Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 27 lutego 2013

Wczoraj idąc na popołudniowego mopa słoneczko polizało trochę moje plecy. Ogólnie temperatura jest na plusie. Idzie ku lepszemu. Nawet moje koty nie chcą siedzieć w domu tylko łażą całymi dniami na powietrzu. Jedyny minus przedwiośnia to krajobraz psich kup wyłaniający się spod topniejącego śniegu ;)

Dziś też ma być ładnie, choć na razie niebo zasnute jest kotarą z chmur. Niedługo wejdę na stronę, gdzie można na żywo oglądać bociany. Robię to od kilku sezonów. Fantastyczne doznania! Przyglądanie się na żywo naturze. Jak bociany przygotowują sobie gniazdo, jak składają jaja, jak wykluwają się pisklaki. 

No i w końcu będę mogła naszykować rowery, żeby z moją Małą jeździć nimi do szkoły. 

09:19, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 lutego 2013

 Przyszedł rachunek za gaz. Co się okazało: jest o połowę mniejszy niż w zeszłym roku, w tym samym okresie. Sprawdziłam. Jest to efekt palenia w kozie. Nie wiem tylko ile zapłaciliśmy za węgiel, który kupowaliśmy do pieca. Niestety nie zbierałam rachunków. Powodem jest oczywiście lekceważenie moich słów przez Szanownego. Na samym początku przynosił rachunki regularnie, ale już po kilku tygodniach a to zapomniał, a to zgubił. Przestałam więc liczyć... Ech.  

Tagi: ogrzewanie
12:16, sokramka
Link Komentarze (4) »

 W tym domu, w tej atmosferze, w tym natłoku ludzi, w męskiej dżungli. Mam dość tego całego pilnowania, naprawiania, pouczania, kontrolowania. Męczę się. Z przyjemnością wychodzę na weekendowe zajęcia, szkoda, że nie są co tydzień ;) Nie mam ochoty przesiadywać z Uszakiem – leniem, Scareface’m – brudasem i Szanownym – sklerotykiem. Kiedy Dziadek zagląda do naszej części domu ostentacyjnie wychodzę; do kuchni, do kibla. Brak mi intymności, samotności, wolności. Oni to wszyscy wiedzą i nie potrafią zrozumieć, że nie jestem zwierzęciem stadnym. Nie jadam z jednej michy, nie kąpię się w jednej wodzie, to metafory, ale w zasadzie wiadomo o co chodzi.

 Wprowadzona przeze mnie polityka bierności przyniosła wręcz odwrotne skutki. Zostałam ochrzczona egoistką, która nie chce zajmować się swoją rodziną. Jak było wszystko na mojej głowie to było dobrze, a jak zaczęłam otwarcie mówić o przejęciu części obowiązków domowych to już jest źle.  

 Dlaczego po facetach spływa wszystko jak po kaczce, a kobiety przejmują się każdym drobiazgiem? Dlaczego wkurza mnie rutyna i monotonia mojego męża? Dlaczego mąż mój narzeka, że się zmieniłam na gorsze? (on przecież ot tylu lat jest taki sam) Czemu drażni mnie flejowatość Scareface’a? Dlaczego szlag mnie trafia w dniach kiedy słyszę walenie do drzwi łazienki – jak w „Komedii małżeńskiej” – trzech facetów walczy o dostęp do kibla. Mój syn zaczął wstawać tuż po 5.00, żeby zdążyć się umyć przed 5.30, kiedy to Szanowny i Uszak wstają do roboty. Jeden kibel, jeden prysznic, sześć osób korzystających…

 Czasem nachodzą mnie myśli o rozstaniu. Pieprznąć wszystko, trzasnąć drzwiami i wynieść się do brata. Ale po pierwsze: brat dostał właśnie wypowiedzenie umowy najmu od prywatnego właściciela kamienicy. Za chwilę sam nie będzie miał gdzie mieszkać. Po drugie targa mną wiele wątpliwości; bo ani nie jestem żoną alkoholika, ani nie jestem żoną przemocowca, jestem żoną zaradnego, pracującego i spokojnego faceta, mamy siedmioletnią córkę, a to, że mieszkam z dwoma dorosłymi pasierbami, którzy nie zostali wychowani, to już poboczna sprawa. Ich już się nie da niczego nauczyć.

