Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

Tak mi dziś wypadło, że jestem z Małą w domu. Coś jej się stało w nogę. Rano kulała, nie mogła ruszać stopą, nie podejrzewam symulacji; wczoraj gdy rodzice siedzieli na zebraniu dzieci szalały na szkolnym korytarzu - może gdzieś się przewróciła, albo nie tak stanęła jak trzeba. W każdym razie zadzwoniłam do moich "usługobiorców" i zaznaczyłam, że dziś nie przyjadę. No w końcu żadne zwolnienie mi się nie należy, ani urlop, a oni są tak przyzwoitymi ludźmi, że w każdej sytuacji można się dogadać. Śmieciami nie zarosną ;) Do chlebodawcy nie zadzwoniłam. Każda informacja o dniu nieobecnym to zabrana dniówka. Po co mi to jak i tak mam ostatnio pomniejszone pobory. 

Taka sytuacja dobrze dziś wpłynie na moje samopoczucie. Mam apogeum niedyspozycji, za oknem panują zawieje i zamiecie, a i Mała będzie bardziej uśmiechnięta. Poza tym dopilnowałam dziś, że Młody poszedł do szkoły. Ma pisać próbny egzamin zawodowy więc nie miał innego wyjścia. Chciałam już go chwalić w zeszłym tygodniu, że nie wagaruje,że odrabia lekcje, ale w poniedziałek okazało się, że niestety, ale dwa dni sobie znowu odpuścił. 

Zastanawia mnie co mu siedzi w głowie: przecież widzę jak wstaje rano, idzie się kąpać, ubiera się i wychodzi. Jeśli nie dociera do szkoły to gdzie idzie? Kiedyś zapytałam, odpowiedział, że często jeździ po salonach książkowych i czyta, albo zwyczajnie wraca do domu jak ja już odjadę do pracy. Jest mi z nim ciężko, bo nie wiem jaką strategię przyjąć. Próbowałam być już przyjacielem, kapo, wrogiem, dobrą mamusią, próbowałam tez zlewać totalnie jego postępowanie. I nic. Mam tylko nadzieję, że wykaraska się z tych pał i zda do następnej klasy. 

W związku z przymusowym dniem wolnym miałam dospać sobie brakujące godziny snu, ale muszę się uczyć. Mam dwa ostatnie egzaminy i nie mogę tego zawalić. Chociaż troszkę poczytać, porobić kilka zadań. 

08:22, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 stycznia 2014

Jest prawie północ. Właśnie wróciłam z Teatru Wielkiego. Opera Stanisława Moniuszki "Straszny Dwór".

Piękna scenografia, cudowna muzyka, polonez, aria z kurantem, aria Skołuby, finałowy mazur....

Jestem wspaniale natchniona i pozytywnie naładowana. Nie dziwię się, że opera porywała ludzi w tamtej epoce. Na końcu i mnie zaszkliły się oczy...

Gdyby nie ciocia i jej "sponsoring" nie byłoby mnie stać na bilet. Przede mną niedługo "Nabucco". 

Kocham taki lans, wracają dobre, inteligentne, wypełnione pozytywną rozrywką czasy.

Dobranoc...

Tagi: ciocia teatr
23:43, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 stycznia 2014

