Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 30 stycznia 2013

Tygrys jest bardziej fotogeniczny niż Puma i jest też większym domatorem. Puma to typowa łazęga. Jak tylko okno czy drzwi są otwarte wybiega, wracając na chwilę do domu czy czasem micha się nie napełniła ;)Tygrys jest kociem swojego pańcia. Jak Pańcio wraca z pracy i uwali się zmęczony na kanapie, kot lubi leżeć mu na kolanach. Puma jest "moja", to taka trochę wredotka jak ja ;) 

Tagi: koty
13:01, sokramka
Link Komentarze (1) »

 Tak sobie ostatnio rozmyślałam, że moja sytuacja wcale nie jest taka zła, oczywiście w kategoriach finansowo – konsumpcyjnych leżymy i kwiczymy, ale w innych:

 Po pierwsze: rano nie zrywam się jak wariatka, czy to prowadząc Małą do szkoły, czy jak teraz na „Zimę w mieście”, bo się ferie przecież zaczęły. A właśnie: rozmawiając z córką o spędzaniu wolnego czasu podczas przerwy szkolnej wspólnie doszłyśmy do wniosku, że nie jest ważne, czy dziecko pojedzie na wycieczkę zagraniczną lub obóz sportowy, najważniejsze, żeby ten czas był fajnie spędzony i pozostały miłe wspomnienia. Mam nadzieję, że Małej ferie się spodobają, bo wczoraj była w teatrze ze swoją grupą, mają też zajęcia plastyczne, a dziś pojechali na basen. Liczę na zadowolenie.

 Wracając do mojego czasu, to oprócz braku wczesno porannego wstawania pozytywem jest całodzienna obecność w domu, gdzie w spokoju mogę zrobić to, na co bym na pewno nie miała czasu pracując od 8.00 do 16.00. Pralka u mnie chodzi praktycznie codziennie, wiadomo; jest tych mieszkańców trochę i sama ilość bielizny mówi za siebie: codziennie cztery pary brudnych skarpet, pięć par gaci (bo Mała lata w rajstopach) koszulki, jakieś bluzy, czasem spodnie. Wbrew pozorom uzbiera się. A jakieś inne: ręczniki, ścierki i pościel: do zmiany jest sześć łóżek, bo obsługuję też w tej kategorii dziadka. Teść ubrania pierze sobie sam. Tak więc mogę spokojnie posprzątać, ogarnąć zaśmieconą chałupę, bo trzeba przyznać, że Szanowny po powrocie z pracy wespół z naszą córką potrafi stworzyć taki sajgon, że ja wracając wieczorem już nawet na to patrzeć nie chcę. Śmietnik, śmietnik i jeszcze raz śmietnik mam w domu. Nie ważne :P

 Mogę w końcu pokucharzyć i to nie na szybko, tylko w spokoju ugotować makaron, zupę, ostatnio nagotowałam 140 pierogów z mięsem, bo był rosół i wykorzystałam mięso. Podzieliłam się nawet z bratem, pojechałam i zawiozłam mu kilka sztuk.

 Wykorzystuję ten czas również na naukę, mam ten komfort którego innym, pracującym na całym etacie brakuje.

 No cóż, ale jak każdy rasowy malkontent ;) mam niedosyt. Pracować – pracuję, na przeżycie, na dożycie, wiadomo, że lepsze 650 zł niż nic, ale: „daj palec, to chciałby rękę” ;) przydałoby się więcej kaski chociażby na poprawę własnego (i dzieci) wyglądu; kupić spodnie, wymienić bieliznę…

 Podobno idzie ku lepszemu. Mam nadzieję, że się w końcu zła passa ode mnie odwróci ;)

 

11:00, sokramka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 stycznia 2013

 Zainspirowana wpisem blogowej koleżanki o „świecie, gdzie wszystko kręci się wokół pracy, zarabiania, robienia zakupów (…) nie mamy czasu na sztukę”, chciałabym coś o „mojej” sztuce napisać. Właściwie to w poście była wzmianka o kandydatce do pracy, która nie wyobraża sobie zamknięcia drzwi pracy po 17.00 i nie interesowania się nią w czasie wolnym do następnego ranka.

 Hmm, nie wiem czy tracę, czy zyskuję, ale zawsze na rozmowach kwalifikacyjnych (na których ostatnio bywałam) o ile pojawia się pytanie o „zainteresowania” i „spędzanie czasu wolnego”, mam bardzo dużo do powiedzenia.