 Mój syn jest… „mój”. Broni mnie jak rycerz i nawet dla własnej, przyrodniej siostry jest lepszym „ojcem” jak jej własny. Często wracam po pracy do domu ok. godz. 20.00, a czasem przed 21.00. Zdarza się, że mój mąż będąc już w domu o 19.00 nie spyta się Małej czy ma odrobione lekcje. Na moje pytanie: dlaczego nie przypilnował córki? Słyszę odpowiedź: bo mi nie powiedziałaś… Ręce opadają. Ojciec jako dodatek rozrywkowy.

 Kartki dyżurów sprzątania, które kiedyś wprowadzałam w życie nie przyniosły skutku, były po prostu zrywane przez Scareface’a. Nie podobał mu się mój system, ale innego nie potrafił zaproponować, no i sprzątać nie chciał. Nawet Golas, gniewając się z nami, prowadząc cichą wojnę, potrafił umyć kibel i odkurzyć przedpokój kiedy przeczytał swoje imię na liście dyżuru. Teraz moja polityka bierności ukazuje co by było, gdybym np. znalazła się w szpitalu, lub wyjechała na tygodniowe szkolenie.

 W niedzielę uśmiechnęłam się pod nosem widząc pusty zlewozmywak. Po głębszej rozmowie z moim Pierworodnym usłyszałam, ze to wszystko jednak zrobił Wujek (tak mój syn mówi na mojego męża). Uszak i Scareface siedzieli cały dzień przed grami komputerowymi. Teraz ze zmywarki śmierdzi bo Szanowny załadował brudy i nie włączył prania. Napisałam więc mu zgryźliwego smsa: czy to nowy wystrój naszej kuchni: „zmywakowy smród”.

 Wybaczcie, ale mam żółci uzbieranej po kokardkę i sama sobie nie potrafię znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Tłumaczę Pierworodnemu, żeby tak się uczył i organizował sobie życie, żeby nigdy nie był od nikogo zależny. Żeby z dumą mógł powiedzieć: jestem U SIEBIE.

 Duszę się bez własnej kasy. Brak mi zajęcia, które pozwoli mi ekonomicznie odpępnić się od Szanownego. Gniecie mnie w środku, że musze czasem prosić się o każde 20 – 30 zł. Mąż nie wypomina mi kasy, nigdy tego nie zrobił, wręcz podkreślał wyznawane przez siebie idee wspólnotowe – wszak jesteśmy małżeństwem – wszystko mamy wspólne. Rzygam już tą wspólnotą, czuję się jak element kółka graniastego, które nie może pęknąć, musi kręcić się jak reszta elementów. Mam jakieś osobiste ambicje, które nie pozwalają mi być kobietą zależną. Ambicje, które mówią: nie proś się, wywalcz, wypracuj swoje. To jest pewnego rodzaju patologia wyciągnięta z dzieciństwa. Życie z pracowitą i ambitną matką, która do wszystkiego doszła sama. Po rozwodzie zaczęła od zera z trzema elementami swojego życia, wyniesionymi z domu: dwójką dzieci i torebką.

 Nie wiem czy znajdę sposób na swoje małżeństwo, czy kiedykolwiek uwolnię się od wspólnego mieszkania z dziećmi. Na razie chyba czas mi zostać kobietą idealną ;)


11:12, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

 Studiuję z osobami 20+. To oczywiste, że większość osób należy do tego właśnie przedziału, choć jest wiele z mojego rocznika i starszych. Zaczął się nam drugi semestr, który wprowadził już podziały na grupy ćwiczeniowe oraz językowe. Trafiłam do środowiska młodych panienek, które już na samym początku podniosły mi ciśnienie (wbrew pozorom ja się łatwo irytuję, ale tego nie okazuję).

