Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 12 maja 2018

Od zawsze chcieliśmy z Szanownym mieszkać z więcej niż jednym/dwoma kotami. Jako zwolenniczka przygarniania bezdomniaków namawiałam męża na poszukanie jakiejś świeżo rozmnożonej kociej rodzinki. Jednak Szanowny zaczął mnie przekonywać, że obcy kot przez pierwsze dni będzie „wrogiem” dla już zadomowionego, będą sobie strzelać fochy zanim do reszty przyzwyczają się do siebie i zaczął mnie namawiać na rozmnożenie własnej kociej rodzinki. Oczywiście zetknął się ten pomysł z moim protestem, bo przecież jako zwolenniczka kastracji i sterylizacji nie mogłam sobie pozwolić na ten ruch. Ale bezmyślne rozmnażanie zazwyczaj wiąże się z tym, że właściciel kota/psa nie ma co zrobić z młodym potomstwem, a szukanie nowych domów bywa uciążliwe. U nas nie byłoby tego problemu, bo wszystkie oseski zostałyby z nami. Tak więc dałam się przekonać, że dopuścimy naszą Psotuchę do jakiegoś kocura i zostanie mamą nowego pokolenia, które będzie częścią naszego stada ;-) 4 maja urodziły się cudne trzy sraluchy, gdzie dwa z nich są rude chyba na moje zamówienie (bo zawsze chciałam przygarnąć rudzielca). Mama jest bardzo dzielna i opiekuńcza, a w nas ma prawdziwą podporę – głaszczemy ją kiedy tylko tego potrzebuje, karmimy frykasami i najlepszą karmą, a maluchy są lepsze niż ekran komputera: można całymi dniami siedzieć i gapić się w te drobne kiełbaski. Tak więc aktualnie jestem „kocią mamą” pięciu sztuk futrzaków, co mnie osobiście cieszy, bo śmieję się sama z siebie. Daleko mi do Villasowej, bo to jest pięć kociaków, a nie sto pięć ;-) ale i tak będzie nam wesoło. Lepiej się śmiać niż martwić, a tych dołów spotykałam ostatnio za dużo na swojej drodze.

Tagi: koty
08:09, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Od dziś moje starsze dziecko zwiedza Paryż. Pierworodny już kilka miesięcy temu zabukował sobie tani bilet lotniczy do stolicy Francji i postanowił, że przy okazji odwiedzi koleżankę z harcerstwa, która pracuje tam jako opiekunka do dzieci. Sam zajął się załatwianiem spraw, w tym hotelu oraz zaplanowania czasu wolnego. Nie ukrywam, że Syn otrzymał ode mnie „jakieś tam” finansowe wsparcie, ale przecież to jest mój Pierworodny, który ma tylko mnie; ani babci, ani dziadka, ani ojca. Może liczyć tylko na siebie i wsparcie matki. Nawet Szanownemu nie powiedziałam, że dołożyłam trochę grosza na wyjazd Młodego, bo i po co. On mi też do końca nie opowiada tajemnic, które porusza ze swoimi synami i niech tak zostanie.

Tak więc Pierworodny wstał dziś przed czwartą rano i już o piątej był na odprawie na lotnisku. Po przylocie napisał, że pogoda kiepska (pada deszcz i chłodno), a ja jemu, że warszawska aura już zaczyna mnie dołować z samego poniedziałku swoimi wysokimi temperaturami. Taki lajf. On niech zwiedza, niech korzysta, bo kiedy będzie to robił? Mnie nie było nigdy dane postawić nogi za granicami Polski, a moje starsze dziecko już zwiedziło Włochy i teraz zahaczyło o Francję. Tak powinno być.

Aż do ósmego maja Młody będzie korzystał ze swojej „majówki”, potem ostro bierze się do roboty z przeprowadzką i stałym zatrudnieniem, bo postanowił jednak wrócić do stolicy i na powrót zamieszkać z nami.

Tagi: syn urlop
13:04, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 kwietnia 2018

Będzie nie tylko o mnie. Wszak dżungla ma swoje prawa i każdy kto w nią wejdzie może spotkać się z przygodą.

