Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 18 października 2018

Lubię czasem we własnej kuchni prowadzić filozoficzne dyskusje na różne tematy. Lubię też czasem jak mój Pierworodny uczestniczy w tych dyskusjach, bo wiele mądrego ma do powiedzenia i najczęściej sprzecza się z Szanownym. Zazwyczaj moje chłopy mają odmienne zdanie, ale obserwacja tych różnic strasznie mnie bawi. Nie ma w tym nic zdrożnego, wulgarnego, agresywnego – ot dwaj panowie próbują się wzajemnie przekonać, który ma rację. Mój syn często sypie argumentami książkowymi, popartymi jakimiś dowodami, relacjami, publikacjami, których się naczytał, natomiast mój mąż argumentuje swoje racje doświadczeniem i sytuacjami, w których się znalazł.

Wczorajszy wieczór dotyczył… atmosfery w pracy. Zaczęło się od moich opowieści na temat służbowej kawki organizowanej codziennie w dziale, w którym pracuję. Podkreślałam, że na początku jakoś to mogłam znieść, ale z czasem stało się to dla mnie męczące i nie mam ochoty codziennie o stałej porze odrywać się od wyznaczonych sobie zadań i opowiadać co będę gotować na obiad, albo jakie buty sobie ostatnio kupiłam. Do tego tematy rozmów diametralnie odbiegają od moich zainteresowań i spojrzenia na świat. Nie umiem zachwycać się nowym złotym łańcuszkiem koleżanki, nie zwracam też uwagi (jak inne) na „za krótką spódnicę Iksińskiej”. Dlatego też najczęściej siedzę i przytakuję albo i nie. Bezproduktywnie wytrącam minuty z cennego czasu. Dodam tylko, że odprawy służbowe, gdzie poruszamy sprawy sekcji odbywają się osobno, raz w tygodniu.

Mój mąż stwierdził, że niestety, ale jest to sfera budżetowa i takie „opierdalanki” służbowe występowały za komuny i to pozostało w miejscu, w którym pracuję. Że przerwa na kawę kiedyś w urzędzie była święta i nic się nie załatwiło, dopóki szanowna pani urzędniczka nie skończyła tej przerwy. Że kawa, papierosek i ploteczki były nieodzownym elementem codziennej pracy pań pracujących w biurach. Na co mój syn postawił kontrę, zupełnie nie zgadzając się z tezą Szanownego i jego analiza mojej atmosfery z pracy otarła się o… korpo.

Pierworodny wywnioskował, że takie zachowanie mojego kierownika i akceptacja tego procederu przez jego zastępczynię wynikają z nowego modelu zarządzania ludźmi. Że aktualnie „korpo” to już nie są białe kołnierzyki, rozliczane z indywidualnego wyniku pracy ponad normę, tylko próba zrobienia z pracownika swojego przyjaciela, a nawet coś w rodzaju członka „rodziny”. Że teraz nowoczesny szef korpo musi znać prywatne życie swoich pracowników, żeby np. w czasie tragicznego zdarzenia  pocieszyć go, wesprzeć, albo jeśli stanie się coś dobrego, żeby razem z pracownikiem świętować radość.

I tu mała dygresja: niedawno szefowi szefów naszej instytucji zmarł teść. Poszła fama po całej jednostce. Wyznaczono delegację składającą się z trzech osób w celu pojechania na pogrzeb. Do tego zbierane były datki na wieniec. Oczywiście z zastrzeżeniem, że są nieobowiązkowe. Ja nie dałam, ale uniknęłam tego w sposób bardzo dyplomatyczny, tak, że moje koleżanki z działu nawet nie wiedziały, że się wyłamałam. O sensie takiego postępowania nie będę pisać, bo moim skromnym zdaniem to wszystko zależy od człowieka. Ja czułabym się idiotycznie gdyby zakład pracy zrzucił się na wieniec pogrzebowy dla zmarłej mi osoby. To moja osobista sprawa jak będę przechodzić to wydarzenie.