 Po pierwsze: muzyka. Nie wyobrażam sobie poranka bez włączenia radia. Tak – radia, nie – telewizora. Potem radio w samochodzie przy zawożeniu Małej do szkoły, następnie radio w telefonie na słuchawkach w autobusie, jeśli gdzieś jadę. Pamiętam taki epizod z mojego starego miejsca pracy, gdzie szef nasz zarządził kategoryczny zakaz słuchania radia. Mówił, że w żadnym porządnym miejscu pracy nie ma radia, bo to rozprasza, a przecież człowiek ma wykonywać swoją pracę, a nie tańczyć nogami pod biurkiem. Koleżanka, z którą tam pracowałam, czytająca mojego bloga pewnie się teraz uśmiecha pod nosem ;)

 Mam mnóstwo płyt, a ostatnio zrzucam muzykę na mp3. Wcześniej kolekcjonowałam kasety. Niestety, nie mam gdzie teraz tego wszystkiego trzymać,  bo nie stać nas na robienie mebli, ale słuchać można.

 W wieku 18 lat kupiłam sobie za swoje pierwsze pieniądze gitarę. Grać uczyła mnie koleżanka z bramy obok. Były papierosy, piwko, chłopcy z kamienicy i granie. Cudowne wspomnienia, dziś zostały z gitary wióry i metalowe struny, ale sentyment się tli. Nie wiem czy gdybym dostała teraz ten instrument do rąk potrafiłabym coś jeszcze zagrać?... Tak samo z pianinem – moje pierwsze randki z tym instrumentem miałam jeszcze w podstawówce. Potem lekcje w średniej szkole dla przyszłych przedszkolanek. Dziś palce już nie te, sztywne ;) ale sentyment został.

 Zawsze chciałam mieć chłopaka – muzyka, ale nie potrafiłam znaleźć się w odpowiedniej grupie społecznej. Najlepiej jakby grał na saksofonie, albo perkusji. Chodzili tacy długowłosi po ulicy, a ja za nimi tylko oczami wodziłam ;) Do dziś się oglądam.

 Po drugie: rysunek. Nie wiem czy jest to Sztuka przez duże „S”, ale mnie kręci jako odskocznia od codzienności. Sama rysuję choć nie mam na to czasu – od momentu pojawienia się dziecka w życiu człowiek jakby przestaje się „zatracać” w tym swoim świecie. Chociaż ja mam jeszcze swoje rysunki z 2000 roku. No i te wcześniejsze również ;) To właśnie jest taka „umiejętność tworzenia sztuki (…), która odróżnia nas od innych (…) stworzeń.

 Uwielbiam twórczość Grzegorza Rosińskiego. Kto go nie zna niech sobie wygugla. To na jego komiksach wzorowałam swoje postacie i w jego Thorgalu zakochałam się bez pamięci i kocham do dziś ;)

 Zauważyłam, że moja Mała przejawia trochę zainteresowanie plastyczno - muzyczne, bo i w karcie opisowej z pierwszego semestru ma podkreślone te tematy, ale nie chcę jej do niczego zmuszać. Na razie chodzi na zajęcia plastyczne po lekcjach w szkole.

 Po trzecie: szycie. No jakże by inaczej? Szyć i dziergać na drutach nauczyła mnie Mama. Chciała mi jeszcze wcisnąć do głowy obsługę szydełka, ale opornie się uczyłam. Mama przez pewien czas chałupniczo szyła. Miałam w domu prawdziwą pracownię. Pomagałam jej przyszywając guziki do garsonek, albo kiedy odsypiała zapracowaną noc, ja siadałam i zszywałam prostymi ściegami spódnice. Dziś szyję łapki kuchenne, torby zakupowe, ubranka dla lalek mojej Małej, tzn. aktualnie nie szyję – maszyna zastrajkowała. Ale są druty i włóczka – nie próżnuję ;)

 Wspólnie z Szanownym planujemy dla Małej na Dzień Dziecka własnoręcznie wykonany domek dla lalek. Ci, którzy znają „twórczość” drewnianą (i nie tylko ) mojego chłopa, wiedzą do czego jest zdolny. W zeszłym roku dostała od niego hulajnogę total handmade ;)

 Po czwarte: książki. Jestem sceptycznie nastawiona na czytanie elektroniczne, chociaż znam miłośników książek, którzy próbują mnie przekonać, że to całkiem znośne i zapewne wyprze klasyczne papierowe pozycje, ale ja nie umiem czytać bez zapachu stron i szelestu kartek. Mam na strychu kilka kartonów popakowanych książek, które nie mogą stać na półkach, bo ich po prostu nie ma. Ale kiedy znajdzie się kasa Szanowny zapewne wykona jakiś regalik. Pamiętam jak moja Mama kupowała mnóstwo pozycji czytelniczych, a że mieszkaliśmy na początku w kawalerce, układała je na szafie. W głowie został mi obraz wygiętej w łuk góry szafy. Waga książek to uczyniła.

