Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 05 kwietnia 2019

https://dzungladomowa.home.blog/

Nie podoba mi się szata graficzna oraz to, że nie pozaciągały się zdjęcia do odpowiednich postów. Ale wszystko jest, nic nie zginęło. Mam nadzieję, że dostanę od Was informację zwrotną, gdzie szukać Waszych nowych adresów..

Do zobaczenia na nowym portalu!

09:21, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 marca 2019
Będzie dużo informacji, ale nie będę się rozdrabniać na kilka wpisów.
Zacznę od pracy. Od 1 marca jestem na umowie próbnej w baaaardzo dużym przedsiębiorstwie państwowym, ale na zasadzie spółki akcyjnej. Wynagrodzenia są więc co najmniej dwa razy większe niż w moim poprzednim miejscu pracy. Ale socjal jest ten sam: naliczana wysługa lat, gruszka, dofinansowania do wypoczynku, karta multi sport, kasy zapomogowo-pożyczkowe, nieoprocentowane. Stanowisko należy do działu zakupów, tak więc nie zmieniłam zbytnio charakteru pracy, zmieniłam branżę i odległość – tylko 5 km od mojego domu. Latem jak się uprę będę wracać piechotą lub rowerem. Narazie się szkolę, wdrażam i próbuję opanować strasznie zawiły program, który intuicyjny nie jest w ogóle. Trzeba się go nauczyć po prostu na pałę. Ale dam radę. Kto jak nie ja! O załodze chwilowo nie będę się rozpisywać ponieważ wszystko mi się tu podoba, a przecież to dopiero początki. W każdym razie mój dział, składający się z pięciu osób zatrudnia wszystkich mniej więcej w moim przedziale wiekowym.
A teraz będzie o Mani. Dużo się zmieniło od ostatnich informacji. Córka zaczęła chodzić na warsztaty socjalizacyjne, które mają wydobyć z niej to, co skrywa pod swoją skorupą, żeby się nie bala, żeby odważnie myślała o swojej przyszłości. Ja wiem, że dla takiego typu charakteru jest to trudne, ale Mani bardzo się te zajęcia podobają. Zapoznała koleżankę, która usposobieniem jest podobna do córki. Zajęcia odbywają się raz w tygodniu, na które jeździmy razem, są bowiem daleko od domu. Będą trwać aż do czerwca i są całkowicie za darmo.
Któregoś dnia córka zagaiła rozmowę ze mną, że chciałaby nauczyć się samoobrony. Może jakiejś sztuki walki, albo coś podobnego. Zaczęłyśmy więc szukać w internecie jakichś zajęć w okolicy, ale nic nam nie wpadło pod palce. I nagle dwa tygodnie temu na grupie fejsbukowej zareklamował się trener personalny, który oferował zajęcia z samoobrony i…boksu. Również dla małolatów. Po zapytaniu się córki, czy chciałaby chodzić na takie zajęcia – wybuchła euforia. Tak więc wożę Manię dwa razy w tygodniu na zajęcia bokserskie, podczas których nakłada rękawice i ćwiczy obronę, atak i różne inne ruchy, a potem relaksuje się na rowerku treningowym. Zajęcia jak na moją kieszeń nie są drogie i widząc jej wielkie zaangażowanie będę ją wspierać w tym zamyśle. Instruktor zamówił dla niej rękawice osobiste, a ona już mówi, że teraz żaden chłopak już jej nie podskoczy ;-)
Remont japońskiego pokoju córki chwilowo stanął ponieważ Szanowny stwierdził, że gipsowanie i docieranie ścian musi poczekać na wyższe temperatury na zewnątrz. Skupiamy się więc na wymianie podłogi i rozmowach o innych szczegółach: rolety w japońskie wzory, czy fototapeta.
Tak więc wszystko idzie ku dobremu. Ja mam też spokój w głowie dzięki białym tabletkom i unikaniu starszego, nawalonego pana zza ściany.
Dobrego weekendu!

P.S. Blox świruje. nie dał mi się zalogować, a teraz każe publikować wpisy z nowego widoku, którego nie lubię. Trzeba się stąd wynosić :-/

 
20:06, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 27 lutego 2019

Kiedyś nie umiałam przyjmować prezentów i chyba do dziś mam z tym wielkie problemy, ale ostatnio dwie osoby zrobiły mi tak uroczą niespodziankę, że prawie z krzesła spadłam ;-) Na zasadzie wymiany bezgotówkowej zrobiłyśmy sobie wzajemne prezenty. Jedna kobieta, to moja bardzo dobra znajoma blogowa z drugiego końca Polski, a druga artystka to... moja kuzynka. Córka mojego nowego-starego wujka, o którym wspominałam pisząc w temacie śmierci mojego ojca. Ja im wydziergałam rękawiczki i mitenki/ ocieplacze (oba produkty są na Insta), a one mi wykonały "włóczkotrzymacze" :-) Oto dzieła wielkich artystek:

To "włoczkotrzymacz" ceramiczny, wykonany przez moją kuzynkę.