Jak zapewne niektórzy już wiedzą – mój teść nie stroni od alkoholu. Nie wylewa za kołnierz  i nie stara się nic z tym zrobić. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem jest coraz gorzej. Ponieważ jego kobieta/partnerka/konkubina, jak kto woli, zostawiła go parę tygodni temu z powodu postępującego alkoholizmu, dziadek rozpasał się w piciu niesamowicie. Nie znał umiaru i już myśleliśmy, żeby wzywać specjalne służby i odwieźć go na odwyk. Poziom pijaństwa oraz morze pustych puszek po piwie i butelek po „małpkach” przekroczył wszelkie granice. Ja oczywiście nie dopuszczam myśli, żeby usprawiedliwiać takie zachowanie złamanym sercem, ale teść tak. Do tego wydzwaniał (do swojej już byłej) nocami i nagrywał się na pocztę (ponieważ ona nie odbierała od niego połączeń). Teksty były wielce romantyczne, że tęskni, że kocha, że żyć nie może, że dlaczego mu to zrobiła. Natomiast po zakończeniu nagrania z ust dziadka płynęły słowa, które trudno nazwać przyzwoitymi. Mogę tylko napisać jedno z łagodniejszych stwierdzeń, że „suka zawsze będzie suką”. Tak kocha teść. Na pokaz.

Był również u niego jakiś koleś, który wychodząc po suto zakrapianym spotkaniu zachwiał się na schodach i rozwalił wymurowaną konstrukcję, w środku której była skrzynka z gazem. Mój mąż profilaktycznie zakręcił kurek z gazem, żeby czasem się nie okazało, że coś wycieka. Po otrzeźwieniu dziadka i pokazaniu mu skutków libacji, teść rzucił w stronę Szanownego i Scareface’a: „no to teraz to naprawcie”. Oczywiście żaden z chłopaków, ani syn, ani wnuczek konstrukcji nie postawił na nowo więc dziadek zrobił to sam, sapiąc i dysząc przy każdym podnoszeniu cegiełki.

A wczoraj teść zwrócił się do Szanownego czy mógłby go podrzucić na pocztę ponieważ ma do odebrania emeryturę. Oczywiście syn ojcu nie odmówił i wsiedli razem do samochodu. Na miejscu, po odebraniu kasy okazało się, że dziadek chce iść do sklepu „po ziemniaki”. „To ty zaczekaj na mnie w samochodzie, ja zaraz wrócę”. Szanowny się nie zgodził i powiedział, że podźwiga tatusiowi te kartofle, co oczywiście odbiło się kwaśną miną na teściowej twarzy. Poszli więc razem. Po wyjściu ze sklepu teściowi się przypomniało, że jeszcze bułek nie kupił to „synu idź mi kup tu, w tym sklepie, a ja zaczekam na ciebie”. Na co Szanowny powiedział, że może kupić ojcu pieczywo, ale tatuś niech sobie zaczeka w samochodzie. Teść znowu z niesmakiem pokręcił głową i stwierdził, że jednak nie chce tych bułek. Wrócili więc do domu.

Po kilkunastu minutach spędzonych w ogródku, Szanowny spostrzegł swojego ojca jak próbuje wsiąść na rower. Spytał, gdzie się tatulek wybiera. Teść coś wybełkotał, że do kolegi, ale potem zmienił zdanie i powiedział, że tak go nogi bolą, że jednak wróci do domu. Szanowny wrócił więc do ogródka. Po kolejnych kilkunastu minutach mąż mój zauważył szybko drepczącego ojca po chodniku. Przyszedł więc do mnie i powiedział, że wsiada w samochód i zaskoczy dziadka pod sklepem, bo domyśla się gdzie ten poszedł. Tak też się stało. Teść pod sklepem najpierw nie zajarzył, że to stoi samochód jego syna, a potem na pytanie: „co, już cię tato nogi nie bolą?” usłyszał, że ojcu się przypomniało, że śmietany w domu nie ma. Weszli więc do sklepu razem i ponieważ mój mąż zna się z właścicielem powiedział, żeby w żadnym razie nie sprzedawać jego ojcu alkoholu ponieważ tata jest nietrzeźwy. Co oczywiście uzyskało aprobatę właściciela sklepu. Dziadek zniesmaczony, że pilnuje się go jak więźnia, że nie może sobie w spokoju kupić wódki i się nachlać, wrócił razem z Szanownym do domu. A potem znowu była próba ściemniania, bo teść wyszedł z chałupy i od progu zawołał do Szanownego: „do Ziutka idę, po dwa jajka!”. Szanowny oczywiście zadzwonił do sąsiada Ziutka i zakazał częstować ojca jakimkolwiek alkoholem. Ponieważ sąsiad jest normalny, nie jakiś tam alkoholik, ale w barku zawsze coś procentowego stoi. Nie wiem jak się skończyła dzienna gonitwa za wódką, czy w końcu teść się napił czy nie, bo z opowieści Szanownego to nie wynikało. Niemniej jednak problem jest bardzo duży i sama myśl o tym, że będzie coraz gorzej napełnia nas oboje strachem. Już i tak jesteśmy wyklęci, ja jestem „szmatą”, „kukułczym jajem”, a Szanowny „wyrodnym synem”, „diabłem wcielonym”. Przepity mózg nie pracuje już normalnie i można się spodziewać wszystkiego.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Winna jestem pokazać swoje ostatnie twory, choć niektóre powstawały w wielkich bólach. Zwyczajnie nie było mnie stać na pracę rąk, odmawiały posłuszeństwa, a twór skończyć chciałam, bo sobie coś obiecałam. 

