Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 05 lutego 2019

Od zawsze podziwiałam mojego męża za zaradność, pracowitość i umiejętność rozwiązywania problemów mechaniczno-technicznych. Kiedyś wściekałam się za jego bałaganiarstwo i pozostawianie krajobrazu jak po bitwie, ale teraz, po latach wiem, że nie zmienię tego i kładąc na jedną szalę jego zdolności i na drugą syfiarstwo, ta pierwsza zawsze wygra.

Otóż jesteśmy w trakcie remontu pokoju Mani. Pokój, według jej wyobrażeń, ma być w stylu japońskim. Ponieważ dziewczyna interesuje się tymi klimatami, sama poducza się tego języka, chciałaby mieć choć zalążek Japonii w pokoju. Tak więc musieliśmy zacząć od postawienia ścianki oddzielającej jej pokój od korytarzyka. Niestety nie umiem w szczegółach wyjaśnić słowami jak to się dzieje, ale proszę sobie wyobrazić dom wybudowany przed wojną, gdzie izby były przechodnie i praktycznie w żadnej z nich nie można było liczyć na skrawek intymności. Teraz do tego dążymy. Potem było obniżenie sufitu ponieważ stare, przedwojenne izby były bardzo wysokie. Ciepło uciekało więc na strych. W suficie zostały zamontowane światła ledowe, które zapalają się sekwencją, zależną tylko od humoru Mani. A więc może sobie zapalić nad łóżkiem i biurkiem, może osobno włączyć środkowe światło, może też zaświecić światło osobno nad wejściem do pokoju. Ale kiedy chce, żeby było bardzo widno może te wszystkie pięć świateł włączyć naraz. Do tego nad biurkiem będzie miała (bo się dopiero robi) lampkę handmade, której abażur wykonamy z patyczków i kalki technicznej, a na tej kalce namalujemy japońskie słowo. Jakie – to Mania sobie wybierze. Ściany córka chce mieć trzy białe, a jedną fioletową. Na białej ścianie przy wejściu ma być fototapeta z japońskim motywem. W oknie zamiast zasłonek zamówimy rolety z japońskim wzorem. Drzwi oczywiście przesuwne i w stylu japońskim, czyli kratka z listewek.

I to wszystko mój mąż robi sam. Wraca z pracy i wchodzi do Maniutkowego pokoju i dłubie, i dłubie, i dłubie… Ja tylko chodzę i po nim sprzątam. Kiedy podwieszał sufit zbudował sobie przedtem takie narzędzie do podnoszenie wielkich płyt karton-gips, bo stwierdził, że do tej roboty niezbędne są dwie, trzy osoby, a on na ekipę remontową kasy nie ma. Na wymyślony przez niego sprzęt nakłada się płytę w pionie, odwraca ją do poziomu, potem specjalna dźwignią podnosi się do sufitu i już można płytę przykręcać. A sprzęt zrobiony z kilku rurek i… starego obrotowego krzesła ;-)

Nie mogę się nadziwić zdolnościom męża, jego pasji dłubania, montowania, składania, skręcania. Ostatnio coraz częściej zaczyna się bawić w drewnie. Kupiłam mu frezarkę w prezencie i już mam w kuchni siedzisko w stylu góralskim. Z pieńka przepołowionego wzdłuż oraz przykręconych dwóch desek po bokach powstał piękny taboret. Szeroki, wygodny i bardzo ładny. W planach jest jeszcze jeden, tylko, że na to wszystko potrzebny jest czas i siły własne.

Nie potrzebuję wynajmować hydraulika, malarza, glazurnika, szklarza, mój mąż jako mechanik samochodowy pracuje zawodowo więc auta mamy jak spod igiełki. Nawet to, jak sam uporał się z ociepleniem domu w zeszłym roku. Sam. Zbudował sobie najpierw rusztowanie, na którym później fikał i przyklejał płyty styropianowe. Podziw, wielki podziw.

Okienko dla kotów – też samodzielna robota i pomysł! Bo nikt takiego nie ma. Domek nad oczkiem kręcący wiatraczkiem jak młyn – też samodzielna robota (jest wstawiony na Insta). Ta głowa ma tysiąc pomysłów na minutę, i choć nie była w stanie zapamiętać imion swoich wnuków (bo już teraz to się utrwaliło) to w tej głowie na pewno jeszcze coś się fajnego zrodzi czym się będę chwalić.

Tagi: Mąż remont
11:10, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 stycznia 2019