 Życie tylko pracą odbiera możność czerpania z życia piękna, które mamy w sobie i które nas otacza. Także to co mamy w sobie (nie wiem – talent, zainteresowania) pozwala działać jak terapia, np. w moim przypadku rewelacyjnie! Kiedy dopada mnie taka melancholijna środa jak ostatnio, włączam muzykę, którą kocham, łapię za druty, albo ołówek (rzadziej) lub sięgam po coś dobrego do czytania, a jeśli nie mam – idę do biblioteki. Tylko, że takie oderwanie działa terapeutycznie chwilowo – nic za nas nie rozwiąże doczesnych problemów. Ale przynajmniej jest potem siła do działania ;)

 Moje odbieranie piękna też ma swoje granice; nie lubię kwiatów, żadnych, nie mam w domu ani jednej doniczki, nie przejęłam też schedy po zmarłej teściowej w postaci przepięknego ogrodu kwiatowego, który stworzyła. Teść miał długo do mnie o to żal, ale ja swoją szczerością przekonałam go w końcu, że nie umiałabym o to zadbać jak teściowa i zapewne wszystko by się zmarnowało.

 Weekend miałam spokojny – wydziergałam sweterek i sukienkę dla lal. Byłam też na uczelni po wpisy do indeksu. W tym tygodniu zabieram się za naukę na następny weekend egzaminów.

 

 

środa, 23 stycznia 2013

 W poniedziałek był najbardziej depresyjny dzień roku wg brytyjskiego psychologa. Ja mam dziś swoją depresyjną środę. Może to przez ten ciągle padający śnieg, którego mam już po dziurki w nosie? Dla zagorzałych narciarzy i miłośników spędzania wieczorów przed kominkiem, pogoda jest cudowna. Mnie nie stać na wyjazd w góry, a do tego muszę użerać się z błotem pośniegowym, który powstaje po przetoczeniu się masy ludzi w Urzędzie, w którym sprzątam. Może dołuje mnie moja prawa ręka, która od rana do około południa jest zdrętwiała do tego stopnia, ze myjąc zęby czy się czesząc, podtrzymuję ją lewą ręką… Może to przez to, że mój laptop, któremu stuknie zaraz 5 lat odmawia posłuszeństwa? Może to przez to, że siedzę na połamanym krześle, które za chwilę będzie się nadawać tylko do spalenia w kozie? Może też  przez to, że u Małej znowu zauważyłam gnidy wszy? Może czuję się zdołowana dlatego, że nawet nie wychodzi mi seks z własnym mężem? Moje libido sięga zera, a może nawet minusowych wartości.

 Ale przecież gdzieś w środku tli się we mnie nadzieja, że „jutro będzie lepiej”. Gdzieś tam czuję, że pisząc na komputerze syna moje dłonie „jutro” nie będą zmarznięte. Coś mi podpowiada, że odmaluję ten obdrapany przedpokój. No i w końcu kupię sobie tę dodatkową parę spodni dżinsowych, żeby nie było widać przetarć na dupie.

 Nic się nie dzieje, nikt nie dzwoni, nikt nie przysyła maila. Tyle CV wysłane...

 Dupa, dupa, dupa.

09:59, sokramka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

 Od czego tu zacząć? Mam trochę wolnych chwil, żeby odpalić w końcu laptopa i coś nasmarować na blogu. Od piątku czas tak szybko mi umykał, że dziwię się, że to już poniedziałek ;)

 W piątek od rana szykowałam się na wieczorne zajęcia i zreferowanie zadanego mi tematu. Przyznam się bez bicia, że cały tydzień miałam nerwowy, bo wycyckał mnie kolega z „ławki”, z którym wspólnie miałam przedstawiać ten referat. Termin był, a facet totalnie olał sobie problem. Załatwiłam więc sprawę samodzielnie. I zaliczyłam! Historię administracji mam już z głowy.

 Ponieważ macham mopem po południu, musiałam więc szybko z uczelni pędzić na szmatę. Dwie godziny opóźnienia zabrały mi dwie godziny z wieczoru, który zazwyczaj już spędzałam w domu. Ale trzeba było pogodzić szkołę i robotę. Przez ciągłe opady śniegu i rozsypywaną sól, syf w Urzędzie był tak wielki, że zwyczajowe trzy godziny na sprzątnięcie były za krótkie. Z pracy wyszłam o 22.00.

 W sobotę darowałam sobie zajęcia z administracji o 8.00 i podjechałam na egzamin na 11.00, który spędzał nam wszystkim sen z powiek. Po pierwsze profesorka podzieliła naszą grupę na dwa człony: tych z nazwiskiem od A do K i tych z nazwiskiem od L do Z. Gdy jedna z grup pisała test, druga czekała na korytarzu. Zagadnienia były mega trudne, choć dla pani profesor test był „banalny”. Po tym wszystkim próbowaliśmy dyskutować z wykładowcą o zakresie materiału jaki nam przygotowała, a jaki znalazł się na teście. Usłyszeliśmy tylko, że „jesteśmy niedouczeni”. Było trochę osób, które oblały, ja zaliczyłam, uff.