Tak więc rozmowa rodzinna trwała prawie 2 godziny, bo zaczęliśmy zahaczać o wiele tematów, które jak gałęzie drzewa wychodziły po drodze, w trakcie dyskusji. Było też o schodach ruchomych, na których musimy odpowiednio się zachować, o podziale na stronę dla stojących i stronę dla idących szybciej. Mój mąż nie jest w stanie tego zrozumieć i nawet ja próbowałam go przekonać, że wynika to z kultury i że jeśli ktoś ma ochotę stać na schodach ruchomych, niech stoi, ale niech nie blokuje drogi przejścia tym, którzy chcą zrobić to szybciej. Szanownego teza polega zaszufladkowaniu schodów ruchomych do „przewożenia”, bo są „ruchome”, a nie bo są „schodami” :-)

Potem była polityka w związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi i tu – mimo wspólnego stanowiska co do kierunku naszych politycznych myśli – też było wiele argumentów różniących się od siebie, co do sposobu wyboru. Bo np. mój syn jest przekonany, że pierwsza tura wyborów na prezydenta miasta jest turą, gdzie możesz oddać głos na dowolnego kandydata (zgodnie z przekonaniami), bo i tak żaden z kandydatów nie osiągnie 50+1%, żeby wygrał. A druga tura jest właśnie wyborem na „mniejsze zło” pomiędzy dwoma kandydaturami. Natomiast mój mąż uważa, że już w pierwszej turze należy wykluczyć dojście do podium złu i głosować za tym, który ma największe poparcie po tej lepszej stronie.

Nie ukrywam, że wszyscy we trójkę jesteśmy przeciwni, aby pan Byle-Jaki rządził stolicą i w tym zakresie jesteśmy zgodni.

A jutro mam dzień wolny w związku z terapią Mani. Zapewne powstanie o tym jakiś wpis tematyczny.

Tagi: Mąż praca syn
08:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
środa, 03 października 2018

Nie piszę ostatnio ponieważ nie dzieje się dobrze i chcę uniknąć publicznego umartwiania się nad sobą. Po pierwsze: pijany teść, który doprowadza mnie i Szanownego do rozstrojów nerwowych swoja postawą, zachowaniem i brakiem umiaru. Ten umysł już się skończył i nie widać poprawy. Ten typ już kroczy ku samounicestwieniu i z tej drogi powrotu już nie ma. Dziadek ma zaniki pamięci, wpiera innym sytuacje, który nie miały miejsca, które sobie wyobraził. Przebił mi kolejny raz opony, a jak został tym razem przyłapany na gorącym uczynku, stwierdził, że chciał sobie gałązkę uciąć do wazonu. Tylko pytanie: skąd? Z trawy? Wylądował parę dni temu w szpitalu, bo podobno zemdlał w aptece i ludzie wezwali do niego karetkę. Zrobili mu badania i okazało się, że ma marskość wątroby, anemię, niedożywienie, wysoki cukier i wiele innych złych wyników. To już jest chodzący zgon.

Po drugie: kłopoty szkolne Mani. Nie ustają, a wręcz zaczynają przybierać świadomą postać u dorastającej nastolatki z brakiem energii i tendencją do depresyjnych myśli. Może to i moja wina? Napiszę tylko, że wróciliśmy na drogę wsparcia korzystając z pomocy mojej kochanej koleżanki Bezcielesnej. To dzięki jej koleżankom, znajomym znajomych, będziemy teraz uczęszczać na terapię rodzinną, która już rozpoczęła się jedną, długą wizytą. W podsumowaniu wszyscy troje jesteśmy z pani psycholog zadowoleni, bo to jest chyba nareszcie ten specjalista, który dosłownie czyta w naszych umysłach. A ja już nie mam siły walczyć ze słabościami mojego dziecka.

Moje robótki stanęły w martwym punkcie. Przyszykowałam do wysyłki ostatnie rękawiczki w prezencie, ale jak zobaczyłam jak cudnie koleżanka wydziergała poszewki na podusie to mi się wstyd zrobiło, że te rękawiczki mogą się jej nie spodobać. Trzymam więc w aucie przesyłkę gotową do puszczenia i muszę się w końcu zdecydować ją wysłać.

Kolejną robótką jest serweta na nowe mieszkanie innej koleżanki. Plan był dobry, zamierzenia wspaniałe, tylko jak oko zaczęło patrzeć na rosnący twór, okazało się, że coś znowu nie pasuje. Jakieś takie brzydkie, wychodzi nie to, co się miało w wyobrażeniach.