Gdy wydaje się, że wszystko idzie jak po maśle i ma się ku lepszemu, pojawia się znienacka jakaś kłoda, która powoduje, że nie można iść dalej. Tą kłodą był dzisiejszy poranek i następstwa z nim związane. Ponieważ od dwóch tygodni jestem na L4, pomagam Mani w docieraniu do szkoły. Codzienna obecność spowodowała, że z większości przedmiotów będzie miała oceny na semestr. Jednak dziś coś w niej pękło, coś co spowodowało, że widziałam w jej oczach tę samą pustkę, która kiedyś, przed leczeniem próbowała w nią wstąpić. Najpierw stwierdziła, że boli ja brzuch, potem, że mimo leku nie przechodzi. Następne minuty były już tylko walką o dobre samopoczucie mojej córki. Do samochodu wsiadała jak skazaniec, wciąż szlochając. Po drodze nie słuchała tego, co jej mówiłam, o czym przekonywałam i jak wspierałam. Było mi ciężko, bo samej chciało mi się płakać. Ale ona musi do tej cholernej szkoły chodzić, bo zamkną ją w psychiatryku … Na parkingu już buńczucznie, ale ze łzami w oczach oświadczyła, że ona do tej szkoły nie wejdzie. Nie umiała mi odpowiedzieć dlaczego. Rozumiałam. Spytałam więc czy chce iść ze mną do pani dyrektor, która bardzo poważnie traktuje sprawę naszej Mani. Córka odpowiedziała, że chce iść, ale bez plecaka. Tak jakby dawała mi znać, że na samą naukę nie pójdzie. Kiedy już znalazłyśmy się w gabinecie dyrektor, Mania nie chciała zdjąć kurtki i wciąż szlochała. Dyrekcja próbowała córkę przekonać, że lekcje miną szybko, że nauczyciele czekają tylko na nią, że indywidualna ścieżka to jedyny możliwy i bezpieczny sposób, żeby nie zawiadamiać władz o unikaniu obowiązku szkolnego, a co za tym idzie – nałożeniu na rodziców (nas) kary finansowej. Ale przecież moja córka wszystko to doskonale wiedziała. Potem pani dyrektor powiedziała, żebym jednak wróciła się do samochodu po plecak i spróbujemy zaprowadzić Manię na lekcje. Nagle moja córka ze szlochem kurczowo złapała się za moje ramię i nie chciała nigdzie puścić. Czułam się dziwnie. Jak rozrywana z częścią mojego ciała. Poszłam jednak po ten plecak, ale i tak moja córka do klasy poszła z obstawą – pedagoga szkolnego, dyrekcji i mnie. Dobrze, że było już po dzwonku, dzieciaki powchodziły do sal i nikt nie widział co się dzieje przed klasą, w której moja córka miała mieć zajęcia. Na koniec okazało się, że pedagog spytała, czy mogę być w klasie razem z Manią i nauczycielem… I tak spędziłam cztery godziny lekcyjne w szkolnych ławach, pilnując jak pies warujący, mojej córki. Jest mi przykro, jestem załamana i zdruzgotana. Psychiatra po każdej wizycie zwiększa dawki leków przyjmowanych przez moją córkę. Ja tez dostałam coś na wyrównanie stanu emocjonalnego. Do tego jeszcze zmieniam pracę, nie będę mogła sobie pozwolić na następne zwolnienia. Nie mam nikogo, kto mógłby przypilnować mi rankiem dziecka. Gdyby teść był normalny…

Mania teraz śpi. Po przywiezieniu jej do domu poszła od razu do swojego pokoju pod kołdrę. W czwartek są jej trzynaste urodziny. Prosiła, żebym nie zapomniała jej kupić w środę cukierków, żeby mogła poczęstować koleżanki i kolegów w klasie.

13:38, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 02 stycznia 2019

Odchodzę. Z Zamówień Publicznych odchodzę. Tu, gdzie jestem niestety nie da się dłużej normalnie pracować. Nawet stare wygi mi to mówią mijając mnie na korytarzach i chodnikach ośrodka.

Sytuacja zaczęła się pogarszać kiedy przypadkiem dowiedziałam się, że w równoważnym wydziale zajmującym się zakupami od innej strony, będzie odchodzić koleżanka. Zwolnione stanowisko było dla mnie ciekawostką przyrodniczą. Przypadkiem więc, któregoś dnia zaczepiłam szefa szefów, który wychodził na papierosa i zwyczajnie spytałam czy to prawda i czy w związku z tym byłaby możliwość, abym ja się przeniosła na zwalniane miejsce. Na co szef szefów z uśmiechem odpowiedział mi, że owszem, prawda i że jemu się nawet ten pomysł podoba, bo widziałby tam kogoś z głową takiego jak ja (?!). Nie wiem czy był to komplement, czy pochlebstwo, w każdym razie wszystko od tamtej pory zaczęło się dziać lawinowo. Nawet się nie spodziewałam. Szef szefów uruchomił bowiem procedurę przeniesienia mnie do wspomnianego wydziału na zasadach nie urągających mojej godności (tamto stanowisko było słabiej wynagradzane), a jednocześnie zapewniające mi komfort pracy. Mam więc nową umowę na czas określony, która szybko przekształci się na czas nieokreślony.

Jednakże nic nie może być tak piękne, aby było realne. Moja współlokatorka zaczęła już krucjatę powolnego niszczenia mnie psychicznie, co dobitnie pokazuje wszem i wobec, bardziej lub mniej jasnymi znakami. Po pierwsze wprost mi powiedziała, że „tego się nie robi koledze”. Bo jak mi kolega załatwił robotę, to powinnam być mu wdzięczna i nie sprawiać mu przykrości odchodząc do innego wydziału. To o naszym kierowniku. Po drugie obcięła mi premię świąteczną. I o tym dowiedziałam się od zaprzyjaźnionej księgowej, która zdziwiona jej wysokością zapytała co narozrabiałam, że tak dobitnie mnie ukarano. Po trzecie, po rozmowie z koleżanką – księgową to nie moja współlokatorka powinna rozdzielać premie, a właśnie nasz kiero, który jak widać ma gówno do gadania. Po czwarte: mam do zamknięcia rok 2018. W papierach musi być porządek, więc starałam się wszystko dokładnie uzupełnić, aby spokojnie po nowym roku przejść płynnie na nowe stanowisko. Niestety, teczki zostaną dogłębnie sprawdzone, a co za tym idzie „nie wolno mi przejść, póki nie pouzupełniam, bądź nie pozmieniam dokumentacji”. A zmieniać mam: kropkę zamiast przecinka, jedynkę zamiast dwójki, pomyłkę literówkę, wcięcie marginesu, no… może ze dwie rzeczywiste pomyłki. Do tego jej nastawienie jest wybitnie olewcze i robi to „bo musi” oraz w tempie żółwia.