 Po jednym egzaminie przyszedł czas na drugi, no bo jak sesja to sesja. Ten poszedł gładko i bez zbędnych dyskusji. Profesor podszedł do problemu z wielką wyrozumiałością. Jednak mega stres spowodował, że dopadł mnie potworny ból głowy, który nie przechodził nawet po zażyciu czterech prochów.

 Po wieczornym dotarciu do domu nawet nie krzyczałam na chłopa (he he) bo był obiad i tort dla Małej przygotowany przez Szanownego (no właśnie, nawet nie miałam czasu na napisanie o siódmych urodzinach mojej córki) o tym, że się wcześniej z mężem pogodziliśmy już nie muszę wspominać, bo jest to dla mnie oczywiste – wspominałam, że my nie z tych, co się mogą pozabijać ;)

 A w niedzielę totalny luzik – same wykłady i przygotowania do kolejnego etapu sesji za dwa tygodnie. Czeka mnie mikro i makroekonomia, socjologia i psychologia. Jak pozaliczam wszystko przejdę się do dziekanatu spytać o stypendium naukowe. Nie chwaląc się mam niezłą średnią ;) w mojej sytuacji uzyskanie stypendium to gwiazdka z nieba.

 Rozmawiałam z koleżanką z roku, że ona przyszła studiować „z nudów”. Ma 52 lata, dobrą, dobrze płatną pracę, bogatego męża. Pomyślała sobie – no ileż można chodzić po knajpach ze znajomymi, do kina, po teatrach, do filharmonii, na wystawy, ona postanowiła pójść na studia (!) Jej na ocenach nie zależy, aby do przodu i do następnego semestru.

 Aaa zapomniałam wspomnieć, że zbiegiem okoliczności zrezygnowałam z porannego sprzątania. Wykorzystałam sytuację i dyplomatycznie powiedziałam „nie”. Wykorzystałam poranny, wolny czas i umówiłam się z koleżanką, z którą dawno się nie widziałam.

 W ogóle lubię się spotykać i rozmawiać z ludźmi, którzy rozsiewają wokół siebie dobrą aurę. W zeszłym tygodniu rozmawiałam z blogerką, którą poznałam całkiem niedawno. Sposób oraz charakter rozmowy z Nią napełnił mnie pozytywnymi fluidami. Pozdrawiam Ją z tego miejsca! Zresztą podobnie mam utrzymując kontakt z jedną z dziewczyn z roku. To też taka „dobra dusza”.

 Jest wiele osób, które działają na mnie pozytywnie, ludzie głupi i pretensjonalni, osoby nachalne i prostackie totalnie mnie odpychają, a wręcz wzbudzają u mnie niepotrzebną agresję.

 Ojej , miało być o tym co było, a wyszło o ludzkich charakterach ;)

 Dziś muszę ogarnąć chałupę. Chłop doprowadził do totalnego syfu. Mała bawiła się w szkołę, po mieszkaniu wala się mnóstwo naciętych kartek, które służyły jej za dzienniczki swoich uczniów. Do tego chłop stracił w niedzielę przednią jedynkę. Leżał, cierpiąc. Tragedia. Jak się nie ogoli wygląda jak kloszard śmietnikowy. A tu kasy brak i na dentystę nie ma.

 Oby do wiosny…

środa, 16 stycznia 2013

 Może i ma rację, już sama nie wiem, bo będąc samokrytyczną, mam sobie wiele do zarzucenia z tematu mojego zachowania.

 Wczoraj wieczorem nasze złe fluidy spotkały się w centrum awantury. Może i on miał zły dzień, a może ja za bardzo wydzierałam na niego gębę i Szanowny wygarnął co mu leży na wątrobie? Dziś nie ma czego rozkminiać. Jest ogólnie źle i nikomu nasza rodzinna sytuacja nie przynosi ani satysfakcji ani radości.

 Po 17.00  pofatygowała się do Urzędu na sprzątanie moja koordynatorka. Swoją drogą kobieta naprawdę w porządku. Zmienniczka z piętra na górze doznała rwy kulszowej. Do końca tygodnia będzie nieobecna w pracy. Och jak ja dobrze ją rozumiem, pierwsza rwa odwiedziła mnie w 2010 r. Do dziś jadę na prochach przeciwbólowych. Współpracując więc z koordynatorką nie musiałam już ciągać ze sobą Pierworodnego. Razem ze swoją „szefową” obrobiłyśmy się w normalnym czasie. Wróciłam z wieczornej szmaty przed 21.00. Mała siedziała jak zwykle przed komputerem, chłop coś tam jadł, a ja weszłam do kuchni i zobaczyłam załadowaną zmywarkę. Nie była włączona więc zajrzałam do niej – czy może już jest po praniu. Zauważyłam słoik z papierową etykietą. Zazwyczaj jest tak, że taki drobiazg odlepia się od słoika i zapycha rurki spustowe zmywarki. No i od tego się zaczęło.