 Ćwiczenia to takie zjawisko, podczas którego wykładowca wymaga czynnego uczestnictwa w zajęciach. Ponieważ ja raczej nie należę do osób wygłaszających soczyste mowy, przez większość ćwiczeń siedzę z zamkniętą buzią. Ale jest kilku kolegów (i koleżanek), którzy nadrabiają za całą grupę. Są to zazwyczaj osoby 30+ i 40+, takie które już coś przeżyły i mają o czym opowiadać. Jedna z moich „koleżanek” z ławki skwitowała wypowiedzi naszego kolegi: „ten to ma zawsze jakieś, kurwa, problemy, na każdych zajęciach musi się produkować, opowiadać o swoich problemach”. Moje oczy powiększyły się do wielkości talerzy. Skoro panience nie odpowiada, że starszy kolega z roku wyręcza ją w czynnym uczestnictwie w ćwiczeniach, niech opuści salę – chodzenie na studia zaoczne nie jest obowiązkowe.

 Scenka druga: ćwiczenia z prawa cywilnego łączone z próbą pisania postanowień i decyzji. Siedzimy we cztery, pracujemy grupowo: ja, (nazwijmy teraz moje koleżanki) Zosia, Gosia i Tosia. Na koniec naszej wspólnej pracy jedna z panienek prosi naszą trójkę, aby dopisać jej koleżankę, która jest nieobecna. Zosia, najstarsza z nas (to ta, która studiuje z nudów) wyraża absolutny sprzeciw temu pomysłowi, uzasadniając, że jak się nie chodzi na ćwiczenia to nie można mieć ich w tak chamski sposób zaliczonych. I wtedy ja dochodzę do głosu i wtóruję Zosi, Tosia jest zawiedziona; według niej jesteśmy „stare kujony, które nie chcą pomagać”.

 Kolejny przykład; siedzimy na korytarzu w kameralnej grupie, rozmawiamy o pracy. Jedna z dziewczyn opowiada o swojej karierze: „pracowałam w sklepie, ale zrezygnowałam, bo ja nie będę zapieprzać za 1300 zł” (laska 20+) Pytam grzecznie: „to z czego opłacasz studia? Występowałaś o stypendium?” mam odpowiedź: „stypendium?!? Nigdy w życiu! Ja bym tak nie mogła żebrać o kasę. Babcia mi opłaca, wcześniej studiowałam socjologię, ale mi się znudziła i babcia powiedziała, że mam skończyć JAKIEŚ studia, no to poszłam na administrację”. Rozmowa toczy się dalej: „a z czego żyjesz?” pyta się inna koleżanka, „mieszkam u mamy, to jedzenie mam, a tak w ogóle to chciałabym znaleźć taką pracę, żebym chociaż te 1800 miała na SWOJE wydatki”. Trząchnęło mną, przecież ludzie żyją z takich pensji; opłacają rachunki, żywią się.

 Przyjechałam wieczorem do domu i pobiegłam od razu do syna z pragnieniem rozmowy. Pytam się Pierworodnego czy to ja jestem nienormalna, że odbieram dzisiejszą młodzież jako masę roszczeniowych, leniwych i pretensjonalnych bachorów? Przecież Młodemu bliżej do tej półki wiekowej, niech mnie więc oświeci. Na co syn ze stoickim spokojem odpowiedział, że jestem całkowicie normalna, bo u niego w technikum też zdarzają się osoby, które już mają plany na życie w postaci: „lekko, łatwo i przyjemnie”, albo: „jak zarobić, żeby się nie narobić”, „najważniejsze: ubrać się, wyjechać na wakacje, a reszta jakoś będzie”. Żadnych wartości, żadnych planów, żadnych przemyśleń, byle szybko, byle gwałtownie, byle jak, bez jakości, a raczej na ilość. To chyba cierpienie naszych czasów. Tylko, że taką młodzież sami produkujemy. To my, rodzice, wypuszczamy w świat kaleki społeczne. Tak jak rosnące już dzieci owych „dzieci”, o których nasmarowałam powyższy wątek. Mam w szkole Małej taki rosnący kwiat polskiej roszczeniowości, gdzie matka nie umie wychowywać córki, tylko to córka wychowuje sobie matkę.

