Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 28 stycznia 2016

Ten tydzień mija mi zdecydowanie szybciej niż inne. Mam więcej zajęć, co czyni czas niezwykle szybko upływającym, albowiem muszę się ze wszystkim zmieścić danego dnia ;-) Zaliczyłam już pierwszą wizytę u lekarza medycyny pracy. Co ja się naczekałam pod tym gabinetem... Dobrze, że książka w torbie była (tak na marginesie: wracam powoli do czytania, rozkojarzenia mijają, choć nie jestem jeszcze tak skupiona i skoncentrowana jak dawniej). Jedna z koleżanek powiedziała mi, że takie czekanie to "test na cierpliwość, w budżetówce bardzo istotny", a druga wspomniała, że "dawno nie miałam firmowych badań". To fakt. W każdym razie w środę pobrali mi krew (mam nadzieję, że upuścili tą złą ;-)) zrobili RTG klatki, EKG, a jutro czeka mnie wizyta u okulisty. 

Co do starego miejsca poczciwego mopowania-zdziwiłam się niezwykle atmosferą "pożegnania". Niby takie zwykłe sprzątanie, niby krzątałam się tam kilka godzin, ale jedna ze znajomych podarowała mi na odchodne kalendarz, druga komplet: pióro i długopis, inna znowu zaprosiła na "pożegnalną" kawę, jeszcze inni mówili: "i jak tu teraz będzie smutno bez ciebie?". Aż byłam w szoku. Ale takim miłym szoku. 

W nowym miejscu pracy zakolegowałam się z jedną dziewczyną, która jak na razie prowadza mnie po labiryntach firmy. Poza tym: nie mam jeszcze przepustki służbowej i sama nigdzie nie mogę chodzić. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, a ja już wczoraj nasmarowałam do niej miłego smsa informacyjnego. 

Moja była szefowa jest wściekła. Z jednej strony ja rozumiem, bo odchodzący nagle pracownik zawsze jest zmorą. Umowa zlecenie to taki wynalazek, gdzie możesz w każdej chwili powiedzieć pa pa, bez zbędnego tłumaczenia. Nie ma tu okresów wypowiedzenia, ani odpraw. Z drugiej jednak strony właśnie ze względu na charakter umowy ja i tak poinformowałam szefową wcześniej. Mogłam dać znać w piątek i wypiąć się na wszystko. Po za tym szefowa była zbulwersowana tym, że "mogłam dać wcześniej znać, że intensywnie szukam pracy". Halo! A nie dawałam? Od początku mówiłam, że to dla mnie stan przejściowy, że kończę studia i prędzej czy później znajdę pracę odpowiadającą moim kwalifikacjom i doświadczeniu. Ale na to już ta pani kontry nie znalazła. 

Po niedzieli idę podpisać umowę, tak więc samą pracę zacznę pewnie od wtorku. Poza tym czekają mnie jakieś szkolenia, BHP i inne pierdalamenty. Niełatwo będzie przestawić się na ośmiogodzinny system ;-) Ale tak będzie zdecydowanie lepiej dla nas wszystkich :-)

Tagi: praca
16:34, sokramka
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 stycznia 2016

To sobie coś tam dłubię, a co nadłubię to mogę pokazać.

Oto i kilka ostatnich dłubanek:

Mania dostała pod choinkę nowy telefon, trzeba więc było uszyć futerał. Oczywiście z kotem ;-)

Prezenty wyjeżdżały też poza Warszawę. Torba - rybka na zachód Polski ;-)

Ale nie byłabym sobą, gdybym tylko o jednej osobie pomyślała. Oto brelok-żółwik, tym razem warszawski. Mieści się w dłoni:

W najbliższą niedzielę jedziemy na urodziny. Oczywiście prezent musiał być uszyty, jakże inaczej ;-) Oto efekty: podusia 40x40.

To oczywiście sama poszewka, hi hi ;-)

No i na koniec trochę dłubaninki dla mnie i dla Mani. Bransoletki z muliny. Kiedyś dłubane w czasach liceum, teraz wracają do łask pod nazwą: bransoletki przyjaźni.