Światełkiem w tunelu mroku może być moja kolejna zmiana pracy, tym razem na lepszą, dwa razy więcej płatną (!), z dojazdem do centrum miasta. W końcu będę miała gdzie i kiedy czytać książki. Ale sprawy są na razie w powijakach i nie znam szczegółów. Jestem za to „wciągnięta” do listy pewnych kandydatów na dane stanowisko. Mam czekać na sygnał, który zabrzmi może z końcem roku…

sobota, 29 września 2018

Będzie osobista recenzja. Ponieważ mamy z Szanownym mało czasu na własne przyjemności jaką jest np. chodzenie do kina, postanowiliśmy nadrobić ten czas i wybrać się na "Kler" Smarzowskiego. Skorzystałam z zaproszenia kolegi z pracy, który jak ja ma podobne spojrzenie ideologiczne na otaczający nas świat. W szczególności na kler, który wszelkimi znanymi mu ścieżkami próbuje wtargnąć w życie osobiste zwykłych obywateli. Zaintrygowani tematem filmu oboje z kolegą postanowiliśmy zmontować zacną grupę i w sumie w siedem osób obejrzeliśmy wczoraj wieczorem w kinie film.  

Kino należy do tych małych, klimatycznych miejsc więc wszystkie miejsca były wykupione i bezpośrednio przed samym seansem nie było możliwości kupienia biletu. Pora była jak dla mnie i Szanownego bardzo późna, bo sam seans zaczął się o 21.00, jednakże w trakcie oglądania filmu adrenalina nie pozwalała nam zasnąć i oglądaliśmy film w mocnym skupieniu. Bo i sam film jest mocny. Jest przede wszystkim prawdziwy. I to co mnie się bardzo podobało - nie uderza w samą wiarę, tylko w instytucję kościoła i ich przedstawicieli. Boga podobno spotkać można wszędzie i ktoś, kto jest szczerze wierzący nie będzie potrzebował pośrednika w drodze do swojego zbawienia. Mnie jako ateiście nie jest to absolutnie do niczego potrzebne, ale żywię nadzieję, że ci, którzy mają w sobie czystą wiarę, po obejrzeniu tego filmu opamiętają się i chociaż wypiszą swoje dzieci z lekcji religii, która nic mądrego w ich umysły nie wnosi. 

Film Smarzowskiego jest utrzymany w klasycznym klimacie reżysera. Montaż krótkich scen z życia trzech księży jest tak mocno ze sobą zespolony, że zbliżając się do końca filmu mamy ochotę splunąć w twarz każdemu napotkanemu duchownemu katolickiemu. Bo w filmie kierunek krytyki naznaczony jest właśnie na najpopularniejszą religię, jaką jest katolicyzm. 

Rola Jacka Braciaka powinna zostać nagrodzona polskim Oskarem. Po pierwsze został tak ucharakteryzowany, że po kilku minutach można się domyślić, jak podłą świnią jest ten człowiek. Z czasem poznajemy powód jego niecnych działań, a może i przyczynę.. Jednak z całości filmu rola Braciaka zasłużyła na moje najwyższe uznanie. 

Gajos jako arcybiskup Mordowicz - wybitny. Po wczorajszym seansie moim ulubionym przekleństwem chyba zostanie zwrot: "do chuja karmazyna!" :-) Takie słowa padały własnie z ust Gajosa. Zwroty: "złote, ale skromne", "chodzi o to, żeby zbierać, a nie skończyć zbieranie" albo "co łaska, ale nie mniej niż 200" są żywcem wyrwane z rzeczywistości i wierzę mocno w to, że Smarzowski musiał na czymś bazować, na opowieściach znajomych, bądź relacjach publicznych, żeby stworzyć ten splot dialogów. 

No i mój ulubiony aktor/piosenkarz/artysta - Arkadiusz Jakubik, który gra tutaj rolę księdza Kukułki. Bardzo wymowna postać, obserwujcie ją do końca seansu. 

A po seansie nie dziwcie się, że na sali panować będzie grobowa cisza, bo film wbija w fotel, poważnie. Początkowe sceny są dość śmieszne, kiedy obserwujemy trzech księżulków pijących wódę i zabawiających się na plebanii jednego z nich. Wyścigi na picie, jazda po pijaku, rozbite samochody... Można się pośmiać, ale z każdą minutą już nam miny rzedną. 

Jestem wstrząśnięta i tak jak byłam antyklerykałem od dawien dawna, teraz ten obraz potwierdził moje odczucia, jak podłą i zamkniętą kastą (do tej pory) była ta watykańska mafia. 