 Przykro o tym mówić i pisać. Ja mam nadzieję, że nie cała polska młodzież przejawia takie puste ideologie.

Tagi: ludzie studia
09:21, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lutego 2013

 Niedawno czytałam obszerny reportaż o polskiej młodzieży, która mieszka z rodzicami do 30 r. ż. albo i dłużej. Powodów było wiele; ekonomia życia, wygoda, lenistwo, etc. Na podstawie tej analizy zrobiłam sobie bilans mojego życia; tak osobistego, jak i młodzieży współmieszkającej ze mną. Wyniki są oczywiście subiektywne, bo jednostronne – moje.

 Mając lat 19 moja Mama wyszła za mąż, w rok później urodziłam się ja. Mama mieszkała ze swoją matką i trzema starszymi siostrami. Tłumaczyła mi potem, że ślub był dla niej tak naprawdę wyjściem z nielubianego domu. Alternatywą dla monotonii babińca w jakim przyszło jej żyć. Ciągłe kłótnie z siostrami, przypatrywanie się zawiści, zazdrości, Mama miała tego dość. Poznała mojego ojca i szybko zdecydowała się na dorosłe życie.

 Ja miałam 21 lat kiedy zostałam matką. Mieszkałam oczywiście z Mamą i młodszym bratem. Jednak atmosfera domowa była tak cudowna, że do głowy mi nie przyszło wyprowadzać się. To Mama wierciła mi dziurę w brzuchu o zagospodarowanie sobie własnego kąta dla siebie i mojego syna. To Mama tłumaczyła mi, że nawet najlepszy rodzic z czasem może stać się przeszkodą. To dzięki niej zrozumiałam, że na „swoim” jest lepiej niż na „wspólnym”. Takie jest moje zdanie wyssane z mlekiem matki ;)

 Uszak za chwilkę skończy 24 lata. Jest dorosły, choć swoim zachowaniem bliżej mu do naszej Małej. Oczywiście moim zdaniem najlepiej jakby poszedł już na swoje. I nie mówię tu o wyrzucaniu, bo dom ma potencjał, można go przebudować, rozbudować, a nawet jeśli nie ma się kasy na takie inwestycje, to wystarczy zamurować jedno wejście, aby wchodzić drugim – swoim. Uszak zajmuje pokój po SS – to ponad 24m2. Niejedna para z dzieckiem mieszka w tak „wielkiej” kawalerce. Sama tego doświadczyłam przez prawie 3 lata. Cóż stoi na przeszkodzie, żeby wygospodarować sobie na tym terenie WC i maluśką kuchenkę? W domu można dokonywać zmian jak się chce jeśli tylko warunki na to pozwalają, a te tutaj są. Przeszkodą jest lenistwo i brak własnej inicjatywy. Uszak zarobione pieniądze woli wydać na nowe gry, które potem testuje godzinami. Nawet jak odwiedza go Okularnica. Przeszkodą jest też wygodnictwo; kiedy Szanowny robił podmurówkę wokół domu machanie łopatą przez Uszaka było nie lada wysiłkiem.

 Nie ukrywam, że usamodzielnienie się Uszaka to moje marzenie związane egoistycznie z moją wygodą. Poszłyby w niepamięć tony okruchów zostawianych codziennie po porannym robieniu śniadania przez chłopaka. Miałabym o kilka rzeczy mniej do prania, nie musiałabym się wyginać umysłowo w sprawie korzystania z tego samego kompletu garnków, talerzy, misek. Uszak przecież sam sobie kucharzy. W końcu mielibyśmy fajne wspomnienia i ciekawe rozmowy podczas (np.) niedzielnego obiadku, który zrobiłabym z okazji ich wizyty.

