Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 28 lutego 2015

Jestem cholernym obserwatorem, może dlatego mam takie duże oczy ;) Tu nie będzie krytyki, będzie własnie obserwacja. 

Minął miesiąc jak Pacholę jest w naszym domu. Do pokoju, w którym mieszka ono i jego rodzice nie wchodzę zbyt często, praktycznie w ogóle. Po pierwsze: szanuję autonomię mieszkańców, a po drugie: pokój jest na końcu domu i zwyczajnie nie chce mi się tam łazić ;) Jednak będąc w kuchni, a ostatnio siedząc w domu przez kilka dni, miałam okazję poobserwować kątem oka zachowanie młodej mamy. 

Sama jestem matką i w zasadzie wnioski z obserwacji mam bardzo stronnicze, choć jak zaznaczyłam - nikogo nie oceniam. Pacholę jest bardzo absorbujące. Generalnie słyszymy je średnio co 3-4 godziny. Płacze. Co tam płacze, drze się przeraźliwie. Ten płacz może oznaczać wszystko: głód, kolki, chłód, brak przytulenie... Smoczka mu nie można podać, bo przez swoją wadę nie ma możliwości zassania go. Mały jest na pewno przewijany. Ale: kiedy Pacholę śpi, w pokoju też jest cisza. Grobowa. A kiedy Pacholę zaczyna arię Okularnica nagle zaczyna się krzątać: wstawia pranie, wyrzuca śmiecie, odkurza, a Mały się drze... Nie słyszałam, żeby nawet jednym słowem do niego coś powiedziała, a Mały się drze... Przeraźliwie.

To jest dla mnie obce dziecko, ale rusza mnie od środka taki płacz. Obiecałam sobie, że nie będę wtrącać się w ich sprawy, ale któregoś razu mną trząchnęło i grzecznie się jej zapytałam czy sobie ze wszystkim radzi? Może jej w czymś pomóc i że może mnie o wszystko poprosić (uwaga, jako osoba, która nie lubi się u innych prosić wiem jak ciężko przegryźć ten temat ;)) Usłyszałam odpowiedź przeczącą, podkreśloną dodatkowo krzywym uśmiechem "dzięki, radzę sobie". Była tez u niej na wywiadzie pani z opieki społecznej, z którą kiedyś miałam styczność więc panią dobrze znałam. Od pani też usłyszałam, że młoda mama nie chce pomocy psychologa, którą za darmo oferuje opieka społeczna. Pani zauważyła również "niepełnosprytność" i "małolotność" Okularnicy. Patologii nie dostrzegła. 

Kobiety maja jakiś instynkt macierzyński i chyba nawet najbardziej zmęczona mamuśka wydłubie z siebie drobiny uczucia.

Uczucia...

Wiadomo - każdy marzy o różowym bobasku z niebieskimi oczkami. To może być straszna trauma dla tej dziewczyny, że urodził się jej syn z rozszczepem. Tym bardziej, że sama nie jest miss dzielnicy. Pacholę nie jest nawet moim wnukiem, ale jego rozdzierający płacz dotyka mnie straszliwie. A może porozmawiać z Uszakiem? Z obserwacji widzę, że ten Mały przy młodym ojcu jest spokojniejszy. 

Okularnica ma moje zapewnienie, że nie odmówię jej pomocy, ale tej magicznej granicy NIE chcę przekraczać. Nie chcę interesować się nie swoim potomkiem. A zresztą - nawet gdyby to było dziecko mojego syna tez nie wtrącałabym się jak toksyczna teściowa. Tak uczyła mnie moja Mama, bo sama tak postępowała. Pani z opieki powiedziała mi, że moim obowiązkiem (!) jest doglądanie całej sytuacji, bo w czasach medialnej nagonki na wszystkich, którzy krzywdzą dzieci, ja byłabym winna, gdyby coś się Małemu stało. Bo mieszkamy razem...

czwartek, 26 lutego 2015

Podpierając się tym starym, dowcipnym porzekadłem można w jednym zdaniu zobrazować sytuację w moim domu z ostatnich dni ;) 

