Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 17 sierpnia 2017

Żyjemy. Dotarliśmy po podróży w poniedziałek wieczorem, ale trzy dni to zdecydowanie za mało, żeby zaspokoić głód zwiedzania i chodzenia po górach. Było zdobywanie ruin zamków, wspinanie się na szczyty, czasem nachylenie góry zmuszało nas (i innych) do wspomagania się rękami, ale przeżyliśmy cudowny czas razem. Było też paru "Januszów górskich", którzy wspinali się w klapkach, sandałkach i trampkach oraz z torebkami wizytowymi u boku, ale generalnie większość turystów miała olej w głowie i była poprawnie ubrana.

Nie mam nastroju na wrzucanie zdjęć, a mamy ich mnóstwo. W ogóle znowu nie mam nastroju. Muszę szybko wrócić do pracy, żeby zająć czymś łeb. A propo's łba - w górach przez całe trzy dni bolała mnie głowa. Migrena nie opuszczała mnie nawet tam, ale w niczym mi to nie przeszkadzało, bowiem doznania emocjonalne i wzrokowe niwelowały ból. Dało się z nim żyć.

Mania nad morzem do końca tygodnia. Pierworodny czeka na decyzję nowego pracodawcy z Wrocławia. Czy mu wyjdzie przeprowadzka - zobaczymy.

W ręku mam szydełko i dziergam prezent dla koleżanki - będzie niedługo mamą. A potem wydziergam prezent dla kogoś, z kim ostatnio trochę się zaprzyjaźniłam ;-)   

09:01, sokramka
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 sierpnia 2017

Kobieta po czterdziestce i mężczyzna po pięćdziesiątce wyruszą na poszukiwanie siebie w polskich górach ;-) Wyjeżdżamy z samego rana z Szanownym zaraz po odstawieniu naszej Mani na dworzec autobusowy. Ona bowiem również zaczyna swoje prawdziwe wakacje. Jedzie nad morze z moją koleżanką i jej synem. 

Do zobaczenia po urlopie!


Tagi: urlop
08:40, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 sierpnia 2017

Szanowny już od poniedziałku sobie urlopuje, ja dopiero od dzisiejszego dnia. Postanowiłam zaprosić więc swojego małża do kina na seans o... kotach. Poszliśmy w środę wieczorem. Jako zawodowa kociara (tak jak mój mąż) nie mogłam powstrzymać się od obejrzenia szeroko reklamowanego filmu: Kedi - sekretne życie kotów.

Nie umiem prostymi słowami opisać zachwytu nad tym filmem. Niby nic - bo to taki paradokument, z łapanymi chwilami wśród stambulskich kotów, ale rozmowy z tymi ludźmi, którzy te koty kochają, opiekują się nimi i o nich opowiadają - były tak głębokie, że oglądało się ten film z czystą przyjemnością.

Tłem jest miasto Stambuł. Miasto tureckie, które przechodzi przemiany. Te przemiany mają wpływ na życie kotów, które są i uliczne i domowe. Ludzie tam traktują koty jak coś w rodzaju "wysłannika Boga". Jest porównanie do psów, z którym i ja się zgadzam: że pies traktuje człowieka jak boga, wykonuje wszystkie jego polecenia, podlega mu, a kot nie. Kot jest indywidualistą i takim pozostanie do końca swoich dziewięciu żywot. My z Szanownym za to też kochamy koty i współdzielimy z nimi życie. Tak jak mieszkańcy Stambułu - nie mówimy "jestem właścicielem kota", kot to część naszej rodziny. Naszego stada. Pewien mieszkaniec Stambułu mówi, że kto nie lubi kotów, nie lubi też innych, że poprzez podziw lub miłość do tych zwierząt poznaje się prawdziwe człowieczeństwo.

Tak jak w innych zakamarkach świata są tam ludzie, którzy karmią koty suchą karmą, ale też są tacy, którzy gotują dla swoich współtowarzyszy po 10 kg mięsa. Są tacy, którzy noszą regularnie do weterynarza, sterylizują i kastrują, a są tez tacy, którzy opiekują się kotami portowymi w pięciu pokoleniach (kotów).

