Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 31 stycznia 2015

W jednym ręku na zmianę dziś była szpachla i... kieliszek do wina. Dlaczego taki zestaw? Ano dlatego, że zaczęliśmy z Szanownym w końcu remontować ten przedpokój, na który jeszcze niedawno ja sama chciałam się szarpnąć, a którego chłop nie pozwolił mi samej ruszać. A wino było dodatkiem wesołym do pracy, która raźniej szła. Ponieważ nigdy jakoś nie przepadałam za tym trunkiem, a w czwartek gościłam u koleżanki i uraczyła mnie jakimś tanim winem, postanowiłam sama zaryzykować i nie znając się zupełnie na "czerwoniakach", wysączyć z Szanownym po lampce (nie jednej).

Robota szła wyśmienicie. Mamy obskrobany przedpokój z tapety nakładanej w zamierzchłych czasach, ściany są zagipsowane, teraz czas tylko musi pozwolić im wyschnąć i następnym etapem będzie przygotowanie do malowania. Skrobiąc ściany wyżywałam się za wszystko, co mi nie pasowało, ale i tak miałam bardzo dobry humor dzięki sączonemu trunkowi.

Tak jak w zeszłym roku, przy remoncie kuchni, byliśmy z mężem zmęczeni, ale zadowoleni, tak dziś sobotni wieczór spędzamy z tynkiem na włosach, ale uśmiechami na naszych mordkach. W domu musi wciąż coś się dziać inaczej przychodzą głupie myśli.    

Tagi: remont
20:39, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 30 stycznia 2015

Wpis mimo wszystko optymistyczny. Pacholę już w domu. Wraz z nim rodzice i pielgrzymka: rodzice, rodzeństwo Okularnicy, siostra Szanownego z mężem oraz SS (była Szanownego). Kobieta, która w dawnych czasach nazywała mnie „kurwą” oraz „dupodajką”. I mimo tego, że jestem Żoną Aktualną, młodszą, ładniejszą, znającą więcej języków obcych (dzięki Ci-o forumowa koleżanko za ten tekst!) to nie czułam się komfortowo stykając się w kuchni oko w oko z tą panią. No cóż – prawa rodzinne ważniejsze.

Każdy ma jakiś worek problemów, który dźwiga z większym lub mniejszym poświęceniem. Jeden zmaga się z fruwającym kursem franka, inny z samotnym macierzyństwem, a jeszcze inny z chorobą dziecka. Ja zmagam się z zagęszczeniem.

Mój charakter to ciągła sinusoida. Albo kocham na zabój, albo wściekam się i rzucam talerzami. Wszystkie emocje i te dobre i te złe dawkuję w skumulowanych porcjach. Ale nie narzekam, narzekają inni, którzy mnie znają i musza ze mną żyć. Z Szanownym znowu jest dobrze. Pogadaliśmy sobie. Trzeba gadać. Wykładać na tacę swoje oczekiwania i oferty, a w zamian należy usłyszeć to samo. Ustaliliśmy nowe warunki – ja mam uczyć się cierpliwości i czekać na pozytywny rozwój wydarzeń dających poczucie bezpieczeństwa, a on gwarantuje mi pomoc Młodym, żeby szybciej się odpępnili.

Co ja zrobię, że kocham tego naiwnego wariata mimo wszystko i nie wyobrażam sobie życia bez niego… Jego uczuć tez jestem pewna, jak mało która. Pewnie za jakiś czas znowu pojawi się wpis „już nie mogę, dusze się…”, ale na pewno później poprawię się pisząc: „jaki ten mój chłop wspaniały”.

Taki ufolud ze mnie…

 

17:53, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 28 stycznia 2015

Zdarza się tylko w takich balladach jak ta:

Wokal: Cugowski Syn. Gitara: szesnastoletni talent Igora Gwadery, znanego bardziej jako Iggy Gwadera ;) Wspomaganie: Doogie White

Miłego słuchania. Mnie to rozbraja. Poza tym Polacy, widać, też potrafią ;)

 

Tagi: muzyka
16:09, sokramka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 27 stycznia 2015

Pierwszy raz od dłuższego czasu dobrego, pozytywnego nastawienia, opadły mi emocje. Puściły nerwy i mam dziś Dzień Wkurwa, Dzień Olewacza, Dzień Lenia, Dzień Chujni z Grzybnią. Być może to wynik ugryzionej sesji, byc może to wynik zmian domowych, a może za dużo myślę o sobie, o swoich decyzjach i postępkach. Ludzie prości żyją swobodniej, poddają się naturze, woli boskiej, czy stereotypom. Ja mam zawsze wątpliwości.

