Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 28 lutego 2014

Czy się ożeni, czy nie to czyste domysły, ale używając tytułu przedwojennego filmu na serio boję się co mój teść może nam jeszcze zaserwować.

Wczoraj był Dzień Pączka. Dziadek oczywiście miał okazję do tego, żeby tego pączka czymś popić. Przyszli jego ulubieni znajomi i wspólnie zrobili z pokoju ojca gorzelnię. To naprawdę nie moja sprawa, ale jest to męczące. O godzinie 18.00 było już tak wesoło i rozkosznie za drzwiami, że słychać było tylko „wszystkie rybki śpią w jeziorze” i inne pijackie przyśpiewki. Tak na marginesie – dziadek prowadzi malutki sklepik przydomowy. Jak on tych klientów obsługuje po pijaku, to ja naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć….?

O 21.00 położyłam się do łóżka. Tradycją jest wieczorne czytanie książki mojej córce. Mała kładzie się do mojego łóżka, czytamy jeden rozdział, a potem idzie spać do swojego pokoju. W trakcie czytania wszedł do nas dziadek. Stał tak w tych drzwiach, stał, chwiał się w futrynie i mówił coś o gościu, który przyjedzie w niedzielę, o jego sympatii. Szanowny najpierw prosił, a potem stanowczo zaczął wypraszać swojego ojca z naszego pokoju, bo po pierwsze: nikt dziadka nie słuchał, a po drugie waliło z jego pokoju gorzelnią. Okropność. Do mojego męża ojciec później powiedział, że może będzie miał nową mamę. Wtedy nie wytrzymałam, bo zazwyczaj nie odzywam się do alkoholika. Powiedziałam, że teściowa w grobie się przewraca, kiedy ojciec takie rzeczy urządza. Dodałam też, że mój mąż miał jedną matkę i tamta była dla niego najlepsza. Na co teść zapytał: a może ta będzie jeszcze lepsza? Wtedy Szanowny nie wytrzymał i wyprowadził pijanego ojca do jego pokoju.

Przyznam szczerze, że jak znam mojego męża, który emocjami nie grzeszy i nie angażuje się w scysje i kłótnie wszelakie (woli przemilczeć) to zachował się wczoraj bardzo odpowiedzialnie. Przede wszystkim na to wszystko patrzyła nasza córka. Niby o nic nie pytała, ale ja sama widziałam, że oczekuje ode mnie wyjaśnień dla zachowania dziadka. Wyproszenie ojca do własnego łóżka poskutkowało wyzwiskami, że jesteśmy złośliwi, niedobrzy, że według nas dziadek jest głupi i nikomu nie potrzebny. Typowe dla zamroczonego alkoholem mózgu.

Strasznie mi przykro, bo pierwszy raz stykam się z alkoholizmem. Miałam w rodzinie szwagra ciotecznego z tym problemem, ale on nie był tak blisko jak teraz teść. No i widzę na własne oczy jak to postępuje. Kiedy żyła teściowa ojciec starał się ograniczać, choć podobno zawsze lubił „sobie dziabnąć”.

Do dziś nie mogę zrozumieć, co teściowa, taka inteligentna kobieta, wykształcona, z dobrej rodziny widziała w takim chamie ze wsi jakim jest mój teść? Ale mnie słowa poniosły… Bo przecież wieś piękna jest…

Tagi: teść
12:42, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 lutego 2014

Ferie za chwilę się skończą, ja na uczelnię wybieram się już w piątek i w sobotę i niedzielę też. Młodzież moja od poniedziałku. Musiałam sobie uporządkować moje przybory piśmienne i uszyłam piórniczek. Kiedyś już wykonałam podobny, ale Młody mi buchnął i traktuje jako kosmetyczkę na wyjazdy harcerskie ;) O tym powiedział, że taki "babski" i nie będzie zapuszczał na niego wędki. Szanowny powiedział, że piórnik jest z okiem, a Uszak, że wygląda jak nieogolona... no właśnie...