Najpierw jakaś cholera zaatakowała Młodego. Kasłał jak gruźlik, bolała go głowa i w końcu polazł do konowała po jakieś medykamenty. Dziś już lepiej, ale do końca tego tygodnia siedzi w domu na zwolnieniu. Potem cos paskudnego wlazło w płuca Szanownego. Kasłał jak gruźlik, głowa go nie bolała, bo mojego męża nigdy głowa nie boli, ale gorączkował. Do konowała nie poszedł bo stary nie lubi chodzić po lekarzach (jak to chłop), ale namówiłam go na pobranie sobie ogólnie dostępnych wspomagaczy przeciw objawom przeziębienia i grypy. Dziś już lepiej. Następnie ja - taka twarda i jak zwykle niezłomna zostałam złamana przez kaszel, który chciał mi wyrwać płuca. Do lekarza nie poszłam, ale wykaraskałam się znowu za pomocą leków ogólnie dostępnych. Dziś już jest dobrze.

Dawno wszyscy nie chorowaliśmy. Jedynie Mania, ta, która zawsze miała jakieś problemy z odpornością (kurzajki, jęczmienie na oku) wytrwała między nami nietknięta przez wirusy. Usłyszałam od znajomej, że nasza dzielnica właśnie zmaga się z jakąś groźną odmianą grypy.

Najważniejsze jest to, że już się mamy wszyscy dobrze :) 

Tagi: zdrowie
14:23, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 19 lutego 2015

Polubiłam "biedaśrody". W ramach spędzania czasu z własną córką oraz relaksingu szeroko pojętego, poszłyśmy w ostatnią środę na "Pingwiny z Madagaskaru". Mani film podobał się bardzo, a ja jako fanka tych przemądrzałych bohaterów kreskówki tez się nie nudziłam. 

Ogólnie film jest utrzymany w konwencji popularnego serialu. Przede wszystkim mamy wyjaśnione dlaczego nasza czwórka pingwinów tworzy taką zgraną paczkę. Poza tym mamy jak zwykle tajemniczego Bohatera Złego, który próbuje nasze pingwiny unicestwić. Dodatkowo pojawiają się nowe postacie, bardzo wyraziste, próbujące nasze pingwiny zepchnąć na plan dalszy w bojach z Bohaterem Złym. Ale nic z tego, moi mili, Skipper ze swoją paczką jak zwykle musi być górą. Do tego film ma przesłanie - nie ważne jak wyglądasz, ani kim jesteś, ważne jest to, co robisz dla innych. Bardzo mi się ten pomysł podobał. Poza tym nareszcie mamy Szeregowego na planie pierwszym - on w tym filmie robi bardzo ważne rzeczy ;) Muzyka jak z filmów o Bondzie dodaje temu obrazowi tylko mocy. Szybka akcja nie nudzi i czas mija przyjemnie i bezstresowo. Jak to na bajce ;) No a na końcu pojawia się Król Julian i jego wierny przydupas Mort :)

Usłyszałam od Uszaka (który obejrzał film w necie), że nie warto wydawać kasy na bilet do kina, bo serial o sympatycznych zwierzątkach jest o niebo lepszy. Ale o gustach się nie dyskutuje i ja tak zrobiłam. Polecam każdemu, kto uwielbia bohaterskie pingwiny. Raz dla rozluźnienia napiętych jelit ;) a dwa dla zwykłej, prostej zabawy. W mojej punktacji film otrzymuje mocne 7,5.

Tagi: film
19:29, sokramka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 lutego 2015

Nadrabiam zaległości. Po pierwsze muszę zająć czymś mój mózg, a po drugie jak się ma za dużo wolnego czasu, to trzeba go zawsze aktywnie wykorzystać (książka, film, teatr, malowanie ścian ;))

"Wielki Liberace" to film biograficzny o Władziu Valentino, artyście estradowym pochodzenia włosko-polskiego zwanym po prostu Liberace. Film nakręcony został na podstawie książki napisanej przez Scotta Thorsona, jednego z kochanków Liberace, można więc posunąć się do przemyśleń, że treść jest stronnicza.