W nocy z ferii wrócił Pierworodny. Rano poraziła mnie ilość rzeczy, które zostawił po sobie, ale mam w związku z nim plany, co do których chciałabym byc konsekwentna. To kolejny etap odpępniania.

Z Szanownym nie idzie mi najlepiej. Cóż zrobić jeśli wszystkie emocje przelewane są na to biedne, małe Pacholę, a ja w tym wszystkim jestem prawdziwą, złą macochą. No bo prawdę powiedziawszy dla mnie to nie jest żaden związek emocjonalny. To tak jakby urodziło się dziecko sąsiadowi, a poza tym ja nie lubię wtykać nosa w nie swoje wózki. Chłop oczekuje ode mnie nie wiadomo czego. Przykład: wróciłam w niedzielę z uczelni. W progu powstał dialog:

Sz: Uszak ma gości, przyszli teście go odwiedzili :)))))

Ja: no dobrze, ale tak naprawdę to co mnie to obchodzi?

Sz: no wiesz! jak możesz tak mówić?!

Ja: ale czego ty ode mnie oczekujesz?

Sz: trochę współczucia i zrozumienia.

No tak,zaraz będę lecieć i głaskać biednych chłopów po główkach, a może i zajmę się ich sprawami, żeby czasem nie nadwyrężyli sobie swoich płaskich mózgów. Na za dużo im pozwoliłam i teraz mam...

Kurwa.

Rozwód? Nie wchodzi w grę. Szanowny na to nie zasługuje. Poza tym przegrałby w przedbiegach, bo zbyt cienki bolek jest w sprawach sądowo-administracyjnych. Kto znał mnie od dawna, ten wie, że to ja go rozwiodłam z jego byłą żoną. Wczoraj wieczorem nawet myślałam, że gdyby nie nasza Mania, wyjechałabym z tego miasta, z tego kraju nawet. Usłyszałam pytanie: zostawiłabyś mnie?

Pacholę jest jeszcze w szpitalu i czeka na termin operacji. Po przywiezieniu Pacholęcia do tego domu boję się pielgrzymek i całego zawirowania wokół nich. Chociaż każdy ma prawo zobaczyć nowego członka rodziny, to ja tak naprawdę boję się siebie. Swoich cholerycznych reakcji i słów, które niechcący mogą kogoś skrzywdzić. Muszę trzymać gębę na kłódkę i cicho robić swoje. Ale to do mnie nie podobne.

Wczoraj jeszcze był mój Brat i zaczął zwracać uwagę Mani o jakieś niesprzątnięte talerze, czy kubki (Brat jest typem porządnisia). Nie wytrzymałam i walnęłam pięścią w stół, krzycząc, żeby się odpieprzył od mojej córki, bo kiedy będzie miał swoje dzieci, wtedy będzie mógł je strofować.

Chyba muszę zając się zetpetami. Muszę uszyć dla Maniowego misia ubranko. Prosiła mnie, że jak tylko pozdaję egzaminy, żebym wyciągnęła maszynę. Każdy musi mieć jakąś odskocznię. Jakieś chwile tylko dla siebie; czy to będzie kontakt z maszyną, czy szydełkiem, czy ulubioną książką. Dbanie o zdrową psychikę jest najważniejsze.       

12:42, sokramka
Link Komentarze (13) »
sobota, 24 stycznia 2015

I jak tu się uczyć???

;)

Tagi: koty nauka
12:43, sokramka
Link Komentarze (11) »
czwartek, 22 stycznia 2015

Taki wpis z okazji Dnia Dziadków ;)

Brommba zainspirowała mnie do wspomnień ;) ale chyba zbytnio nie będzie o czym pisać, bo dziadków słabo pamiętam.

Mój ojciec pochodzi ze wsi, teraz to miasteczko z Radą, w której zasiada mój stryjek (wygooglałam sobie onegdaj jego nazwisko), ale w dawnych, zamierzchłych czasach ;) to była wieś zabita dechami, z krowami, końmi i błotem przed domostwem.

