komfortu psychicznego jakim jest możliwość samodzielnego odejścia z pracy, a nie przeżywanie stresu związanego ze zwolnieniem. Sama byłam zdziwiona jak szybko szef wszystkich szefów podpisał mój wniosek, ale biorąc pod uwagę zmiany jakie dokonują się w tym miejscu, szybkie tempo składania przez niego podpisów jest chyba nieuniknione. 

Teraz czas obejrzeć się za samochodem, albowiem dojazd do nowego miejsca pracy będzie mnie wynosić 30 km w jedną stronę. Ale nie ma tego złego - droga jest prosta jak strzała i do tego będę jeździć pod prąd - kiedy wszycy będą mknąć do pracy, do miasta, w korkach, ja z tego miasta będę wyjeżdżać. 

Nowe miejsce pracy położone jest w środku lasu. Dojazd bez samochodu jest tam raczej niemożliwy, lub możliwy za pośrednictwem kolei miejskiej, która kursuje...raz na godzinę. Auto musi więc być sprawne, inaczej grozić będzie pobranie urlopu na żądanie ;-) Dlatego też skorzystałam z dobrodziejstw mojego banku, wyrobionych znajomości i pobrałam (jeszcze przed zwolnieniem się) kredyt gotówkowy na preferencyjnych warunkach, który aktualnie czeka sobie na koncie na uruchomienie. Znowu usiądę za kierownicą! 

Uciekam stąd ponieważ "źle się dzieje w państwie duńskim" i nie widać perspektyw na poprawę. Tak niestety bywa, że w związku z przeformatowaniem się jednostek służbowych jedni na tym skorzystają, a inni stracą. Ja tracić nie chcę, wolałam zyskać przez wcześniejszy ruch. Tak się złożyło, że zbiegiem okoliczności w moim nowym miejscu pracy potrzebowano dwóch osób na zastępstwo. Jedna będzie zatrudniona od pierwszego grudnia, a ja od stycznia nowego roku. Potem zrobi się z tego umowę na czas nieokreślony. Zostałam o tym zapewniona - moim kierownikiem będzie mój kolega ze starego (jeszcze obecnego) miejsca pracy. 

Zmiany uwielbiam - przemeblowania, remonty, ruchy wewnątrzspołeczne, tak więc cieszę się. Zapewne zdążę jeszcze wykorzystać zaległy urlop i może pojadę na wystawę do Poznania ;-) ale pójdę pewnie tez na L4, żeby spokojnie przygotować się do nowych obowiązków. Ale o tym na pewno wspomnę kiedy indziej...

Tagi: praca
19:58, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 listopada 2017

Dzieje się. I nie tylko w moim najbliższym otoczeniu, ale i u znajomych i znajomych znajomych. Najpierw więc zacznę od siebie:

Brat mój dopiero dziś został wypisany ze szpitala po niefortunnym wycięciu zwykłego, wydawać by się mogło, wyrostka. Miał jakieś komplikacje, przetrzymali go w sumie dwa tygodnie. Dobrze, że już jest w domu. Bywało już tak, że pisał mi dołujące wiadomości oraz przesyłał kody i piny do swoich tajnych sekretów. Ale teraz dodatkowo posiedzi jeszcze w domu trzy tygodnie na zwolnieniu. Ma dobry humor i to jest najlepsze.  

Służbowo nie dzieje się dobrze albowiem nadeszła w moim zakładzie pracy restrukturyzacja, która poniesie ze sobą brzydkie konsekwencje m.in. zwolnień ludzi, którzy moim zdaniem powinni na stanowiskach zostać. Jednak co kraj to obyczaj, co szef to inne decyzje. 

W związku z tymi ruchami kadrowo-sekcyjnymi, postanowiłam uciec z tego bałaganu i znowu rozsyłałam swoje CV w celu poprawienia sobie samopoczucia i być może znalezienia świętego spokoju. Nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać ;-) Może z końcem tygodnia okaże się, że nastąpią zmiany, według których będę musiała prędko zakupić jakiś samochód, bo dojazd do nowej pracy nie będzie komfortem komunikacyjnym. Ale o tym na pewno napiszę w odrębnym wpisie. 

Dobrej, wtorkowo-środowej nocy...