Oto poznajemy młodego chłopaka Scotta, sierotę przygarniętą przez uczciwą parę ludzi, który na jednym z występów Liberace, spotyka się z nim osobiście. Niespełna dwudziestoletni młody człowiek zostaje wciągnięty w homoseksulaną, pełna przepychu i pieniędzy grę, w której za oddanie całego siebie, może w zamian dostać wszystko. Związek trwa kilka lat, gdzie po pewnym czasie znudzony swoim przyjacielem Liberace, znajduje sobie na jego miejsce nowego kochanka.

Resztę można sobie wygooglać. Zwróciłam uwagę na wspaniałą grę Michaela Douglasa jako Liberace, który tak wczuł się w postać starego, ale i utalentowanego geja, że nawet forma wypowiadanych treści brzmiała jak u Władzia Valentino. Pozwoliłam sobie bowiem na obejrzenie kilku filmików w sieci z oryginalnych występów tego artysty. Liberace miał taki charakterystyczny uśmiech przyklejony do twarzy i Michael Douglas fantastycznie oddaje charakter tego uśmieszku. Wszystko-gesty, mimika, wypowiadane słowa to gra aktorska na najwyższym poziomie.

Matt Damon jako Scott Thorson wypada równie dobrze. Mamy kilka drobnych scen miłości homoseksualnej, ale nie jest ona wcale drażniąca. Czytałam wiele opinii internautów, że "obleśne sceny", "wywołują obrzydzenie". Mnie nie obrzydzały. Ot normalne zachowania wśród kochanków. Obejrzałam też (jak w przypadku Liberace) kilka wywiadów ze Scottem Thorsonem i rzeczywiście - podobieństwo do mentora i sponsora jest bardzo widoczne. Przypomnę, że z filmu dowiadujemy się, jak Liberace funduje zabieg operacji plastycznej twarzy Scotta, żeby chłopak przypominał wielkiego artystę. W ogóle życie z Liberace miało być nastawione na pełne podporządkowanie się temu artyście. Generalnie nie był złym człowiekiem, ale wyglądało to tak, jakby cierpiał z jakiegoś powodu na samotność i chciał kupić sobie miłość i przyjaźń. A że lubował się w młodych chłopcach...

Cały film opływa w złoto, dolary, diamenty, futra, film błyszczy, mieni się przepychem. Taki był Władzio Valentino. Nawet jest takie zdanie ujęte w jednej ze scen: "Był czarny fortepian, był czarny smoking, kto mnie ujrzy na tej wielkiej scenie? Teraz mnie widzicie?" widownia szaleje.

Jak na biografię (które uwielbiam) film bardzo dobry, daję swoje 8 na 10 możliwych.     

Tagi: film
14:58, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 lutego 2015

Kiedy włącza mi się "szju" czyli System Zapętlenia Jednego Utworu ;)

Czy wiecie, że wokalista Billy Talent, Ben Kowalewicz ma polskie korzenie? Większość chłopaków z zespołu jest z mojego rocznika :) czyli nie jestem jeszcze taka stara, skoro oni potrafią tak szarpać struny i tworzyć takie utwory.

Nie wiem dlaczego, ale nie lubię słowa "piosenka", wolę "utwór". Piosenka kojarzy mi się z disco polo. 

Tagi: muzyka
18:06, sokramka
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 lutego 2015

No i szlag trafił mój ostatni długoterminowy dobry humor. Od wtorku boli mnie nieprzerwanie żołądek. Ból jest tak duży, że mam czasami ochotę puścić pospolitego pawia. Wszystko podjeżdża mi do gardła, chwilę ukojenia przynosi jakaś słodka bułka, czy kawa, ale za chwilę gniot wraca. To nerwowe. SS bywa teraz średnio co drugi dzień. To już pewne. Sytuacja do tego staje się co najmniej śmierdząca, bo młoda mama musi wychodzić z domu, a niestety nie ma kluczy od domu. Tak więc Uszak musiał jej swój komplet oddać. 

Na bramie wisi kłódka, drzwi zamykamy za każdym razem na podklamkowy. Szanowny poucza Uszaka, żeby nie niszczył naszego życia, Uszak każe pouczać mnie, żebym była bardziej wyrozumiała. Ok. Ale jestem tylko babą i to z emocjami nie zawsze trzymanymi na wodzy, a jeszcze w zetknięciu z Byłą, która z braku merytorycznych argumentów jak mantrę potrafi wciąż powtarzać: sprzątnij syf, bo jest małe dziecko, sprzątnij ten syf, organizm puszcza. 