Rodzice mojego ojca prowadzili pełnoetatowe gospodarstwo: były kury, kaczki, króliki, wyprowadzałam z Babcią krowy na pastwisko, a Dziadek opiekował się końmi. Był szanowanym we wsi kowalem. Próbuję uruchomić wyobraźnię wspomnień i niestety nie widzę Dziadka przy mnie. Nawet nie mam obrazu jego twarzy. Dziadka nigdy w domu nie było; albo pracował w kuźni, do której nam-dzieciom-nie wolno było podchodzić, albo szedł na rynek popijać z kolegami. Wracał późno i kładł się spać. Babcia bardzo ciężko pracowała i była strasznie religijną osobą. Moge nawet użyć słowa-dewotką. Przed oczami mam mieszającą zaczyn na chleb Babcię, siedzącą okrakiem na wersalce, a między jej nogami stoi ogromna micha z ciastem. Pamiętam też pierzynę, którą mnie przykrywała (nawet latem) a ja jako dziecko bałam się jej sprzeciwić. Wakacji u Dziadków nie wspominam za dobrze, bo dla nich byliśmy z Bratem "miastowi". Do kościoła nie chcą w niedzielę iść, spać chcą do dziewiątej, a ten mały to przeklina strasznie, takie rzeczy słyszeliśmy od Dziadków. Nasz ojciec jako jedyny ze swojego rodzeństwa wyjechał do Warszawy za pracą. Reszta została na wsi. 

Po rozwodzie moich rodziców stosunki z Dziadkami strasznie się pogorszyły. Juz nie byliśmy tylko "miastowi", byliśmy "bękartami", "antychrystami", Dziadek zazwyczaj mówił mało, Babcia trajkotała. Na komunii mojego Brata był nowy partner mojej Mamy. pamiętam jak Babcia zaciągnęła mnie na bok i spytała, czy "wujek" jest dla mnie dobry, czy nie bije czasem? A może wolalabym znowu być z tatusiem. Nie, nie wolałabym. Kiedy umarł Dziadek-nie wiem. Pamiętam tylko jego ogromne dłonie kowala. Kiedy umarła Babcia tez nie wiem, bo spotykając się jeszcze z ojcem, zobaczyłam pewnego dnia w klapie jego marynarki żałobę. Gdy spytałam kto umarł, uzyskałam odpowiedź od ojca: nikt dla ciebie ważny. Miałam wtedy 18 lat. 

Przykro pisać o takich rzeczach, ale miałam jeszcze Dziadków ze strony Mamy. 

Mama moja była najmłodszą córką z czterech żywo urodzonych dziewczyn mojej Babci. Więc Babcia była słusznego wieku. Umarła mając 84 lata, kiedy była już Prababcią dla dorosłych wnuków. Tez się rozwiodła w młodym wieku, ale Dziadek mój umarł, kiedy moja Mama miała 17 lat. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie. Babcia wyszła za mąz drugi raz mając 60 lat ;) Chyba szukała wrażeń, bo nie mogla się odnaleźć w nowym miejscu i kursowała co tydzień - Warszawa/Łódź, Łodź/Warszawa. Na wakacje do "nowego" Dziadka, do Łodzi lubiłam jeździć, ale Babcia nie czula się tam dobrze i udzielała mi się jej atmosfera. Nowy Dziadek był bardzo fajny, inteligentny, wykształcony, chciał jeszcze użyć coś życia, ale Babcia nie miała już chęci. Myślę, że po cichu liczyła na jego pieniądze. Moja Babcia była trochę materialistką. Babcia przeżyła wojnę i nie chciała o niej opowiadać, chociaż ja-fanka historii-bardzo chciałam tego posłuchać. Kiedy ciągnęłam Babcię za język to opowiadała tylko o wielkim marszu w stronę Pruszkowa, że wszyscy...że toboły...że majątek został...

Teraz moje dzieci też nie cieszą się zbytnio towarzystwem Dziadków. Moja Mama nie żyje, z ojcem nie utrzymuję kontaktów, chyba nawet nie wie, że ma i ile ma wnuków. Młodego ojciec to Były, z którym poprawne stosunki ograniczają się tylko do zapełnienia kasą jego konta bankowego. Mania ma tylko jednego Dziadka, na którego nie może liczyć, bo zależne jest to od ilości wypitych procentów danego dnia. Teściowa nie żyje. 

Tak więc smutne te moje dziadkowe wspomnienia, ale nie ma tego złego, kiedys i ja będę babcią. Może lepszą niż te moje, bo będę babcią słuchającą metalu ;)


środa, 21 stycznia 2015

Wczoraj przed zaśnięciem długo myślałam nad swoim charakterem i czy czasem nie jestem podłym człowiekiem... Chodzi o moje myśli i sposób ich wyrażania. Choć okropnie klnę i jestem cholerykiem, nigdy nikogo nie obraziłam wprost, ale wiem, że mogę zadawać rany nieświadomie, pomiędzy słowami. Staram się być poprawna politycznie, mówić "dzień dobry", składać życzenia, pamiętać o innych ludziach. Ale...

