Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 17 sierpnia 2018

Tym razem z działu: "twórczość" ;-) Kilka zaległych rzeczy zrobionych własnoręcznie. 

Na pierwszym foto serweta, która została wykonana na urodziny koleżanki, z którą dzielę pokój. Przyznam się szczerze i bez bicia, że zrobiłam ją z przyjemnością (bo lubię szydełkować), ale i też z premedytacją, żeby mieć zapewnienie, że koleżanka będzie mnie traktować z akceptacją. Zdążyłam już poznać ją trochę i wiem, że lubuje się w obgadywaniu i wypominaniu innym ich błędów. Trochę sobie zaskarbiłam jej względów. Wiem, idiotyczne działanie, ale skoro nic mnie z nią nie łączy w tematach do rozmowy, przynajmniej mam spokój w pomieszczeniu, w którym pracuję. 

Kolejna fota przedstawia rękawiczki dla mojej Mańki, w ulubionym przez nią kolorze - niebieskim. Zamówiłam już kolejne włóczki, m.in. niebieską, z której będę dziergać szalik z jakimś fikuśmym wzorem. 

Na kolejnym foto znajduje się chusta trójkątna, z okazji okrągłych urodzin mojej koleżanki (60). Chusta jest moherowa, ale nie "gryzie". Jest ciepła i ma wymiary: 95/190cm.

W grudniu jeden z moich pasierbów ponownie zostanie tatusiem. Z tej okazji powstała czapeczka dla niemowlaka:

A dziś wieczorem wybieramy się z Szanownym na ślub naszej znajomej. Z tej okazji powstała serweta w białym kolorze w prezencie:

A ja sobie na urlopie dziergam próbki i szukam inspiracji:

Miłego, spokojnego, radosnego, moi drodzy :-)


 

Tagi: moje hobby
09:07, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 sierpnia 2018

Dziś tylko sesja foto, bez żadnego gadania, ściemniania, narzekania i biadolenia :-)

Takie to my trzy łobuziaki rośniemy sobie:

Wspinamy się na domowy drapak:

Ale na przydomowe drzewa też:

Mama pokazuje nam różne fajne miejsca:


Ale bawimy się też z wujkiem:

Który jak prawdziwy tata na wiele nam pozwala:

Ale też skarci jak coś przeskrobiemy:

Śpimy w państwa łóżku:

Straszymy psy:

Robimy kupę w pana pomidorach :-)

A po całym dniu zabawy, chowamy się zmęczeni:

Zasypiamy w wolnych kartonach:

Lub na kolanach pańci:

Albo z wujkiem na dachu samochodu:

Wujek też musi kiedyś odpocząć:


Panuś tak nas kocha, że specjalnie zbudował nam nasz osobisty transporter:

Nikt na dzielni takiego nie ma! :-)

Ale mamy fajnie z tą rodzinką ;-)




Tagi: koty
08:44, sokramka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2018

Żyję, ale co to za życie ;-) cytując klasyków. Upały mnie powoli zabijają, choć biorąc pod uwagę dobre strony tej aury – przez cały ten czas (a jest to już trzeci miesiąc lawiny podwyższonych temperatur) nie boli mnie głowa. Widać niskie ciśnienie robi swoje. Paradoksalnie nie czuję się śpiąca, mam energię do pracy (ale tylko w pomieszczeniu klimatyzowanym bądź odpowiednio wychłodzonym). Niestety–w pokoju, w którym pracuję nie mam klimy, a okno mam od strony południowej :-( Cały dzień nawala ostre słońce i pracuję w 30 stopniowej temperaturze. Na szczęście dziś jest ciut chłodniej, ale to i tak nie jest szczyt moich marzeń. Plusem też jest to, że przy takich temperaturach na zewnątrz, szef wszystkich szefów zwalniał nas godzinkę wcześniej do domu. Dobre i to. Moja współlokatorka też już zaczyna mieć dość tego ciepła, choć jest wielką zwolenniczką gorącego lata. Nie może zrozumieć jak taki ktoś jak ja tęskni za styczniowymi temperaturami.