Tak więc po wykonaniu 60 centymetrowej serwety dla koleżanki w prezencie, postanowiłam wydziergać małą, 30 centymetrową dla siebie. Leży u mnie w przedpokoju na komodzie i prezentuje się tak:

Następnie w kalendarzu pojawiły się Walentynki wymyśliłam więc sobie, że małymi serduszkami (podkładkami) zrobię prezenty bliskim mi osobom. Taka paczuszka powędrowała też do mojego nowego/starego wujka i... zadzwonił do mnie. On pierwszy wykonał ten krok i zadzwonił. W zasadzie gadaliśmy dość krótko, ale przypomniało mi się, że wujek miał zawsze dużo do powiedzenia, nie dawał skończyć zdania i wchodził między słowa. Nic się nie zmienił ;-)

A poniżej wspomniane podkładki pod kubek w kształcie serduszek:

W międzyczasie postanowiłam zrobić prezent mojej koleżance, której urodził się synek. Mieszkają od wielu lat pod Londynem i pomyślałam, że taki zestaw kolorów rozświetli szare życie na emigracji. Dziergałam i dziergałam aż wydziergałam... 

To był ten twór nad którym tak dużo spędzałam czasu i który odchodził i przychodził wraz z weną. Składa się z małych elementów ok 11x11 cm, w całości ma ok. 115x80cm i już jest u swojego właściciela ;-)

Po drodze były wiosenne święta. Myślałam, że nadziergam różnych kurek, zajączków, jajek wielkanocnych. Od pomysłów internet aż huczał! Ale mnie wtedy najbardziej dopadło. Gnida stała za rogiem i tylko czekała na moje potknięcie. Ręce miałam sztywne i nic mi nie wychodziło, nic mi się nie podobało, a włóczka i kordonek były wykonane jakby z drutu - w moich oczach nie chciały się układać w żadne ładne twory. Zrobiłam jedynie kurkę, która postawiłam na naszym świątecznym stole:

A ostatnie dni spędzałam w moje ulubionej kuchni, wśród nieumytych garów i zastawionych blatów, z szydełkiem i kordonkiem. Koleżanka ze studiów wychodzi za mąż i wewnętrznym postanowieniem wytworzyłam dla niej serwetę w prezencie ślubnym. Serweta ma ok 70 cm średnicy i zużyłam na nią cały motek kordonka Aria 5 w kolorze naturalnym, w 100 gr = 425m. To dla zainteresowanych ;-) Szydełko 2. 

Lidka - gdzieś w którymś komentarzu pytałaś się jaki mam nick na Insta - wydaje mi się, że podałam wtedy, ale jeśli ktoś chce oglądać na bieżąco moje wypocinki to szukajcie nicku kataska_

Tagi: moje hobby
07:55, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 11 kwietnia 2018

Będzie z dziedziny działu kadr. Przyjmując się do pracy musiałam oczywiście przedłożyć kadrowej zestaw moich świadectw z poprzednich miejsc pracy. Co oczywiście uczyniłam. Dodatkowo pokserowałam na miejscu papiery, żeby pani było łatwiej skompletować moją teczkę.

Któregoś dnia zostałam zaczepiona przez panią kadrową i poproszona „na słówko” do pokoju. Okazało się, że pani kadrowa zapomniała o moim jednym świadectwie, przez co w mojej pensji brakowało roku do wysługi lat. Strasznie, ale to strasznie mnie przepraszała i powiedziała, że nawet odda mi te pieniądze za zaległe trzy miesiące przy najbliższej okazji, żebym tylko nikomu o niczym nie mówiła.

Poczułam się idiotycznie, bowiem pierwszy raz mi się taka sytuacja zdarzyła. Analizując później paski z wynagrodzeniem, stwierdziłam, że rzeczywiście brakuje mi tego procenta w wysłudze. Ale ten brak wypadał przez trzy miesiące. Nie mogłam spać przez ten incydent i nie wiedziałam co mam zrobić.