Mamy pokazany w tym filmie przykład kilku przedstawicieli tego znakomitego gatunku i możemy zaobserwować ich zwyczaje, codzienne życie przy człowieku. Dowiadujemy się też przy okazji o historii tych ludzi. O tym co skłoniło ich do opieki nad kotami. Jak żyje się z kotem, co to daje.

Kino było pełne. Mimo tego, że był to środek tygodnia (przypominam o tzw "biedaśrodach" w CinemaCity - wtedy bilety są o połowę tańsze). Moim skromnym zdaniem nie jest to film dla dzieci poniżej 11/12 r.ż. Po pierwsze - jest to film turecki z napisami. Nasza Mańka nie chciała iść bo... nie lubi czytać. Po drugie to film z przesłaniem. Nie jest to zwykła opowieść. To film o prawdziwym uczuciu. Kto lubi koty ten lubi wszystkich innych dokoła. Ja już dawno stwierdziłam, że współdzielenie życia z kotem, to nie jest zwykłe uczucie, to stan umysłu. Kto chce, aby kot przychodził na zawołanie, na rozkaz człowieka, czy nie biegał po blatach czy stołach - niech sprawi sobie psa, bo tak naprawdę nie zna kociej natury. Kot to taki antydepresant. Jest samodzielny, a jednocześnie potrzebny człowiekowi. To zupełnie inna natura niż pies. To również zupełnie inne obowiązki niż przy psie. Z kotem musisz się liczyć, bo ma swoje zdanie i zrobi zawsze to, co chce. Ja za to kocham koty, bo sama lubię być indywidualistką, niezależną od innych.

Film polecam każdemu - i tym, którzy są kociarzami i tym, którzy tych zwierząt nie tolerują. Dla samego rarytasu wzrokowego jakim są i koty i miasto Stambuł warto. No i muzyka - przepiękna! Odpowiednia do sytuacji, klimatyczna. 


    

Tagi: film
09:06, sokramka
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 lipca 2017

Na przekór gnidzie muszę jakoś funkcjonować. Próbuję coś dłubać, aby czas nie był przeze mnie stracony wlepianiem się w sufit. Walczę ze sobą jak tylko mogę. Nakładanie masek strasznie mnie męczy i w miejscach gdzie muszę udawać (np. w miejscu pracy) czuję się okropnie.

Ci, którzy znają mnie z Insta, wiedzą, że co jakiś czas wstawiam to, co wyszło spod moich palców. Dla tych, którzy nie mogą tam zaglądać parę fotek:

Lato jest więc ubranka zgodne z obowiązującą porą roku ;-)

Jak się zrobi chłodniej zawsze można zarzucić coś bardziej przykrywającego:

Na modelce prezentuje się tak oto:

Sprawiłam też niespodziankę córce mojego pasierba, dłubiąc myszkę według instrukcji pewnej zdolnej Rosjanki, której kanał na YT mam już zasubskrybowany ;-) 

Myszkę trzeba było ubrać, co będzie z gołym dupskiem latać? ;-)

No i odezwały się u mnie oczywiście instynkty rozdawnicze, bo prócz myszki powstała podkładka pod kubek:

A niedawno poświęciłam swój czas na... wózek. Mały, szydełkowy wózeczek. Na początku była to inspiracja rosyjskimi stronami z rękodziełem, a później pomysł przerodził się w prezent dla koleżanki, która niedługo będzie mamą.

Wózek mieści się w dłoni. Mojej dłoni.

W sumie to nie wiem po co to dziergam. Biznesu z tego żadnego nie ma. Jest satysfakcja, bo lubię to robić. Uwielbiam, gdy mi się udaje, gdy się komuś podoba. Sama nie umiem przyjmować prezentów. Czuję się wtedy zażenowana i jest mi głupio, że ktoś, coś dla mnie... Nawet Szanowny nic mi nie kupuje, bo wie, że ciężko mi dogodzić. Na muzyce się nie zna, płyt mi nie kupi. Komiksów, książek nie czyta, nie rysuje, nie dzierga i nie szyje...