Idźcie do kin. Koniecznie. 

Mały update: Smarzowski powiedział w opinii o swoim filmie, żeby ludzie nie traktowali księży jak świętych, bo to są ludzie, po prostu mają sutanny, ale są ludźmi. I przypomniało mi się, jak wiele, wiele lat temu, moja najmądrzejsza Mama powiedziała mi coś podobnego: "pamiętaj, że papież nie jest święty, to też człowiek i też może mieć sraczkę".

Tagi: film
12:30, sokramka
Link Komentarze (6) »
piątek, 17 sierpnia 2018

Tym razem z działu: "twórczość" ;-) Kilka zaległych rzeczy zrobionych własnoręcznie. 

Na pierwszym foto serweta, która została wykonana na urodziny koleżanki, z którą dzielę pokój. Przyznam się szczerze i bez bicia, że zrobiłam ją z przyjemnością (bo lubię szydełkować), ale i też z premedytacją, żeby mieć zapewnienie, że koleżanka będzie mnie traktować z akceptacją. Zdążyłam już poznać ją trochę i wiem, że lubuje się w obgadywaniu i wypominaniu innym ich błędów. Trochę sobie zaskarbiłam jej względów. Wiem, idiotyczne działanie, ale skoro nic mnie z nią nie łączy w tematach do rozmowy, przynajmniej mam spokój w pomieszczeniu, w którym pracuję. 

Kolejna fota przedstawia rękawiczki dla mojej Mańki, w ulubionym przez nią kolorze - niebieskim. Zamówiłam już kolejne włóczki, m.in. niebieską, z której będę dziergać szalik z jakimś fikuśmym wzorem. 

Na kolejnym foto znajduje się chusta trójkątna, z okazji okrągłych urodzin mojej koleżanki (60). Chusta jest moherowa, ale nie "gryzie". Jest ciepła i ma wymiary: 95/190cm.

W grudniu jeden z moich pasierbów ponownie zostanie tatusiem. Z tej okazji powstała czapeczka dla niemowlaka:

A dziś wieczorem wybieramy się z Szanownym na ślub naszej znajomej. Z tej okazji powstała serweta w białym kolorze w prezencie:

A ja sobie na urlopie dziergam próbki i szukam inspiracji:

Miłego, spokojnego, radosnego, moi drodzy :-)


 

Tagi: moje hobby
09:07, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 sierpnia 2018

Dziś tylko sesja foto, bez żadnego gadania, ściemniania, narzekania i biadolenia :-)

Takie to my trzy łobuziaki rośniemy sobie:

Wspinamy się na domowy drapak:

Ale na przydomowe drzewa też:

Mama pokazuje nam różne fajne miejsca:


Ale bawimy się też z wujkiem:

Który jak prawdziwy tata na wiele nam pozwala:

Ale też skarci jak coś przeskrobiemy:

Śpimy w państwa łóżku:

Straszymy psy:

Robimy kupę w pana pomidorach :-)

A po całym dniu zabawy, chowamy się zmęczeni:

Zasypiamy w wolnych kartonach:

Lub na kolanach pańci:

Albo z wujkiem na dachu samochodu:

Wujek też musi kiedyś odpocząć:


Panuś tak nas kocha, że specjalnie zbudował nam nasz osobisty transporter:

Nikt na dzielni takiego nie ma! :-)

Ale mamy fajnie z tą rodzinką ;-)




Tagi: koty
08:44, sokramka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2018

Żyję, ale co to za życie ;-) cytując klasyków. Upały mnie powoli zabijają, choć biorąc pod uwagę dobre strony tej aury – przez cały ten czas (a jest to już trzeci miesiąc lawiny podwyższonych temperatur) nie boli mnie głowa. Widać niskie ciśnienie robi swoje. Paradoksalnie nie czuję się śpiąca, mam energię do pracy (ale tylko w pomieszczeniu klimatyzowanym bądź odpowiednio wychłodzonym). Niestety–w pokoju, w którym pracuję nie mam klimy, a okno mam od strony południowej :-( Cały dzień nawala ostre słońce i pracuję w 30 stopniowej temperaturze. Na szczęście dziś jest ciut chłodniej, ale to i tak nie jest szczyt moich marzeń. Plusem też jest to, że przy takich temperaturach na zewnątrz, szef wszystkich szefów zwalniał nas godzinkę wcześniej do domu. Dobre i to. Moja współlokatorka też już zaczyna mieć dość tego ciepła, choć jest wielką zwolenniczką gorącego lata. Nie może zrozumieć jak taki ktoś jak ja tęskni za styczniowymi temperaturami.