Dziadek przekracza wszelkie granice przyzwoitości, jeśli w ogóle można mówić o przyzwoitym zachowaniu w jego przypadku. Pijak zawsze będzie pijakiem i nic tego nie zmieni. Ja już nawet nie mam skrupułów nazywając rzeczy po imieniu. Jeśli teść nie liczy się w wypowiadanych epitetach wobec osób krążących wokół niego, to nam też już puszczają nerwy. Jakiś czas temu teść przyszedł na naszą stronę, wszedł do naszej części domu i od progu, grożąc mi palcem wykrzyczał, że wezwał na mnie policję, że mi nie daruje tego, co mu zrobiłam. Zgłupiałam ponieważ nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Poinformowany przeze mnie Szanowny o zamiarach ojca powiedział spokojnie, że czeka na policję, niech przyjadą, mam o nic się nie martwić. Służby pojawiły się dosłownie w ciągu 10 minut. Okazało się, że teść jest w sztok pijany, ale na prośbę Szanownego, żeby zmierzyli mu poziom alkoholu we krwi panowie odpowiedzieli, że niestety nie mają alkomatu. Sytuacja była kuriozalna albowiem dziadek wykłócał się z mundurowymi, że ja jestem zła i zniszczyłam jego mienie. O szczegółach nie będę się rozpisywać, bo naprawdę nie warto. Policjant odparł tylko, że jeżeli jeszcze raz teść wezwie policję bez uzasadnionego powodu, zapłaci mandat w wysokości 500zł. Ojciec aż się zapowietrzył. Całe to zdarzenie przyprawiło mnie o niezłą dawkę stresu. Ale miałam po swojej stronie Szanownego…

W zeszłym tygodniu szykowałam się rano do pracy. Wyjeżdżając poczułam, że samochód dziwnie toczy się po podwórku. Szanowny w końcu zauważył, że w tylnym kole mam kapcia. Zmieniliśmy więc koło na zapas, ja pojechałam do pracy, a Szanowny do wulkanizatora. Ponieważ poprzedniego dnia wjechałam na podwórko bez większych przygód zaczęliśmy się zastanawiać nad przyczyną upuszczonego powietrza z opony. Znajomy wulkanizator potwierdził wątpliwości Szanownego, że koło prawdopodobnie zostało przebite, bo dziurka była z boku, a nie na bieżniku opony. Zresztą następnego dnia dziadek przyszedł na nasze podwórko jak gdyby nigdy nic i zaczął przyglądać się na mój samochód. Widzieliśmy to z Szanownym przez okno. Dobrą stroną tego incydentu jest to, że Szanowny stoi murem za mną i skonstruował pułapkę na ojca, która ma przyczynić się do złapania go na gorącym uczynku, przy następnej próbie poczynienia złośliwości.  

Mam naszykowane zdjęcia do kociego lansu, które zapewne zamieszczę w wolnej chwili. Do tego zrobiłam serwetę w prezencie ślubnym oraz kończę chustę na drutach, na urodzinowy, wrześniowy prezent. W planach mam rękawiczki oraz serwetkę na nowe mieszkanie dla koleżanki. Mój zespół niespokojnych rąk będzie miał zajęcie ;-)

Tymczasem szykuję się do urlopu, który zacznę już w przyszłym tygodniu.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

W sobotę byłam na ślubie mojej koleżanki ze studiów, której wykonałam w prezencie jedną z moich serwet. Ślub był kościelny więc mogłam przekonać się jak wygląda takie wydarzenie, bowiem ostatni ślub w budynku sakralnym pamiętam z lat młodzieńczych, kiedy byłam nastolatką i za mąż wychodziła moja siostra cioteczna. Niestety, zostałam wtedy zatrudniona do… opieki nad psem i podczas całego wydarzenia stałam przed kościołem z czworonogiem na smyczy. Na drugi ślub kościelny mojego brata ciotecznego nie poszłam, bo akurat byłam wtedy na kolonii. Później odechciało mi się chodzić na takie imprezy, a poza tym moja okrojona jednostronnie rodzina nie kwapiła się do zawierania małżeństw. Zresztą mój brak wiary umacniał się z czasem i nie zależało mi na bywaniu w takich miejscach.