Boleć to boli bardzo, ale i ja nauczyłam się czasem olewać. Przykre jest to, że takie robienie na złość nikomu i niczemu nie służy. Wybitnie zaś pokazuje jej infantylne podejście do życia oraz brak szacunku do drugiego człowieka. Czy to, że chcę odejść boli ją dlatego, że jednak czuje pod nosem z jakiego powodu to robię? Czy to, że nie umiałam i nie chciałam przejść na „szpilkowo-sukienkową” stronę mocy spowodowało, że traktuje mnie teraz jak piąte koło u wozu? Wszak w tym pokoju, w którym jestem, dziewczyny zmieniały się ponoć jak rękawiczki. Jestem czwartą z kolei.

Życie służbowe ma znaczący wpływ na życie prywatne. Zadowolenie z pracy jest połową sukcesu ogólno życiowego. Tak myślę ja, inni mogą się ze mną nie zgadzać. I nie zgodzę się z kimś, kto mi napisze: „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, „jakoś trzeba to wytrzymać”, „marudzisz, narzekasz”, „szanuj to co masz”. Wolę wybrzydzać i szukać spokoju i normalności, niż wciąż chodzić z bólem żołądka do znienawidzonej pracy.

Tagi: praca
19:04, sokramka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 30 grudnia 2018

Ostatnie wydarzenia związane z intensywną próbą powrotu mojej córki do szablonów społecznych, spowodowały, że nijak nie mogłam się skupić na zaglądaniu na blog. Ani swój, ani na zaprzyjaźnione strony. Ale nie zarzuciłam swojego hobby i coś tam spod moich rąk wyskakiwało czasem. Postanowiłam jednak, że zarzucę link do mojego konta na Insta, wszak portal ten jest ogólnodostępny nawet dla nieposiadających tam własnego konta. Tak więc: bierzcie i częstujcie się wszyscy, którzy macie ochotę oglądać twory moich rąk oraz czworonożnych mieszkańców naszego domu ;-)

W zaległościach moich pojawiły się też pozycje czytelnicze, a więc takie, które sprawiłam sobie na prezent pod choinkę oraz takie, które leżały na tzw. „półce hańby”, kto nie wie co to ta „pólka hańby”, to tłumaczę, że to stos książek kupionych, położonych do przeczytania, ale oczekujących na wieczne otwarcie ;-) Z półki owej zdjęłam więc ostatnio „Ginekolodzy, tajemnice gabinetów”, autorstwa Izy Komendołowicz. WydawnictwoWAB. Książkę dosłownie pochłonęłam w ciągu kilku dni. Siedząc na tronie w toalecie, leżąc w łóżku i szykując się do snu, czy mieszając jedną ręką w garnku z pomidorową oraz kiedy tylko mogłam. Autorka dzieli treść na siedemnaście rozdziałów, który każdy mówi o innych aspektach dziedziny lekarskiej jaką jest ginekologia. Mamy więc: o samych porodach – jak przebiegają, jak reagują pacjentki, jak zachowują się partnerzy/ mężowie/ partnerki/ mamy, co wolno było kiedyś, a jakie standardy mamy dziś. Mamy też: o patologiach, o poronieniach, o aborcji, o młodocianych matkach, o ciążach z gwałtu, ciążach pozamałżeńskich, o starych matkach powyżej wieku prokreacyjnego, o In vitro, o antykoncepcji, jak również o ginekologii estetycznej. Książka jest pisana w formie wywiadów z lekarzami oraz wypowiedzi samych pacjentek. Mamy więc specjalistów młodych, którzy dopiero wchodzą na szeroką drogę ginekologii, ale są też wywiady z ginekologami starej daty. Są również wypowiedzi lekarzy, którzy nie chcieli podpisywać się własnym nazwiskiem i ich słowa kończą się zwrotem: „emerytowany ginekolog z Mazowsza”. Jednak wśród nazwisk spotkamy te, które dobrze znamy z pierwszych stron gazet. Zaintrygowało mnie jednak to, że na temat antykoncepcji w książce treść ta zawiera trzy strony (!) Tylko trzy? Gdzie metod zapobiegania niechcianej ciąży jest bardzo dużo. Nie jest napisane jak pacjentki reagują, jakie mają potrzeby, gdzie szukają antykoncepcji i czy w ogóle? Jednak książkę szczerze polecam, bo raczej nie jest stronnicza i ukazuje obraz polskiej ginekologii z każdej, możliwej strony.

Kolejną pozycją, która zlazła z półki hańby jest „Pokraj” Andrzeja Saramonowicza. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona po przeczytanie kilku wersów, albowiem nie wydawało mi się to ani ładne, ani składne, ani sensowe. Jednak z czasem brnąc w tę wyimaginowaną historię zaczęłam dosłownie pękać w szwach ze śmiechu. Któregoś razu musiałam schować książkę do plecaka w publicznym miejscu, bo zaczęłam śmiać się sama do siebie. Cytować nie będę, ale jest to opowieść dobitnie koloryzująca sytuację w naszym pięknym kraju, pod wiadomymi rządami Pierwszego Obywatela. Możemy również spotkać po drodze nazwisko Jego Ekscelencji ministra wojny Sowietana Maczegewarowicza, jak również spotkamy wiele innych skojarzeń, począwszy od nazwy rzeki, a skończywszy na detalach, które przeplatają się w społeczeństwie Pokraju. Polecam tym, którym nie jest obcy język Edwarda Redlińskiego, którzy znają „Konopielkę” (nie z filmu, a z treści książki) oraz tym, którzy czytali „KrFotok”. Będziecie boki zrywać.