Jak zwykle przed każdą sesją mam strasznego stresa. Za każdym razem myślę sobie, że nie podołam jakiemuś przedmiotowi i będę się z nim bujać przez następne miesiące. Aktualnie mam na tapecie etykę, która sama w sobie nie byłaby taka trudna do zaliczenia ponieważ zagadnienia moralne od dawna są w worku moich zainteresowań. Dodatkowo wyniosłam z wykładów różne ciekawe informacje na temat polskich (i nie tylko) filozofów, których poglądy są bardzo bliskie moim. Dzięki informacjom pani profesor będę mogła sobie po sesji pójść do biblioteki, wypożyczyć parę dzieł do przeczytania. Ale miało być o zdawalności i stresie. Otóż etykę prowadzi kontrowersyjna profesor, u której ponoć trudno zdać wszelakie egzaminy. Najlepiej przejść się na ustny, bo po pisemnym kobieta dostaje palpitacji serca i oblewa jak leci. Miałam tę sposobność po ostatnich niedzielnych wykładach przejść się z trzema koleżankami z roku na dyżur profesorski. Przed nami swoich sił spróbowały jeszcze cztery koleżanki i czterech kolegów. Profesorka usadziła wszystkich jak leci. Na nasz widok zapytała tylko: czy koniecznie chcemy dziś zdawać ten egzamin, bo ona nie jest w stanie go przeprowadzić? Umówiłyśmy się więc na najbliższy wolny dyżur tj w niedzielę wieczorem. Jaki będzie miała humor nasza profesor nie mam zielonego pojęcia… Jeśli nie zaliczę, pozostanie mi termin egzaminu pisemnego 2 lutego.

Kolejna zmora to statystyka. Kilka lat temu chodząc do dwuletniej policealnej szkoły miałam styczność ze statystyką. Nawet ją lubiłam. Z zaliczenia dostałam 5. Dziś jestem nią przerażona, po pierwsze materiał sprzed lat niewiele się przydaje – teoria niby ta sama, ale profesorka posługuje się innym oznakowaniem i mam w głowie mętlik. Do tego dochodzi demografia, której w studium nie miałam i na dodatek musimy mieć w głowie wiedzę o ilości ludności świata w różnych wariacjach.

Kolejny przedmiot, który spija mi sen z powiek to prawo międzynarodowe. Niby nic trudnego, ale teorii do opanowania jest sporo.

Nie mam sposobu ostatnio na naukę, jestem chyba już rozbita i połowa drogi do końca studiów to jakiś chyba kryzys. Z samego faktu bycia „uczennicą” cieszę się niezmiernie, bo wychodzę z domu, spotykam się z bardzo ciekawymi ludźmi, zawiązuję bliższe przyjaźnie, ale zbliżająca się sesja doprowadza mnie do wykrętów żołądka na lewą stronę.

Gdyby można było studiować to, co się chce i zdawać przedmioty takie jakie się chce byłoby łatwiej ;) ale tak nie jest i trzeba zakasać rękawy i zdać to, co podają aktualnie w menu. Specjalizacja wybrana, od nowego semestru zacznie się z nią kontakt.

Tagi: studia
13:07, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 stycznia 2014

To już osiem lat jak uśmiecha się do mnie codziennie. W piątek były urodziny mojej córki. Zaprosiła sobie na kinder party pięć koleżanek, a ja piekąc dwie pieczenie na jednym ogniu zaprosiłam Scareface'a (jego dziewczyna - Blondyna nie mogla przyjechać), Uszaka, Okularnicę no i ..... Golasa. Poprosiłam Szanownego, aby zatelefonował do syna i namówił, żeby przyjechał na urodziny siostry, przecież go nie zjem, a złą macochą nie mam zamiaru być do końca życia ;)

Tak więc zabawa rozpoczęła się o 16.30. Była bitwa na poduszki, siadanie na krzesełkach w rytm muzyki, zabawa w chowanego (przekonałam się, że ten dom jest naprawdę duży), a największym wodzirejem był oczywiście Scareface. Ok 20.00 zrobiło się tak głośno, że nie słyszeliśmy nawet dzwonka do furtki, kiedy rodzice przyszli po swoje pociechy. Tort zrobiłam sama, choć do końca nie byłam przekonana, czy mi wyszedł, taki zdrowy krytycyzm ;) Ale żadne dziecko nie miało chyba biegunki więc jednak dobry był. 

Relacjonuję na szybko ponieważ dziś i jutro mam już egzaminy na uczelni. Musze się trochę poduczyć. 