W sobotę było inaczej. Państwo młodzi już nie tacy młodzi, bo wiekowo krążą wokół pięćdziesiątki, ale oboje wyglądali zjawiskowo. Ona z poprzednim partnerem nie miała ślubu, a on z pierwszą żoną nie miał ślubu kościelnego. Postanowili więc zawrzeć konkordatowy. Bardzo podobała mi się sukienka panny młodej, nie była biała, bo raczej być nie mogła, ale i moja koleżanka wyglądała w niej przepięknie. Nigdy bym nie powiedziała, że ma tyle lat ile ma. Spokojnie niejedna trzydziestka mogłaby pozazdrościć jej figury.

Gości było niewiele, tylko najbliższa rodzina i koleżanki z pracy. No i my – dwie kumpele ze studiów. Początkowo siedziałam razem z innymi w ławce kościelnej, a gdy już państwo młodzi przyrzekli sobie małżeńskie obietnice, wyszłam na koniec kościoła i spokojnie przesiedziałam sobie resztę mszy w ostatniej ławce.

Ślub odbył się w największym kościele w mojej dawnej dzielnicy – Bezcielesna, byłam w Twoich okolicach, a na mojej dawno zamieszkałej ulicy ;-) Druga z koleżanek, z którą przyszłam, opowiadała mi, że budynek niedawno został odnowiony, odrestaurowany, wstawione zostały nowe witraże oraz… położony dywan na środku. W każdym razie kościół jako budowla architektoniczna prezentuje się wspaniale.

Po ślubie wyszliśmy przed budynek i zaczęliśmy składać młodej parze życzenia. A potem było wspólne fotografowanie. Ponieważ autorem zdjęć była również nasza wspólna znajoma z pobliskiego zakładu fotograficznego, atmosfera nie była taka sztywna. Ja chyba też czułam się inaczej, swobodniej, przebywając z osobami, które bardzo dobrze znam i są z mojej rodzimej dzielnicy.

Na marginesie mogę dodać, że w sobotę również za mąż wyszła była żona mojego męża ;-) Jak widać – każda potwora znajdzie swego amatora. Niech im się szczęści i wiedzie.

Pogoda dopisała, bo było trochę słońca, trochę zachmurzenia i upał na szczęście nie zagościł. Dziś mam dzień wolny. Czekam na paczkę z włóczkami, albowiem mam już dwa następne pomysły na prezenty, a jeden twór będę robić na zamówienie, co mnie (podejrzewam) strasznie zestresuje.

Miłego poniedziałku!

czwartek, 21 czerwca 2018

Od pewnego czasu wchodzimy z Szanownym na plac sporny dotyczących naszych dzieci. To co dzieje się u dzieci Szanownego ja niekoniecznie okraszam aprobatą i na odwrót – to jak zachowuje się mój Syn niekoniecznie podoba się Szanownemu. To jest niestety problem małżeństw patchworkowych, gdzie zdarzają się spięcia dotyczące dzieci własnych. Od samego początku, kiedy zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem (a w tym roku stuknie nam 16 lat!) dawałam mu do zrozumienia, że wychowanie mojego Syna jest tylko i wyłącznie moją sprawą i proszę go o nie wtrącanie się do naszych relacji. Oczywiście jeśli miałby jakąś uwagę czy zauważyłby coś, co wymaga interwencji, to proszę – może mi powiedzieć na stronie, ale wychowaniem Młodego zajmuję się ja. Tym stanowiskiem chciałam uniknąć przyszłych niesnasek związanych z prawdopodobnymi tekstami: „nie jesteś moim ojcem, żeby mi mówić co mam robić”, lub podobnie. Oczywiście nic takiego nigdy się nie stało i nikt nigdy takich słów nie wypowiedział. Młody mój z wujkiem znalazł dobrą nić porozumienia, chociaż synowie mojego męża zawsze byli na miejscu pierwszym (co jest sprawą oczywistą).