Kolejna pozycja, którą aktualnie czytam to „Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak, wydawnictwo Marginesy. To dość trudna socjologicznie pozycja, która ukazuje trudy pracy służby z lat XIX w. oraz początków XX w. Kiedy spotykałam się na kartach książki z nastoletnimi pannami, które uciekając od wiejskiego zaduchu, głodu, zimna i przepełnionych chat, wędrują do dużych miast na służbę, często miałam w wyobraźni te opisywane przez nie same zimne, niewygodne sienniki do spania, miejsca na antresoli, gdzie po ścianach ciekła wilgoć. Opisy pochodziły z pamiętników zachowanych przez muzea, a także z wielu źródeł, które autorka odkopała przygotowując się do napisania tej książki. Przedarłam się przez rozdział, w którym mamy do czynienia z wyzyskiem służby, która dosłownie jest „do wszystkiego”. Od sprzątania, przez gotowanie, usługiwanie przy stole, pranie, zakupy, dźwiganie, pilnowanie dzieci. Gdzie służąca jest „popychlem”, o którym piszą w gazetach i instruują w książkach „dla pań”, jak traktować służbę. Ta lektura utwierdziła mnie w tym, że nie ma nic gorszego niż podział na „lepszy” i „gorszy” sort, że „pani” ma prawo do wszystkiego, a służba jest na jej łasce i jeszcze „śmie prosić o wynagrodzenie”.

Jednak zdarzały się domy, w których służące były traktowane z szacunkiem i nawet po śmierci zostały pochowane na rodzinnym cmentarzu. Są opisy służby znanych osobistości, są cytaty ze wspomnień Marii Kuncewiczowej, która wychowywała się w domu ze służbą, oraz opisy służby w domu Juliana Tuwima. Znaleźć tu można przyjemne akapity, ale również te o służących – złodziejkach, o nieślubnych dzieciach, o paniach bijących swą służbę. Słowem – przekrój z całej Polski, ale również przytaczane opisy służby we Francji czy w Ameryce.

Bardzo bogata pozycja, w której znaleźć można skany starych gazet z artykułami o tym jak radzić sobie z niepokorną służbą, co służące zrobiły (jako afera dnia powszedniego), oraz przedruki z ówczesnych poradników dla pań. Jestem w połowie, ale czytam ją z równie wielkim zaangażowaniem co „Ginekologów”.

Pod choinkę kupiłam sobie jeszcze: „Ina Benita, za wcześnie umierać”, Piotra Gacka, wydawnictwo Krytyka Polityczna, oraz: „Zima stulecia”, Grzegorza Sieczkowskiego, wydawnictwo De Facto , i „Księżyc z Peweksu, o luksusie w PRL”, Aleksandry Boćkowskiej, wydawnictwo Czarne.

Jednego, czego nie lubię w książkach to ich twarde okładki. Nie pomagają w czytaniu wszędzie gdzie się da.

środa, 05 grudnia 2018

Od początku tygodnia Młoda ma zajęcia na indywidualnej ścieżce nauczania. Polega to na tym, że w ciągu tygodnia ma przeplatane lekcje z „okienkami”, które zazwyczaj spędza w bibliotece z ulubioną książką. Lekcje ma sam na sam z nauczycielem. Jest pytana, są rozmowy w temacie lekcji i ma zadawane prace domowe jak każdy inny uczeń. Różnicą jedynie jest to, że siedzi sama w ławce z jednym nauczycielem do towarzystwa. Raz tylko zdarzyło się jej, że znalazła się w jednej sali z kolegą ze starszej klasy, który również miał indywidualny tok nauczania. Kolega ów miał z zachowania bardzo złe noty oraz na zajęciach przeszkadzał innym, rozpraszał nauczycieli i nie skupiał się na samych tematach lekcji. Był wulgarny i opryskliwy. Mania później mi powiedziała, że dziwnie się czuła w jednej klasie razem ze „szkolnym łobuzem”. Dodała jednak potem, że zajęcia były prowadzone w taki sposób, że oboje nie słyszeli swoich lekcji ponieważ każde z nich siedziało na krańcach sali.

Mania jest zachwycona tym systemem i ja się córce wcale nie dziwię. Kiedy postałam parę razy na korytarzu szkolnym, pojawiło się wiele rozmów na temat atmosfery podstawówki, bo niewątpliwie hałas tamtejszy przewyższa jakiekolwiek dopuszczalne normy ;-)  Mania mówiła mi, że cisza i spokój pewnie jest w szkołach prywatnych, gdzie jest mało dzieci. Ale zaraz pojawiła się teza, że szkoły prywatne zapewne skupiają w swoim środowisku snobów i egoistów ;-) To rozmyślania mojej Mani.

Lekcje ma różnie: czasem idzie na pierwszą godzinę i po czterech wraca, czasem idzie na trzecią i zostaje do szóstej godziny lekcyjnej, a czasem zdarza się, że ma w planie osiem godzin w szkole, gdzie trzy z nich to „okienka” biblioteczne. Uzależnione jest to od czasu wolnego poszczególnych nauczycieli.