Ponieważ jestem w tej komfortowej sytuacji, że nasz sekcyjny kierownik jest moim kolegą, poszłam więc do niego z tym problemem. Ufam mu, bo jako pracownik na kierowniczym stanowisku spełnia się w tej roli. Powiedział na spokojnie, że tę sprawę trzeba załatwić normalnie – zgodnie z literą prawa, żebym nie przyjmowała od kadrowej żadnych pieniędzy, że ta kasa musi do mnie trafić drogą oficjalną czyli wyrównaniem. Z racji tego, że tak jak kiedyś wspominałam – to jest mała jednostka budżetowa – każdy tam zna się z każdym, ściągają do pracy swoich znajomych, członków rodzin, mój kierownik zna sekcję księgowości. Załatwił więc tę sprawę swoimi drogami i w tym miesiącu mam dostać wyrównanie. Poprosił mnie również o sprawdzenie paska, czy wszystko będzie się zgadzać. Jednak bocznymi kanałami dowiedziałam się, że kadrowa (mimo że super fajna dziewczyna) ma już na koncie jakieś wpadki i kierownictwo ją obserwuje. Poczułam się głupio, bo przecież prosiła mnie, żebym nikomu o jej wpadce nie mówiła, ale przecież to są moje pieniądze więc jak mogłabym brać na siebie odpowiedzialność za czyjeś potknięcia?

To kolejny powód do głębszych przemyśleń – jak funkcjonować w takim miejscu, bo przecież to nie korpo – tam każdy pracuje na luzie, wyrzucony może być tylko ten, kto nie ma wielkich pleców, lub serio nabroił.

Sprawa przycichła, kadrowa kiwa mi głową z uśmiechem na korytarzu, nie czuję jakichś negatywnych fluidów. Mam nadzieję, że od przyszłego miesiąca sprawa przycichnie już na dobre.

Tagi: praca
09:10, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Rów powiększa się i nie widzę światełka w tym głębokim jak gardło prostytutki tunelu. Raport nie będzie zawierał dobrych wiadomości więc jak kogoś nie interesują smuty i użalania może się wycofać rakiem i zaprzestać czytania.

Co do uczęszczania mojej córki do szkoły to niestety na terapię już nie chodzimy. Mania nie chciała współpracować, nie odpowiadała na żadne pytania i pani psycholog stwierdziła, że to nie ma sensu. Może to pani psycholog była bez sensu, bo powinna drążyć temat i wnikać w problem, ale odpuściła.  Odpuściłam więc i ja chodzenie po lekarzach, specjalistach i postanowiłam zaufać intuicji. Zmieniłam sobie godziny pracy na takie, które pozwalają mi kontrolować Manię rano przed wyjściem do szkoły. Ona wychodzi o 7.00 i ja wychodzę o 7.00, przedtem nas – czyli mnie i Szanownego nie było w domu już o 6.00. Sama Mańka – mogła bez nadzoru wymyślać najróżniejsze przyczyny, żeby nie iść do szkoły. Teraz ma trochę zdziwioną minę, ale nie ma możliwości decydowania samej. Chyba że wróci się z drogi do szkoły, ale Librus pokazuje, że w tej szkole jest. Eksperyment trwa krótko, ale liczę na pozytywne efekty chociaż na koniec roku szkolnego.

Pierworodny cały czas waha się czy zostać w innym mieście czy jednak wracać do stolicy. Nie ma swojego miejsca i ja mu się wcale nie dziwię, że miota się jak dziki wilk po klatce. Jest jednak tam uwiązany niepisaną umową wynajmu aż do września bieżącego roku więc i tak musi ten okres przeczekać i tak.

Odebrałam swoje wyniki badań rezonansu głowy. Osobiście jestem załamana, ale nie aż tak, żeby włosy z tej głupiej pały rwać. Mam jakieś zmiany w mózgu, o których wujek gugiel i ciocia wikipedia nie piszą dobrze, ale też są informacje, że to niekoniecznie musi być przyczyna tej choroby. I teraz ciekawostka – z wynikami badań do mojego neurologa nie mam już szans na zapis w tym roku. W przyszłym – 2019 do czerwca nie ma już miejsc, a od lipca 2019 pani doktor nie rozpisała jeszcze grafiku. Nie poddałam się jednak i zapisałam się do niej prywatnie, w innym miejscu. Musze wiedzieć, czy moje bóle głowy przestaną mnie nękać.