 Właściwie to mogłam olać, że Szanowny nawet nie umie załadować zmywarki i potem zwalić na niego naprawę zapchanych kanalików. Ale musiałam się wydrzeć, musiałam się wyładować, kurde, trzeba mi było lepiej walnąć łbem w ścianę. Potem on naskoczył na mnie, że powinnam mu podziękować, że próbuje sprzątać, choć tego nie potrafi i nie lubi. Od słowa do słowa wieczór, zamiast być ostoją i wytchnieniem stał się miejscem wyładowania naszych frustracji. Chłop miał pretensje do mnie dlaczego kibel jest zapchany? Dlaczego rachunek za śmiecie przyszedł nagle zerowy? Dlaczego nasza córka siedzi przed komputerem cały wieczór? Mam rzucić tę robotę i zająć się domem. No to ja mu w odwecie, żeby dał mi 1500 zł to będę się z chęcią domem zajmować. A potem pretensja, że chodzę naburmuszona, wciąż szczekam i się czepiam, a powinnam się uśmiechać i wciąż się do niego przytulać. Opis łagodny, ale przebieg kłótni taki nie był.

 To wszystko  jest takie żenujące, niby kłótnie w małżeństwach są normalnością, ale ja unikając tego zamykam się w sobie i chłop ma żal, że mu nic nie mówię. Nic nie mówię, bo on nie jest w stanie mi pomóc. Nie potrzebne mi teraz czułości i trzymanie za rączkę, ani bukiety kwiatów bo chłop wie, że prędzej po głowie by dostał tymi kwiatami niźli ja bym się rozpromieniła. Potrzebne mi są konstruktywne działania, czyny, które mnie zmobilizują do dalszego rozwiązywania nabrzmiałych czyraków problemowych.

 Pozabijać się nie pozabijamy, bo po mnie zejdzie to jak po kaczce, właściwie już spłynęło. O to Szanowny też miał zawsze pretensje, że jestem osobą wybuchową i po awanturze, za kilka minut potrafię rozmawiać bez emocji o innych, zwyczajnych sprawach. Uważam, że lepiej wyrzucać z siebie na bieżąco i szybko zapominać niż gnieść jak kamień pod wątrobą kilka dni.

 Muszę wziąć się za referat. W piątek zaliczam, a już w sobotę dwa egzaminy. Będzie dobrze ;) musi być...

Tagi: Mąż
09:31, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 stycznia 2013

 Gotują się we mnie ogromne pokłady adrenaliny. Co tu dużo mówić – jestem po prostu wściekła. Na siebie, na swoje otoczenie, na swoją pozycję zawodową, chyba rodzi się we mnie jakiś malkontent.

 Wczoraj zostałam poproszona przez swoją koordynatorkę, o sprzątnięcie części Urzędu, który zazwyczaj obsługuje inna pani. Pani się rozchorowała i niestety nie mogła przyjść. No cóż – pomóc mogę, czemu nie. Z pewną rezerwą wyraziłam zgodę, ale już po pół godzinie roboty żałowałam swojej decyzji.

 Obie zazwyczaj wyrabiamy się na „swoich terenach” w około dwie i pół, do trzech godzin. Można więc zatem łatwo obliczyć ile by mi zajęło opędzenie czterech pięter od 16.00. Wpadłam więc na pomysł, żeby do pomocy wziąć mojego Młodego. Spisał się chłopak na medal, otwierał pokoje i zbierał śmiecie, potem odkurzał, a ja po drodze myłam na mokro tam gdzie było trzeba. Gdybym była sama to chyba do północy bym się nie wyrobiła. No i moja sprawność fizyczna niestety, ale nie jest najlepsza. Dziś odczuwam okropny ból w barkach, a odciski na dłoniach mam takie, jakbym przewaliła tonę węgla.

 Najgorsza to ta pogoda – hektolitry błota pośniegowego, które ludzie zadeptują wchodząc i wychodząc przez Urząd. Masa ludzi niosących do środka sól na butach, która potem jest trudno zmywalna. Wczoraj zużyłam trzy szerokie mopy, a wodę na głównej hali zmieniałam chyba ze 12 razy. I tak widziałam smugi. Jak zwykle czuję niedosyt po swojej robocie, ale wczoraj przed 21.00 powiedziałam sobie: dość.