Opinia psychologa i decyzja szkolna wystawione są do końca pierwszego semestru. Moja córka już podejmowała rozmowy w tym temacie, że ona już czuje, że po powrocie do „normalnych” lekcji w drugim semestrze z całością klasy, może się powtórzyć jej absencja. Nie pytałam dlaczego, bo Mania sama odpowiedziała, że ona siebie zna i wie, że strach przed tłumem, hałasem i niektórymi kolegami może pojawić się znowu. Przykro mi słuchać takich rozterek, ale rozumiem i staram się ją wspierać jak tylko potrafię. Powiedziałyśmy sobie, że na razie nie będziemy zajmować umysłu tematami związanymi z jutrem, a skupimy się na dziś i na lekcjach, które musi odrabiać teraz.

W przyszłym tygodniu wracam do pracy po zwolnieniu. W głębi duszy czuję jednak strach o systematyczność uczęszczania do szkoły mojej córki. Ale te obawy zostawię sobie po weekendzie. Dziś cieszę się tym co dał mi system ratując moje dziecko przed repetą klasy.

14:59, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 04 grudnia 2018

Odchodząc na chwilę od problemów egzystencjalno – psychologicznych opowiem o przygodzie, jaka przydarzyła się mojemu młodszemu dziecku w ostatnią niedzielę. Otóż koleżanka, której dawno nie widziała zaproponowała wspólny wypad na świeżo otwarte lodowisko. Ponieważ znamy się również z mamą tejże koleżanki, postanowiłyśmy we cztery spędzić milo przedpołudnie. Moja córka jak i ja wirtuozami jazdy na łyżwach nie jesteśmy, wobec czego nasze poczynania na tafli lodu były wręcz śmieszne, żeby nie powiedzieć komiczne. Dwie lebiegi próbujące bez trzymania się bandy przedostać się z jednego skraju lodowiska na drugi. No komizm w czystej postaci normalnie! ;-) Nasze koleżanki to już wprawione w ten sport aktywne uczestniczki grupowego jeżdżenia. Ale dzielnie nam towarzyszyły nie powodując osamotnienia i wykluczenia. To jest dopiero prawdziwe koleżeństwo!

Radziłyśmy sobie jakoś – takoś, gdy nagle moja córka postanowiła „zaszaleć” dodając sobie odwagi zwrotem: „oj tam, ja już umiem”. Gdy popłynęła po tafli lodu, coś poszło nie tak i wyrżnęła na kolano, a w tym samym momencie jakiś ośmio – dziewięcio latek z impetem wparował na moją klęczącą córkę lądując swoją łyżwą w jej kolanie. Efektem tego zderzenia było jezioro czerwonej krwi na białym lodowisku, odholowanie przez nasze koleżanki kulejącej Mani do bandy, a bezpośrednio odsłonięcie mięsa na kolanie i wezwanie przez służby medyczne karetki. W czasie oczekiwania na pojazd służby zdrowia, ratownik opatrzył mojej córce ranę, którą ona nieśmiało przykrywała ręką. Ręka lepiła się od krwi, ale Mania (o dziwo!) uśmiechała się do wszystkich i mówiła, że nic się nie stało, że będzie dobrze, że będzie miała co wspominać i na pewno zostanie jej blizna do chwalenia się innym. Nieznacznie tylko drżała jej ręka, która przykrywała ranę, ale nie chciałam za bardzo zwracać jej na to uwagi.

Pojechałyśmy do szpitala dziecięcego, gdzie Mania została bardzo dobrze przyjęta. Pani doktor zdjęła jej prowizoryczny opatrunek, który poprawili jeszcze panowie z karetki i rozpoczęło się szycie. Najpierw oczywiście musiała jej zaaplikować znieczulenie. Byłam przy córce cały czas i naprawdę – tak jak ona ma bardzo obniżony próg bólu, to jej odwaga i dzielność zasługuje na najwyższe uznanie. Ściskała moją rękę i choć ja mam dość wysoko postawioną poprzeczkę na odczuwanie czegokolwiek, czułam jej siłę na swojej dłoni.

Dziś już jest trzeci dzień od wypadku, a Mania ma się świetnie. Opatrunek zmieniam jej codziennie, ale widzę, że goi się znakomicie, szybko i bez większych komplikacji. Umówiłam się już z zaprzyjaźnioną koleżanką – pielęgniarką, że w ramach pretekstu do spotkania ona zdejmie mojej córce szwy, żeby nie latać już po przychodniach ani żadnych innych dziurach. A tak – napijemy się kawki, pogadamy i będzie przyjemne z pożytecznym. Kontrola w poniedziałek, a szwy pewnie jeszcze z tydzień ponosi.

O tym jak moja córka rozpoczęła indywidualny tok nauczania i jak sobie z nim radzi – będzie w odrębnym wpisie.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Nie umiem już ubierać w tytuły adekwatne do treści wpisu, ale to nie o to chodzi.

Od dziś jestem na L4 na opiekę nad dzieckiem. W piątek byłam z Manią u psychiatry młodzieżowego na kolejnej wizycie. Ona sama miała w czwartek dokończyć badania psychologiczne, które miały odbyć się w budynku szkoły. Z samodzielnym dojściem były ogromne problemy. Córka przez telefon płakała, a wręcz szlochała, że nie pójdzie, że się boi, a co jak ktoś ją spotka i zacznie wypytywać? Musiałam przekonywać, że będę z nią na linii cały czas, żeby poszła w czasie trwania lekcji i że wszystko się uda. I udało się, ale i mnie musiał ten strach i panika dorwać, bo złapały mnie duszności i ściskanie krtani jak astmatyka. Potem przypomniałam sobie, że przy pierwszym epizodzie depresyjnym, w 2010 roku miałam podobne objawy. Mąż zawiózł mnie wtedy do szpitala, bo myśleliśmy, że dopadło mnie jakieś zapalenie płuc, albo właśnie astma. Potem okazało się, że to pierwszy etap depresji. Kiedy w czwartek przestałam się już dusić, zadzwoniłam do córki i opanowałam sytuację. 