A poniżej "włóczkotrzymacz" drewniany wykonany przez koleżankę:

Ludzie są naprawdę mega zdolni! I bardzo mi się zrobiło przyjemnie, kiedy mogłyśmy się wspólnie wymienić naszymi zdolnościami :-) 

Zaglądajcie na Insta, tam jest na co popatrzeć, a ja ostatnio przywołuję wiosnę małymi zabawkami na szydełku: biedronką i pszczółką. Oraz w podtekście czekam na wybory ;-)

Miłego!  

Tagi: barter
08:48, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 05 lutego 2019

Od zawsze podziwiałam mojego męża za zaradność, pracowitość i umiejętność rozwiązywania problemów mechaniczno-technicznych. Kiedyś wściekałam się za jego bałaganiarstwo i pozostawianie krajobrazu jak po bitwie, ale teraz, po latach wiem, że nie zmienię tego i kładąc na jedną szalę jego zdolności i na drugą syfiarstwo, ta pierwsza zawsze wygra.

Otóż jesteśmy w trakcie remontu pokoju Mani. Pokój, według jej wyobrażeń, ma być w stylu japońskim. Ponieważ dziewczyna interesuje się tymi klimatami, sama poducza się tego języka, chciałaby mieć choć zalążek Japonii w pokoju. Tak więc musieliśmy zacząć od postawienia ścianki oddzielającej jej pokój od korytarzyka. Niestety nie umiem w szczegółach wyjaśnić słowami jak to się dzieje, ale proszę sobie wyobrazić dom wybudowany przed wojną, gdzie izby były przechodnie i praktycznie w żadnej z nich nie można było liczyć na skrawek intymności. Teraz do tego dążymy. Potem było obniżenie sufitu ponieważ stare, przedwojenne izby były bardzo wysokie. Ciepło uciekało więc na strych. W suficie zostały zamontowane światła ledowe, które zapalają się sekwencją, zależną tylko od humoru Mani. A więc może sobie zapalić nad łóżkiem i biurkiem, może osobno włączyć środkowe światło, może też zaświecić światło osobno nad wejściem do pokoju. Ale kiedy chce, żeby było bardzo widno może te wszystkie pięć świateł włączyć naraz. Do tego nad biurkiem będzie miała (bo się dopiero robi) lampkę handmade, której abażur wykonamy z patyczków i kalki technicznej, a na tej kalce namalujemy japońskie słowo. Jakie – to Mania sobie wybierze. Ściany córka chce mieć trzy białe, a jedną fioletową. Na białej ścianie przy wejściu ma być fototapeta z japońskim motywem. W oknie zamiast zasłonek zamówimy rolety z japońskim wzorem. Drzwi oczywiście przesuwne i w stylu japońskim, czyli kratka z listewek.

I to wszystko mój mąż robi sam. Wraca z pracy i wchodzi do Maniutkowego pokoju i dłubie, i dłubie, i dłubie… Ja tylko chodzę i po nim sprzątam. Kiedy podwieszał sufit zbudował sobie przedtem takie narzędzie do podnoszenie wielkich płyt karton-gips, bo stwierdził, że do tej roboty niezbędne są dwie, trzy osoby, a on na ekipę remontową kasy nie ma. Na wymyślony przez niego sprzęt nakłada się płytę w pionie, odwraca ją do poziomu, potem specjalna dźwignią podnosi się do sufitu i już można płytę przykręcać. A sprzęt zrobiony z kilku rurek i… starego obrotowego krzesła ;-)

Nie mogę się nadziwić zdolnościom męża, jego pasji dłubania, montowania, składania, skręcania. Ostatnio coraz częściej zaczyna się bawić w drewnie. Kupiłam mu frezarkę w prezencie i już mam w kuchni siedzisko w stylu góralskim. Z pieńka przepołowionego wzdłuż oraz przykręconych dwóch desek po bokach powstał piękny taboret. Szeroki, wygodny i bardzo ładny. W planach jest jeszcze jeden, tylko, że na to wszystko potrzebny jest czas i siły własne.