 

Tagi: moje hobby
11:07, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 lutego 2014

W końcu. Wczorajszy wieczór spędziłam w Teatrze Wielkim na operze Nabucco. 3 godziny z dwiema przerwami przemknęło mi jak mrugnięcie oka. W domu byłam po 22.00. Padłam od razu jak pies Pluto, bo przecież rano trzeba wstać. Do tego czułam ogromne zmęczenie oczu; po pierwsze od czytania polskiego tłumaczenia (litery na tablicy stanowczo za małe), a po drugie ciepło oraz puszczany dym z tyłu sceny zrobiły swoje.

Opera jest zachwycająca. Zresztą ten, kto widział wie, że słowa są zbędne. Ogromny szacun dla solistki Mlady Khudoley. Takiego wykonania Abigaillle dawno nie słyszałam, aż ciarki biegały po plecach.

Ja się tą operą zachwyciłam w młodości. Oczywiście podsunęła mi ją pod opinię moja Mama. Potem już tylko było kupowanie płyt CD lub DVD. Nie tylko Verdi gości na moich półkach z płytami (ups, przepraszam – moich pudłach z płytami, bo wciąż nie mam regału, żeby to wszystko poustawiać), Vivaldi, Czajkowski, Ravel, Beethoven. Na film „Immortal Beloved” poszłyśmy z Mamą obie. Długo, długo wisiała nad moim biurkiem róża z tego dnia. Kto zna fabułę, wie o czym piszę.

Przez pewien czas, będąc dzieckiem statystowałam w Teatrze Wielkim. Wtedy pracowała tam moja babcia i miała „dojścia”. Występowałam parę miesięcy z moim bratem ciotecznym, starszym o kilka lat, w mało znanej operze „Awantura w Recco”. W finale wbiegaliśmy wraz z garstką innych dzieci na scenę i wręczaliśmy kwiaty burmistrzowi miasta (scenicznemu). Pamiętam, że facet był niedogolony i ściskał mnie podczas odbioru kwiatów. Ja sama miałam na głowie perukę, której szczerze nie znosiłam ponieważ wyglądała jak cukiernica – miałam takie dwa zawinięte warkocze po bokach. Mój brat cioteczny był malowany na Włocha – farbowano mu włosy i pudrowano buzię. Na szczęście mam zdjęcie z tamtego okresu. Na dowód, że nie zmyślam ;) Niestety przygoda szybko się skończyła. Powody nie są ważne.

Piękno muzyki poważnej (w ogóle muzyki) jest nie do opisania. Czerpię satysfakcję z usłyszenia każdego dźwięku gitary, bębna, uderzenia klawisza w pianinie, moje umiejętności gry na pianinie i gitarze nie wzięły się znikąd. Nie umiem żyć w bezdźwięcznym świecie. I czy to będzie stary dobry rock, którego jestem zagorzałą fanką od lat, czy to będzie Marsz Triumfalny z Aidy, zawsze to poprawia mi humor. Cierpię w tym domu, bo nie mogę słuchać tego co chcę. Dziadek jeśli nie pije i nie słucha wiejskiego umpa, umpa w stylu disco polo, każe zachować bezwzględną ciszę. Było mi też przykro w zeszłym tygodniu, kiedy chciałam przypomnieć sobie Nabucco, włączając chór niewolników na Youtube. Szanowny tylko zdążył spytać: „ty się do kościoła wybierasz, że takich melodii słuchasz?”

Ludzie, chodźcie do teatru...

 

Tagi: muzyka teatr
13:30, sokramka
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 lutego 2014

Od pewnego czasu mam piekarnik. Tak, nie miałam w domu takiego sprzętu codziennego użytku. Stara kuchenka po teściowej posiada piekarnik, ale gazowy i do tego jest w jakiś sposób uszkodzony. Tylko Szanowny potrafił z niego korzystać. Znajomy Szanownego pozbywał się tzw. piekarnika przenośnego, bo właśnie wyremontowali sobie z żoną kuchnię i wszystkie sprzęty mają nowe.