 Scareface to ostatnio temat rzeka. Chłopak stacza się po równi pochyłej wlewając w siebie piwo litrami, a czasem coś mocniejszego. Rozumiem, że wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem. Jego pokój zaczyna przypominać jaskinię Golasa za czasów najgorszego bytowania chłopaka pod tym adresem. Brakuje tylko butelek z moczem. Scareface dość często nie wraca do domu po pracy, pojawia się po dwóch dniach, po zapijanej imprezie służbowej organizowanej przez kolegów.  Najgorsze jest to, że Szanowny w ogóle nie wspiera mnie w ogarnięciu chałupy. Wprowadzając politykę bierności powiedziałam jasno i wyraźnie, że moje działania spowodowane są biernością innych mieszkańców tego domu i ja się zarżnąć nie dam.

 Mojemu Młodemu już od dawna tłumaczę, żeby tak się uczył i tak się organizował w życiu, aby mógł się w pewnym momencie wyprowadzić, poczuć smak wolności i samodzielności. Zresztą wydaje mi się, że wychowywałam go (sama) tak, żeby nie był kaleką społecznym. Z tego jestem najbardziej dumna. Porównując umiejętności życiowe mojego syna i pasierbów to niebo a ziemia. To obraz oczywiście wielce subiektywny,  nie ma się czemu dziwić, ale ujmując w ocenie nawet najprostsze działania, Scarface nawet nie umie załatwić prostej rzeczy w banku/urzędzie. Nie zna struktury państwa, nie wie jakie prawa mu przysługują.

 Paradoksalnie wyprowadzka Golasa z domu może mieć zbawienne skutki na jego postrzeganie świata. Siedzenie w tym domu powoduje destrukcję wnętrzności. Mnie kiedyś przyjaciółka powiedziała, że ten dom działa na mnie okropnie. Jestem jego więźniem. Wszystko tu krąży bez ładu i składu, a ja chcąc to wszystko poukładać jestem całkowicie bezradna.

 Wtrącający się teść, bezpłciowy mąż, leniwe pasierby i buntujący się syn. Czekam tylko aż Mała zacznie rozumieć otaczający ją świat. Choć zauważyłam, że zaczyna krytykować swojego ojca i najstarszego brata za bałaganiarstwo i zaniki pamięci. Czyżby wpływ matki dawał się we znaki? ;)

10:11, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 20 lutego 2013

 Nie ciążowych, ani nie na inteligencję, choć do tego drugiego z jakiejś strony by pasowały. Będzie o testach kwalifikacyjnych na dane stanowisko pracy.

 Już kilka tygodni temu uczestniczyłam w takim spotkaniu, wyczytałam w necie, że większość takich testów organizowana jest w sferze budżetowej. Rzeczywiście; moja poprzednia i dzisiejsza wizyta w placówkach państwowych dała temu dowód.

 Na sali konferencyjnej zbiera się około 150-200 kandydatów. Pytania na jakie trzeba odpowiedzieć są otwarte. Pierwsza część zazwyczaj dotyczy stricte działalności danej placówki, jej organizacji czy struktur. Tak jak dziś: „kto powołuje prezesa {***} i tu pada nazwa zakładu pracy. Kolejne pytania dotyczą głównie sfery umiejętności miękkich. Tzn; jak radzisz sobie ze stresem? Jak organizujesz sobie czas pracy? Wymień swoje główne wady i zalety. Na dzisiejszym spotkaniu całkowicie lekko podchodziłam do zadania. Pisałam pewnie i bez głębszego namysłu bo byłam już mniej więcej rozeznana w temacie. Ale śmiać mi się chciało kiedy zauważyłam kilka dziewczyn, które wchodząc do środka znacząco mrugały oczkiem do organizatorek. Czyżby spełniała się moja wizja (i nie tylko moja) o ustawionych procesach rekrutacyjnych, a i tak miejsce pracy jest już zaklepane dla siostrzenicy cioci Józi? Nie wiem. Nie chcę spekulować. Jeśli mi nie wyjdzie w tym sektorze mam jeszcze alternatywę w postaci ostatniej odpowiedzi na złożoną dawno aplikację. Poza tym czekam na zamknięcie terminu składania ofert w innej instytucji. Do tego cały czas śledzę ogłoszenia no i sprzątam. To jest w końcu jakaś praca.

