Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 18 lutego 2018

Przed rozpoczęciem weekendu odbyłam dwudniowe szkolenie z zakresu moich obowiązków, które aktualnie wykonuję. Ze szkolenia wyszłam niezmiernie zadowolona albowiem prowadził je człowiek specjalizujący się w zamówieniach publicznych oraz z wykształcenia był prawnikiem. Brał więc niejednokrotnie czynny udział w sprawach sądowych dotyczących sporów pomiędzy wykonawcami a zamawiającymi. Co chwilę sypał z rękawa przykładami. Ze szkolenia otrzymałam certyfikat, który jutro powędruje do mojej teczki personalnej. Szkolenie bowiem zostało sfinalizowane przez mojego pracodawcę, a wysłana zostałam bezpośrednio przez mojego aktualnego szefa. 

W sobotę potrzebował detoksu. A ponieważ wcześniej zorganizowałam spotkanie z koleżankami ze studiów, zebrałyśmy się w gruzińskiej knajpie, popijając piwo lub wino oraz zajadając się gruzińskimi potrawami. Bardzo mi brakowało towarzystwa tych akurat osób ponieważ w ich towarzystwie zawsze czułam się... normalnie. To kobiety, które: nie zazdroszczą, nie oceniają, nie doradzają na siłę, słuchają i same mają wiele rzeczy do opowiadania. Spotkanie trwało kilka ładnych godzin ;-) 

W domu zaś Szanowny szykował kiełbaski "chorizo", coś na wzór hiszpańskich tradycyjnych kiełbasek leżakujących w suchym i chłodnym miejscu. Wiadomo, że zawsze rodzime potrawy będą smakować inaczej, ale biorąc chyba najlepszy, dostępny przepis spróbuje się chociaż znaleźć blisko oryginału. Kupiłam bowiem w piątek półtuszkę wieprzową, którą zamówiłam kilka dni wcześniej. Wracając z pracy zgarnęłam świnkę po drodze ze sobą. Miałam w bagażniku niezły towar :-D Już w sobotę z samego rana mój kochany chłop rozprawił się z mięsem, dzieląc na odpowiednie porcje. Co zostało - zmieliłam bądź pokroiłam na gulaszowe porcje i znowu zamrażarka jest pełna. W razie wojny mamy jeszcze słoiki smalcu ze skwarkami, leżakujące w piwnicy ;-) 

A dziś z samego rana znowu wskoczyłam na rower i zrobiłam rundkę po niedalekim terenie. Potem pojechaliśmy na zakupy i w domu każdy zajął się własną robotą. Mam w planach nowe "dziergadełka", kilka zrobionych do dnia dzisiejszego na pewno zamieszczę w najbliższym wpisie. Pojawiają się regularnie na Insta. 

Z pozdrowieniami dla Wszystkich!

poniedziałek, 12 lutego 2018

W nowych miejscach pracy poznajemy nowych ludzi. Widzimy bliżej ich spojrzenie na świat, na otaczających innych ludzi. Mamy prawo do oceny. Jeśli nie chcemy przebywać/kontaktować się z osobami, które nas denerwują/irytują/drażnią lub inaczej wpływają na nasze samopoczucie to staramy się ich omijać. Przynajmniej ja tak robię. Gorzej gdy z taką osobą trzeba współpracować i narzuca nam ona swój światopogląd, nie zawsze zgodny z własnym.

Na szczęście ja trafiłam na kogoś, kto ma inne zupełnie spojrzenie na otaczający go świat, współpracuję z tym kimś, ba – siedzę w jednym pokoju, ale nie jestem tłamszona i przekonywana do „jednej tylko racji” ;-) Prowadzimy dość dobre konwersacje.