O wizycie Golasa i uczuciom towarzyszącym temu wydarzeniu powinnam nasmarować w odrębnym wpisie ;)

19:22, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 15 stycznia 2014

Jęczeń i utyskiwań ciąg dalszy. Wczoraj byłam na zebraniu u Młodego. Na 14 przedmiotów jakie obowiązują mojego syna, widnieje 8 jedynek na semestr. I nie jest to skutek jakichś problemów z głową, trudności w przyswajaniu materiału, dokuczania kolegów, czy inne. To wszystko wynikło z ponad stu godzin nieobecności. Wagary, wagary i jeszcze raz wagary. Temat wałkowany po stokroć. Pytanie: dlaczego nie chodzisz do szkoły? do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Rozmowa z panią pedagog szkolną skończyła się rezolutnym zapewnieniem mojego dziecka, że nic się nie dzieje, że Młody na pewno szkołę skończy i że nie ma żadnych większych problemów. 

W harcerstwie wychwalany, awansowany, wyznaczany do odpowiedzialnych misji. Przy pracy na łódkach ma opinię sumiennego i dokładnego pomocnika (remontują żaglówki na wakacje jako drużyna żeglarska, ponadto syn ma patent - lubi pływać i żeglować). A szkoła w tyle. 

Zabrałam mu komputer. Tak na dobre. Trudno - nadużył mojego zaufania, będę go traktować jak dziecko. Założyłam zeszyt prac domowych - codziennie ma mi pokazywać wpis - zadane to i to, podpis - brak zadanych lekcji, podpis. Kontrola jak w wojsku, ale sam się prosił. 

Jeśli nie będzie chciał wstać rano z łózka - zerwę z niego kołdrę i gucio mnie będzie obchodzić jego reakcja. Jeśli chory czy przeziębiony to dopiero jego stan zejściowy pozwoli mi na wyrażenie zgody na absencję szkolną. 

Nie pije, nie pali, nie porusza się w trudnym towarzystwie, jest cholernie inteligentny i wyszczekany. Ma zainteresowania, ma pasje, ma przyjaciół, z którymi doskonale się dogaduje. Tym bardziej dziwi mnie jego lenistwo brak obowiązkowości. Na moje pytanie: co ja robię źle i może jestem niedobrą matką dla niego, słyszę: jesteś najwspanialszą matką na świecie, wszyscy mi ciebie zazdroszczą.

Nie wiem gdzie tkwi błąd. Czy naprawdę moje dziecko musi repetować klasę, żeby zrozumiało, że najważniejszym jego obowiązkiem jest szkoła? Brat był ze mną na zebraniu. Spięliśmy poślady i wspólnie opracowaliśmy plan kontroli nad Młodym. Ja stacjonarnie - brat telefonicznie - na odległość. 

Trzeba na to czasu, bo straconego semestru nie da się naprawić, ale można uratować  drugi, a co za tym idzie wypracować koniec roku na pozytywnych ocenach. 

14:03, sokramka
Link Komentarze (5) »

Nie dość, że licha ta pensja, to jeszcze pozbawiona jednej setki. Qrwa. Może nie powinnam się wściekać, bo to i tak nic nie pomoże, ale muszę chociaż wyrzucić z siebie całą tę frustrację. Poza tym dobił mnie fakt, że nie zostałam poinformowana o tym przez pracodawcę jak cywilizowany człowiek, tylko sama musiałam dochodzić swoich spraw. 

Okazało się, że zmniejszona pensja wynika z zatrudnienia w tym miejscu nowego człowieka na teren zewnętrzny, bo my (trzy) nie chciałyśmy tego terenu ogarniać. Chodzi o odśnieżanie, odgarnianie liści, dbanie o chodniki. Facet musi mieć zapłacone, ale my mamy zabrane. 

Wydaje mi się, że o takich ruchach powinno się pracownikowi powiedzieć, nawet jak jest zatrudniony na zlecenie i nawet jak jest to sprzątaczka. 