Koleżanka zaproponowała mi współpracę (na zasadzie wolontariatu) z punktem, który nosi podarunki do zaprzyjaźnionych szpitali. Prezenty są maleńkimi ubrankami, kocykami, maskotkami dla bardzo małych wcześniaków, które zazwyczaj rodzą się martwe. Ciuszków dla takich maleństw w sklepach nie ma. Ludzie dziergają i szyją dla nich. Chyba spróbuję, ale najpierw trzeba napisać maila, a ja mam ostatnio fobię społeczną, nawet w zakresie rozmowy pisanej. Choć jedna osoba, z którą ostatnio wymieniam myśli bardzo mnie buduje i wspiera. Po prostu rozumie.

Jest lato a ja już myślę o ręcznie dzierganych Mikołajkach, nie takich jak w zeszłym roku - bo musi być coś innego. Nie może być to samo, bo będzie nudno, a ja się będę pogłębiać w gnidzie. Musi być urozmaicenie...    

 

Tagi: moje hobby
18:17, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 26 lipca 2017

Zagląda mi przez dziurkę od klucza... Sprawdza mnie ile bez niej wytrzymam... Czujna jest cholera, a ja nie mam siły z nią walczyć. Nie umiem się skupić. Liczę rzeczy po dwa, trzy razy, czytam bardzo uważnie i wolno, do tego muszę być sama i musi być cicho. Czytanie w komunikacji miejskiej odpada. W ogóle ostatnio lubię być sama...

Nakładam maski i pozornie się uśmiecham, bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Wszystko płynie tak smętnie, brakuje mi adrenaliny, a nie mam bodźców do jej wyprodukowania...

Wstydzę się iść do mojej dr, bo boję się jak zareaguje. Po ostatniej, zeszłorocznej wizycie, mimo ustaleń z nią, że zmniejszamy dawkę leku, sama po kilku tygodniach odstawiłam go całkiem. Bo było super! Bo była nowa praca, bo były motyle w małżeństwie. Bo myślałam, że sobie ze wszystkim poradzę i już nie będzie problemów. A teraz jest wielkie NIC.

Przychodzę po pracy do domu i kładę się z otwartymi oczami, a moja córka pyta czy mi coś dolega. Mało mówię, nic mnie nie cieszy. Urlop mam od 7 sierpnia. Nie bawi mnie on wcale, nie mam pomysłów na spędzenie tego wolnego czasu. A pomysł Szanownego już mnie drażni.

Nie wiem co mam robić. I proszę mi nie pisać rad w stylu: "idź do swojego lekarza". To musi samo...  Czasem też wystarczy samo wyrzucenie z siebie, a czasem wymiana maili z kimś kto taki stan przeżywał. Czasem też nic nie pomaga.

06:57, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 lipca 2017

O nieee... chcielibyście pikantne szczegóły z historii łóżkowych ;-) A to tylko taki kontrowersyjny tytuł, ha ha :-) 

Otóż będę się więc chwalić w końcu dziełem Szanownego jakim jest łóżko Mani, które robił jej od dłuższego czasu. Legowisko gotowe jest od dwóch tygodni ale jakoś nie miałam weny, żeby się nim pochwalić. Łóżko jest wykonane z płyty w kolorze niebieskim - na zamówienie naszej córki ;-) ma dwie szuflady na pościel oraz wymiary 200 x 120. To oczywiście wymiary materaca, bo łóżko ma ciut więcej. W planach jest jeszcze uszycie przeze mnie poduch pod plecy, ale nie mam czasu i nie widzę nigdzie żadnego ładnego materiału (oczywiście w odcieniach niebieskiego), żeby sprostać wymaganiom córki ;-) Materiał do wyłożenia dna szuflad jest porządny, ze sztywnej płyty, a nie tak jak robią w tych beznadziejnych Ikeowskich meblach - "że się wygina". Szyny do szuflad mają wysuw pełny co umożliwia dokładną penetrację ich wnętrza np w celu odkurzenia ;-) 