We wtorek wieczorem upiłam się butelką wina. Dostałam takich spazmów z płaczu, że Szanowny musiał mnie skutecznie uspokajać. Że nie warto, że moje zdrowie psychiczne najważniejsze. Wszystko piękne i logiczne w teorii, ale spróbuj człowieku zamienić się ze mną miejscami. Dziś, teraz też jest wizytacja. Siedzę w moim pokoju i nie mam zamiaru wystawić nawet czubka palca od nogi. Poczekam, aż ta pani opuści mieszkanie. 

Okularnica jest tak bierną postacią tego teatru, że aż jest to nie do uwierzenia. Nic nie wypływa z jej inicjatywy. Wszystko wokół dziecka robi Uszak, SS, rodzice Okularnicy, ona się tylko doi. Zresztą to nie moja sprawa. Wszyscy mi mówią, że mam wytrzymać do wiosny, kiedy remont w postaci wyodrębnienia osobnego mieszkania w tym domu dojdzie do skutku. Tylko kto mi da gwarancję, że aktywna babcia nie będzie latać za wnuczkiem po całej działce? 

Nie chcę tak żyć. Wszystko się spieprzyło. Szanowny mówi, że za bardzo podchodzę do sprawy emocjonalnie i powinnam olać problem ciepłym moczem. Jak się ma spięte poślady i ogarnia wszystkie sprawy domu, to gdzieś musi uchodzić stres. Niestety mam słabe nerwy. Myślę też za szybko. Juz mi się kołaczą w głowie wyjazdy z miasta, z Polski, żeby uciec, żeby nie myśleć, żeby nie uczestniczyć w tym cyrku. Nigdy nie będzie tak dobrze, żeby każdy był usatysfakcjonowany. Myśląc jak babcia dziecka chyba nie miałabym tyle tupetu, żeby przyjeżdżać do już nie swojego domu, wolałabym chyba, żeby dzieci przyjeżdżały do mnie.  

16:29, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 lutego 2015

To choroba objawiająca się dusznościami w otoczeniu więcej niż dwóch osób. W szczególności osób nielubianych bądź niepożądanych. Częstymi objawami choroby są wkurwy pospolite i fochy zwyczajne, ale to choroba uleczalna, albowiem przeludnienie znika w momencie śmierci osobników, ich wyprowadzki lub zniknięcia z pola widzenia. 

Chorowanie czeka mnie przez najbliższe pół roku. Aplikuję sobie jakieś drobne wspomagacze typu dobry humor, wiadro pozytywnej energii, czy lans intelektualny, ale niestety choroba ma się całkiem nieźle. 

W niedzielę w odwiedziny przyszli rodzice mamusi Pacholęcia. Ok. Przecież to normalne, ale nienormalnym (przynajmniej dla mnie) jest zapraszanie na biesiadę resztę domowników. Przecież okazji do świętowania będzie jeszcze mnóstwo, a poza tym to jeszcze nie ten czas - mamusia i tatuś zaczynają odczuwać skutki nocnych arii operowych Pacholęcia. Dać im spokój i czas na odespanie! 

Przy chorobie dostaję też wysypki i parchów na wątrobie, kiedy pojawia się SS. Babcia również ma prawo odwiedzić wnuczka, ale chyba nie 2-3 razy w tygodniu. Poza tym Mama mnie uczyła, że jak się wchodzi do CZYJEGOŚ domu, to wypadałoby powiedzieć "dzień dobry". Mamusia SS tego chyba nie nauczyła. Wczoraj przyjechała obciąć wnusiowi pazurki. Synowa musiała wyjść po teściową do bramy i zaprosić ją do domu, ale już dziś SS otworzyła sobie bramę sama i do mieszkania też weszła sobie sama, jak do siebie.

Kurwa.

Chyba będę musiała założyć kłódkę na bramę i będę musiała zamykać drzwi na klucz, będąc w nim w środku. Ale co to da? Nigdy tego nie robiłam, a tu proszę - takie zmiany ;) No, ale przecież ja lubię jak się coś dzieje...