Trochę dało mi to do myślenia. Jak zwykle moja naiwność wzięła górę nad rozsądkiem. Wychodzi na to, że dziś nie można być do końca szczerym, uczciwym, lojalnym, bo i tak cię zrobią w balona. Chyba trzeba oszukiwać, kraść, lawirować, olewać i dawać się nieść prądom cywilizacyjnego motłochu. 

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Od kilku tygodni powtarza się ten sam schemat; wyrwanie z jakiegoś koszmaru sennego ok godz. 2.00-3.00 i kwitnięcie przez resztę nocy w bezsenności. W sobotę, niedzielę mogłam sobie odbić spaniem do 9.00, bo dopiero ok. 6.00 mój organizm nie wytrzymuje. 

Dziś jestem nieprzytomna. 

 

06:23, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 stycznia 2014

Dzisiejszy wieczór spędziłam z ciocią w Tatrze Wielkim, na operze „Orfeusz i Eurydyka”. Niedawno wróciłam. Osobiście daję 1 – 0 w punktacji spektakli, które jak do tej pory widziałam, sztuce „Bóg zemsty”. Niestety, opera nie jest moją mocną stroną, wolę balet. Poza tym tematyka sztuki mnie dobiła osobiście. Bardzo personalnie odebrałam śmierć Eurydyki oraz widok jej palonego ciała w krematorium. Do tego poruszył mnie widok otwieranej urny i wysypanego z niej prochu. Problem powrotu ze świata zmarłych równie mocno dotknął moje wnętrze. Jak można się domyślić, wszystko to miotało się wokół problemu mojej zmarłej Mamy; została skremowana, no i wielokrotnie śniła mi się powracająca ze świata zmarłych.

Miałyśmy też z ciocią bardzo złe miejsca. Boczne loże, które ograniczały widok sceny i trzeba było mocno się wychylać, żeby ujrzeć aktorów. Muzyka też nie zapadła mi w pamięci. Choć mieliśmy wyświetlane tłumaczenie polskie na tablicy elektronicznej, nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego, ciekawszego motywu.

Jednak nie ulega wątpliwości , że taki lans intelektualny (pozwolę sobie zacytować Bezcielesną) daje mi duży zastrzyk wolności emocjonalnej. Myślę co chcę, robię co chcę, idę gdzie chcę. Taki zdrowy egoizm, coś tylko dla siebie.

Jeszcze w styczniu ciocia zaprosiła mnie na następną operę, będzie to „Straszny dwór”.

 

Tagi: ciocia teatr
21:58, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 stycznia 2014

Zawarty ostatniego, niedzielnego wieczoru. Okraszony moimi łzami i uzasadnionymi wątpliwościami Szanownego. Jeszcze da się z tego ciasta coś ulepić... Mam nadzieję. 

13:52, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 stycznia 2014

Nie umiem opisać jaka magiczna siła wiąże mnie z moim jedynym bratem. Wiem, że mogę w nocy, o północy, w południe i o każdej innej porze zadzwonić do niego i zaesemesować, przesłać wiadomość przez Vibera i wiem, że zawsze mi odpowie, nie zgani mnie za zbyt późną / wczesna porę, pocieszy jak trzeba, opierdzieli kiedy przyznam mu się do popełnionych błędów. I to działa też w druga stronę.

Brat jest młodszy 6 lat. Kiedy byliśmy dziećmi, z racji wieku na mnie spoczywał dozór nad Rodzonym, kiedy Mama szła do pracy. Wielokrotnie darliśmy ze sobą koty, ale Mama zawsze potrafiła wpoić nam miłość do siebie i wprowadzić rozejm. Mówiła: „ to jest twój brat / siostra, jak mnie zabraknie będziecie mieć z rodziny tylko siebie, szanujcie się”. Mama powtarzała, że wychowała się w toksycznej emocjonalnie rodzinie i nie chciałaby powtarzać tego schematu i serwować swoim dzieciom tak niemiłych doznań (Mama była najmłodsza z czterech córek mojej babci, ponoć nigdy nie było między nimi większych więzi emocjonalnych, tylko sama zazdrość i zawiść).