Jak natomiast wyglądała sprawa wychowawcza od drugiej strony? Kiedy chłopcy mojego męża przyjeżdżali do nas w odwiedziny miałam niejako czterech synów ponieważ Szanowny zaakceptował to, że to ja wyznaczam granice, zadania, chwalę, rozmawiam, tłumaczę i wyjaśniam. Tatuś był elementem zabawowo-rozrywkowym i trochę jest w tym mojej winy, że zgodziłam się na taki układ, gdzie „matkowałam” pasierbom, a Szanowny był z tego powodu bardzo kontent.

Jednak kiedy wszyscy chłopcy zaczęli wchodzić w dorosłe życie, zaczęły się niesnaski. Najpierw Uszak spłodził pierwszego wnuka, nie mając perspektyw  na samodzielne mieszkanie, w którym mógłby wspólnie z partnerką wychowywać swoje dziecko. Więcej szczegółów we wpisach otagowanych „pacholę”. Potem kolejny syn zapragnął zostać tatusiem. Na szczęście on i jego (aktualnie) żona mieli oboje pracę, wynajmowali mieszkanie i założenie rodziny nie było jakąś wielką wpadką. W następnym roku ciąża przydarzyła się dziewczynie najmłodszego. I tak oto w ciągu trzech lat Szanownym został potrójnym dziadkiem.

Kiedyś też usłyszałam od teścia, że teraz czas na mojego Młodego, a jak mu powiedziałam, że syn nie ma dziewczyny i na razie nie planuje jej mieć, to powiedział, że ten mój chłopak jakiś nienormalny jest. Cóż.

Sytuacja rodzinna u moich pasierbów rozlewa się pomału na nowe pokolenia: Scareface będzie ojcem po raz drugi oraz Golas również będzie tatusiem w drugim wydaniu. Tylko dziewczyna Uszaka jakoś broni się przed kolejną ciążą. Póki nie włażą w nasze buty i w naszą pościel, dla mnie mogą płodzić i po sześcioro dzieci. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Natomiast wiele żalów ostatnio słyszę od Szanownego na temat mojego Młodego. Moim skromnym zdaniem mąż mój poprzez pryzmat swoich kompleksów próbuje w jakiś sposób odreagować wewnętrzne pretensje. Słyszałam już wielokrotnie, że „mój syn jest owszem inteligentny, ale jednak przemądrzały”, że „całymi dniami go nie ma i nic nie robi w domu” – przypomnę tylko, że mój mąż pasjonuje się domowymi robotami w postaci różnorakich prac monterskich, hydraulicznych, malarskich, tokarskich, meblarskich, mechanicznych, rolniczych i …. nie zliczę jakich jeszcze ;-) Siedzący przed komputerem chłop jest dla niego niejako „wynaturzeniem”.

To, że mój syn pojechał do Paryża również ubodło mojego męża, że robił prawo jazdy, na które mu dołożyłam kasy również było solą w oku, bo przecież jego synom bardziej by się prawko przydało, bo… „mają dzieci”.