Nie potrzebuję wynajmować hydraulika, malarza, glazurnika, szklarza, mój mąż jako mechanik samochodowy pracuje zawodowo więc auta mamy jak spod igiełki. Nawet to, jak sam uporał się z ociepleniem domu w zeszłym roku. Sam. Zbudował sobie najpierw rusztowanie, na którym później fikał i przyklejał płyty styropianowe. Podziw, wielki podziw.

Okienko dla kotów – też samodzielna robota i pomysł! Bo nikt takiego nie ma. Domek nad oczkiem kręcący wiatraczkiem jak młyn – też samodzielna robota (jest wstawiony na Insta). Ta głowa ma tysiąc pomysłów na minutę, i choć nie była w stanie zapamiętać imion swoich wnuków (bo już teraz to się utrwaliło) to w tej głowie na pewno jeszcze coś się fajnego zrodzi czym się będę chwalić.

Tagi: Mąż remont
11:10, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 15 stycznia 2019

Gdy wydaje się, że wszystko idzie jak po maśle i ma się ku lepszemu, pojawia się znienacka jakaś kłoda, która powoduje, że nie można iść dalej. Tą kłodą był dzisiejszy poranek i następstwa z nim związane. Ponieważ od dwóch tygodni jestem na L4, pomagam Mani w docieraniu do szkoły. Codzienna obecność spowodowała, że z większości przedmiotów będzie miała oceny na semestr. Jednak dziś coś w niej pękło, coś co spowodowało, że widziałam w jej oczach tę samą pustkę, która kiedyś, przed leczeniem próbowała w nią wstąpić. Najpierw stwierdziła, że boli ja brzuch, potem, że mimo leku nie przechodzi. Następne minuty były już tylko walką o dobre samopoczucie mojej córki. Do samochodu wsiadała jak skazaniec, wciąż szlochając. Po drodze nie słuchała tego, co jej mówiłam, o czym przekonywałam i jak wspierałam. Było mi ciężko, bo samej chciało mi się płakać. Ale ona musi do tej cholernej szkoły chodzić, bo zamkną ją w psychiatryku … Na parkingu już buńczucznie, ale ze łzami w oczach oświadczyła, że ona do tej szkoły nie wejdzie. Nie umiała mi odpowiedzieć dlaczego. Rozumiałam. Spytałam więc czy chce iść ze mną do pani dyrektor, która bardzo poważnie traktuje sprawę naszej Mani. Córka odpowiedziała, że chce iść, ale bez plecaka. Tak jakby dawała mi znać, że na samą naukę nie pójdzie. Kiedy już znalazłyśmy się w gabinecie dyrektor, Mania nie chciała zdjąć kurtki i wciąż szlochała. Dyrekcja próbowała córkę przekonać, że lekcje miną szybko, że nauczyciele czekają tylko na nią, że indywidualna ścieżka to jedyny możliwy i bezpieczny sposób, żeby nie zawiadamiać władz o unikaniu obowiązku szkolnego, a co za tym idzie – nałożeniu na rodziców (nas) kary finansowej. Ale przecież moja córka wszystko to doskonale wiedziała. Potem pani dyrektor powiedziała, żebym jednak wróciła się do samochodu po plecak i spróbujemy zaprowadzić Manię na lekcje. Nagle moja córka ze szlochem kurczowo złapała się za moje ramię i nie chciała nigdzie puścić. Czułam się dziwnie. Jak rozrywana z częścią mojego ciała. Poszłam jednak po ten plecak, ale i tak moja córka do klasy poszła z obstawą – pedagoga szkolnego, dyrekcji i mnie. Dobrze, że było już po dzwonku, dzieciaki powchodziły do sal i nikt nie widział co się dzieje przed klasą, w której moja córka miała mieć zajęcia. Na koniec okazało się, że pedagog spytała, czy mogę być w klasie razem z Manią i nauczycielem… I tak spędziłam cztery godziny lekcyjne w szkolnych ławach, pilnując jak pies warujący, mojej córki. Jest mi przykro, jestem załamana i zdruzgotana. Psychiatra po każdej wizycie zwiększa dawki leków przyjmowanych przez moją córkę. Ja tez dostałam coś na wyrównanie stanu emocjonalnego. Do tego jeszcze zmieniam pracę, nie będę mogła sobie pozwolić na następne zwolnienia. Nie mam nikogo, kto mógłby przypilnować mi rankiem dziecka. Gdyby teść był normalny…

Mania teraz śpi. Po przywiezieniu jej do domu poszła od razu do swojego pokoju pod kołdrę. W czwartek są jej trzynaste urodziny. Prosiła, żebym nie zapomniała jej kupić w środę cukierków, żeby mogła poczęstować koleżanki i kolegów w klasie.