Tagi: brat praca
20:51, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 listopada 2017

Dziś mam wolne. Wzięłam dzień urlopu ponieważ Mańka się rozchorowała, a zwolnienia nie chciałam brać. "Spotkał katar Katarzynę, Katarzyna pod pierzynę" i dalej już jak w tym wierszyku - Mania musiała dwa dni zostać w domu i się podkurować. Na szczęście to nic groźnego, bo po pierwszej dobie już zaczyna normalnie mówić bez chrypki i nadmiernych gilów z nosa ;-) 

Choroba za to dopadła mojego Brata i to na poważnie. We wtorek wylądował na ostrym dyżurze z powodu koszmarnych bólów brzucha. Alarmował mnie już w nocy, że sobie nie może z tym poradzić i dopiero o 7.00 we wtorek zdecydował się na przyjazd do szpitala. Okazało się, że ma atak wyrostka robaczkowego i trzeba mu było wyciąć te ślepą kiszkę. Latałam więc przez kilka dni do niego na oddział będąc donosicielem czystych rzeczy, owocków, gazetek do czytania i robiąc za wypełniacz nudy. Dziś Brata mogą wypuścić. Zwolnienia dostanie zapewne trzy tygodnie albo i więcej. A pomyśleć, że niedawno był na... miesięcznym urlopie :-)))) Niedługo jego współpracownicy zapomną jak on wygląda. 

Szanowny też po tygodniowym katarze, tylko ja się trzymam. Wiadomo - złego licho nie bierze ;-) 

W międzyczasie powstaje prezent dla Pierworodnego.... Jak mi wyjdzie, to będę z tego MEGA dumna, albowiem kosztuje mnie dużo pracy i cierpliwości. A tę ćwiczę u siebie z największą starannością. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić, choć najprędzej znajdzie się wśród fotek na Instagramie ;-)  

 

Tagi: brat córka
14:37, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 01 listopada 2017

Kaleo odkryłam w tym roku dzięki mojej ulubionej stacji radiowej. Ten islandzki zespół podbił moje muzyczne serce kilkoma mocnymi utworami, ale w tym Julius Son śpiewa tak, że włącza mi się wciąż replay. Poza tym ta gitara... moje palce same grają pod stołem "na pusto" ;-) 

Muszę się tym podzielić:


Tagi: muzyka
20:32, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 października 2017

Jak wspominałam - wczoraj weszliśmy do mieszkania, w którym do końca swoich dni mieszkał nasz ojciec. I rzeczywiście wejście do lokalu wyglądało jak przedwojenny szaber - z łomem, który należał do panów ślusarzy. Do składu "komisji" wchodziła jeszcze pani administratorka oraz pan "techniczny", który spisał stan lokalu. Dostaliśmy z Bratem do dyspozycji kilka godzin na przejrzenie samemu ojca rzeczy, znalezienie ewentualnych dokumentów, pamiątek czy zdjęć. Był z nami również i Szanowny. We trójkę znaleźliśmy kupę kurzu, smrodu i bałaganu, który umocnił nas w tym, że nasz rodzic był diabłem wcielonym, łobuzem, oszustem, bandytą i wyalienowanym społecznie samotnikiem.

Wejście do mieszkania przywróciło mi bolesne wspomnienia, albowiem nic, absolutnie nic nie zmieniło się od dnia, w którym nasza Mama wyprowadziła się z niego. Nawet łóżeczko dziecięce mojego brata było złożone i związane sznurem tak, jakby trzyletnie dziecko właśnie wczoraj wyniosło się z lokalu.

Na szczęście książki wszystkie były. Nie zostało nic wyrzucone, tylko popakowane w kartony i piętrzyło się pod sufit.

W dokumentach nie odnaleźliśmy żadnych aktów własności, żadnych zdjęć z potencjalnie nową kobietą, ani zdjęć z przeszłości. Ot kilka czarno-białych fotek, na których jesteśmy we czwórkę szczęśliwą rodzinką. Znaleźliśmy zaś mnóstwo kartek z życzeniami świątecznymi od braci i siostry naszego ojca, w których to regularnie od 2012 roku pojawiały się prośby o kontakt z powodu "nieodbierania telefonów". Jak widać więc i pewnie moja kartka świąteczna jaką kiedyś chciałam ojcu posłać byłaby rzucona w kąt i nie wywołałaby reakcji zwrotnej.

Z rzeczy materialnych wzięliśmy tylko telewizor oraz laptop, które to przedmioty stanowią jakiś tam majątek trwały po spadkodawcy. W większe szczegóły nie będę wnikać z racji osobistych doznań, ale mogę tylko przyznać, że mój ojciec głodem nie przymierał na pewno i stać go było na zapewnienie sobie godnego życia w samotności.