W pracy zaczynam się czuć źle. Wszyscy tu się integrują, spotykają, mają wspólne tajemnice, plany, wyjazdy służbowe. Ja nie chcę. Od pierwszego spotkania integracyjnego mogłam się jakoś sensownie wykręcić – był to wyjazd do teatru do Warszawy. Powiedziałam, że już widziałam ten spektakl. Jak mi później koleżanki opowiadały co się działo w zamówionym na potrzeby firmy autokarze, to wcale nie żałowałam, że nie pojechałam. Połowa osób miała ze sobą flaszki bądź inne trunki wzmacniające, a potem w teatrze robili wiochę biegając co chwilę do toalety. Ach jakie to zabawne…… Teraz jest planowana wycieczka do Łańcuta. Już kombinuję jak się wykręcić. Oczywiście nie jestem jedyna, która na takie spędy nie jeździ, ale jednak 95% załogi zalicza się do tych integracyjnie aktywnych.

Mieliśmy wszyscy w dziale propozycję od naszego szefa sekcyjnego wykonania sobie takich samych kubków, z tym że miały różnic się imionami. Myślałam początkowo, że będzie to opłacone z jakiegoś funduszu reprezentacyjnego… Okazało się, że mieliśmy zapłacić z własnej kieszeni. A może mnie się nie podobał ten kubek? A może jestem totalny odszczepieniec i sama nie wiem czego chcę? U Was też się tak wszyscy integrują? Też sobie zaglądacie do misek co macie na obiad czy śniadanie? Też zwierzacie się koleżance z przysłowiowych pryszczy na dupie? I że z mężem nie sypiacie od pół roku i jaki to on jest niedobry? Proszę pamiętać, że społeczność tutaj to w większości mieszkańcy małych miejscowości – ludzie prości, ale dobrzy i życzliwi, jednocześnie spragnieni bardzo jedności. Jak rodzina czy sąsiad zza płotu – wszystko muszą o sobie wiedzieć. Biję się jednak z myślami, bo nie chciałabym pracować w korpo, gdzie każdy na każdego wilkiem patrzy i zazdrości.

Miewam cały czas stany lękowe polegające na braku dopytania się o szczegóły spraw służbowych. Niby nikt nie ma żadnych pretensji o to i jest jakby pomocny w swojej dziedzinie, ale posiadam dużą blokadę, żeby drążyć dany temat. Ostatnio nawet myślałam, że nie nadaję się do takiej pracy tylko powinnam być pracownikiem Biedronki, czy Lidla i wykładać towar na półki. Myślę sobie, że taka praca nie jest zobowiązująca, ale każda praca polega na jakiejś odpowiedzialności, bo nawet jak sprzątasz to musisz wykonywać to rzetelnie.

Jebie mi się w tym łbie jakbym innych problemów nie miała. Sypiam nieregularnie, nie mam ochoty na nic; nie chce mi się sprzątać, gotować, martwić się o innych, dzwonić, pytać o samopoczucie, składać życzenia, bywać, witać się, żegnać, współżyć, myśleć o zapłaceniu rachunków… Nie daję rady przeczytać nawet jednej strony w książce, nie mówiąc o szydełkowaniu. Mam rozbabraną robótkę, której nie mogę skończyć - nie mam weny twórczej. To jakieś cykliczne, albo uwarunkowane od pogody lub leków.

Znowu rozbolała mnie głowa. Czasami próbuję się sama rozśmieszać i mówić na głos: „taa, znowu pomyliłaś szafkę z lodówką szukając masła. To na pewno przez te zmiany w mózgu”.

Prócz osobistych spraw, które kopią mnie na każdym kroku, mieszkam w kraju, w którym nie dzieje się dobrze. To tez jest dobijająco – dołujące. To wszechobecne chamstwo i buta niektórych ludzi, którym pozwolono bez żadnych zahamowań obrażać innych, zwyczajnie mnie przeraża. Nigdy nie przypuszczałam, że mając spojrzenie na świat różniące się od większości, będę zwyczajnie bała się o nim mówić. Bo mogę np. za to dostać w łeb.

Jestem silna, ale jednak słaba. Coś się we mnie co jakiś czas kruszy i powoduje, że nie bywam sobą. Albo właśnie jestem sobą – wariatką z kilkoma osobowościami.

15:42, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 07 marca 2018

Może to ta nieuchronnie zbliżająca się cholerna wiosna, a może wiele innych czynników, które dzieją się wokół mnie, ale od dłuższego czasu mój nastrój wygląda jak rów mariański. Tak się chyba dzieje regularnie co roku. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale muszę zaznaczyć.

W pracy czuję się dziwnie. Niby wszystko mi pasuje, wszyscy są mili i pomocni, a ja się gdzieś dopatruję jakichś podtekstów. I po co? Zaprzątam sobie niepotrzebnie głowę swoimi kompleksami. Nawet wśród tak hermetycznej społeczności (moja praca znajduje się w małej, gminnej miejscowości) ludzie akceptują moją inność. To znaczy ja te cechy traktuję jak „inne” bo większość zachowuje się i robi inaczej. Ja jednak nadal jestem w mniejszości.