Nie staram się już wchodzić w dyskusję, bo zwyczajnie mi się nie chce. Kiedyś dyskutowałam ostro, teraz zlewam te pretensje ciepłym moczem. Mój Młody powiedział, że za wiele rzeczy może wujka przeprosić, bo przyznał, że bywa arogancki, ale nie za to, że realizuje swoje marzenia i plany. To, że mój syn nie żyje na podobieństwo synów mojego męża o niczym nie świadczy. A najbardziej boli mnie to, że wszelakie wąty do mojego dziecka idą bezpośrednio do mnie zgodnie z zasadą sprzed lat: „powiedziałaś kiedyś, że mam się nie wtrącać w wychowanie Młodego więc mówię tobie, a nie jemu”. Ale do cholery mój syn ma już 22 lata, na ile go wychowałam, na tyle jest świadomy swoich czynów i nic mu się nie stanie jak mąż matki wygarnie mu co jest nie tak.

Młody jak co roku wyjeżdża w sierpniu na obóz harcerski. Jest już w stopniu umożliwiającym mu organizowanie wypraw i posiadanie pod swoją opieką grup zuchowych. Szanowny poinformował mnie wczoraj, że „znowu nie będzie komu pomagać w remoncie, ociepleniu domu i on (biedaczek) zostaje z tą robotą sam”.

czwartek, 14 czerwca 2018

Na prośbę mojej blogowej koleżanki zamieszczam sesję plenerową sierściuchów :-) 

Zdjęcia są z 30 maja, tak więc dziś kociaki wyglądają już inaczej, są większe i ważą po ok. 680 gramów (waga kuchenna jest ekstra w takich przypadkach!) Chłopcy mają się świetnie (mam prawie 100% pewności, że wszystkie trzy są płci męskiej) i noszą imiona: Rudzik, Tofik i Bryś :-) 

A wesoło mamy.....

Tagi: koty
20:42, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 09 czerwca 2018

Czasem uczestniczymy niechcący w życiu naszych znajomych. Słuchamy ich narzekań i nie wierzymy, że tak się może dziać. Ale czasem też zostajemy poproszeni o pomoc. O taką pomoc zostałam niedawno poproszona przez moją koleżankę. Otóż dziewczyna jest w moim wieku i … rozstaje się z mężem. To, że podjęła taki krok, akurat mnie nie dziwi, bowiem jej mąż to gburowaty prostak, używający jako argumentów swoich łap. Damski bokser w jednym określeniu. Znam ich odkąd nasze córki zaczęły chodzić razem do jednej klasy czyli już ok. 7 lat z zerówką licząc łącznie. O tym, że coś tam może się złego dziać domyślałam się dawno, ale nie chciałam się wtrącać ani dopytywać. Jestem doświadczona ojcem – agresorem więc niejako widziałam w oczach córki mojej koleżanki znajomy strach przed ojcem.

Koleżanka poprosiła mnie czy byłabym w stanie zeznawać w sądzie po jej stronie, a przeciw jej mężowi. Zgodziłam się bezwarunkowo i wtedy dopiero dziewczyna otworzyła się przede mną i opowiedziała jak zaślepiona była do tej pory w tym związku. Na szczęście mąż mojej koleżanki nie zrobił jej tak wielkiej krzywdy jak mój ojciec mojej mamie, ale i tak musiała zrobić sobie obdukcję.

Nigdy nie zaakceptuję jakiegokolwiek rodzaju przemocy. Nigdy. Ktoś kto używa łap do argumentowania swoich racji jest dla mnie zwykłym chamem i prostakiem. Tak więc w piątek miałam dzień wolny, bo w samo południe odbyła się sprawa w sądzie. Mąż mojej koleżanki jest według mnie na przegranej pozycji chociaż obstawia cały czas argumenty o tym, jaki to on był dobry ojciec i we wszystkim aktywnie uczestniczył. Owszem – był zawsze na wszystkich zebraniach i szkolnych imprezach, ale jego zachowanie było agresywne, roszczeniowe i większość rodziców gasiła jego zapał do przechwycenia kontroli nad grupą. Używał też słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Na tym Sąd nie dał się oszukać, bo ja jako świadek potwierdzałam to, co koleżanka wniosła w pozwie. A ważne jest to, co się widziało, a nie to, co jest czyjąś opinią. Dostałam nawet od Sądu pytanie: „czy czułam się bezpiecznie w domu państwa X, przychodząc z córką w odwiedziny?” Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