Ta niebieska to oczywiście Maniutkowa. Reszta moja. I ręka tez moja ;-)

A w poniedziałek czeka mnie spotkanie z lekarzem zakładu pracy. Boje się tych zmian jak cholera, ale pani psycholog mówi, ze to naturalny lęk, który zapewne dam radę przezwyciężyć.

 

środa, 06 stycznia 2016

Chyba już mogę się pochwalić, bo nic nie wskazuje, żeby plany miały się drastycznie zmienić. A więc: OD 1 LUTEGO MAM PRACĘ!

W przyszłym tygodniu jadę podpisać normalną, ludzką umowę. Zatrudniona będę w szeregach państwowej administracji, w dziale logistyki, czyli tam gdzie tylko mogłabym sobie wymarzyć pracę. Dojeżdżać będę na drugi koniec miasta, ale dzieci mam już na tyle duże, że nie muszę ich odprowadzać, ani zaprowadzać do szkół. Wstawać nie będę musiała zbyt wcześniej aniżeli teraz - myślę, że 5.20 będzie optymalnie ;-) Nie szaleję z radości, bo wciąż nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Wszystko zaczęło się jeszcze w starym roku, kiedy w sumie poddałam się całkowicie losowi i stwierdziłam, że gnida (depresja) wróciła na dobre i opanowała mnie doszczętnie. Potem już była lawina działań. Nie ukrywam, że ktoś pomógł mi dostać tę pracę, ale o tym nie chcę opowiadać. To bardzo zacny człowiek i nigdy bym nie przypuszczała, że ja - obca osoba - będę miała u niego jakieś wsparcie.

Terapii nie chcę na razie przerywać. Wczoraj na sesji powiedziałam, że boję się tych zmian, mimo tego, że cholernie ich pragnę. A czego się boję? Odrzucenia społecznego, niespełnienia oczekiwań zawodowych, jednym słowem paraliżuje mnie strach. Pani doktor potwierdziła moje przemyślenia, że ludzie "nie myślący", mniej wnikający w swoje jestestwo mają mniej problemów i żyje im się łatwiej. Sama powiedziała, że w obliczu strachu i braku pewności siebie nie mogę rezygnować z leczenia.  Zobaczymy. 

W każdym razie w głowie już siedzą plany co do kasy jaką będę zarabiać, bo nie ukrywam, że ze sprzątania mam tu prawie trzy razy mniej niż będzie już za miesiąc. Muszę najpierw spłacić długi, utrzymać domowy budżet na podobnym poziomie co dotychczas dopóki nie wyjdziemy na prostą. A potem - kupię sobie nowy komputer, nową kuchenkę i nową zmywarkę. Aktualne sprzęty odmawiają posłuszeństwa. A latem.... pojedziemy na wakacje. Takie prawdziwe, leniwe, odprężające, w oparach miłości i radości. 

I tyle ;-) 

Tagi: praca
11:43, sokramka
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 04 stycznia 2016

O alkoholizmie teścia pisałam już wielokrotnie i nic w tej kwestii zasadniczo się nie zmieniło. Jedyne co mogę dodać, to to, że dokładnie w sylwestrowy wieczór dziadek i jego "narzeczona" oficjalnie ze sobą zerwali. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że teść zaczął pić jak wariat i do tego wydzwaniał do ukochanej z tekstami, że ma naszykowane pigułki i jak je połknie to wtedy ona będzie mogła tylko kwiatki na jego grobie złożyć.