Dziadek przekracza wszelkie granice przyzwoitości, jeśli w ogóle można mówić o przyzwoitym zachowaniu w jego przypadku. Pijak zawsze będzie pijakiem i nic tego nie zmieni. Ja już nawet nie mam skrupułów nazywając rzeczy po imieniu. Jeśli teść nie liczy się w wypowiadanych epitetach wobec osób krążących wokół niego, to nam też już puszczają nerwy. Jakiś czas temu teść przyszedł na naszą stronę, wszedł do naszej części domu i od progu, grożąc mi palcem wykrzyczał, że wezwał na mnie policję, że mi nie daruje tego, co mu zrobiłam. Zgłupiałam ponieważ nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Poinformowany przeze mnie Szanowny o zamiarach ojca powiedział spokojnie, że czeka na policję, niech przyjadą, mam o nic się nie martwić. Służby pojawiły się dosłownie w ciągu 10 minut. Okazało się, że teść jest w sztok pijany, ale na prośbę Szanownego, żeby zmierzyli mu poziom alkoholu we krwi panowie odpowiedzieli, że niestety nie mają alkomatu. Sytuacja była kuriozalna albowiem dziadek wykłócał się z mundurowymi, że ja jestem zła i zniszczyłam jego mienie. O szczegółach nie będę się rozpisywać, bo naprawdę nie warto. Policjant odparł tylko, że jeżeli jeszcze raz teść wezwie policję bez uzasadnionego powodu, zapłaci mandat w wysokości 500zł. Ojciec aż się zapowietrzył. Całe to zdarzenie przyprawiło mnie o niezłą dawkę stresu. Ale miałam po swojej stronie Szanownego…

W zeszłym tygodniu szykowałam się rano do pracy. Wyjeżdżając poczułam, że samochód dziwnie toczy się po podwórku. Szanowny w końcu zauważył, że w tylnym kole mam kapcia. Zmieniliśmy więc koło na zapas, ja pojechałam do pracy, a Szanowny do wulkanizatora. Ponieważ poprzedniego dnia wjechałam na podwórko bez większych przygód zaczęliśmy się zastanawiać nad przyczyną upuszczonego powietrza z opony. Znajomy wulkanizator potwierdził wątpliwości Szanownego, że koło prawdopodobnie zostało przebite, bo dziurka była z boku, a nie na bieżniku opony. Zresztą następnego dnia dziadek przyszedł na nasze podwórko jak gdyby nigdy nic i zaczął przyglądać się na mój samochód. Widzieliśmy to z Szanownym przez okno. Dobrą stroną tego incydentu jest to, że Szanowny stoi murem za mną i skonstruował pułapkę na ojca, która ma przyczynić się do złapania go na gorącym uczynku, przy następnej próbie poczynienia złośliwości.  

Mam naszykowane zdjęcia do kociego lansu, które zapewne zamieszczę w wolnej chwili. Do tego zrobiłam serwetę w prezencie ślubnym oraz kończę chustę na drutach, na urodzinowy, wrześniowy prezent. W planach mam rękawiczki oraz serwetkę na nowe mieszkanie dla koleżanki. Mój zespół niespokojnych rąk będzie miał zajęcie ;-)

Tymczasem szykuję się do urlopu, który zacznę już w przyszłym tygodniu.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

W sobotę byłam na ślubie mojej koleżanki ze studiów, której wykonałam w prezencie jedną z moich serwet. Ślub był kościelny więc mogłam przekonać się jak wygląda takie wydarzenie, bowiem ostatni ślub w budynku sakralnym pamiętam z lat młodzieńczych, kiedy byłam nastolatką i za mąż wychodziła moja siostra cioteczna. Niestety, zostałam wtedy zatrudniona do… opieki nad psem i podczas całego wydarzenia stałam przed kościołem z czworonogiem na smyczy. Na drugi ślub kościelny mojego brata ciotecznego nie poszłam, bo akurat byłam wtedy na kolonii. Później odechciało mi się chodzić na takie imprezy, a poza tym moja okrojona jednostronnie rodzina nie kwapiła się do zawierania małżeństw. Zresztą mój brak wiary umacniał się z czasem i nie zależało mi na bywaniu w takich miejscach.