Między mną a bratem jest taka magiczna jedność, jednomyślność. Często kiedy myślę o Rodzonym, dostaję nagle smsa, lub wiadomość na Vibera. Ten system działa w dwie strony – zawsze jest zaufanie i przyjaźń. Tak, brat jest moim przyjacielem. Co do jednomyślności najlepsze są teksty z filmów / kabaretów, którymi posługujemy się na co dzień. Rodzaj dowcipu jaki reprezentujemy mało kto łapie w lot. Kiedy ktoś podczas rozmowy potrafi doprowadzić mnie do furii, brat uspokaja mnie zgaszonym tekstem: „cicho, to wariat” (Vabank). Kiedy wchodzę do domu po pracy koty witają mnie wiedząc, że za chwilę dostaną jeść. Gdy miewam zły humor mówię do nich: „Pumpcia, Pipcia, Dziubutek, pańcia wam zaraz da papuniu, Afrodyta tez dostanie” (Seksmisja), choć moje koty mają inne imiona i jest ich trójka. Kiedyś nie mogłam znaleźć właściwego przystanku autobusowego, na dużej pętli autokarowej. Mój brat mnie szybko podsumował: „kręcisz się jak Sztyc po szpitalu” (Vabank II). Rozmawiając z bratem przez telefon, w sytuacji kiedy kończą się nam tematy, brat rzuca nieśmiertelny tekst: „takżeeeeee, tegooooooooo, ale że Dudka na mundial nie wzięli?” (Kabaret Moralnego Niepokoju „Wizyta księdza”). Takich przykładów można wymieniać bez końca.

Muzycznie jesteśmy też jednomyślni, co nie znaczy, że mamy jednakowy gust. Choć wiele utworów z listy mojego brata wpada mi w ucho i na odwrót. Oboje natomiast interesujemy się dziedzina muzyki, lubimy wiedzieć kim jest osobnik śpiewający, z jakiego kraju pochodzi, czy utwór to cover, kto napisał słowa, kto jest producentem, o czym jest piosenka. Często też robię za wikipedię muzyczną mojemu bratu.
- siostra, był taki kawałek, pamiętasz? W teledysku działo się to i to…
- zanuć – proponuję, brat nuci, ale niestety słoń mu na ucho nadepnął. Chwila konsternacji i trafiam w zgadywankę.

Często też wpadamy na siebie słowami – wypowiadamy jednocześnie myśli na dany temat. To jest bardzo magiczne. Cieszę się, że taką magię zaczynam czuć z moim Młodym. Z tym, że on się tego jeszcze wstydzi, ale łapie słówka, teksty, jest też jednomyślny.

Bardzo często radzę się brata w kwestii ubioru. Mój brat dawno temu został nazwany w rodzinie Top Model. No cóż – lubi ładnie się ubrać, modnie wyglądać, pachnieć czystością i męskimi perfumami. Drobiazgi, które od niego dostaję na wszelkie okazje, są trafione, przemyślane – po prostu znamy siebie i wiemy, co nam jest potrzebne, co lubimy.

No i przede wszystkim w kłopotach – dźwigamy się wzajemnie z błota. Kiedy byłam w depresji, brat stal zawsze obok. Wciąż powtarzał, żebym się nie poddawała. Kiedy mój brat popadł w kłopoty to ja go wspierałam / i wspieram, bo problemy się nie skończyły. Doradzam, wskazuję, pomagam.

Szkoda tylko, ze brat daleko mieszka i trudno nam jest się spotykać. Pozostaje Viber, smsy i dzwonienie.

Kocham swojego brata!

 

Tagi: brat
16:25, sokramka
Link Komentarze (3) »