13:38, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 02 stycznia 2019

Odchodzę. Z Zamówień Publicznych odchodzę. Tu, gdzie jestem niestety nie da się dłużej normalnie pracować. Nawet stare wygi mi to mówią mijając mnie na korytarzach i chodnikach ośrodka.

Sytuacja zaczęła się pogarszać kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że w równoważnym wydziale zajmującym się zakupami od innej strony, będzie odchodzić koleżanka. Zwolnione stanowisko było dla mnie ciekawostką przyrodniczą. Przypadkiem więc, któregoś dnia zaczepiłam szefa szefów, który wychodził na papierosa i zwyczajnie spytałam czy to prawda i czy w związku z tym byłaby możliwość, abym ja się przeniosła na zwalniane miejsce. Na co szef szefów z uśmiechem odpowiedział mi, że owszem, prawda i że jemu się nawet ten pomysł podoba, bo widziałby tam kogoś z głową takiego jak ja (?!). Nie wiem czy był to komplement, czy pochlebstwo, w każdym razie wszystko od tamtej pory zaczęło się dziać lawinowo. Nawet się nie spodziewałam. Szef szefów uruchomił bowiem procedurę przeniesienia mnie do wspomnianego wydziału na zasadach nie urągających mojej godności (tamto stanowisko było słabiej wynagradzane), a jednocześnie zapewniające mi komfort pracy. Mam więc nową umowę na czas określony, która szybko przekształci się na czas nieokreślony.

Jednakże nic nie może być tak piękne, aby było realne. Moja współlokatorka zaczęła już krucjatę powolnego niszczenia mnie psychicznie, co dobitnie pokazuje wszem i wobec, bardziej lub mniej jasnymi znakami. Po pierwsze wprost mi powiedziała, że „tego się nie robi koledze”. Bo jak mi kolega załatwił robotę, to powinnam być mu wdzięczna i nie sprawiać mu przykrości odchodząc do innego wydziału. To o naszym kierowniku. Po drugie obcięła mi premię świąteczną. I o tym dowiedziałam się od zaprzyjaźnionej księgowej, która zdziwiona jej wysokością zapytała co narozrabiałam, że tak dobitnie mnie ukarano. Po trzecie, po rozmowie z koleżanką – księgową to nie moja współlokatorka powinna rozdzielać premie, a właśnie nasz kiero, który jak widać ma gówno do gadania. Po czwarte: mam do zamknięcia rok 2018. W papierach musi być porządek, więc starałam się wszystko dokładnie uzupełnić, aby spokojnie po nowym roku przejść płynnie na nowe stanowisko. Niestety, teczki zostaną dogłębnie sprawdzone, a co za tym idzie „nie wolno mi przejść, póki nie pouzupełniam, bądź nie pozmieniam dokumentacji”. A zmieniać mam: kropkę zamiast przecinka, jedynkę zamiast dwójki, pomyłkę literówkę, wcięcie marginesu, no… może ze dwie rzeczywiste pomyłki. Do tego jej nastawienie jest wybitnie olewcze i robi to „bo musi” oraz w tempie żółwia.

Boleć to boli bardzo, ale i ja nauczyłam się czasem olewać. Przykre jest to, że takie robienie na złość nikomu i niczemu nie służy. Wybitnie zaś pokazuje jej infantylne podejście do życia oraz brak szacunku do drugiego człowieka. Czy to, że chcę odejść boli ją dlatego, że jednak czuje pod nosem z jakiego powodu to robię? Czy to, że nie umiałam i nie chciałam przejść na „szpilkowo-sukienkową” stronę mocy spowodowało, że traktuje mnie teraz jak piąte koło u wozu? Wszak w tym pokoju, w którym jestem, dziewczyny zmieniały się ponoć jak rękawiczki. Jestem czwartą z kolei.

Życie służbowe ma znaczący wpływ na życie prywatne. Zadowolenie z pracy jest połową sukcesu ogólno życiowego. Tak myślę ja, inni mogą się ze mną nie zgadzać. I nie zgodzę się z kimś, kto mi napisze: „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, „jakoś trzeba to wytrzymać”, „marudzisz, narzekasz”, „szanuj to co masz”. Wolę wybrzydzać i szukać spokoju i normalności, niż wciąż chodzić z bólem żołądka do znienawidzonej pracy.