Okularnica wydała już na świat potomka Uszaka. Dziecko ma rozszczep podniebienia. Wczoraj wieczorem przyznałam się Szanownemu, że w 99% byłam przekonana, że pacholę urodzi się z wadą. Dlaczego? Bo sama Okularnica ma straszną wadę wymowy i chyba też jest po rozszczepie. Trzeba czasem poprosić o powtórzenie tego, co powiedziała. Na oczach nosi szkła jak denka od butelek. Jej matka podobno tak samo. Ale najgorsze było to, że Szanowny też przyznał się, że czuł, że jego wnuk urodzi się z jakąś wadą. 

Nic do tej dziewczyny nie mam, ani mi nic nie ukradła, ani nie oszukała, poza tym - to wybór Uszaka - nawet nie mojego dziecka. Ale myślałam sobie tez o ich podejściu - oni są zrozpaczeni. Dla nich to jest szok. No cóż, nie ma się czemu dziwić. Ale mimo metrykalnej dorosłości, oboje mentalnie są dziećmi. On spędza(ł) całe dnie na dniach komputerowych, ona czytała gazetki dla młodzieży i nawet ponoć potrafiła wodę na herbatę przypalić. 

Jestem obserwatorem i realistką. Tak jak w przypadku śmierci mojej Mamy przyjmuję świadomie wiele niedogodności na klatę. Realnie. Nie wiem jak oni sobie poradzą. Ludzie wyedukowani - inaczej podchodzą do takich problemów - rehabilitują, operują, kładą nacisk na opiekę nad człowieczkiem, a nie trzymają sie idei "jakoś to będzie". 

Nie chcę im pomagać. Nie muszę. I stąd moje refleksje. Czym objawia się człowieczeństwo? Nie chcę być źle zrozumiana. A może martwię się na zapas? Może zepną poślady i będą działać w końcu jak dorośli, odpowiedzialni ludzie? Uszak chce swoją rodzinę odebrać i przywieźć tu - do domu. W dalszym ciągu sobie tego nie wyobrażam. W pokoju chłopaka jest zimno jak w psiarni. Urlop ok - tata musi być z wymęczoną mamą i maluchem, ale co potem? 

Mieszkanie w tym domu coraz bardziej nabiera dla mnie wymiaru jednej, wielkiej pomyłki. 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Młody pojechał na obóz ze swoim laptopem. Niby taki do końca nie jego w pełni ten laptop, ale dobra - dostał na niego kasę więc stał u niego, o korzystanie z niego nigdy nie musiałam się prosić, bo ustaliliśmy to na początku, że jest to oczywiste. 

Szanownego notebook to już stary trup. Bez większości funkcji, z dostępem tylko do internetu i starterem pakietu Office z ograniczonymi funkcjami. Innego sprzętu w domu nie ma.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy się z Pierworodnym nie pokłócili przed samym jego wyjazdem. Poszło oczywiście o sprzęt. Kiedy zobaczyłam jak pakuje go do pokrowca zwyczajnie zapytałam po co mu laptop na obozie? Wyjaśnił, że jako jedyny on będzie na całym wyjeździe, a przecież trzeba dzieciakom pokazywać filmiki instruktażowe (dobrze, że nie pornosy, kurde). Powiedziałam, że ja potrzebuję komputer do nauki przed egzaminami, na co Młody odparł, że "mogłam go wcześniej uprzedzić". Wkurzona wykrzyczałam mu, że chyba pomyliły mu się hierarchie domowe, bo to nie ja mam się u niego prosić, tylko on u mnie. Jeszcze póki jest na moim utrzymaniu. 

Poszło prawie na noże. 

To taki żart sytuacyjny, ale ostro się na siebie wydzieraliśmy. Młody obiecał usiąść i ściągnąć mi z netu pełen pakiet Office na notebooka Szanownego. Ale ja byłam zapobiegawcza i prezentacje do nauki przekonwertowałam sobie do Worda jeszcze na kompie Młodego. Mimo zabiegów Syna - Office u Szanownego nie działa. Chuj z tym. 

Wściekła dziś otworzyłam notatki w Starterze u Szanownego na kompie. Szału nie ma, ale przynajmniej mogę mieć materiał przed oczami. 

Nie cierpię uzależnienia. Od NIKOGO. Jestem nauczona samodzielności i samowystarczalności. Nie ryczę, nie lamentuję, nie proszę się o nic. O wszystko walczę sama. I dlatego te moje frustracje. Bo gdybym mogła sobie kupić na raty swojego laptopa, miałabym w dupie działania Młodego. Ale będąc na zleceniu, żaden sklep nie przyzna mi formy zakupu ratalnego. 