Dziadek mieszka w swoim mieszkaniu, ale rozdzielają nas drzwi między jego pokojem, a naszym. Nie da się ukryć, ze wszystko słyszymy - i jego rozmowy telefoniczne i domówki z kolegami przy flaszce. Niech nikt się nie dziwi, że nie znoszę tego pokoju i nie lubię w nim przesiadywać. Nawet nie mogę w nim spokojnie pogadać, bo głos przechodzi przecież w obie strony. Mój mąż zaczął więc nasłuchiwać, czy teść czasem jakiegoś głupstwa sobie nie zrobi. Biegał w czasie tych kilku dni wolnych na druga stronę, jak usłyszał jakiś rumor (dziadek się przewrócił) i kontrolował sytuację. Kazał ojcu spać i tłumaczył. Ale wiadomo - z pijakiem rozsądnie nie pogadasz. Z racji tego, że Szanowny ma jeszcze siostrę, zadzwonił więc do niej i poinformował o życiu pijaka. Poprosił o wsparcie. Myślał, ze jako córka ona przyjdzie do ojca choćby zajrzeć i skontrolować. Nic takiego nie nastąpiło.

Dziś jest czwarty stycznia, a siostra Szanownego nie pojawiła się u tatusia. Mój mąż wczoraj wieczorem stwierdził, że ona jakoś nie kwapi się, żeby ojca doglądać (mieszka w sumie niedaleko-piechotą dziesięć minut).

I tego właśnie nie potrafię zrozumieć. Teść był zawsze dla szwagierki bardzo pobłażliwy. Nawet jak zmieniła wiarę i wyszła za świadka Jehowy to teściowa bardziej była skłonna wyrzec się córki, a teść im nawet kasę odpalił na mieszkanie. Kiedy teść leżał w szpitalu, córka do niego przyjeżdżała raz na jakiś czas, tłumacząc, ze przecież tata ma opiekę. A jak dziadek wrócił po chorobie do domu, to oprócz specjalistycznych zabiegów (szwagierka jest pielęgniarką) opieka spadła na mnie - bo "mieszkamy razem i tak będzie lepiej".

Ja do swojego ojca nic nie czuję, ale nie widziałam go już ponad 20 lat. Traktuję jak umarłego. Jednak gdyby komuś bliskiemu z mojej rodziny działo się coś złego, wydaje mi się, że chyba nie zostawiłabym tego losowi.

Potem dziwimy się, że dziadek wydzwania do kolegów i plecie, że własna rodzina się od niego odwraca, a obcy są milsi. Tak, bo z nim ci obcy piją wódę, a rodzina mu zabrania. Ale wczoraj Szanowny poszedł do ojca i zabrał mu ze stołu napoczętą butelkę. Teść zaczął rzewnie płakać i w pijanym widzie skamlał jaki to syn jest dla niego dobry, za dobry, ale "oddaj mi już tę butelkę". Typowe dla alkoholika.

Widzę, jak Szanownemu też skaczą nerwy i jak on to przeżywa. Siostra mojego męża być może też to przeżywa, ale na tyle na ile ją znam, śmiem twierdzić, że jest to kobieta pozbawiona uczuć wyższych. Wykonująca tylko z uśmiechem na ustach podstawowe i obowiązujące normy życiowe. Mój mąż ma oczywiście na to teorię religijną: bo "Jehowa". Swojego w puchu będzie okładać, a że ojciec nie tej wiary to jego można na margines zepchnąć.

Wiem, że świadkowie wyznają swoje doktryny i córka teścia nigdy nie przyjdzie i nie złoży ojcu życzeń z okazji dnia ojca, dziadka, urodzin, świąt. Oni tego nie celebrują. Natomiast wiem, że ona sama chciałaby usłyszeć parę miłych słów z okazji ich rocznicy ślubu - dla świadków to wydarzenie wybitnie ważne.

Nie wiem co się będzie działo z teściem w ciągu najbliższych dni. Tabletki się rozsypały, zostały zalane wódką. Dziś jest za drzwiami cisza. Podejrzewam, że dziadek odsypia. Ale wieczorem będzie chciał się napić. Może będzie chciał się znowu spotkać ze swoją kobietą, która go rzuciła (na marginesie - za pijaństwo), może znowu będzie wydzwaniał, żeby mu wybaczyła, że świata poza nią nie widzi i że jego życie bez niej ma sensu. Teść skończy w tym roku 75 lat...