Po obliczeniu kosztów jakie włożyliśmy w wyrko wyszło nam: ok. 1300 zł z materacem. Oczywiście robocizna Szanownego nie jest wliczona, ale zostało mu to wynagrodzone w inny sposób ;-)

Oto i Maniutkowy barłóg, w poszczególnych etapach budowy. Prześcieradło zostało też uszyte - przez mnie. Jest z dwóch mniejszych, dziecięcych i ma gumkę. Deska pod materac jest dodatkowo obciągnięta materiałem, aby ewentualne zadziorki nie zniszczyły w przyszłości materaca, jest on bowiem z tą matą kokosową, na której się śpi wyśmienicie! Przetestowałam osobiście. 





piątek, 30 czerwca 2017

Najpierw będzie o wodzie, bowiem gdy jej nie ma - ciężko w życiu ;-) Otóż nastąpiła znowu awaria, która zdarzyła się już w tym domu, a którą sobie przypomniałam dzięki wspaniałym tagom (głównie chodzi o czas). Jak się dobrze oznaczy wpisy na blogu, to potem można szybko przypominać sobie co, gdzie i kiedy ;-)

Wracając do braku wody - nie pojawił się gejzer podwórkowy, ale zbyt często pracował hydrofor. Szanownego to zaczęło niepokoić. Wczorajszy dzień poświęcił więc na znalezienie usterki. Musiał wziąć dzień wolny. Kiedy o 8.00 rozpoczął kopanie dziury w ziemi, w miejscu w którym znajduje się zawór zwrotny, zakończył pracę dopiero przed 20.00. Okazało się, że zawór znów pękł (tak jak w 2014r.) i znowu trzeba było go wymieniać. Ale Szanownego gryzła przyczyna pęknięć tych nowych zaworów. Po jego analizie okazało się, że dawno temu "fachowcy", tacy raczej przypominający tych z programu Usterka ;-) źle zamontowali rurę. Została ona niewłaściwie wypoziomowana i pod naprężeniem powodowała mikro uszkodzenie zaworu, który w końcu musiał pęknąć. Tak więc oprócz zaworu Szanowny postanowił wymienić również rurę, aby ten rodzaj usterki nie pojawiał się już nigdy.

Kiedy więc stał i kopał tę dziurę, ja stałam obok niego i wycierałam mu pot z twarzy i głowy, który lał się z niego strumieniami. Z czymś mi się ta sytuacja kojarzyła, ale nie będę się śmiać z cudzych wierzeń ;-) Ciężka to praca. Bardzo. Sama próbowałam przewalić ze cztery łopaty, ale mąż mnie przegonił mówiąc, że "będzie mnie bolał potem kręgosłup".

Woda w miarę szybko się pojawiła i mamy nadzieję, że nie zaskoczy nas kolejna usterka, choć może pojawić się brak wody w studni. Wtedy to już nastąpi inna bajka. Już Szanowny nie pomoże, trzeba będzie wezwać fachowców do wywiercenia nowej. Tylko Fachowców, a nie "fachowców" ;-)

W temacie drzewa zaś: kiedy pojawił się przepis o możliwości wycinki drzew z własnej posesji bez specjalnych zezwoleń, ludzie zaczęli nagminnie je usuwać. Czasem miejsca i ilość tych wycinek były niezrozumiałe, ale nawet sam dziadek wspomniał, że to dobry przepis. W końcu można zrobić coś u siebie bez pytania.

No i zrobił.