 Targa mną również zazdrość, tak przyznaję się bez bicia, że zżera mnie zazdrość, ale nie o mieszkania, samochody i zagraniczne wycieczki. Już pisałam, że życie nad wyraz konsumpcyjne mnie nie interesuje.  Żre mnie zazdrość o pozycję zawodową, o stanowisko, o rodzaj wykonywanych zajęć. Wkurza mnie jak słyszę od jednej znajomej ze szkoły córki, że pracuje od 8.00 do 16.00 pierdząc w stołek. Skończyła zawodówkę, liceum musiała robić pod przymusem, bo by ją z roboty wywalili i w smsach pisze „przeczkole”, a mówiąc „włancza” doprowadza mnie do szału. Wkurzaja mnie krowy – urzędniczki, u których nic nie załatwisz, bo już od progu mierzą cię wzrokiem i na czole mają wypisane: „spadaj petencie”. Ani be ani me, ani „dzień dobry”, czy „słucham”, a „w czym mogę pomóc” jest stwierdzeniem obcym. Czytając niektóre ogłoszenia o pracę często zastanawiam się jakimi kryteriami kieruje się zakład pracy, pisząc: „wykształcenie średnie, znajomość obsługi komputera, umiejętność pracy w zespole”. Co to są za wymagania? Żadne. I ja nie mogę znaleźć pracy nie fizycznej. A jak już mam to zajęcie, to zaiwaniam za grosze. Ale nie rzucę na razie tego, lepiej mieć coś, niż nic. Nie mogę sobie pozwolić na stałe siedzenie w domu.

 Tak, tak, wiem, żadna praca nie hańbi, ale ja się nie hańbię, ja się wykańczam. Odczuwam dyskomfort fizyczny, obolałe barki, nadszarpnięty kręgosłup, odciski, ból kolan.

 Ktoś się zapyta: gdzie twój mąż? Przecież nie jesteś samotną matką, która musi sama utrzymać dom, dziecko (dzieci) nawet posiadając alimenty od byłego. Mąż jest, owszem, ale jego pieniądze to koszty utrzymania domu, rachunki. Powoli wychodzimy z długów, jeść możemy dalej biednie, ale komorników więcej już nie zniosę.

 Skaczę z tematu na temat, ale mam dziś słowotok. Dlaczego komornik? Ano dlatego, ze wczoraj chciałam wypłacić kasę, którą przelałam internetowo z konta Młodego na swoje. Były to alimenty od Byłego. Po wejściu na swoje konto zobaczyłam same zera, ale w operacjach przelew był. Pobiegłam więc do najbliższego oddziału w celu wyjaśnienia sprawy.

 Trafiłam na super sympatyczną kobietę, która wyjaśniła mi powód zajęcia konta bankowego. Muszę to kiedyś opisać, bo to stara historia jeszcze z czasów mieszkania u Pana Właściciela. Na szczęście dług nie jest duży, do końca życia się wypłacę ;) Pieniądze oczywiście wyjęłam, ale teraz muszę pojechać do Opieki Społecznej i zrezygnować z przesyłania rodzinnego na konto. Będzie przychodzić do domu.

 Same kłopoty, ach, już mi się wyć chce.

10:05, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013

 Miałam już przygotowany szablon z wpisem o moich pasjach, tym co mnie trzyma wysoko w chmurach, pozwala przeżyć każdy następny dzień, ale muszę się internetowo wypłakać.

 Mam ogromne problemy z bratem. Wiem, ze czasem zagląda tu podczytując o czym piszę, ale wiem też, że ostatnio jest całkiem wyłączony i nic go nie interesuje. Podejrzewam u brata depresję. Wiem co myślę, bo sama z gnidą walczyłam dwa lata. Mnie się udało i znam objawy, w niego też wierzę.

 Weekend miałam wolny od zajęć, od najbliższej soboty zaczynam sesję egzaminacyjną. Mam do napisania również referat. W sobotę nagotowałam gar gołąbków z dwóch kapust i kilograma mięsa. Odłożyłam w dużym słoiku kilka sztuk dla Rodzonego. Postanowiłam pojechać, odwiedzić go bo dowiedziałam się od Pierworodnego, że brat mój napisał testament.

 Parę dni temu rozmawiałam z nim o tym, w jakim jest stanie psychicznym. Skarżył się, że jest mu źle, ma problemy finansowe (komornik) nie ma z kim pogadać, nie ma żony, dzieci, do niczego i nikomu nie jest potrzebny. Myślałam, że kilka słów rozmowy wesprze jego nadszarpniętą psychikę, zresztą potwierdzał mi, że to mu wystarcza. Okazało się, że jednak nie.