W piątek opowiedziałam pani doktor o wszystkim. Poradziła brać zapobiegawczo coś na uspokojenie. O zwolnienie się nie prosiłam, ale pani doktor sama zaproponowała, że teraz najlepszym wyjściem z sytuacji będzie nadzór i opieka nad Manią, a dla mnie wytchnienie i spokój od pracy. Jej po prostu potrzebny jest kontakt z mamą i ja mam córce to zapewnić. Pani doktor powiedziała, że nawet nie przyjmuje odmowy – daje dwa tygodnie zwolnienia z możliwością przedłużenia i basta.

Pojechałam więc dziś rano do pracy i zwolnienie zaniosłam. Ktoś mógłby spytać – „po co pojechałaś jak masz L4?” Ano właśnie tu widoczna jest cała moja natura. Ponieważ wożę jeszcze dwie osoby z pracy, nie mogłam im w piątek powiedzieć, że nie będą mieli czym do tej pracy dojechać. A tak będzie im łatwiej dogadać się z kimś innym. Poza tym i tak zwolnienie trzeba do zakładu pracy jakoś dostarczyć, więc stwierdziłam, że lepiej jak zrobię to sama.

Na moje L4 bezpośredni przełożony zareagował dziwnie. Niby powiedział, że nie ma z tym problemu, bo jak trzeba to trzeba, ale służbowy był jakbym mu dzieci pozabijała. A może to tylko moje wyobrażenie? Zresztą ja się nie muszę nikomu tłumaczyć. Dokument jest dokumentem ważnym i koniec.

Dziś byłyśmy już z Manią w szkole u pani dyrektor. Wszystko okraszone było panicznym strachem mojej córki  i paniką, że ktoś z klasy może ją zobaczyć i wypytywać „dlaczego jej się nie chce chodzić do szkoły?”. Bo dzieciaki tak podobno reagują. Mam tę informację od wychowawczyni. Ale postanowiłam pójść w czasie trwania lekcji, żeby żaden z kolegów czy koleżanka nie były przypadkiem na korytarzu. Dowiedziałam się tez od Mani, że gorsi w dokuczaniu są chłopcy, że koleżanki jeszcze jakoś to rozumieją, choć z trudem, ale chłopcy nabijają się z każdej osoby i z każdej przyczyny. To chyba normalność tego wieku, ale czy musi być to aż tak wielką traumą dla tych mocniej wrażliwych?

Czekamy więc na telefon ze szkoły o indywidualnym planie dla Mani. Pani dyrektor powiedziała, że moja córka będzie dwudziestym dzieckiem na całą szkołę z takim tokiem nauczania. Musi się tylko rozkręcić, napędzić to koło zamachowe, które gdzieś tam się zatrzymało i popchnąć ten wózek zwany szkołą podstawową dalej, do przodu.

Będzie dobrze. 

10:43, sokramka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 15 listopada 2018

Zarzekałam się już kiedyś, że nie będę opisywać więcej swoich kłopotów, bo i tak ludzie mają swoje problemy i po co wywnętrzać się na darmo. Ale jednak jak dochodzi się do ściany i ta ściana nie chce przepuścić, wtedy człowiek się poddaje i robi większość rzeczy wbrew zasadom.

I właśnie teraz łamię swoją zasadę.

Dziś w pracy dowiedziałam się, że popełniłam w sierpniu błąd, który kosztował nasz dział cały dzień stresu. Bo jakoś to trzeba było odkręcić, żeby kontrola nie doczepiła się do czegoś. Nie zarzuciła nam machlojek, albo postępowania wbrew zasadom i regulaminom. Przeżyłam to strasznie. Zryczałam się jak bóbr, a nie chciałam i wszyscy widzieli we mnie tego jełopa, który nie potrafi ogarnąć prostego zadania. Czy płacz jest oznaką słabości czy ukazaniem uczuć, których podobno nie wolno kisić w sobie? Nie miałam siły się nawet tłumaczyć. Po prostu wzięłam odpowiedzialność na klatę i z postanowieniem naprawienia błędu wyszłam dziś z pracy straszliwie skopana. Zapewne mogę się pożegnać z premią, a nawet mogę dostać upomnienie. Trudno. Nie takie błędy w życiu popełnia, dobrze, że nikt nie pójdzie przez to siedzieć.

Ta sytuacja psychicznie mnie wykończyła. W ogóle praca tutaj graniczy z jakimś mobbingiem czy jak. Nic nie wolno robić samodzielnie, wszystko musi odbywać się za wiedzą i zgodą jednej takiej, która najwyższa nie jest, ale jak brak najwyższego ona go zastępuje. A najwyższego brak bardzo często. Jest też takim typem, który mało interesuje się życiem służbowym swojej sekcji. Być może to mój błąd, że nie nauczona jestem pracować pod presją i bez samodzielności. Być może to jest słuszne, że powierza się obowiązki i co chwilę kontroluje i wymaga się spowiedzi w zakresie wykonywanych zadań. Nie wiem jak jest w innych jednostkach, ale tam gdzie jestem od roku tak to wygląda. W poprzednim miejscu, a w tej samej branży nie byliśmy tak restrykcyjnie sprawdzani, a na pewno nie zaglądało się nikomu przez ramię. Liczył się efekt końcowy i tabelka w Excelu. Tu ważniejsze jest jakim sposobem doprowadzisz do wyniku. Na wszystko musi być papier, a na ten papier następny papier, potwierdzający, że ten papier wziął się z tego, że poprzedni papier tak kazał. Koszmar. Jeśli tak dalej pójdzie zwolnię się sama, bo moja psychika nie wytrzymuje takiej presji. Albo to ze mną coś jest nie tak.