Tagi: praca
19:04, sokramka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 30 grudnia 2018

Ostatnie wydarzenia związane z intensywną próbą powrotu mojej córki do szablonów społecznych, spowodowały, że nijak nie mogłam się skupić na zaglądaniu na blog. Ani swój, ani na zaprzyjaźnione strony. Ale nie zarzuciłam swojego hobby i coś tam spod moich rąk wyskakiwało czasem. Postanowiłam jednak, że zarzucę link do mojego konta na Insta, wszak portal ten jest ogólnodostępny nawet dla nieposiadających tam własnego konta. Tak więc: bierzcie i częstujcie się wszyscy, którzy macie ochotę oglądać twory moich rąk oraz czworonożnych mieszkańców naszego domu ;-)

W zaległościach moich pojawiły się też pozycje czytelnicze, a więc takie, które sprawiłam sobie na prezent pod choinkę oraz takie, które leżały na tzw. „półce hańby”, kto nie wie co to ta „pólka hańby”, to tłumaczę, że to stos książek kupionych, położonych do przeczytania, ale oczekujących na wieczne otwarcie ;-) Z półki owej zdjęłam więc ostatnio „Ginekolodzy, tajemnice gabinetów”, autorstwa Izy Komendołowicz. WydawnictwoWAB. Książkę dosłownie pochłonęłam w ciągu kilku dni. Siedząc na tronie w toalecie, leżąc w łóżku i szykując się do snu, czy mieszając jedną ręką w garnku z pomidorową oraz kiedy tylko mogłam. Autorka dzieli treść na siedemnaście rozdziałów, który każdy mówi o innych aspektach dziedziny lekarskiej jaką jest ginekologia. Mamy więc: o samych porodach – jak przebiegają, jak reagują pacjentki, jak zachowują się partnerzy/ mężowie/ partnerki/ mamy, co wolno było kiedyś, a jakie standardy mamy dziś. Mamy też: o patologiach, o poronieniach, o aborcji, o młodocianych matkach, o ciążach z gwałtu, ciążach pozamałżeńskich, o starych matkach powyżej wieku prokreacyjnego, o In vitro, o antykoncepcji, jak również o ginekologii estetycznej. Książka jest pisana w formie wywiadów z lekarzami oraz wypowiedzi samych pacjentek. Mamy więc specjalistów młodych, którzy dopiero wchodzą na szeroką drogę ginekologii, ale są też wywiady z ginekologami starej daty. Są również wypowiedzi lekarzy, którzy nie chcieli podpisywać się własnym nazwiskiem i ich słowa kończą się zwrotem: „emerytowany ginekolog z Mazowsza”. Jednak wśród nazwisk spotkamy te, które dobrze znamy z pierwszych stron gazet. Zaintrygowało mnie jednak to, że na temat antykoncepcji w książce treść ta zawiera trzy strony (!) Tylko trzy? Gdzie metod zapobiegania niechcianej ciąży jest bardzo dużo. Nie jest napisane jak pacjentki reagują, jakie mają potrzeby, gdzie szukają antykoncepcji i czy w ogóle? Jednak książkę szczerze polecam, bo raczej nie jest stronnicza i ukazuje obraz polskiej ginekologii z każdej, możliwej strony.

Kolejną pozycją, która zlazła z półki hańby jest „Pokraj” Andrzeja Saramonowicza. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona po przeczytanie kilku wersów, albowiem nie wydawało mi się to ani ładne, ani składne, ani sensowe. Jednak z czasem brnąc w tę wyimaginowaną historię zaczęłam dosłownie pękać w szwach ze śmiechu. Któregoś razu musiałam schować książkę do plecaka w publicznym miejscu, bo zaczęłam śmiać się sama do siebie. Cytować nie będę, ale jest to opowieść dobitnie koloryzująca sytuację w naszym pięknym kraju, pod wiadomymi rządami Pierwszego Obywatela. Możemy również spotkać po drodze nazwisko Jego Ekscelencji ministra wojny Sowietana Maczegewarowicza, jak również spotkamy wiele innych skojarzeń, począwszy od nazwy rzeki, a skończywszy na detalach, które przeplatają się w społeczeństwie Pokraju. Polecam tym, którym nie jest obcy język Edwarda Redlińskiego, którzy znają „Konopielkę” (nie z filmu, a z treści książki) oraz tym, którzy czytali „KrFotok”. Będziecie boki zrywać.