Młoda mama od poniedziałku została sama, albowiem Uszak po trzech tygodniach absencji musiał wrócić na stanowisko jedynego żywiciela rodziny. I powiem szczerze - jestem z niego dumna. Daje chłopak radę jak cholera. Spiął poślady i w odstawkę poszły wszystkie pierdalamenty - synuś jest najważniejszy. Tata synusia przewija, karmi, nosi, kąpie, wozi w wózku, a mamusia tylko się doi. Do tego tatuś obsługiwał przybyłą w niedzielę rodzinkę. Urzędowo też się chłopak sprawdza. Jak kiedyś wysłał Okularnicę do załatwienia sprawy to wyszła o 9.00, a wróciła po 20.00. No taki typ.

Znam Byłe i Obecne żony, które dzwonią do siebie z okazji imienin, świąt. Nawet moja cioteczna siostra jest tą drugą i żyje w całkiem dobrej komitywie z tą pierwszą. Znam też takie, które najchętniej powyrywałyby sobie kudły i walczyły w kisielu ;) Miałam się nie zniżać do poziomu plebsu i z tłumokiem w dyskusje nie wchodzić, ale nerw mnie szarpnął od środka jak SS dziś zobaczyłam i zaczęłam głupią gadkę, która skończyła się głupimi przechwałkami pani SS. 

Do dupy z tym...

Taki sobie wspomagacz:


czwartek, 05 lutego 2015

...poszliśmy z Szanownym na seans filmowy na tzw "biedaśrody". Bilet do takiego kina kosztuje w weekend dwie osoby ponad 60 zl (!) skorzystaliśmy więc ze środowych promocji i wybraliśmy się na "Ziarno prawdy", Borysa Lankosza. 

Z wyborem seansu nie miałam problemów, wiedziałam, że muszę zarezerwować bilety na film: polski (nie trzeba czytać napisów), nie-romantyczny i w miarę ciekawy. Wszystko pod kątem Szanownego, choć i ja romansideł nie znoszę, a napisy mi nie przeszkadzają. Byłam w o tyle lepszej sytuacji, że niedawno czytałam książkę Miloszewskiego na podstawie której powstał film. I teraz parę moich subiektywnych wrażeń:

Film jest totalną kopią książki, tzn fabuła dzieje się dokładnie tak samo jak w powieści. Mamy tylko kilka szczegółów okrojonych, kilka postaci jest usuniętych (moim zdaniem dobrze, bo zaśmiecałyby film), ale dialogi i treść żywcem zerżnięta jest z treści książki. Myślę, że zamysł był dobry ponieważ mam negatywne wspomnienia z "Uwikłania", gdzie zamieniono główną postać prokuratora Szackiego na postać damską - prokurator Szacką, a treść została zmieniona i cały urok prysł.

Obsada moim zdaniem wypadła bardzo trafnie. Jedynie czytając książkę miałam przed oczami postać aktora Jacka Kopczyńskiego, który bardziej pasował mi w roli Szackiego, ale Więckiewicz ze swoją charyzmą dał w stu procentach radę i gdyby nie jego wzrost, mógłby Szackim pozostać z zaszufladkowania.

Jacek Kopczyński

Magda Walach jako Basia Sobieraj, Andrzej Zieliński jako Szyller, no i najlepszy moim zdaniem Pieczyński w roli zbolałego małżonka ofiary - Grzegorza Budnika. Wszyscy dokładnie dali radę postaciom książkowym, a moim zdaniem na brawa największe zasługuje tu Jerzy Trela z rolą Leona Wilczura. Majstersztyk. Ola Hamałko jako kochanka/dziewczyna Szackiego była zbyt drewniana i nie przekonała mnie jako widza, ale pokazała swoje wdzięki i chyba na tym jej rola się kończyła. 