W sobotę było inaczej. Państwo młodzi już nie tacy młodzi, bo wiekowo krążą wokół pięćdziesiątki, ale oboje wyglądali zjawiskowo. Ona z poprzednim partnerem nie miała ślubu, a on z pierwszą żoną nie miał ślubu kościelnego. Postanowili więc zawrzeć konkordatowy. Bardzo podobała mi się sukienka panny młodej, nie była biała, bo raczej być nie mogła, ale i moja koleżanka wyglądała w niej przepięknie. Nigdy bym nie powiedziała, że ma tyle lat ile ma. Spokojnie niejedna trzydziestka mogłaby pozazdrościć jej figury.

Gości było niewiele, tylko najbliższa rodzina i koleżanki z pracy. No i my – dwie kumpele ze studiów. Początkowo siedziałam razem z innymi w ławce kościelnej, a gdy już państwo młodzi przyrzekli sobie małżeńskie obietnice, wyszłam na koniec kościoła i spokojnie przesiedziałam sobie resztę mszy w ostatniej ławce.

Ślub odbył się w największym kościele w mojej dawnej dzielnicy – Bezcielesna, byłam w Twoich okolicach, a na mojej dawno zamieszkałej ulicy ;-) Druga z koleżanek, z którą przyszłam, opowiadała mi, że budynek niedawno został odnowiony, odrestaurowany, wstawione zostały nowe witraże oraz… położony dywan na środku. W każdym razie kościół jako budowla architektoniczna prezentuje się wspaniale.

Po ślubie wyszliśmy przed budynek i zaczęliśmy składać młodej parze życzenia. A potem było wspólne fotografowanie. Ponieważ autorem zdjęć była również nasza wspólna znajoma z pobliskiego zakładu fotograficznego, atmosfera nie była taka sztywna. Ja chyba też czułam się inaczej, swobodniej, przebywając z osobami, które bardzo dobrze znam i są z mojej rodzimej dzielnicy.

Na marginesie mogę dodać, że w sobotę również za mąż wyszła była żona mojego męża ;-) Jak widać – każda potwora znajdzie swego amatora. Niech im się szczęści i wiedzie.

Pogoda dopisała, bo było trochę słońca, trochę zachmurzenia i upał na szczęście nie zagościł. Dziś mam dzień wolny. Czekam na paczkę z włóczkami, albowiem mam już dwa następne pomysły na prezenty, a jeden twór będę robić na zamówienie, co mnie (podejrzewam) strasznie zestresuje.

Miłego poniedziałku!

czwartek, 21 czerwca 2018

Od pewnego czasu wchodzimy z Szanownym na plac sporny dotyczących naszych dzieci. To co dzieje się u dzieci Szanownego ja niekoniecznie okraszam aprobatą i na odwrót – to jak zachowuje się mój Syn niekoniecznie podoba się Szanownemu. To jest niestety problem małżeństw patchworkowych, gdzie zdarzają się spięcia dotyczące dzieci własnych. Od samego początku, kiedy zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem (a w tym roku stuknie nam 16 lat!) dawałam mu do zrozumienia, że wychowanie mojego Syna jest tylko i wyłącznie moją sprawą i proszę go o nie wtrącanie się do naszych relacji. Oczywiście jeśli miałby jakąś uwagę czy zauważyłby coś, co wymaga interwencji, to proszę – może mi powiedzieć na stronie, ale wychowaniem Młodego zajmuję się ja. Tym stanowiskiem chciałam uniknąć przyszłych niesnasek związanych z prawdopodobnymi tekstami: „nie jesteś moim ojcem, żeby mi mówić co mam robić”, lub podobnie. Oczywiście nic takiego nigdy się nie stało i nikt nigdy takich słów nie wypowiedział. Młody mój z wujkiem znalazł dobrą nić porozumienia, chociaż synowie mojego męża zawsze byli na miejscu pierwszym (co jest sprawą oczywistą).