Następny kłopot to moja córka nie chodzi do szkoły już w ogóle. To trzeci pełny tydzień, kiedy zostaje w domu i nakrywa się kołdrą. Nie nawiązuje kontaktu w zakresie szkoły. Każda rozmowa kończy się pustym, bez wyrazu spojrzeniem i brakiem odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie, a tym bardziej nawiązaniem dialogu. Przeszłam już wszystkie możliwe sposoby i metody walki z jej absencją. Psychiatra przepisał antydepresanty, ale ona w weekend jest radosna, wesoła, wygłupia się z kotami, przychodzą do niej koleżanki. Kiedy nadchodzi poniedziałek rano – koszmar zaczyna się od nowa. Będzie na pewno nieklasyfikowana na pierwszy semestr ponieważ nie ma większości ocen. W przyszłym tygodniu mam aż trzy dni spotkań ze specjalistami. Z utęsknieniem czekam na decyzję z poradni, która pozwoli mojej córce wrócić do szkolnej ławki choćby i na spotkania z samym nauczycielem. Bo tak wygląda zindywidualizowana ścieżka nauczania.

Tak mnie to wszystko przeraża i boli od środka, że nie umiem już cieszyć się zwykłym życiem. Zauważyłam, że nawet kąciki ust nieznacznie mi opadły, a może to złudzenie?... Moja niska samoocena pogłębia się i trudno mi pogodzić się z tym wszystkim. A nie mam już siły walczyć. Muszę jednak być silna dla mojej córki, która bardzo mnie potrzebuje. Któregoś dnia ryczałyśmy obie jak leci. Tylko, że to ja mówiłam, ona się nie odzywała.

Kiedyś moja współlokatorka służbowa powiedziała mi, że moja córka taka jest przeze mnie, że skoro ja jestem aspołeczna, to dziecko niejako powiela zachowania rodziców, ale o tym już pisałam i nie chce mi się powtarzać. Czuję się deptana i kopana. Ale jednocześnie widzę ludzi, którzy nam bardzo pomagają i wspierają. Mam do nich wielki szacunek. To nie tylko specjaliści z zakresu psychologii, ale też znajomi, którzy rozumieją przez duże „R”. Dziękuję Wam!

piątek, 09 listopada 2018

Długo oczekiwany przeze mnie i mojego Brata film o zespole Queen w końcu doczekał się polskiej emisji. Wczoraj byliśmy w kinie, umówieni już wcześniej, że idziemy razem, bo razem wychowywaliśmy się na ich muzyce. Oczywiście sam zespół karierę rozpoczynał jak mnie jeszcze na świecie nie było, ale w okresie fascynacji muzyką i ja i Brat uplasowaliśmy Królową na najwyższym podium.

Znamy historię życia i powstania Queen z książek, filmów oraz dokumentów. Kiedy Freedie umarł w 1991 miałam 16 lat i płakałam jak bóbr. Nie mogłam uwierzyć w to, że ten geniusz sceniczno – muzyczny już nic nie stworzy, nic nie napisze i co najgorsze – nie zaśpiewa.

Kiedy w planach był film z Sachą B Cohenem w roli Freddiego, byłam zachwycona. Moim zdaniem (i nie tylko moim) miał tak wielki potencjał, żeby ukazać tę wielką charyzmę wokalisty, że nie trzeba by było wielu zabiegów scenicznych, żeby to osiągnąć. Okazało się jednak, że Sacha miał zgoła inną wizję przedstawienia postaci niż koledzy z zespołu, a w szczególności Brian May i Roger Taylor. John Deacon po śmierci Freddiego zupełnie odsunął się od wspólnych produkcji gdyż jak sam stwierdził: Queen bez Fredka to już nie jest Queen.

Freddiego zagrał więc Rami Malek, którego dość dobrze poznałam w serialu Mr Robot. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do jego obsady i miałam dziwne uczucie patrząc na chłopca, który zagrać ma faceta silnego, niezależnego i z ambicjami. Wczoraj w kinie moje zdanie nieco się zmieniło gdyż Malek udźwignął ten ciężar i pociągnął wózek zwany Freddiem. Nawaliła tylko charakteryzacja, bo nie do końca podobał mi się zabieg „uzębienia” twarzy Maleka, aby wyglądał bardziej „Mercurowo”. Czasami wyglądało to dość komicznie i nieco infantylnie. Obsada pozostałych członków nie budzi zastrzeżeń tym bardziej, że aktor grający Briana Maya to istna jego kopia. No klon zwyczajny! Zobaczcie sami.

Wiele niezgodności jest w filmie pod względem chronologii wydarzeń i w ogóle pod względem naginania rzeczywistości. Dla fana, który znał historię zespołu to cios, dla laika może być to wypaczonym obrazem gwiazdy, który utrwali sobie po tak płytkim przedstawieniu postaci.

Nie dajcie się oszukać, że Fred dowiedział się o swojej chorobie przed koncertem Live Aid. To wierutne kłamstwo. Zdarzyło się to jakiś czas po koncercie. W filmie najprawdopodobniej miał być to zabieg spinający czas jaki chcieli opowiedzieć twórcy. Po takim zabiegu oglądając występ Queen na Live Aid w głowie rodzi się myśl: „ależ wielka energia i siła śpiewu, pomyśleć, że miał świadomość swojej choroby”. A nie miał. Zarażony już był, ale nie wiedział.