 

Tagi: praca
12:20, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 lutego 2013

 Dostałam wiadomość na @ o zakwalifikowaniu mnie do kolejnego etapu rekrutacyjnego w instytucji, do której składałam aplikację chyba w grudniu. Już dawno o niej zapomniałam, a tu taka miła niespodzianka! No i w środę jadę na to spotkanie do budżetówki, coś się zaczyna dziać dobrego ;) 

12:28, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 lutego 2013

 Stałam dziś na przystanku czekając na autobus, który miał mnie zawieźć na umówioną wizytę u zębowego lekarza. Byłam świadkiem awantury pomiędzy dwójką nastolatków; chłopak może miał 14 lat, dziewczyna 14-15, wyższa od niego, sprytniejsza ale i bardziej ordynarna. Towarzyszem chłopaka był ogolony nastoletni kark w bluzie z kapturem, a panna otoczona była dwiema koleżankami w podobnym wieku, z papierosami w ustach i z czerwonymi włosami na głowie. Kiedy doszłam do przystanku już się kłócili i… bili. On ją po twarzy – ona jego z pięści w głowę. Żadna osoba ze stojących na przystanku nie zwróciła im uwagi. Dzieciaki obrzucali się inwektywami z najniższej półki. Jeszcze można było to znieść w ustach tego chłopaka (choć nie wiem dlaczego) ale kiedy ta laska zaczęła rzucać wiązankę w stronę swojego przeciwnika – uszy puchły.

 Zakończenia sprawy nie znam – zdążyłam tylko zauważyć czerwony policzek dziewczyny i krew z nosa chłopaka. Przyjechał mój autobus i odjechałam. Tak sobie skojarzyłam – gdzie my – rodzice popełniamy błędy wypuszczając na świat takie bandyctwo? Ja wiem, że nie ma ludzi idealnych, bo jakby wszyscy byli grzeczni i co chwila mówili „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę”, młodsi pomagaliby starszym, starsi uczyliby młodszych, byłaby harmonia i spokój, to przecież nastałaby straszna nuda. Ale to nie jest usprawiedliwienie.

 Jakby na potwierdzenie moich rozmyślań, zdziwiona, spostrzegłam dziś obecność Golasa na FB. Ma założone konto od niedawna. Nie ma ustawionych dostępów prywatności miałam więc okazję zobaczyć jego wstawione zdjęcia. Naga, gładka, rozbudowana klata, na niej splecione w lekceważącym geście ręce, ogolona, podniesiona dumnie głowa i papieros w ustach. Kilka fotek, po których pierwszy, lepszy psycholog miałby jedno skojarzenie: bandyta, pięć lat bez wyroku.

 Jest mi wstyd, ze mam takiego pasierba, ale na szczęście to nie moje dziecko i nie muszę się do niego przyznawać. Pokazałam profil syna Szanownemu. Był zaskoczony, ale skwitował to mądrze: „jest dorosły, ja już teraz nic nie będę robił”. Powiedział też, że gdyby jego syn był np. sportowcem, to wtedy rozumiałby przekaz tych zdjęć, a tak – Golas pochwalił się tylko swoim prostactwem i wizerunkiem bandyty. To słowa ojca.