Po jego stronie stał wielki iglak. Proszę nie pytać jaki - nie znam się, nie była to jednak sosna - sosenkę rozpoznam, w każdym razie drzewo rosło już ponad dach domu, a korzenie wybijały chodnik. Było również podejrzenie, że drzewo próbuje dostać się pod mury chałupy. Wczoraj przyjechała ekipa, drzewo ścięła, gałęzie i mniejsze pieńki zabrali, a szerokie, pokawałkowane pnie zostawili. Dziadek jak to dziadek - bez wódki ani rusz. Wstawiony porozdawał co ładniejsze pieńki sąsiadom. Zostały mu te najbrzydsze, sękate, krzywe. Kiedy przyszedł do Szanownego z pytaniem czy mój mąż chce te pieńki np. na stołki, czy jakieś inne rzeczy, Szanowny spojrzał się z politowaniem na ojca i powiedział: "tatuś, weź sobie to drewno na opał, bo co ładniejsze to sąsiadom oddałeś, a ja bym nie tylko sobie, ale i tobie stołeczków porobił".

Niestety dziadek nie poczuwał się do winy, a Szanowny stwierdził, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo to było drzewo po dziadka stronie, dziadek zapłacił i dziadek rozdysponował pieńkami jak chciał. Przykro tylko, że teść pomyślał najpierw o sąsiadach, a później o własnym synu.

Po stronie teścia nie stoi więc już wielki iglak i nie daje cienia na kawałku podwórka. Mam tylko nadzieję, że czyn ten spowoduje ochronę starego już domu i korzenie więcej nie będą podbijać się pod chałupę. Na ocalałym pieńku dziadek chce zrobić sobie stolik. Ciekawe do kogo zwróci się o pomoc w tym temacie? ;-) 

   

08:35, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 czerwca 2017

To już ostatnia prosta. Na 11 lipca mam wyznaczony termin obrony. Od tego czasu będzie do mnie mówić "pani magister", tak jak do tych pielęgniarek ze szpitala, w którym się znalazłam z powodu kolki nerkowej ;-) Ale nie będzie to konieczne. Te studia były dla mnie przygodą, zapoznaniem nowych ludzi, z którymi (garstką) będę na pewno utrzymywać jakiś kontakt, no i były przyczyną podwyższenia wykształcenia. To ostatnie nie było mi do końca potrzebne, ale obserwując rynek pracy i wymagania co do potencjalnych pracowników, uświadomiłam sobie, że może jednak warto. 

W bilansie pozytywów znajdują się również koszty jakie poniosłam za studiowanie. I tak naprawdę są one... zerowe. No, może na końcu ostatniego semestru musiałam zapłacić: 60,00 za wydanie dyplomu, 250,00 opłaty archiwizacyjnej (!) której de facto nie było za czasów licencjata oraz 80,00 za oprawę pracy (wraz z wydrukiem). Za samo studiowanie płaciłam ze stypendiów. I to jest wielki plus! Raz było to stypendium socjalne, raz naukowe, zdarzyło się również, że pobierałam je oba... Ale generalnie złotówki za semestr z własnego portfela nie dałam.

Szanowny od pewnego czasu chodzi za mną i się pyta: co ja teraz będę robić w te wolne weekendy jak już mi się nauka skończyła ;-) Myślałam o jakimś kursie językowym bo mój angielski kuleje strasznie i przez to boję się go używać, ale nie znam dobrze rynku szkół językowych więc na razie zostawię ten temat w spokoju. Ale szczerze powiedziawszy przyzwyczaiłam się do rytmu weekendowego - że gdzieś trzeba wyjść, że czegoś trzeba się nauczyć, że jakiś referat należy napisać... Ale na podyplomówkę szkoda mi moich pieniędzy ;-) Straszna ze mnie kutwa i ściubigrosz, co? Poza tym, żeby podjąć studia podyplomowe chciałabym zacząć je na jakiejś lepszej uczelni niż ta, która za chwilę wręczy mi magistra. Tu było dość prosto, szybko i bezboleśnie (oczywiście stwierdzam to z perspektywy czasu, który już upłynął ;-))

Tak więc muszę wyciągnąć na 11 lipca wizytową koszulę (których zresztą nie lubię nosić ;-)) oraz wizytowe spodnie i przygotować się na ten dzień. Trzymanie kciuków wskazane - choć i tak wszystko już przesądzone i będzie to zwykła formalność.