Piekarnik jak piekarnik, wzrasta możliwość szykowania posiłków zdrowszych – pieczonego kurczaka, czy faszerowanych warzyw. Do tego wzrasta urozmaicenie – pizza, różnego rodzaju ciasta, których do tej pory nie mogłam robić ze względu na ograniczone możliwości.

Przepis na to ciasto dostałam od mojej koleżanki ze starej pracy już bardzo dawno. Na starym mieszkaniu piekłam je prawie co niedzielę. Jest proste jak budowa cepa i do tego mega smaczne.

Uwaga! Przepis jest na dużą blachę, taką 40x25, bo mi mniejszych ilości po prostu nie opłaca się wykonywać ;)

Składniki:

·         4 szklanki mąki,
·         2,5 szklanki cukru,
·         1,5 szklanki oleju,
·         500 gr. kefiru (tj ok. 2 i troszkę szklanki),
·         3 jajka,
·         5 łyżek (nie łyżeczek) kakao,
·         2 łyżki cynamonu,
·         1 łyżka sody,
·         3 łyżki dżemu,
·         2 cukry waniliowe,

Wszystkie produkty wsypywać/wlewać do dużej misy, następnie wymieszać dużą, drewnianą łyżką. Nie miksować. Wysmarować blaszkę tłuszczem lub wyłożyć papierem do pieczenia i masę wylać. Piec ok 60 min w temperaturze 150 st. z termoobiegiem, 180 st. bez termoobiegu. Ja i tak zawsze sprawdzam patyczkiem  czy ciasto już się upiekło ;)

Ciasto jest mega czekoladowe, mega puchate i mega proste. Jak widać produkty spokojnie można podzielić na pół i upiec mniejszą formę.

Smacznego!


 

Tagi: przepis
11:23, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 lutego 2014

Kiedy ja próbuję układać swoje relacje z Szanownym (i całkiem dobrze nam to wychodzi), kiedy pojawia mi się banan na twarzy widząc jak Młody zaliczył połowę pał semestralnych, a resztę planuje zaliczyć po feriach, obok, za drzwiami dzieją się straszne rzeczy.

Dziadek pije ostatnio straszne ilości alkoholu. Codziennie jest na rauszu. Codziennie rano słyszę ten charakterystyczny dźwięk otwieranej puszki (ok. 6.30). Walentynki teść spędził wśród swoich ulubionych, menelskich znajomych. Nie było go do późnej nocy, a wracając postawił całą chałupę na nogi, bo pod własnymi drzwiami wyrżnął orła. Dziś ma ogromne limo pod okiem i wygląda tak, że żal patrzeć.

Ja nie mogę na niego patrzeć. Ręce mu się trzęsą. Chodzi niedogolony, czuję też, że śmierdzi. Nie chodzę do niego do pokoju, nie rozmawiam, odpowiadam służbowo, grzecznie. Szanowny więcej się udziela, ale to jego ojciec, jemu jest łatwiej. Ja nie mogę się przemóc. Nie mogę też zrozumieć dlaczego mocniej nie interweniuje siostra Szanownego, a córka teścia? Kobieta mieszka kilka posesji dalej od nas. Jest u dziadka codziennie rano przed swoją pracą. Słychać o czym rozmawiają – o pogodzie, o papużkach, o roślinkach, o ogrodzie. Żadnych ważniejszych (trudniejszych?) tematów.

Próbuję postawić się w roli córki alkoholika. Może rzeczywiście jest tak, że: po pierwsze staremu nie przetłumaczysz, a po drugie: alkoholikowi nie przetłumaczysz. Dodam, że szwagierka jest pielęgniarką z ponad trzydziestoletnim stażem.