Rozmowy na temat mojego ateizmu i posiadania nieochrzczonego dziecka są zawsze miłe ale pełne pytań. Ludzie pytając mnie o inne niż ich zwyczaje wpuszczają do swego świata rzeczy, o których nie mieli pojęcia. Np. że można mieć świecki pogrzeb, bez udziału księdza, że dziecko nie musi chodzić na religię, ani na wychowanie do życia w rodzinie. Jednak ja też dowiaduję się, że na wsiach dziecko, które nie chodziłoby na te przedmioty byłoby piętnowane przez inne, a rodzice wzywani do szkoły po wyjaśnienia (!).

Koleżanki, z którymi współpracuję to typowe kobietki, które gadają o sukienkach, szpilkach i szminkach. Co oczywiście nie znajduje u mnie zrozumienia i nie jestem dobrym rozmówcą, ale w sprawach np. wypieków domowych chleba czy ciast już należę do grona dyskusyjnego. Jestem też osobą, którą wypytują o sprawy rodzinne: większość tutejszych bowiem, jak powychodziła za mąż „naście” lat temu, tak nie wyobrażają sobie zmiany, nawet gdy mąż nie jest ideałem. A słyszałam nawet, że jedna z koleżanek ma w domu damskiego boksera. Ja z Szanownym (partnerem nr 2) jestem tutaj ewenementem. A co to jest rodzina patchworkowa dowiedziały się właśnie ode mnie.

Moje uwielbienie chłodniejszych temperatur również spotyka się ze zdziwieniem. Jak to można nie lubić wakacji nad morzem? Ano można. I czy jak teraz chodzę w krótkim rękawku to latem chodzę nago???

Ale najbardziej irytuje mnie zaglądanie sobie do misek i szklanek. Co mam dziś do jedzenia? A chcesz spróbować mojego? Nie lubisz? Takie wymuszanie wewnętrznej integracji. Bronię się oczywiście dyplomatycznie do posiadania własnego świata, ale z trudem mi to przychodzi.

Ze spraw domowych: Mania będzie chodziła na terapię socjalizującą. Zaczynamy już 10 marca i tak co tydzień. Byłam u psychologa w rejonowej poradni. Dostałam cynk, że jest nowa pani, młoda, pełna werwy, z chęcią niesienia pomocy innym. Do tego zaczynam robić Młodej badania w kierunku hormonalnym ponieważ tyje w zastraszającym tempie. Sama nie jestem jakimś okazem na wybieg modelek, ale moja córka ma w biodrach już więcej ode mnie. Myślę, że zajada kłopoty, albo je z nudów, bo mało wychodzi z domu.

Pierworodny myśli o powrocie do stolicy. To jest kolejny mój myślowy problem, bo jako matka chciałabym, żeby mojemu synowi dobrze się układało. On twierdzi, że wciąż nie może się odnaleźć w tym mieście, że zadziałał na spontanie i teraz zaczyna tego żałować. Ale ponieważ ma niepisane zobowiązanie wobec kolegi na wspólny wynajem mieszkania, musi wytrzymać do września b.r. Dodam jeszcze, że dawno nie słyszałam, żeby płakał. Ostatnio jak był dzieckiem.

Szanowny chorował, chodził na rehabilitację i już jest lepiej. Ale mimo jego chęci do życia, wewnętrznej energii i siły widzę, że wchodzenie w przedział 50-60 lat robi swoje. On się oczywiście nie poddaje, ale już musi na stałe przyjmować leki na obniżenie ciśnienia, co ma przełożenie na inne aspekty prywatnego życia…

Dom się rozsypuje i pomału zapędza nas w skarbonkę. Oczywiście o inwestowaniu nikt nie myśli – ani dziadek, ani pasierb zza ściany, tylko my z Szanownym. Rachunki za gaz, za ogrzewanie są bardzo wysokie, a i tak nie dajemy rady tak nagrzać pomieszczeń jak to było, gdy stała koza. Powietrze jest wilgotne i takie… „grzybowe”, a to wszystko przez brak ocieplenia, stare, ceglane mury i wysokie izby.

Tak więc wszystko mnie jakoś dołuje, przerasta. Nic mi się nie chce i na nic nie mam ochoty. Mam ochotę ciągle spać. Jak nie ja. Znowu zapętlam się w bałagan, lenistwo nie daje mi nawet obsługiwać zmywarki. W trakcie roboty mam projekt, którego nijak nie mogę dalej ruszyć. Dodam tylko, że to będzie kocyk dla nowonarodzonego, który przyszedł na świat pod Londynem, u mojej dobrej koleżanki.