Po południu spotkaliśmy się przypadkiem z panem X na ulicy. Spytał dlaczego mam do niego pretensje i czy możemy o tym porozmawiać. Odburknęłam mu, że nie ma co liczyć na rozmowę ze mną ponieważ jestem po stronie jego (niestety wciąż) żony i zdania nie zmienię. Po wymianie kilku nieprzyjemnych kwestii rzucił mi hasłowo, że jestem wredna. Cóż. Żal tylko koleżanki, bo Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na jesień, a jeśli i ta nie zakończy się pomyślnym rozwiązaniem, państwo X szarpać się będą jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

Na moim starym, zielonym blogu jest jeden z ostatnich wpisów, w którym zaznaczam, że byłam świadkiem rozwodu moich znajomych. Ale tamta sytuacja był zgoła inna. Tam ludzie rozwiedli się z klasą. Za obopólną zgodą, bez szarpania się. Po prostu im nie wyszło i oboje doszli do wniosku, że ciągnąć tego dalej nie ma sensu. Złożony był wniosek o rozwód bez orzekania o winie, ale i tak przy takich sprawach wymagani są świadkowie ze względu na dobro małoletnich dzieci. Musiałam więc (tak jak i wczoraj) opowiadać o sytuacji domowo-materialnej córki moich znajomych. Rozwód otrzymali już po tej drugiej sprawie.

poniedziałek, 04 czerwca 2018

Fala upałów jaka przetacza się aktualnie przez stolicę doprowadza mnie do umęczenia i rezygnacji z czegokolwiek. Zdaję sobie sprawę, że są tacy, którzy wręcz uwielbiają taką aurę, ale pocieszam się też tym, że nie jestem osamotniona w swoich cierpieniach i mam wsparcie w kilku dobrze znanych mi osobach. W czwartek w ogóle nie wychodziliśmy z domu. Zasłoniliśmy zasłonki w całym mieszkaniu (oprócz kuchni albowiem okno tam mam od strony północnej i promienie słoneczne prawie wcale nie dochodzą), pozamykaliśmy drzwi i siedzieliśmy jak w bunkrze. Jedzenia, picia było pod dostatkiem więc mogliśmy ten dzień spędzić w totalnym odosobnieniu patrząc przy okazji jak rosną nam kociaki.

W piątek spotkaliśmy się późnym wieczorem ze znajomymi, których nie widzieliśmy dobre kilka lat. Dobrze, że jest FB i możliwość wysyłania smsów, bo kontakt całkiem by się urwał ;-)

Kiedy w sobotę przyszła siostra mojego męża i przyjrzałam się jej skórze, zbladłam. Szwagierka ma 57 lat, kreuje się na dobrą trzydziestkę, ale też i ma do tego warunki. Niestety jej skóra po kąpieli słonecznej, które uwielbia, wygląda jak skórka od starego, czerstwego chleba. Nigdy nie zrozumiem grillowania się plackiem w ostrym, palącym słońcu. Ja taką aurę bardzo ciężko znoszę. Tęsknię za zachmurzonym niebem lub obniżeniem temperatury do ok. 20-22 stopni. Może trudno to pojąć, ale nawet moje oczy nie są w stanie znieść blasku jaki niesie ostre, odsłonięte słońce. Tak mam i już.

A weekend prawie cały przespałam, co nie jest przecież w moim stylu. Nawet robótka rękawiczek dla Mani mi nie szła, bo ręce nie chciały trzymać włóczki podczas takiego upału. Najchętniej trzymały miseczkę z lodami ;-)

Dziś jeszcze czeka mnie spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi, na szczęście spotykamy się bliżej wieczora, a i na powrót z pracy mam receptę w postaci klimatyzowanego auta. Uff.