Chcę się odseparować od tej sytuacji, ale mimowolnie muszę w tym uczestniczyć. Nie życzę dziadkowi śmierci, ale on nie pomaga swojej cukrzycy oraz dolegliwościom kardiologicznym. Chociaż z drugiej strony jego alkoholowa zaprawa może sprawić, że teść będzie jeszcze żył ze 20 lat. Tak naprawdę boję się jego śmierci: dom jest na niego, znam treść testamentu dziadka. Dopiero po jego śmierci będą się tu działy dantejskie sceny.

 

Tagi: teść
21:06, sokramka
Link Komentarze (2) »

Już jakiś czas temu obiecałam koleżance łapki kuchenne do mieszkania, w którym przebywa od niedawna. Najpierw jedna, a na drugą muszę znaleźć materiały. Koleżanka lubi kolorowo ;)

Tagi: moje hobby
16:23, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 lutego 2014

Muszę zapisać bo mi gdzieś uleci: oczek 90+18, druty nr 3,5.

Zaczęłam wczoraj w ciągu dnia, skończyłam właśnie ;)

P.S. pralka działa :)))) Szanowny jest baaaaardzo zdony ;)

 

Tagi: moje hobby
18:16, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 lutego 2014

To jej się jeszcze pralka zepsuła :( 

Poszedł wirnik od pompy spustu wody. Pralka pierze, ale nie oddaje brudnej wody. Pranie wyciągałam dziś cieknące, do wyschnięcia i przeprania na nowo. Wyciskać pomagała mi córka. 

Liczę na zdolności manualne Szanownego. Już obiecał, że taki wirnik spróbuje naprawić. Ani kupić nowej za gotówkę, ani wziąć na raty. A jak się nie uda z tym wirnikiem to tarę ściągnę ze strychu, a co? I każdy będzie swoje gacie prał ręcznie. Od tego jeszcze nikt nie umarł. 

21:47, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 lutego 2014

Szarpnęłam się znowu na dorywczą gotówkę. Wściekła jestem na siebie, że nie potrafię zapewnić finansowej stabilizacji mojej rodzinie. Dlatego chwytam wszystko, co mi w pazury wpadnie.

Moja starsza ciocia, ta która sponsoruje mi spektakle, w zeszłym tygodniu zapytała się czy nie posprzątałabym w domu jednej z jej damowatych koleżanek. Dama do tej pory prosiła o to Ukrainkę, ale Ukrainka ostatnio gdzieś się ulotniła i Dama potrzebuje pilnie pomocy. Umówiłam się więc z Damą na wczoraj, na domowe porządki.

Dama mieszka w lokalu usytuowanym w segmencie, na jednej ze starych dzielnic mojego miasta. Dama 40 lat swojego życia spędziła w USA. Podczas rozmowy z nią zwracały uwagę wtrącenia amerykańskie:

- jechałam w Ameryce tą… no… taką szeroką… Highway,
- tam ludzie z oszczędności uprawiają ten… no… window shopping,
- yes, no, ok, jako przecinki,
Dając mi gotówkę po skończonej robocie spytała tylko:
- będzie all right?

Dama w ogóle nie wygląda jak zniszczona siedemdziesiątka. To podstarzała Marylin Monroe. Farbowane na blond włosy utrwalone lakierem na stylową fryzurę, bluzeczka jak z żurnala, obcisłe spodenki. Gdyby nie to, że byłam świadoma jej wieku, dałabym jej co najwyżej 50.

Mieszkanie ma przepiękne. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką oraz małym tarasem. Na ścianach wiszą  (wielkości obrazów olejnych ) fotografie jej portretów z młodości, jej rodziców oraz jej syna, który został w USA na stałe. Wiszą zdjęcia Los Angeles, Nowego Jorku, San Francisco i innych większych miast USA. Dama ma w swojej sypialni łózko małżeńskie, choć od dawna jest wdową, puchową kołdrę i satynową pościel w ogromne kwiaty.