Moja wściekłość dobiega do granic. W ten weekend kończę ważne egzaminy i biorę się za intensywne poszukiwanie innej formy zarobkowania. Tym bardziej, że nie spadły mi pokłady dobrego humoru i energii. Ja muszę mieć kasę dla siebie. Tak jak było dawniej. No i muszę w końcu podrasować nasz domowy budżet, żebyśmy nareszcie mogli odremontować chałupę i pozwolić sobie na jakieś normalne wakacje. 

Plany o fajnym dochodowym zajęciu, które miało się dla mnie szykować po nowym roku, jakoś nie idą do przodu. Poza tym, Mama zawsze mi wpajała, że "umiesz liczyć? licz na siebie".

18:45, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 stycznia 2015

Moje starsze dziecko wyjechało na obóz. Pierworodny pojechał już jako opiekun, po zrobionym trzyweekendowym kursie przewodnikowskim. Teraz już nie dość, że kadra zarządzająca, to jeszcze może brać odpowiedzialność za grupę zuchów. Ech, te dzieci. Dopiero po nich widać jak szybko się starzejemy ;)

Co do starzenia, to moje młodsze dziecko w sobotę skończyło lat 9. Nie zdążyłam obfotografować tortu własnoręcznie zrobionego, bo zniknął ze stołu tak szybko, jak Mania szybko zdmuchnęła świeczki. Na imprezę przyszedł Uszak (właściwie nie musiał "przychodzić", przecież mieszka z nami) Scareface i Dziadek. Dziadek był trzeźwy! Okularnica nie dojechała, bo niebawem się sypnie i woli być blisko tatusiowego samochodu w razie porodowych akcji. 

A teraz akapit dotyczący trzeciego dziecka, tego nienarodzonego od Uszaka. Spytałam się dziś pasierba jak on sobie wyobraża pobyt matki i noworodka w tym jego pokoju, gdzie jest zimno jak w psiarni? Czy czasem młoda mama będzie pomiędzy jednym cycem, a drugim rozpalać w kozie? Usłyszałam, że na dwa tygodnie po porodzie chłopak weźmie urlop. Przyuczy (tak-przyuczy) Okularnicę "obsługi" pieca, a później ona ma już sobie sama radzić. Zobaczymy. Jednak sen o wolności nie ma aktualnie prawa się ziścić. Póki mieszkanie nie będzie wyszykowane na oddzielne, wyodrębnione od głównej części domu, będę teściochą dla synochy 24/h. 

I tak całą niedzielę spędziliśmy samotnie w trójkę: Szanowny, Mania i ja bowiem Uszak w końcu pojechał do Okularnicy, odwiedzić ją przed rychłym rozwiązaniem. Wieczorem jeszcze zajrzał w odwiedzimy do siostry Golas. Dawno go nie widzieliśmy. Podobno bierze nadgodziny, bo bieda piszczy i robi nawet w niedziele. 

20:51, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 stycznia 2015

Od początku tygodnia ćwiczymy z Manią samodzielne wracanie do domu. To znaczy Mańka ćwiczy, bo ja to już nie ;) To w końcu dziewięcioletnie dziecko. Nie będę jej przecież tyłka wozić do ukończenia gimnazjum ;) Otóż ze szkoły do domu jest jakieś dwa i pół kilometra. Mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych, ale wracając trzeba przejść przez ruchliwą ulicę (są światła) oraz uważać na tych małych, mniej uczęszczanych bo tam zazwyczaj chodnik tylko po jednej stronie jest. 

Pierwszego dnia umówiłyśmy się pod blokiem jej koleżanki, tak w połowie drogi, że ja tam będę na Małą czekać. Jak mnie zobaczyła to już od tego momentu zaczęła biec, aż jej się plecak bujał. Przez następne dni już było swobodniej, a dziś stwierdziłyśmy, że nie ma co i Mania chce wrócić do domu całkowicie sama. Ok. Ja miałam czekać w domu. Do szkoły dałam jej telefon i miała do mnie zadzwonić z szatni, że już się właśnie wybiera. Wszystko odbyło się bez najmniejszych kłopotów. Dzwoniąc była tak podekscytowana, że myślałam, że wypuści telefon z rąk. Chyba bariera lęku właśnie przez owo samodzielne wracanie została przełamana. Zobaczymy jak będzie dalej, bo od poniedziałku zaczyna chodzić na "zimę w mieście" w jej rodzimej szkole. Będą wycieczki, wyjazdy na basen i wiele innych atrakcji. 

Oczywiście na świetlicy musiałam dać papierek, że wyrażam zgodę na samodzielny powrót dziecka do domu, ale to tylko czysta formalność. 

 
1 , 2