Z dokumentacji lekarskiej dowiedzieliśmy się, że zmarł na guza płuca, był po zawale oraz miał POChP. Do zeszłego roku aktywnie pracował i dopiero w tym przeszedł na emeryturę.

Kiedy stałam tam przed drzwiami, przed samym wyważeniem drzwi miałam ciarki na plecach. Kiedy uderzył mnie smród starości, kurzu i tytoniu, ciarki trochę zeszły, ale kiedy weszłam do środka i zobaczyłam, że na tej samej wersalce, która stoi, mój ojciec tłukł naszą Mamę, aż złamał jej oczodół i rękę, zaszkliły mi się oczy. Nieokrzesana - to były chyba właśnie te łzy, o których Ty pisałaś... A potem działałam już jak w amoku - szukać, szperać, przekładać, wyrzucać, grzebać, mój Brat był bardziej rozbawiony i w każdym najmniejszym elemencie znajdował punkt żartobliwy. Może to i lepiej. Lepiej dla niego, bo nie zeżarł tyle stresu co ja. Jego bolały tylko nogi i kręgosłup, a mnie puchł mózg od wspomnień.

Nie życzę nikomu takiego zetknięcia z przeszłością. Przeszłość powinna być przyjemna, wesoła, szczęśliwa, kolorowa, moja w tamtym mieszkaniu zrobiła się brunatna, wulgarna i mało przyjemna.

Dziś ciąg dalszy grzebania w papierach. Mamy do przebrania stertę dokumentów, których nie mieliśmy czasu przebierać na miejscu. Szybciej załatwimy sprawę - szybciej zakończymy pewien rozdział w naszym życiu.

Tagi: ojciec
14:42, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 października 2017

Nad usunięciem drugiego, wspominkowego bloga. Sama nie wiem po co go stworzyłam, czy obdzieranie się publiczne ze wspomnień ma jakiś głębszy cel? Zatrzymałam się na pewnym etapie życie i dalej blokuje mnie masa bardzo przykrych wspomnień.

To jest tak, że życia się nie wybiera, życie trzeba przeżyć godnie i w miarę spokojnie. Oczywiście człowiek sam kowalem swojego losu jest, ale do czasu usamodzielnienia się, bywa skazany na wzloty i upadki swojej najbliższej rodziny. Tak więc jeśli urodziłabym się w rodzinie znanych piosenkarzy, byłabym skazana na obserwację przez czujne oko paparazzi ;-) A tak jestem tylko potomkiem robotników, bez żadnego wkładu intelektualnego ;-)

Z drugiej znów strony obdzieranie się ze wspomnień traktuję jako formę psychoterapii, a być może wołanie o zrozumienie moich dzisiejszych czynów i nie krytykowanie mnie. Niestety bowiem często zdarza się tak, że niektóre osoby nie traktują jako normalne zachowanie, moją alienację względem rodziny, moją awersję do imprez (śluby, pogrzeby, imieniny), słyszę często, że jestem co najmniej głupia w tym zakresie i powinnam się jednak przekonać do rodzinnych spotkań.

Często też szukam na ślepo sprzymierzeńca, z którym mogłabym pogadać tak jak gadałam z moja Mamą - o wszystkim i o niczym, ale bez zbędnych gadek umoralniających, bez wskazywania co powinnam, a czego nie, a niestety i tutaj spotkałam się z "dobrymi radami" oraz próbowaniem na siłę zrobienia ze mnie osoby "rodzinnej".

Nie mam do nikogo pretensji, bo każdy inaczej i na swój sposób odczuwa otaczający go świat. Ale jest przykro, że wśród ludzi są tacy, którzy nie rozumiejąc problemu próbują go zmienić/zlikwidować.

Jesień wpływa na mnie bardzo pozytywnie. Mam ostatnio wiele energii i pozytywnych myśli w głowie. Nie chce mi się pisać, chce mi się dziergać, czytać... Czy mój drugi blog pozostawię? nie wiem. Mam też obawy, czy taka publiczna "spowiedź" nie nakieruje kogoś, kto mnie zna. Kogoś kto z poufnych, osobistych wynurzeń będzie mógł zrobić zły użytek.

Na tę chwilę - miłego dnia Wam życzę!

P.S. W tym tygodniu będziemy z Bratem wchodzić do mieszkania po naszym ojcu. Odbędzie się to komisyjnie wraz z przedstawicielką administracji. Powiedziała, że i tak idzie nam na rękę biorąc nas ze sobą. O wrażeniach z wejścia do groty smoka zapewne powstanie jakiś wpis.

13:41, sokramka
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59