A myśl pojawiła się w związku z informacją, jaką moja wspomniana koleżanka przeczytała na Fb, że jakaś kobieta wyrzuciła dziecko na śmietnik, bo obawiała się męża, a mąż dzieci więcej nie chciał. Próbowałam z nią dyskutować, ale w miarę rozwoju tematu jej argumentacja powaliła mnie z nóg. Powiedziałam: że to się pewnie stało z powodu braku edukacji seksualnej w jej domu, na co usłyszałam: „co ty opowiadasz! To nie ma nic wspólnego z edukacją seksualną”. Wtedy podałam argument depresji poporodowej. Usłyszałam: „co? Nie ma czegoś takiego jak depresja poporodowa. To są wymysły rozkapryszonych panienek. Mogła usunąć ciążę jak jej nie chciała.” Wtedy odparłam, że może nie miała pieniędzy na zabieg, bo przecież aborcja jest u nas zabroniona. No i ten argument rozwalił mnie na kawałki: „to mogła wziąć pożyczkę.” Potem już była fala hejtu: „co to za baba! Ja nie mogę takich rzeczy czytać. Mogła oddać do adopcji, a nie wyrzucać na śmietnik”.  Kiedy próbowałam forsować jej zdanie, że nie można tak potępiać człowieka nie znając go osobiście, usłyszałam, że ona przecież nigdzie o niej nie wypisuje, nic nie komentuje publicznie, po prostu ma takie zdanie. Doszłam do wniosku, że tu się z nią zgodzę: na hejt mojej koleżanki chciałam ją równie mocno shejtować. Tak samo było w przypadku wyprawy Tomka i Eli na Nangę. Koleżanka „zjechała” równo Tomasza za „brak odpowiedzialności”, że „zostawił dzieci”, i „kim on jest, żeby sobie realizować tak niebezpieczne hobby”. Całość jej wypowiedzi była napełniona nienawiścią do Tomka i ocenianiem go jako „nienormalnego”, jakby mało było jego rodzinie hejtu z zewnątrz…

Pomyślałam sobie dziś: kim jesteśmy, że oceniamy w tak brutalny sposób? Kiedy zadałam to pytanie mojej koleżance, przerwała mi wywód i zaczęła mówić z innej strony zagadnienia. Bardzo ją lubię, tak jak lubię większość osób, które mają inne spojrzenie na ludzi niż ja, ale potrafimy bez awantury wymienić się swoimi poglądami, ale dojrzałam chyba do momentu, kiedy lata leczonej depresji i posiadanie bardzo złożonego charakteru doprowadziło mnie do nieoceniania w tak brutalny sposób. Kiedyś potrafiłam oficjalnie i głośno zazdrościć wypowiadając (np. w rozmowie z Bratem) słowa: „po chuj im ten samochód? Nie mają na co pieniędzy wydawać?” albo równie mocno skrytykować znajomego lub potępić koleżankę za czyn, jaki popełnili, a w sumie do końca nie znałam przyczyn tego czynu.

Teraz myślę inaczej, ale ludzie się zmieniają. Przeraża mnie tylko, że ta „wolność wypowiedzi” idzie za daleko. Wystarczy spojrzeć na rozrastające się hordy narodowców. Przecież im wolno. Mają zapewnioną konstytucyjnie wolność wypowiedzi, ale jednocześnie konstytucja zabrania propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego, a już nie wspominając o mowie nienawiści. Gdzie jest ta granica? W którym momencie nam wolno oceniać, a w którym lepiej powstrzymać się od powiedzenia, że „był/była głupia”? Przecież pisząc ten tekst sama oceniłam i shejtowałam swoją koleżankę z pracy ;-)

Tagi: ludzie życie
17:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 lutego 2018

Uważam za otwarty! Czy nie za wcześnie? Ja sądzę, że za późno ;-) Siedząc teraz od początku roku za sterami auta, dziennie pokonując ok. 70 km, potem spędzając 8 godzin przed ekranem komputera (a roboty mam mnóstwo i jeszcze trochę), poczułam jak zanikają mi wszelkie mięśnie, jak twardnieją mi ścięgna pod kolanami i się na siebie wściekłam. Bo zawsze lubiłam ruch, a w szczególności rowerowy więc postanowiłam coś dla siebie w tej materii zrobić. 

Wstałam jak zwykle w okolicach 7.00, odsłoniłam zasłonki i zobaczyłam jak mgła woła mnie z lasu. Mania jeszcze spała, Szanowny poszedł skoro świt do pracy więc naciągnęłam dresy, czapkę i wystawiłam rower ze schowka. Miałam trochę za cienkie rękawiczki, ale po przejechaniu kilku kilometrów zrobiło mi się w nich ciepło ;-) 

Na początek pokonałam zaledwie 12 kilometrów. Ale to i tak napełniło mnie pozytywną dawką energii i dobrego zmęczenia. To jak ten dobry cholesterol ;-) Temperatura około zera stopni to tak naprawdę żaden mróz, a dobre powietrze wprost do płuc. 

Teraz piję kawkę, a w pokoju, w ciepłym miejscu rośnie mi zaczyn z zakwasu na chleb. Zaraz wezmę prysznic, a potem wezmę się za robotę. 

Miłego weekendu!


Tagi: rower
09:24, sokramka
Link Komentarze (2) »