Jak natomiast wyglądała sprawa wychowawcza od drugiej strony? Kiedy chłopcy mojego męża przyjeżdżali do nas w odwiedziny miałam niejako czterech synów ponieważ Szanowny zaakceptował to, że to ja wyznaczam granice, zadania, chwalę, rozmawiam, tłumaczę i wyjaśniam. Tatuś był elementem zabawowo-rozrywkowym i trochę jest w tym mojej winy, że zgodziłam się na taki układ, gdzie „matkowałam” pasierbom, a Szanowny był z tego powodu bardzo kontent.

Jednak kiedy wszyscy chłopcy zaczęli wchodzić w dorosłe życie, zaczęły się niesnaski. Najpierw Uszak spłodził pierwszego wnuka, nie mając perspektyw  na samodzielne mieszkanie, w którym mógłby wspólnie z partnerką wychowywać swoje dziecko. Więcej szczegółów we wpisach otagowanych „pacholę”. Potem kolejny syn zapragnął zostać tatusiem. Na szczęście on i jego (aktualnie) żona mieli oboje pracę, wynajmowali mieszkanie i założenie rodziny nie było jakąś wielką wpadką. W następnym roku ciąża przydarzyła się dziewczynie najmłodszego. I tak oto w ciągu trzech lat Szanownym został potrójnym dziadkiem.

Kiedyś też usłyszałam od teścia, że teraz czas na mojego Młodego, a jak mu powiedziałam, że syn nie ma dziewczyny i na razie nie planuje jej mieć, to powiedział, że ten mój chłopak jakiś nienormalny jest. Cóż.

Sytuacja rodzinna u moich pasierbów rozlewa się pomału na nowe pokolenia: Scareface będzie ojcem po raz drugi oraz Golas również będzie tatusiem w drugim wydaniu. Tylko dziewczyna Uszaka jakoś broni się przed kolejną ciążą. Póki nie włażą w nasze buty i w naszą pościel, dla mnie mogą płodzić i po sześcioro dzieci. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Natomiast wiele żalów ostatnio słyszę od Szanownego na temat mojego Młodego. Moim skromnym zdaniem mąż mój poprzez pryzmat swoich kompleksów próbuje w jakiś sposób odreagować wewnętrzne pretensje. Słyszałam już wielokrotnie, że „mój syn jest owszem inteligentny, ale jednak przemądrzały”, że „całymi dniami go nie ma i nic nie robi w domu” – przypomnę tylko, że mój mąż pasjonuje się domowymi robotami w postaci różnorakich prac monterskich, hydraulicznych, malarskich, tokarskich, meblarskich, mechanicznych, rolniczych i …. nie zliczę jakich jeszcze ;-) Siedzący przed komputerem chłop jest dla niego niejako „wynaturzeniem”.

To, że mój syn pojechał do Paryża również ubodło mojego męża, że robił prawo jazdy, na które mu dołożyłam kasy również było solą w oku, bo przecież jego synom bardziej by się prawko przydało, bo… „mają dzieci”.

Nie staram się już wchodzić w dyskusję, bo zwyczajnie mi się nie chce. Kiedyś dyskutowałam ostro, teraz zlewam te pretensje ciepłym moczem. Mój Młody powiedział, że za wiele rzeczy może wujka przeprosić, bo przyznał, że bywa arogancki, ale nie za to, że realizuje swoje marzenia i plany. To, że mój syn nie żyje na podobieństwo synów mojego męża o niczym nie świadczy. A najbardziej boli mnie to, że wszelakie wąty do mojego dziecka idą bezpośrednio do mnie zgodnie z zasadą sprzed lat: „powiedziałaś kiedyś, że mam się nie wtrącać w wychowanie Młodego więc mówię tobie, a nie jemu”. Ale do cholery mój syn ma już 22 lata, na ile go wychowałam, na tyle jest świadomy swoich czynów i nic mu się nie stanie jak mąż matki wygarnie mu co jest nie tak.

Młody jak co roku wyjeżdża w sierpniu na obóz harcerski. Jest już w stopniu umożliwiającym mu organizowanie wypraw i posiadanie pod swoją opieką grup zuchowych. Szanowny poinformował mnie wczoraj, że „znowu nie będzie komu pomagać w remoncie, ociepleniu domu i on (biedaczek) zostaje z tą robotą sam”.

czwartek, 14 czerwca 2018

Na prośbę mojej blogowej koleżanki zamieszczam sesję plenerową sierściuchów :-) 

Zdjęcia są z 30 maja, tak więc dziś kociaki wyglądają już inaczej, są większe i ważą po ok. 680 gramów (waga kuchenna jest ekstra w takich przypadkach!) Chłopcy mają się świetnie (mam prawie 100% pewności, że wszystkie trzy są płci męskiej) i noszą imiona: Rudzik, Tofik i Bryś :-) 

A wesoło mamy.....