Kolejna pozycja, którą aktualnie czytam to „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak, wydawnictwo Marginesy. To dość trudna socjologicznie pozycja, która ukazuje trudy pracy służby z lat XIX w. oraz początków XX w. Kiedy spotykałam się na kartach książki z nastoletnimi pannami, które uciekając od wiejskiego zaduchu, głodu, zimna i przepełnionych chat, wędrują do dużych miast na służbę, często miałam w wyobraźni te opisywane przez nie same zimne, niewygodne sienniki do spania, miejsca na antresoli, gdzie po ścianach ciekła wilgoć. Opisy pochodziły z pamiętników zachowanych przez muzea, a także z wielu źródeł, które autorka odkopała przygotowując się do napisania tej książki. Przedarłam się przez rozdział, w którym mamy do czynienia z wyzyskiem służby, która dosłownie jest „do wszystkiego”. Od sprzątania, przez gotowanie, usługiwanie przy stole, pranie, zakupy, dźwiganie, pilnowanie dzieci. Gdzie służąca jest „popychlem”, o którym piszą w gazetach i instruują w książkach „dla pań”, jak traktować służbę. Ta lektura utwierdziła mnie w tym, że nie ma nic gorszego niż podział na „lepszy” i „gorszy” sort, że „pani” ma prawo do wszystkiego, a służba jest na jej łasce i jeszcze „śmie prosić o wynagrodzenie”.

Jednak zdarzały się domy, w których służące były traktowane z szacunkiem i nawet po śmierci zostały pochowane na rodzinnym cmentarzu. Są opisy służby znanych osobistości, są cytaty ze wspomnień Marii Kuncewiczowej, która wychowywała się w domu ze służbą, oraz opisy służby w domu Juliana Tuwima. Znaleźć tu można przyjemne akapity, ale również te o służących – złodziejkach, o nieślubnych dzieciach, o paniach bijących swą służbę. Słowem – przekrój z całej Polski, ale również przytaczane opisy służby we Francji czy w Ameryce.

Bardzo bogata pozycja, w której znaleźć można skany starych gazet z artykułami o tym jak radzić sobie z niepokorną służbą, co służące zrobiły (jako afera dnia powszedniego), oraz przedruki z ówczesnych poradników dla pań. Jestem w połowie, ale czytam ją z równie wielkim zaangażowaniem co „Ginekologów”.

Pod choinkę kupiłam sobie jeszcze: „Ina Benita, za wcześnie umierać”, Piotra Gacka, wydawnictwo Krytyka Polityczna, oraz: „Zima stulecia”, Grzegorza Sieczkowskiego, wydawnictwo De Facto , i „Księżyc z Peweksu, o luksusie w PRL”, Aleksandry Boćkowskiej, wydawnictwo Czarne.

Jednego, czego nie lubię w książkach to ich twarde okładki. Nie pomagają w czytaniu wszędzie gdzie się da.

środa, 05 grudnia 2018

Od początku tygodnia Młoda ma zajęcia na indywidualnej ścieżce nauczania. Polega to na tym, że w ciągu tygodnia ma przeplatane lekcje z „okienkami”, które zazwyczaj spędza w bibliotece z ulubioną książką. Lekcje ma sam na sam z nauczycielem. Jest pytana, są rozmowy w temacie lekcji i ma zadawane prace domowe jak każdy inny uczeń. Różnicą jedynie jest to, że siedzi sama w ławce z jednym nauczycielem do towarzystwa. Raz tylko zdarzyło się jej, że znalazła się w jednej sali z kolegą ze starszej klasy, który również miał indywidualny tok nauczania. Kolega ów miał z zachowania bardzo złe noty oraz na zajęciach przeszkadzał innym, rozpraszał nauczycieli i nie skupiał się na samych tematach lekcji. Był wulgarny i opryskliwy. Mania później mi powiedziała, że dziwnie się czuła w jednej klasie razem ze „szkolnym łobuzem”. Dodała jednak potem, że zajęcia były prowadzone w taki sposób, że oboje nie słyszeli swoich lekcji ponieważ każde z nich siedziało na krańcach sali.

Mania jest zachwycona tym systemem i ja się córce wcale nie dziwię. Kiedy postałam parę razy na korytarzu szkolnym, pojawiło się wiele rozmów na temat atmosfery podstawówki, bo niewątpliwie hałas tamtejszy przewyższa jakiekolwiek dopuszczalne normy ;-)  Mania mówiła mi, że cisza i spokój pewnie jest w szkołach prywatnych, gdzie jest mało dzieci. Ale zaraz pojawiła się teza, że szkoły prywatne zapewne skupiają w swoim środowisku snobów i egoistów ;-) To rozmyślania mojej Mani.

Lekcje ma różnie: czasem idzie na pierwszą godzinę i po czterech wraca, czasem idzie na trzecią i zostaje do szóstej godziny lekcyjnej, a czasem zdarza się, że ma w planie osiem godzin w szkole, gdzie trzy z nich to „okienka” biblioteczne. Uzależnione jest to od czasu wolnego poszczególnych nauczycieli.