Tagi: weekend
09:07, sokramka
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 maja 2018

Od zawsze chcieliśmy z Szanownym mieszkać z więcej niż jednym/dwoma kotami. Jako zwolenniczka przygarniania bezdomniaków namawiałam męża na poszukanie jakiejś świeżo rozmnożonej kociej rodzinki. Jednak Szanowny zaczął mnie przekonywać, że obcy kot przez pierwsze dni będzie „wrogiem” dla już zadomowionego, będą sobie strzelać fochy zanim do reszty przyzwyczają się do siebie i zaczął mnie namawiać na rozmnożenie własnej kociej rodzinki. Oczywiście zetknął się ten pomysł z moim protestem, bo przecież jako zwolenniczka kastracji i sterylizacji nie mogłam sobie pozwolić na ten ruch. Ale bezmyślne rozmnażanie zazwyczaj wiąże się z tym, że właściciel kota/psa nie ma co zrobić z młodym potomstwem, a szukanie nowych domów bywa uciążliwe. U nas nie byłoby tego problemu, bo wszystkie oseski zostałyby z nami. Tak więc dałam się przekonać, że dopuścimy naszą Psotuchę do jakiegoś kocura i zostanie mamą nowego pokolenia, które będzie częścią naszego stada ;-) 4 maja urodziły się cudne trzy sraluchy, gdzie dwa z nich są rude chyba na moje zamówienie (bo zawsze chciałam przygarnąć rudzielca). Mama jest bardzo dzielna i opiekuńcza, a w nas ma prawdziwą podporę – głaszczemy ją kiedy tylko tego potrzebuje, karmimy frykasami i najlepszą karmą, a maluchy są lepsze niż ekran komputera: można całymi dniami siedzieć i gapić się w te drobne kiełbaski. Tak więc aktualnie jestem „kocią mamą” pięciu sztuk futrzaków, co mnie osobiście cieszy, bo śmieję się sama z siebie. Daleko mi do Villasowej, bo to jest pięć kociaków, a nie sto pięć ;-) ale i tak będzie nam wesoło. Lepiej się śmiać niż martwić, a tych dołów spotykałam ostatnio za dużo na swojej drodze.

Tagi: koty
08:09, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Od dziś moje starsze dziecko zwiedza Paryż. Pierworodny już kilka miesięcy temu zabukował sobie tani bilet lotniczy do stolicy Francji i postanowił, że przy okazji odwiedzi koleżankę z harcerstwa, która pracuje tam jako opiekunka do dzieci. Sam zajął się załatwianiem spraw, w tym hotelu oraz zaplanowania czasu wolnego. Nie ukrywam, że Syn otrzymał ode mnie „jakieś tam” finansowe wsparcie, ale przecież to jest mój Pierworodny, który ma tylko mnie; ani babci, ani dziadka, ani ojca. Może liczyć tylko na siebie i wsparcie matki. Nawet Szanownemu nie powiedziałam, że dołożyłam trochę grosza na wyjazd Młodego, bo i po co. On mi też do końca nie opowiada tajemnic, które porusza ze swoimi synami i niech tak zostanie.

Tak więc Pierworodny wstał dziś przed czwartą rano i już o piątej był na odprawie na lotnisku. Po przylocie napisał, że pogoda kiepska (pada deszcz i chłodno), a ja jemu, że warszawska aura już zaczyna mnie dołować z samego poniedziałku swoimi wysokimi temperaturami. Taki lajf. On niech zwiedza, niech korzysta, bo kiedy będzie to robił? Mnie nie było nigdy dane postawić nogi za granicami Polski, a moje starsze dziecko już zwiedziło Włochy i teraz zahaczyło o Francję. Tak powinno być.

Aż do ósmego maja Młody będzie korzystał ze swojej „majówki”, potem ostro bierze się do roboty z przeprowadzką i stałym zatrudnieniem, bo postanowił jednak wrócić do stolicy i na powrót zamieszkać z nami.

Tagi: syn urlop
13:04, sokramka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61