Z pozdrowieniami poniedziałkowymi - "pani magister" ;-) 

Tagi: studia
06:44, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 20 czerwca 2017

W marcu tego roku postanowiłam zadbać o swoje koszmarne bóle głowy. Zresztą poganiał mnie już Szanowny wypominając, że jego gonię do dentysty i płacę za leczenie szczęki, tak teraz i on może pogonić mnie z moim zdrowiem. Dostało mi się również ;-) za brak inicjatywy w kwestii rehabilitacji kręgosłupa. 

Zapisałam się więc do znanej mi pani neurolog, ale niestety na NFZ termin miałabym dopiero na koniec września. Wzięłam sprawy w swoje ręce i skorzystałam z tego, że pani doktor prowadzi prywatną praktykę lekarską niedaleko pobliskiego szpitala. Fakt, że wizyta kosztuje 120 zł nie odstraszył mnie, wszak potrzebowałam szybko porady, bo migreny dopadają mnie naprawdę często. 

Po długim wywiadzie (u pani doktor regulaminowych 15 minut nie usiedzisz - co najmniej 45 min) dostałam receptę na dwa leki przeciwmigrenowe oraz skierowanie na badanie głowy, które zwie się "angio-tk". Aż musiałam je sobie wygooglać, żeby się dowiedzieć co będzie mi robione ;-) Angio-TK ma wyeliminować ewentualnego tętniaka, który również może być przyczyną tak ostrych bólów głowy. 

Pani doktor, idąc w ślad za moim mężem nie omieszkała mnie również opierniczyć ;-) za niedopilnowanie schorzenia kręgosłupa i kazała zająć się w trybie pilnym ponowną jego rehabilitacją. Podziękowałam za troskę, kręgosłupem się na pewno zajmę, albowiem podobno u mnie w pracy jest rewelacyjna poradnia rehabilitacyjna, z której wszyscy nagminnie korzystają. To pokorzystam z czasem i ja - dla własnego zdrowia. 

Kiedy tak siedziałam i zbierałam już kwity od pani neurolog, spytałam się nieśmiało czy może mi wystawić zwolnienie choćby za ten dzień, kiedy nie poszłam do pracy (wczorajszy poniedziałek). Na co pani doktor radośnie oznajmiła, że chętnie wystawi mi zwolnienie, na ile tylko chcę - nawet na trzy tygodnie. Zdębiałam. Ale propozycję chętnie przyjęłam i tak oto w ten sposób jestem od wczoraj na L4 z powodu bólu migrenowego oraz schorzenia kręgosłupa. W karcie zapisano - oszczędzający tryb życia. Chyba muszę więc przyjść na nauki do Bezcielesnej bo szybki kurs korzystania z K.K.K. w wolnym tłumaczeniu - Kawa, Książka, Kocyk. 

Mimo ogromnych pokładów energii gdzieś się ten organizm po drodze buntuje i choć się chce i idzie się pod prąd, to jednak nie można za wiele. Dobrze jest być wiecznie radosnym i energicznym, ale odpoczywać też trzeba umieć, a ja walczę z tym od lat. Że nie umiem usiąść w spokoju 5 minut, że wypoczynek to tylko aktywny i w ruchu, że wynajduję sobie robotę, żeby chyba zająć głowę, bo mózg mój tez pracuje od lat na zwiększonych obrotach - studia, bezrobocie, bieda, nowa praca, problemy Małej, doroślejący Pierworodny, pasierbowie, depresja... Sporo tego na karku...

Tak więc do końca czerwca mam "fritajm". W tym tygodniu na spokojnie, bez stresu zakończę temat studiów (wydrukować i złożyć pracę magisterską do dziekanatu) a w przyszłym - to się zobaczy...

I najgorsze jest to, że będąc na L4 mam wyrzuty sumienia, że w ogóle na nie poszłam. A przecież instytucja, w której pracuję nie zawali się bez mojej obecności... ;-) 

Tagi: zdrowie
09:40, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 czerwca 2017

To, że kilka wpisów wstecz napisałam, że u mnie wszystko ok, nie znaczy, że sielanka trwa w najlepsze. Owszem - jest i zdrowie, nie kaszlę, nie prycham ;-) jest i praca, są moje dzieci, które niczym nie stwarzają mi kłopotów, jest w końcu Anioł - Szanowny. 