 Kiedy zobaczyłam jego buzię w niedzielę, najpierw się przeraziłam, a potem chciałam mu dać w pysk. Jego oczy były zimne, puste, płytkie, bez wyrazu. Twarz nie wyrażała żadnej emocji, Chciałam go obudzić z tego letargu, ale mi się nie udało. Wiem, że taki proces trwa bardzo długo, człowiek tylko musi uwierzyć, że nie jest sam z problemem.

 Pojechał ze mną Młody, jako najbliższe osoby, nawkładaliśmy mojemu bratu bardzo dużo cennych rad. Spisałam Rodzonemu na kartce co MUSI zrobić i czym musi się zająć. Podejrzewam też nieszczęśliwe zakochanie, które w tym momencie nie jest mu do niczego potrzebne.

 Ja mówię bratu, że trzeba załatwić sprawy komornika i mieszkania, że mu pomogę, że nie zostawię go z kłopotem, a on mi na to, że boi się zostać zazdrośnikiem… Zupełnie dwa różne bieguny rozmowy, które nijak się nie łączą. Jakby żył w letargu, zamroczeniu i nie zdawał sobie sprawy co się wokół niego dzieje przyziemnego. I najgorsze te oczy. Nie mogłam znieść ich widoku. Jakby się naćpał? Wiem, że nie stać by go było nawet na jointa, nie mówiąc już o poważniejszych dragach. Jestem pewna, że to stan umysłu. Rozmiękczony mózg, który nie działa normalnie, bo w głowie siedzą problemy, których brat nie jest w stanie rozwiązać. Nie umie sobie z nimi poradzić.

 Ktoś powie: „trzydziestodwuletni facet, który nie umie poradzić sobie z kłopotami, to nie facet”. Nieprawda. Historia naszej rodziny nie jest zbyt cudna. Zawsze byliśmy nierozłączni (może nawet za bardzo) a sprawcą tego była nasza Mama. Przewodniczka stada, wielki autorytet. Kiedy wyprowadziłam się z moim sześcioletnim synem do własnego lokum, odwiedziny na starych śmieciach były na porządku dziennym. Mój brat do śmierci Mamy mieszkał razem z Nią.

 Teraz we trójkę (brat, Młody i ja) trzymamy się cały czas razem. Moja córka jest już poza nawiasem, jest jak gdyby wlepiona w inne środowisko, ma ojca, dziadka, braci, pełną rodzinę. My we trójkę jesteśmy wypaczeni. Chyba nie umiemy żyć bez siebie. W najgorszym stadium mojej depresji to właśnie mój Pierworodny wspierał mnie najbardziej, choć może tego do końca nie rozumiał. Teraz z dumą powiedział, że wyciągnął matkę z bagna, wyciągnie i wujka.

 Głowię się jak pomóc bratu. Na razie prosiłam go o pójście do lekarza. Na wizytę u psychiatry czeka się kilka miesięcy. Nie można zwlekać. Z drugiej strony nie mogę prowadzić go za rękę, mam swoje życie, szkołę, niewdzięczną pracę, dzieci na wychowaniu. On musi wiedzieć, że ja zawsze będę po jego stronie, będę go wspierać bez względu na wszystko. Tak nas nauczyła Mama.

 No i najnormalniej w świecie boję się o niego. Nie chcę, żeby popełnił głupstwo. Spróbowałam wziąć go na żarty i przekonać, że swoim samobójstwem może sprawić mi wiele kłopotu, bo będę odpowiadać za jego długi, a on chyba by tego nie chciał.

 Mam ostatnio bardzo napięty grafik. Trudno wszystko pogodzić choć by się bardzo chciało. Brat nie mieszka blisko, odwiedziny u niego to wyprawa. Młody zdeklarował się, że może go odwiedzać, jeśli tylko wujek wyrazi chęć współpracy. Dobrze, że jeszcze do pracy chodzi, bo jakby zaszył się w domu bez środków do życia miałabym straszny kłopot.

Tagi: brat
12:30, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 stycznia 2013

 Wiadomo: rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma i czasem nic nie można zdziałać, jeśli ludzie nie dogadują się na pewnych płaszczyznach. A gdy dochodzi jeszcze wspólne zamieszkiwanie, to już jest masakra wyższego stopnia.

 Będzie o dziadku i papierosach. Dwa mieszkania z osobnymi wejściami w teścia domu są tak skonstruowane, że przechodzi się z jednego pokoju do drugiego, a z drugiego do trzeciego, z kuchni do czwartego i praktycznie tylko wucet jest nieprzechodni. U dziadka jest analogiczny układ, z tym że teść ma jeden pokój.

 Długi wstęp, ale generalnie chodzi mi o to, że oba mieszkania połączone są drzwiami w jednym z pokojów. To jest właśnie nasz pokój – męża, mój i Małej. Mamy taki „przechodni salon z dziurą w każdej ścianie”.