Oczywiście treści nie będę opowiadać, każdy bowiem może sobie ją wygooglać. Na dokładkę dodam, że zachwyciła mnie animowana czołówka (pomysł przedni!) oraz muzyka. Piosenka z napisów końcowych w wykonaniu Kasi Nosowskiej. trochę chciałam więcej muzyki w trakcie filmu, ale być może mogłaby za bardzo przytłumić obserwowaną treść - mroczną i tajemniczą. Dodam tylko, że nie brak scen żartobliwych z ciętymi ripostami. W książce tego nie dało się przedstawić ;) 

"Ziarno prawdy" to bardzo dobry, polski kryminał/thriller, który dla smakoszy takiego rodzaju kina na pewno będzie dobrym deserem. Mnie ten film niesamowicie urzekł, mimo, że dokładnie wiedziałam, jaki będzie finał oraz kto i dlaczego zabijał ;) Mimo wszystko jednak wolałabym zobaczyć Kopczyńskiego w roli Szackiego, ale nie ja robię castingi i jest to tylko moja subiektywna opinia. Daję mocne 9 na 10 w skali. 


Tagi: film
18:38, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 lutego 2015

Niedzielny wieczór. Siedzimy w kuchni i rozpracowujemy pizze w 100% przygotowaną własnymi rękami. Przesuwam okno kalendarza na poniedziałek, 2 lutego. Zaczyna się dialog:

Sz: o! jutro balujemy chyba? ;) 

ja: jutro? a z jakiej okazji?

Sz: no nie wiesz? ja mogę sobie poświętować ;)

ja: nie wiem, a baluj sobie ile chcesz ja mam wieczorem basen Mani,

Sz: no to przyjrzyj się jaki jutro jest dzień i sama pomyśl...

Patrzyłam w ten kalendarz i patrzyłam, ślipia wybałuszałam, mrużyłam, czaszka mi parowała, aż w końcu mnie olśniło...

- nooooooooo taaaaaaaaak....

***

Dziś mija siódma rocznica naszego ślubu. jak każdy z większą dawką testosteronu - nie pamiętałam. Bo po co? ;) Szanowny pamiętał, to wystarczy.

Razem już czternasty rok nam leci, że też ten facet chce się jeszcze trzymać takiej zołzy ;)

17:58, sokramka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 01 lutego 2015

Nadrabiając zaległości kinowe obejrzałam „Wielkie oczy” w domowym zaciszu, na rozklekotanym komputerze. Ponieważ Tim Burton (reżyser filmu) to jeden z moich ulubionych twórców filmowych, myślałam, że obejrzę wizjonerskie kino na miarę Eda Wooda, ale zobaczyłam poprawne kino, oddające historię kobiety przytłoczonej przez mężczyzn i czasy w jakich żyła ze swoim talentem.

Fabuły opowiadać nie będę ponieważ każdy może sobie ją wygooglać. Amy Adams grająca główną role kobiecą – Margaret Keane była w tym filmie czasami nie do zniesienia. Nudna i rozlazła jak flaki z olejem, ale po części musiała chyba tak grać bowiem lata 60-e ubiegłego wieku nie dawały wielkich szans na wybicie się kobietom utalentowanym. To głównie mężczyźni wiedli prym w świecie artystycznym i tak właśnie było w przypadku Waltera Keane’a. Przypisał sobie autorstwo obrazów dzieci z wielkimi oczami, malowanych przez jego żonę Margaret i brylował na salonach, zbijając niemałą kasę na sprzedaży dzieł.

Christoph Waltz momentami przypominał mi Hansa Landę z fenomenalnych „Bękartów wojny”, na marginesie Quentin Tarantino to kolejny z pakietu moich ulubionych reżyserów, ale generalnie rola Waltz'a jako "inteligentnego despoty" ;) przypadła mi do gustu.

Nie ma tu scen przemocy, nie ma scen wielkiej miłości, wszystko jest poprawne, łagodne, opowiedziane językiem narracyjnym. W filmie jest jedna scena, w której Tim Burton uwalnia swoje wizjonerskie fantazje. Jaka – nie powiem, ale dla miłośników jego twórczości da się ją zauważyć. Ogólnie film mnie nudził, ale obejrzałam, lubię bowiem historie o ludziach. Film niekoniecznie nadaje się na wieczór z mężem czy narzeczonym, ale przy winie nieźle smakuje. Na 10 pkt daję 6.

 

Tagi: film
17:45, sokramka
Link Komentarze (4) »