Meble zapewne pamiętają jeszcze czasy Gomułki, ale widać, że są zadbane i sprawne. Wszędzie stoją fotele i krzesła w stylu Ludwika, obite tapicerką w kwiaty. W salonie kredens, wysoki zegar wybijający co godzinę dzwonem, szklany stolik. Wszędzie szydełkowe serwetki, przeszklone komody, dużo stojących lamp, a w pokoju telewizyjnym (obity tapicerką w kwiaty) szezlong w stylu Ludwika. Cudo.

Dywany stare, ale nie zniszczone. Jedynie w kuchni i łazience widać nowoczesną modernizację; kafelki, nowe, przeszklone szafki, udogodnienia w postaci zmywarki, bidetu. Podłoga wyłożona drewnianą klepką. Pewnie co jakiś czas musi ją cyklinować.

Dodam, że Dama jeździ czynnie samochodem, choć osobiście uważam, że nie powinna – jest po operacji oka i widzi tylko na jedno.

Dama przejawia bardzo amerykański styl życia. „Na wszystko człowiek musi sobie zapracować, nie ma nic za darmo i niczego człowiek od życia nie dostaje. Dzieci trzeba uczyć oszczędności, od małego wysyłać do prac dorywczych, nie usługiwać, nie wyręczać, dawać swobodę myśli i czynów.”

Podczas mojej pracy lubiła kontrolować: „nie rób tak, słuchaj się mnie, powoli, weź to do góry” itepe. Jednocześnie nie mówiła tego w sposób nie dający się znieść, była stanowcza, ale również miła. Potem rozdzwoniły się telefony. Z jedną osobą potrafiła rozmawiać 40 minut. Co śmieszne –co 15 min zaglądała do mnie i pytała: „jak ci idzie?”

Z Damą rozstałam się po prawie czterech godzinach pracy. Zapraszała mnie na swoje imieniny w sobotę, ale oczywistym jest, że nie przyjadę. Było miło, ale to była tylko praca.

 

11:14, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 lutego 2014

W poprzednim wpisie nadmieniłam o kuchennych pracach zleconych, które miałam wieczorem w niedzielę. W zeszłym tygodniu zmarła siostra mojego teścia. Pogrzeb był wczoraj, w poniedziałek. Szanowny przeprowadził ze mną poważną rozmowę, czy czasem nie usmażyłabym dziadkowi kilku kotletów schabowych i nie zrobiła sałatki jarzynowej. Dziadek daje wszystkie produkty. Zgodziłam się, bo dlaczego miałabym tego nie zrobić? Chociaż z drugiej strony mogłabym być świnią i powiedzieć, że przecież kilka posesji dalej mieszka córka dziadka, a siostra Szanownego i dlaczego ona nie przyszykowałaby strawy? W końcu bliższa koszula ciału. Ale nie wnikałam.

Nie wnikałam tez w to, dlaczego po pogrzebie pozostałe rodzeństwo zmarłej (i w tym dziadka) – brat z żoną, szwagierka z córką i jej mężem oraz wspomniana wcześniej siostra Szanownego z mężem, przyjdą gościć się do teścia? Przecież zazwyczaj stypy odbywają się albo u najbliższej rodziny zmarłego (a zmarła miała męża) albo w jakimś restauracyjnym miejscu.