 I oto właśnie wczoraj dziadek (po raz kolejny) zaprosił swojego kumpla na wódkę. Dajmy mu na imię Ziutek. Ziutek jest jakimś zakapiorem z sąsiedniej ulicy, moczymordą i nałogowym palaczem. Ale dziadek ma do niego szacun z jakichś powodów.

 Za życia teściowej Ziutek nie miał prawa wstępu do tego domu z powodów j.w. Teraz może przyłazić kiedy chce – wszak strażnik domu już nie zainterweniuje.

 Zasadą ogólnie panującą w tym domu, do której stosował się nawet Golas- jest palenie poza mieszkaniem. Jedynie za czasów rezydowania tutaj SS (czyli byłej żony mojego męża) papierosy były wszechobecne. Ona jarała i ponoć jara do dziś jak smok. Goście palący, do nas przychodzący wiedzą, że na „dymka” muszą sobie zawsze wyjść na podwórko. Taka jest ogólno kulturalna zasada szanowana przez palaczy.

 Ziutek wczoraj palił u dziadka. Nie jednego, a pewnie z pięć pod rząd. Wróciłam z rannego mopa z Małą odebraną ze szkoły i powalił mnie smród nikotynowy. Zaraz, zaraz, żeby nie było – jestem byłym palaczem i jako jeszcze „lokomotywa” starałam się nie wchodzić w drogę abstynentom nikotynowym. Najpierw wywietrzyłam pokój, potem pod drzwi do dziadka położyłam koc, a następnie wysłałam smsa do męża z informacją o salonowym smogu.

 Kiedy wróciłam z wieczornego sprzątania zapytałam męża czy rozmawiał z ojcem. Odpowiedział, że nie, że się pokłócił. Podniosłam brwi ze zdziwienia, bo mąż mój nie należy do kłótliwych osób, a wręcz przeciwnie – kiedy na niego plują to mówi, ze deszcz pada. Szanowny wszedł podobno do pokoju dziadka i przy Ziutku powiedział, że strasznie śmierdzi w naszym pokoju i prosi, żeby nie palić. Na co ojciec podobno strasznie się obruszył, choć Ziutek przepraszał i obiecał, że wyjdzie. Dziadek zaprotestował, na co mój mąż podobno podniesionym głosem powiedział ojcu, że nie życzy sobie smrodu papierosów i że matka się w grobie przewraca na takie zachowanie ojca. Teść pofukał, a Szanowny opuścił lokal, zaklejając szpary od drzwi po naszej stronie szeroką taśmą.

 Przyszedł dzień dzisiejszy (czwartek). Jak co rano, odwiedziła ojca jego własna córka, siostra Szanownego, moja szwagierka. Niestety usłyszałam ogrom skarg jaki to syn jest niedobry, bo odstrasza ojcu gości, że przyszedł z awanturą bo mu dym papierosowy przeszkadza. I tu powaliła mnie odpowiedź Szwagierki – „a jak byś ty palił, to też by im przeszkadzało?”. Wydaje mi się, że lepiej jest bronić zdrowego trybu życia, tym bardziej, że teść jest cukrzykiem oraz człowiekiem chorym na serce. Ale nie wnikam w powody osłaniania ojca przez córkę. Gdyby mojej Mamie coś zagrażało zdrowiu to wiem, że stanęlibyśmy z bratem po jednej stronie barykady.

 Dziś drzwi są zaklejone nadal. Widać dziadek nie wchodził, pewnie się obraził. Wczoraj wykrzyczał mojemu mężowi, że jak chce to ma natychmiast zamurować te drzwi jak mu coś nie pasuje. Widać wóda namieszała ojcu w głowie.

 I jak tu żyć? Dobrze, że dziadek przy wnuczce awantur nie robi, oj wtedy ja bym do akcji wkroczyła.  

 

 

Tagi: teść
14:48, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 09 stycznia 2013

 To o moim onetowym blogu, z którego uciekłam w czerwcu zeszłego roku na gazetowy blox. I teraz wiem, ze dobrze zrobiłam. Często na onet nie zaglądam, "od święta" jak to się ładnie mówi, ale ostatnio przeżyłam szok przypatrując się zmianom jakie wprowadziła grupa onet.

 Graficznie wzór szablonu pozostał, ale faktura liter i ogólny wygląd szablonu uległy zmianie. Może nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie fakt, że litery w zamieszczonych wpisach są... posklejane, pospolitemu czytaczowi trudno będzie wyciągnąć sens wypowiedzi z tej "zielonej papki". To musiało się stać podczas zmian na wyższym szczeblu technologicznym :D

 Jak to dobrze, że jestem na bloxie, tutaj już mnie też nie wyciągają na stronę główną, nie lubię być celebrytką ;)

Przerwa minęła, czas na wieczornego mopa ;) 

15:04, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2