Nieprawdą też jest, że Fred mieszkał samotnie w wielkim domu, tylko ze swoimi kilkunastoma kotami, albowiem oprócz kotów, których wielkim miłośnikiem był :-) miał służbę, ludzi od kuchni, od ubierania, od sprzątania.

Faktem przeinaczonym jest też historia znajomości Freddiego z jego ostatnim, stałym partnerem – Jimem Huttonem. Nie był on ani kelnerem na jednym z jego przyjęć, ani nie poznali się w tym czasie co film pokazuje. Hutton był fryzjerem i znali się dużo wcześniej. Ponieważ człowiek ten już nie żyje, nie mógł się bronić.

Jednak to nie klasyczna biografia, a wizja dwóch pozostałych członków zespołu. O tym jak bardzo różni się od rzeczywistości i jakie popełniono błędy przy realizacji filmu doskonale obrazuje ten krótki artykuł.

Poza tym niczego więcej nie mogę krytykować, albowiem muzycznie film obronił się w 100%! No i ta początkowa solówka Briana w obrazie wytwórni 20th Century Fox! Bomba muzyczna! Rewelacyjnie wyszła też rekonstrukcja koncertu Live Aid z oryginalnym podkładem muzycznym, choć tu Rami w scenicznej roli trochę słabnie. Brak mu tej charyzmy Freddiego i sił witalnych, energii oraz powera. Ale ogólnie dał radę i zaliczył u mnie egzamin na 4 z dużym plusem.

Osobiście nie umiem wskazać żadnego utworu Queen jako mojego ulubionego, bo każdy z nich wyróżnia się czymś szczególnym. Jednak do „Love of my life” mam szczególny sentyment, dodatkowo do wersji koncertowej z Wembley. Utwór napisany dla Mary Austin, która była początkowo dziewczyną Briana Maya, później Freddiego, a po rozstaniu, do końca jego życia wierna przyjaciółką. Podobno tylko ona wie gdzie rozsypane są prochy Freda.

Film polecam z całego serca!

Tagi: film queen
17:26, sokramka
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 października 2018

Jestem po seansie wszystkich odcinków „Rojsta” w reżyserii Jana Holoubka. Serial jest dostępny na Showmax, ale nie wiem czy gdzieś można jeszcze go zobaczyć. Serial liczy sobie 5 odcinków po 50 minut i to jest niestety mankament, bo czuję wielki niedosyt. Mało. Wciągnęłam się jakbym oglądała polski Twin Peaks. Ktoś może mieć inne odczucia z tym serialem, ale ja właśnie w taki sposób go odebrałam.

Streszczenie i o co w ogóle chodzi w filmie można sobie przeczytać np. na Filmwebie, natomiast ja bym chciała odnieść się do pomysłu, gry aktorskiej i odbioru. Pomysł na morderstwo w małej mieścinie, okraszony nutą tajemniczości przewala się ostatnio w literaturze kryminalnej dość gęsto. Ale serial to co innego. Ogląda się wizję reżysera jego oczami. I ta wizja bardzo mi się spodobała. Treść obsadzona jest w latach ’80, czyli w czasach, które i ja pamiętam. Oglądając poszczególne odcinki, utkwiła mi bardzo w pamięci scena w-fu w klasie ósmej: obleśne dresy i zniechęcona młodzież leniwie wymachująca rękami do pajacyków. W tym momencie otworzyła mi się dziura pamięciowa i moje przygody na szkolnym w-fie.

Dawida Ogrodnika widziałam w wielu rolach, ale potwierdzam, że idzie on aktorsko w dobrym kierunku i rozwija swój talent. Tu, w serialu jako młody dziennikarz, chcący odciąć się od partyjnego tatusia, ucieka z młodą żoną na tzw. „zadupie”, w którym myśli, że odnajdzie swoje małe szczęście. Niestety będąc człowiekiem wrażliwym wplątuje się swoją naiwnością w serię kłopotów.

O tym kto gra tam z aktorów znanych nie będę się rozwodzić ponieważ wszystko można sobie doczytać. Obsada pozwala mi tylko nachwalić reżysera, bo aktorzy są nietuzinkowi i z półki tych „niekomercyjnych”. Bardzo dobrze zagrana jest postać Kulika – aktor Jacek Beler to mistrz mimiki i wczuwania się w graną postać. Ireneusz Czop – którego grą zachwyciłam się po „Pokłosiu”, a potem widziałam w filmie „Jack Strong” gra tutaj pana prokuratora, który w miasteczku może wiele. Trochę mało Fronczewskiego – myślałam, że odegra w tym serialu jakąś większą rolę, no i rewelacyjny Marek Dyjak w roli rzeźnika. Klasa sama w sobie, mimo, że zagrał krótko i niewiele mówił.

Zdecydowanie czuć malizną, a patrząc po finałowym odcinku – nie sądzę, żeby reżyser pozwolił sobie na następne sezony. Trochę się tego ciała pokładło no i o czym miałyby być dalsze odcinki? Ale generalnie ogląda się bez znudzenia, wciągają mroczne lasy, trochę magii, wierzeń, przeraźliwej powojennej historii i serial na ocenę „mocne 8” gotowy. Polecam!

Zapomniałam dodać: muzyka! Wspaniale dobrana: jest i Andrzej Rybiński ze swoim jednym, wielkim przebojem, jest i Krystyna Prońko, ale słyszymy też w tle Rezerwat. Smaczku dodaje tło stylizowane na lata '80. To jest dopiero doznanie estetyczne :-) 

Tagi: film
08:17, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62