 Pamiętam czasy, kiedy chłopak mieszkał jeszcze w tym domu i najpierw przebywał z matką i starszymi braćmi po jednej stronie chałupy, a my z mężem przyjeżdżaliśmy do teściów (i do dzieci przy okazji) na drugą stronę domu. Zza ściany dość często było słychać kuchenną łacinę, wypowiadaną tak przez syna jak i przez matkę. Trzaskanie drzwiami było na porządku dziennym, matka dla syna była nikim innym jak „starą ku**ą”, syn dla matki był „skur***ynem”, oboje siebie warci. I tylko te telefony do mojego męża od Byłej: „przyjdź/przyjedź tu bo ja sobie z nim już rady nie daję”. SS nigdy nie była autorytetem dla swoich synów i do dziś chłopcy nie mają czułych relacji z mamusią. Dzwonią bo trzeba/wypada, bo jest okazja, święta, urodziny.

 Szanowny był zawsze dobrotliwy, ugodowy, spolegliwy (w jednym i drugim znaczeniu) łatwowierny i łatwo wybaczający. Golas jako najmłodsze dziecko, w dzieciństwie miał prawie we wszystkim ustępowane, skąd to wiem? Bo jego bracia mi opowiadali, że do dziś czują ukłucie zazdrości o „skakanie” nad najmłodszym, szczególnie przez mamusię. Zresztą SS nigdy w uczuciach podobno nie była wylewna. Słowo „kocham” pojawiało się rzadko, albo nigdy.

 I tu nasuwa mi się znowu skojarzenie niedawno przeczytanego artykułu o „nieumiejętności kochania własnego dziecka”. Ktoś powie: „jaka matka nie umie kochać swojego dziecka?”, ano tak się zdarza, ja w to wierzę, tak jak wierzę w chorobę zwaną depresją, która jest do uleczenia jak grypa. Może Była tak pragnęła miłości, że nie umiała jej wydłubać z tych trzech rodzynków jakie wydała na świat. Dodam, że kobieta jest bardzo religijną osobą, praktykującą gorąco, wręcz ocierającą się o dewocję. Ale to jak widać nie ma znaczenia.

 Mogłabym tak bez końca. O dzieciach, o wychowaniu, o relacjach rodzic – dziecko, o swoich doświadczeniach, które tak naprawdę tez w jakiś sposób mnie napiętnowały, robiąc ze mnie patologię w drugą stronę; dana mi miłość mojej Mamy była tak wielka, że nie umiałam żyć w innym świecie niż ten, który Ona stworzyła.

 Wiem, ze Golas ma życzenie spotkać się ze swoją siostrą – czyli z naszą Małą. Rozum mówi mi, że w przypadku zaproponowania kiedyś, gdzieś takiego spotkania nie mogę odmówić. Ale w środku aż się gotuję na myśl, że ten gnojek (tak – gnojek) miałby rozmawiać z moim dzieckiem. Zresztą; o czym on mógłby rozmawiać z Małą, skoro ma skończoną tylko I klasę gimnazjum…

 Jakież to przykre.

22:38, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 lutego 2013

W przyszłym tygodniu, w środę, mam się stawić na rozmowie kwalifikacyjnej w budżetówce, o której pisałam kilka postów wcześniej. 

No i jak tu nie być zadowolonym? Chyba z radości machnę jakąś spódniczkę dla lali ;)))

14:31, sokramka
Link Komentarze (3) »

Lubię być z siebie dumna, nie lubię się zbytnio chwalić, ale być dumną ze swoich "dzieł" lubię. Wiem, ze są lepsi ode mnie, ale nie można być "miszczem" we wszystkim ;)

Maszyna zastrajkowała, można więc coś wydziergać na drutach, albo uszyć małą rzecz ręcznie. Poniżej mała prezentacja ostatnich tygodni:

 

Największą radochę ma oczywiście moja Mała, ale ja też czerpię z tego satysfakcję. W szkole byłam zawsze prymuską na ZPT, a Misza (mój nauczyciel plastyki) stawiał 6 na moich pracach, choć takich stopni jeszcze wtedy nie było. 

Mała również zaczyna objawiać talenty plastyczne; tak widzi mnie swoimi oczami:

A tak ja siebie widzę (rysunek sprzed lat):


Tagi: moje hobby
11:02, sokramka
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2