Tagi: koty
20:42, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 czerwca 2018

Czasem uczestniczymy niechcący w życiu naszych znajomych. Słuchamy ich narzekań i nie wierzymy, że tak się może dziać. Ale czasem też zostajemy poproszeni o pomoc. O taką pomoc zostałam niedawno poproszona przez moją koleżankę. Otóż dziewczyna jest w moim wieku i … rozstaje się z mężem. To, że podjęła taki krok, akurat mnie nie dziwi, bowiem jej mąż to gburowaty prostak, używający jako argumentów swoich łap. Damski bokser w jednym określeniu. Znam ich odkąd nasze córki zaczęły chodzić razem do jednej klasy czyli już ok. 7 lat z zerówką licząc łącznie. O tym, że coś tam może się złego dziać domyślałam się dawno, ale nie chciałam się wtrącać ani dopytywać. Jestem doświadczona ojcem – agresorem więc niejako widziałam w oczach córki mojej koleżanki znajomy strach przed ojcem.

Koleżanka poprosiła mnie czy byłabym w stanie zeznawać w sądzie po jej stronie, a przeciw jej mężowi. Zgodziłam się bezwarunkowo i wtedy dopiero dziewczyna otworzyła się przede mną i opowiedziała jak zaślepiona była do tej pory w tym związku. Na szczęście mąż mojej koleżanki nie zrobił jej tak wielkiej krzywdy jak mój ojciec mojej mamie, ale i tak musiała zrobić sobie obdukcję.

Nigdy nie zaakceptuję jakiegokolwiek rodzaju przemocy. Nigdy. Ktoś kto używa łap do argumentowania swoich racji jest dla mnie zwykłym chamem i prostakiem. Tak więc w piątek miałam dzień wolny, bo w samo południe odbyła się sprawa w sądzie. Mąż mojej koleżanki jest według mnie na przegranej pozycji chociaż obstawia cały czas argumenty o tym, jaki to on był dobry ojciec i we wszystkim aktywnie uczestniczył. Owszem – był zawsze na wszystkich zebraniach i szkolnych imprezach, ale jego zachowanie było agresywne, roszczeniowe i większość rodziców gasiła jego zapał do przechwycenia kontroli nad grupą. Używał też słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Na tym Sąd nie dał się oszukać, bo ja jako świadek potwierdzałam to, co koleżanka wniosła w pozwie. A ważne jest to, co się widziało, a nie to, co jest czyjąś opinią. Dostałam nawet od Sądu pytanie: „czy czułam się bezpiecznie w domu państwa X, przychodząc z córką w odwiedziny?” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

Po południu spotkaliśmy się przypadkiem z panem X na ulicy. Spytał dlaczego mam do niego pretensje i czy możemy o tym porozmawiać. Odburknęłam mu, że nie ma co liczyć na rozmowę ze mną ponieważ jestem po stronie jego (niestety wciąż) żony i zdania nie zmienię. Po wymianie kilku nieprzyjemnych kwestii rzucił mi hasłowo, że jestem wredna. Cóż. Żal tylko koleżanki, bo Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na jesień, a jeśli i ta nie zakończy się pomyślnym rozwiązaniem, państwo X szarpać się będą jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

Na moim starym, zielonym blogu jest jeden z ostatnich wpisów, w którym zaznaczam, że byłam świadkiem rozwodu moich znajomych. Ale tamta sytuacja był zgoła inna. Tam ludzie rozwiedli się z klasą. Za obopólną zgodą, bez szarpania się. Po prostu im nie wyszło i oboje doszli do wniosku, że ciągnąć tego dalej nie ma sensu. Złożony był wniosek o rozwód bez orzekania o winie, ale i tak przy takich sprawach wymagani są świadkowie ze względu na dobro małoletnich dzieci. Musiałam więc (tak jak i wczoraj) opowiadać o sytuacji domowo-materialnej córki moich znajomych. Rozwód otrzymali już po tej drugiej sprawie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61