Okazało się też, że dziadek uzgodnił z moim mężem, że „wypożyczy” nasz pokój na przyjęcie gości. Nasz pokój bowiem ma ok. 24m2, a dziadka tylko 15m2. Co było dla mnie ogromnym zdziwieniem po przyjechaniu z codziennego mopa, że dla Szanownego trzymanie odkurzacza to już nie jest kara, że doprowadzenie pokoju do stanu muzealnego jest możliwe. Tylko dlaczego mąż mój czyni te kroki okazyjnie i „dla kogoś”, a nie częściej i dla siebie. Nawet znalazły się pieniądze na zakup nowych, czarnych butów. Bowiem mój małżonek szanowny nie dba o swój wygląd w ogóle. Jest mu wszystko jedno w czym chodzi i jak to wygląda. Mówi, że i tak w warsztacie się przebiera w ciuchy robocze, a do pracy jeździ samochodem więc nikt go nie ogląda. Buty kupował ostatnio (ups, sorry – zmusiłam go ja do kupienia) jakiś rok temu, albo i więcej. Jedna para zimowek, które wyglądają jak sandałki i druga para wiosennych, które mają równie wiele wywietrzników. Ja wiem, że ostatnio klepiemy biedę, ale bez przesady. Tak więc wstyd chyba było mu pokazać się na cmentarzu w takim obuwiu.

Ja się w całą sprawę nie mieszałam od początku. Powiedziałam to otwarcie już w dniu kiedy dowiedziałam się o pogrzebie. Dziadek w ogóle liczył, że na stypę do niego przyjdę ja, jego wnuki, może i najchętniej sąsiedzi… Po pierwsze nigdy zmarłej na oczy nie widziałam, po drugie kto da Uszakowi czy Scareface’owi  wolne na taki dzień. Poza tym rodzina mojego teścia to dla mnie obcy ludzie.

Goście zjawili się przed 16.00. Mała na początku była chętna i otwarta – ze wszystkimi się witała, ale potem przyszła do pokoju Młodego, gdzie urzędowałam ja (Młody znowu był w hufcu) i spytała: „mamusiu, czy możemy iść na spacer, bo tam jest za głośno?” Ubrałyśmy się i wyszłyśmy, co dla mojego męża było ciosem w policzek, powiedział mi to później. Ogólnie miał żal, że nie siedziałam z nimi przy stole, nie plotkowałam, nie jadłam, nie piłam.

I Młoda i ja unikamy tłumów. Nigdy nie byłam zwolenniczką wesel, pogrzebów, chrzcin, masowych urodzin i urządzanych z wielką pompą świąt. Nigdy tego nie lubiłam i starałam się nie bywać. Widać moja córka coś po mnie odziedziczyła. Nawet nie chce chodzić na szkolne imprezy np. bal karnawałowy, gdzie zaproponowałam jej uszycie oryginalnego stroju z jej ulubionej bajki Monster High. I niech mi się nikt nie waży napisać, że moja córka to dzikus, bo ja ją doskonale rozumiem. I wiem też, że tak odczuwających świat zewnętrzny osób jest wiele na świecie.

Tym różnię się od męża – on – im więcej osób na imprezie tym lepiej, ja – im mniej tym swobodniej, nie koniecznie musi być to rodzina, bo z rodziną to się tylko na zdjęciach ładnie wychodzi, tą dalszą oczywiście.

Goście wyszli przed 20.00. Zdążyłam wcześniej wrócić z Małą ze spaceru, odrobić lekcje w kuchni, poczytać książkę. Szanowny posprzątał (!) po gościach i w końcu był święty spokój i cisza.

Nie znoszę poddawać się nakazom w stylu: „bo tak trzeba, bo tak wypada”. Jeśli nie lubię karpia to dlaczego mam się zmuszać, żeby go jeść? Jeśli źle się czuję wśród większej ilości osób, to dlaczego mam się trząść się w środku i zmuszać się do bycia z nimi? Taka mi się historia przypomniała jeszcze odnośnie integracji: kiedyś miałam trzymiesięczny okres próbny w banku. Moja szefowa powiedziała, że regularnie są organizowane wyjścia pracowników na kręgle, w jakichś tam określonych dniach. Kiedy jej powiedziałam, że ja nie będę chodziła, poinformowała mnie, że taka postawa będzie skutkowała obcięciem premii, bo integracja jest obowiązkowa. Po trzech miesiącach próbnych zrezygnowałam z tej pracy.

 

Tagi: dom teść
14:18, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2