Czegóż chcieć od życia więcej? 

Wczoraj miałam straszną ochotę napisać do mojej psycholog, pani Izy. Przywłaszczyłam Ją sobie jako "moja" albowiem to jest człowiek, który ma w oczach zrozumienie. A tego teraz szukać ze świeczką. Ale nie miałam odwagi. Są inni, bardziej potrzebujący, których Ona zapewne wspiera na wizytach. Mogłabym pogadać z Szanownym, ale on wysłucha, a nie zrozumie. Przyjaciółki nie mam, bo poza moją Mamą nikomu nie zwierzałam się z kłopotów i stąd może też wynikać trudność dobierania sobie towarzystwa "psiapsiółkowego". Ja po prostu nie umiem mieć przyjaciół. 

Czasem ludzie po depresji wracają do głębokiego doła ot tak. Bez powodu. Czytałam Tomasza Jastruna, sama odczuwam takie doły. I wtedy nie ma wsparcia. Nie ma zrozumienia. Zostaje się samotnym w obliczu czegoś, co otacza cię czarnym jak smoła workiem. A najgorsze jest to, że oczekuje się od świata odczytania bólu jaki siedzi w środku. Nie ma się odwagi podejść i powiedzieć: "słuchaj, pogadamy? dziś mam fatalny nastrój, nie wiem z jakiego powodu, ale boli mnie "w środku". 

Mnie boli w środku znowu od kilku tygodni. Uśmiechy rozdaję sztuczne, na zawołanie: numer 5, numer 8. Nie rozmawiam z Szanownym, nie pytam o nic córki. Milczę. Moim dzieciom to pasuje, ale czy to ma dobry wpływ na ich rozwój? W przypadku Pierworodnego zapewne już nie (na jesieni skończy 21 lat), ale moja 11 letnia córka pewnie już wyrabia zdanie o matce - dziwaku. 

Nie mam na siebie pomysłu. Tzn dziś nie mam na siebie pomysłu. Znów snuję się po mieszkaniu wykonując tylko podstawowe czynności. Chciałam zapleść sobie znowu bransoletkę, uszyć małą torbę na ramię. Nic mi nie wychodzi. Nie podoba mi się. W moich oczach jest bezbarwne i bez wyrazu. 

Zamartwianie się bez powodu jest czymś najgorszym. Bo jeśli człowiekowi dzieje się krzywda, wtedy ma powody do rozpaczy, ale jeśli świat z założenia jest brunatny, bez powodu, to już jest źle. Czegoś mi brakuje i sama nie wiem czego. To, że chciałabym się spotkać w gronie znajomych jest nieprawdą. Ostatnio nawet zwaliłam spotkanie integracyjne w pracy, bo mnie wszyscy wkurwiali. Tak bez powodu, bo przecież nikt mi nic nie zrobił. 

Nie umiem przyjmować pewnych zadań z założenia, że tak musi być. Tylko rozkminiam problem i rozkładam go na cząsteczki: przykładowo mam iść z wnioskiem do podpisu, ale ten wniosek będzie czytany, bo człowiek nie podpisze bez czytania. I już mi się kołaczą w głowie myśli: a jeśli coś będzie źle? a co jeśli człowiek od podpisu powie, że mam gdzieś coś poprawić? a jeśli się nagada i ponarzeka, a ja tego będę musiała słuchać? Człowiek normalny powiedziałby: a co w tym za problem?! Przeczytać musi, pogadać widać, też musi, a jak trzeba będzie poprawić, to się poprawi. A ja, kuźwa, robię z tego problem rangi wypadku samochodowego...

Kto temu jest winien? Że tak postrzegam świat? Ja sama. Bo muszę przebić się przez mur i mówić sobie o samych dobrych rzeczach. O wartościach, które mam. A mam? O tym, co życie mi daje bezproblemowo. 

Muszę się bardziej skupić. 

08:39, sokramka
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 57