Może to tylko chwilowe… Tym bardziej, że dziś nie wolno mi się smucić.

09:40, sokramka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 lutego 2018

Przed rozpoczęciem weekendu odbyłam dwudniowe szkolenie z zakresu moich obowiązków, które aktualnie wykonuję. Ze szkolenia wyszłam niezmiernie zadowolona albowiem prowadził je człowiek specjalizujący się w zamówieniach publicznych oraz z wykształcenia był prawnikiem. Brał więc niejednokrotnie czynny udział w sprawach sądowych dotyczących sporów pomiędzy wykonawcami a zamawiającymi. Co chwilę sypał z rękawa przykładami. Ze szkolenia otrzymałam certyfikat, który jutro powędruje do mojej teczki personalnej. Szkolenie bowiem zostało sfinalizowane przez mojego pracodawcę, a wysłana zostałam bezpośrednio przez mojego aktualnego szefa. 

W sobotę potrzebował detoksu. A ponieważ wcześniej zorganizowałam spotkanie z koleżankami ze studiów, zebrałyśmy się w gruzińskiej knajpie, popijając piwo lub wino oraz zajadając się gruzińskimi potrawami. Bardzo mi brakowało towarzystwa tych akurat osób ponieważ w ich towarzystwie zawsze czułam się... normalnie. To kobiety, które: nie zazdroszczą, nie oceniają, nie doradzają na siłę, słuchają i same mają wiele rzeczy do opowiadania. Spotkanie trwało kilka ładnych godzin ;-) 

W domu zaś Szanowny szykował kiełbaski "chorizo", coś na wzór hiszpańskich tradycyjnych kiełbasek leżakujących w suchym i chłodnym miejscu. Wiadomo, że zawsze rodzime potrawy będą smakować inaczej, ale biorąc chyba najlepszy, dostępny przepis spróbuje się chociaż znaleźć blisko oryginału. Kupiłam bowiem w piątek półtuszkę wieprzową, którą zamówiłam kilka dni wcześniej. Wracając z pracy zgarnęłam świnkę po drodze ze sobą. Miałam w bagażniku niezły towar :-D Już w sobotę z samego rana mój kochany chłop rozprawił się z mięsem, dzieląc na odpowiednie porcje. Co zostało - zmieliłam bądź pokroiłam na gulaszowe porcje i znowu zamrażarka jest pełna. W razie wojny mamy jeszcze słoiki smalcu ze skwarkami, leżakujące w piwnicy ;-) 

A dziś z samego rana znowu wskoczyłam na rower i zrobiłam rundkę po niedalekim terenie. Potem pojechaliśmy na zakupy i w domu każdy zajął się własną robotą. Mam w planach nowe "dziergadełka", kilka zrobionych do dnia dzisiejszego na pewno zamieszczę w najbliższym wpisie. Pojawiają się regularnie na Insta. 

Z pozdrowieniami dla Wszystkich!

poniedziałek, 12 lutego 2018

W nowych miejscach pracy poznajemy nowych ludzi. Widzimy bliżej ich spojrzenie na świat, na otaczających innych ludzi. Mamy prawo do oceny. Jeśli nie chcemy przebywać/kontaktować się z osobami, które nas denerwują/irytują/drażnią lub inaczej wpływają na nasze samopoczucie to staramy się ich omijać. Przynajmniej ja tak robię. Gorzej gdy z taką osobą trzeba współpracować i narzuca nam ona swój światopogląd, nie zawsze zgodny z własnym.

Na szczęście ja trafiłam na kogoś, kto ma inne zupełnie spojrzenie na otaczający go świat, współpracuję z tym kimś, ba – siedzę w jednym pokoju, ale nie jestem tłamszona i przekonywana do „jednej tylko racji” ;-) Prowadzimy dość dobre konwersacje.