Opinia psychologa i decyzja szkolna wystawione są do końca pierwszego semestru. Moja córka już podejmowała rozmowy w tym temacie, że ona już czuje, że po powrocie do „normalnych” lekcji w drugim semestrze z całością klasy, może się powtórzyć jej absencja. Nie pytałam dlaczego, bo Mania sama odpowiedziała, że ona siebie zna i wie, że strach przed tłumem, hałasem i niektórymi kolegami może pojawić się znowu. Przykro mi słuchać takich rozterek, ale rozumiem i staram się ją wspierać jak tylko potrafię. Powiedziałyśmy sobie, że na razie nie będziemy zajmować umysłu tematami związanymi z jutrem, a skupimy się na dziś i na lekcjach, które musi odrabiać teraz.

W przyszłym tygodniu wracam do pracy po zwolnieniu. W głębi duszy czuję jednak strach o systematyczność uczęszczania do szkoły mojej córki. Ale te obawy zostawię sobie po weekendzie. Dziś cieszę się tym co dał mi system ratując moje dziecko przed repetą klasy.

14:59, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 04 grudnia 2018

Odchodząc na chwilę od problemów egzystencjalno – psychologicznych opowiem o przygodzie, jaka przydarzyła się mojemu młodszemu dziecku w ostatnią niedzielę. Otóż koleżanka, której dawno nie widziała zaproponowała wspólny wypad na świeżo otwarte lodowisko. Ponieważ znamy się również z mamą tejże koleżanki, postanowiłyśmy we cztery spędzić milo przedpołudnie. Moja córka jak i ja wirtuozami jazdy na łyżwach nie jesteśmy, wobec czego nasze poczynania na tafli lodu były wręcz śmieszne, żeby nie powiedzieć komiczne. Dwie lebiegi próbujące bez trzymania się bandy przedostać się z jednego skraju lodowiska na drugi. No komizm w czystej postaci normalnie! ;-) Nasze koleżanki to już wprawione w ten sport aktywne uczestniczki grupowego jeżdżenia. Ale dzielnie nam towarzyszyły nie powodując osamotnienia i wykluczenia. To jest dopiero prawdziwe koleżeństwo!

Radziłyśmy sobie jakoś – takoś, gdy nagle moja córka postanowiła „zaszaleć” dodając sobie odwagi zwrotem: „oj tam, ja już umiem”. Gdy popłynęła po tafli lodu, coś poszło nie tak i wyrżnęła na kolano, a w tym samym momencie jakiś ośmio – dziewięcio latek z impetem wparował na moją klęczącą córkę lądując swoją łyżwą w jej kolanie. Efektem tego zderzenia było jezioro czerwonej krwi na białym lodowisku, odholowanie przez nasze koleżanki kulejącej Mani do bandy, a bezpośrednio odsłonięcie mięsa na kolanie i wezwanie przez służby medyczne karetki. W czasie oczekiwania na pojazd służby zdrowia, ratownik opatrzył mojej córce ranę, którą ona nieśmiało przykrywała ręką. Ręka lepiła się od krwi, ale Mania (o dziwo!) uśmiechała się do wszystkich i mówiła, że nic się nie stało, że będzie dobrze, że będzie miała co wspominać i na pewno zostanie jej blizna do chwalenia się innym. Nieznacznie tylko drżała jej ręka, która przykrywała ranę, ale nie chciałam za bardzo zwracać jej na to uwagi.

Pojechałyśmy do szpitala dziecięcego, gdzie Mania została bardzo dobrze przyjęta. Pani doktor zdjęła jej prowizoryczny opatrunek, który poprawili jeszcze panowie z karetki i rozpoczęło się szycie. Najpierw oczywiście musiała jej zaaplikować znieczulenie. Byłam przy córce cały czas i naprawdę – tak jak ona ma bardzo obniżony próg bólu, to jej odwaga i dzielność zasługuje na najwyższe uznanie. Ściskała moją rękę i choć ja mam dość wysoko postawioną poprzeczkę na odczuwanie czegokolwiek, czułam jej siłę na swojej dłoni.

Dziś już jest trzeci dzień od wypadku, a Mania ma się świetnie. Opatrunek zmieniam jej codziennie, ale widzę, że goi się znakomicie, szybko i bez większych komplikacji. Umówiłam się już z zaprzyjaźnioną koleżanką – pielęgniarką, że w ramach pretekstu do spotkania ona zdejmie mojej córce szwy, żeby nie latać już po przychodniach ani żadnych innych dziurach. A tak – napijemy się kawki, pogadamy i będzie przyjemne z pożytecznym. Kontrola w poniedziałek, a szwy pewnie jeszcze z tydzień ponosi.