A myśl pojawiła się w związku z informacją, jaką moja wspomniana koleżanka przeczytała na Fb, że jakaś kobieta wyrzuciła dziecko na śmietnik, bo obawiała się męża, a mąż dzieci więcej nie chciał. Próbowałam z nią dyskutować, ale w miarę rozwoju tematu jej argumentacja powaliła mnie z nóg. Powiedziałam: że to się pewnie stało z powodu braku edukacji seksualnej w jej domu, na co usłyszałam: „co ty opowiadasz! To nie ma nic wspólnego z edukacją seksualną”. Wtedy podałam argument depresji poporodowej. Usłyszałam: „co? Nie ma czegoś takiego jak depresja poporodowa. To są wymysły rozkapryszonych panienek. Mogła usunąć ciążę jak jej nie chciała.” Wtedy odparłam, że może nie miała pieniędzy na zabieg, bo przecież aborcja jest u nas zabroniona. No i ten argument rozwalił mnie na kawałki: „to mogła wziąć pożyczkę.” Potem już była fala hejtu: „co to za baba! Ja nie mogę takich rzeczy czytać. Mogła oddać do adopcji, a nie wyrzucać na śmietnik”.  Kiedy próbowałam forsować jej zdanie, że nie można tak potępiać człowieka nie znając go osobiście, usłyszałam, że ona przecież nigdzie o niej nie wypisuje, nic nie komentuje publicznie, po prostu ma takie zdanie. Doszłam do wniosku, że tu się z nią zgodzę: na hejt mojej koleżanki chciałam ją równie mocno shejtować. Tak samo było w przypadku wyprawy Tomka i Eli na Nangę. Koleżanka „zjechała” równo Tomasza za „brak odpowiedzialności”, że „zostawił dzieci”, i „kim on jest, żeby sobie realizować tak niebezpieczne hobby”. Całość jej wypowiedzi była napełniona nienawiścią do Tomka i ocenianiem go jako „nienormalnego”, jakby mało było jego rodzinie hejtu z zewnątrz…

Pomyślałam sobie dziś: kim jesteśmy, że oceniamy w tak brutalny sposób? Kiedy zadałam to pytanie mojej koleżance, przerwała mi wywód i zaczęła mówić z innej strony zagadnienia. Bardzo ją lubię, tak jak lubię większość osób, które mają inne spojrzenie na ludzi niż ja, ale potrafimy bez awantury wymienić się swoimi poglądami, ale dojrzałam chyba do momentu, kiedy lata leczonej depresji i posiadanie bardzo złożonego charakteru doprowadziło mnie do nieoceniania w tak brutalny sposób. Kiedyś potrafiłam oficjalnie i głośno zazdrościć wypowiadając (np. w rozmowie z Bratem) słowa: „po chuj im ten samochód? Nie mają na co pieniędzy wydawać?” albo równie mocno skrytykować znajomego lub potępić koleżankę za czyn, jaki popełnili, a w sumie do końca nie znałam przyczyn tego czynu.

Teraz myślę inaczej, ale ludzie się zmieniają. Przeraża mnie tylko, że ta „wolność wypowiedzi” idzie za daleko. Wystarczy spojrzeć na rozrastające się hordy narodowców. Przecież im wolno. Mają zapewnioną konstytucyjnie wolność wypowiedzi, ale jednocześnie konstytucja zabrania propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego, a już nie wspominając o mowie nienawiści. Gdzie jest ta granica? W którym momencie nam wolno oceniać, a w którym lepiej powstrzymać się od powiedzenia, że „był/była głupia”? Przecież pisząc ten tekst sama oceniłam i shejtowałam swoją koleżankę z pracy ;-)

Tagi: ludzie życie
17:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 lutego 2018

Uważam za otwarty! Czy nie za wcześnie? Ja sądzę, że za późno ;-) Siedząc teraz od początku roku za sterami auta, dziennie pokonując ok. 70 km, potem spędzając 8 godzin przed ekranem komputera (a roboty mam mnóstwo i jeszcze trochę), poczułam jak zanikają mi wszelkie mięśnie, jak twardnieją mi ścięgna pod kolanami i się na siebie wściekłam. Bo zawsze lubiłam ruch, a w szczególności rowerowy więc postanowiłam coś dla siebie w tej materii zrobić. 

Wstałam jak zwykle w okolicach 7.00, odsłoniłam zasłonki i zobaczyłam jak mgła woła mnie z lasu. Mania jeszcze spała, Szanowny poszedł skoro świt do pracy więc naciągnęłam dresy, czapkę i wystawiłam rower ze schowka. Miałam trochę za cienkie rękawiczki, ale po przejechaniu kilku kilometrów zrobiło mi się w nich ciepło ;-) 

Na początek pokonałam zaledwie 12 kilometrów. Ale to i tak napełniło mnie pozytywną dawką energii i dobrego zmęczenia. To jak ten dobry cholesterol ;-) Temperatura około zera stopni to tak naprawdę żaden mróz, a dobre powietrze wprost do płuc. 

Teraz piję kawkę, a w pokoju, w ciepłym miejscu rośnie mi zaczyn z zakwasu na chleb. Zaraz wezmę prysznic, a potem wezmę się za robotę. 

Miłego weekendu!


Tagi: rower
09:24, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60