O tym jak moja córka rozpoczęła indywidualny tok nauczania i jak sobie z nim radzi – będzie w odrębnym wpisie.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Nie umiem już ubierać w tytuły adekwatne do treści wpisu, ale to nie o to chodzi.

Od dziś jestem na L4 na opiekę nad dzieckiem. W piątek byłam z Manią u psychiatry młodzieżowego na kolejnej wizycie. Ona sama miała w czwartek dokończyć badania psychologiczne, które miały odbyć się w budynku szkoły. Z samodzielnym dojściem były ogromne problemy. Córka przez telefon płakała, a wręcz szlochała, że nie pójdzie, że się boi, a co jak ktoś ją spotka i zacznie wypytywać? Musiałam przekonywać, że będę z nią na linii cały czas, żeby poszła w czasie trwania lekcji i że wszystko się uda. I udało się, ale i mnie musiał ten strach i panika dorwać, bo złapały mnie duszności i ściskanie krtani jak astmatyka. Potem przypomniałam sobie, że przy pierwszym epizodzie depresyjnym, w 2010 roku miałam podobne objawy. Mąż zawiózł mnie wtedy do szpitala, bo myśleliśmy, że dopadło mnie jakieś zapalenie płuc, albo właśnie astma. Potem okazało się, że to pierwszy etap depresji. Kiedy w czwartek przestałam się już dusić, zadzwoniłam do córki i opanowałam sytuację. 

W piątek opowiedziałam pani doktor o wszystkim. Poradziła brać zapobiegawczo coś na uspokojenie. O zwolnienie się nie prosiłam, ale pani doktor sama zaproponowała, że teraz najlepszym wyjściem z sytuacji będzie nadzór i opieka nad Manią, a dla mnie wytchnienie i spokój od pracy. Jej po prostu potrzebny jest kontakt z mamą i ja mam córce to zapewnić. Pani doktor powiedziała, że nawet nie przyjmuje odmowy – daje dwa tygodnie zwolnienia z możliwością przedłużenia i basta.

Pojechałam więc dziś rano do pracy i zwolnienie zaniosłam. Ktoś mógłby spytać – „po co pojechałaś jak masz L4?” Ano właśnie tu widoczna jest cała moja natura. Ponieważ wożę jeszcze dwie osoby z pracy, nie mogłam im w piątek powiedzieć, że nie będą mieli czym do tej pracy dojechać. A tak będzie im łatwiej dogadać się z kimś innym. Poza tym i tak zwolnienie trzeba do zakładu pracy jakoś dostarczyć, więc stwierdziłam, że lepiej jak zrobię to sama.

Na moje L4 bezpośredni przełożony zareagował dziwnie. Niby powiedział, że nie ma z tym problemu, bo jak trzeba to trzeba, ale służbowy był jakbym mu dzieci pozabijała. A może to tylko moje wyobrażenie? Zresztą ja się nie muszę nikomu tłumaczyć. Dokument jest dokumentem ważnym i koniec.

Dziś byłyśmy już z Manią w szkole u pani dyrektor. Wszystko okraszone było panicznym strachem mojej córki  i paniką, że ktoś z klasy może ją zobaczyć i wypytywać „dlaczego jej się nie chce chodzić do szkoły?”. Bo dzieciaki tak podobno reagują. Mam tę informację od wychowawczyni. Ale postanowiłam pójść w czasie trwania lekcji, żeby żaden z kolegów czy koleżanka nie były przypadkiem na korytarzu. Dowiedziałam się tez od Mani, że gorsi w dokuczaniu są chłopcy, że koleżanki jeszcze jakoś to rozumieją, choć z trudem, ale chłopcy nabijają się z każdej osoby i z każdej przyczyny. To chyba normalność tego wieku, ale czy musi być to aż tak wielką traumą dla tych mocniej wrażliwych?

Czekamy więc na telefon ze szkoły o indywidualnym planie dla Mani. Pani dyrektor powiedziała, że moja córka będzie dwudziestym dzieckiem na całą szkołę z takim tokiem nauczania. Musi się tylko rozkręcić, napędzić to koło zamachowe, które gdzieś tam się zatrzymało i popchnąć ten wózek zwany szkołą podstawową dalej, do przodu.

Będzie dobrze. 

10:43, sokramka
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63