Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 28 listopada 2012

 Z moimi pracami społeczno – użytecznymi. W poniedziałek przespacerowałam się do Opieki Społecznej zapytać się co dalej z moim kontraktem za 300 zł miesięcznie? Okazało się, że ów kontrakt wygasa i do marca przyszłego roku nie ma szans na jakąkolwiek pracę. Poraziło mnie to, ale pocieszyłam się faktem, że mam to sprzątanie u koleżanki. Nie będę całkiem goła finansowo.

 Z pozostałych kontraktów pozostaje umowa o przydzieleniu mi Asystenta Rodzinnego, do którego wczoraj napisałam maila, żeby się zwyczajnie wyżalić. Nie mam osobistych przyjaciół – taką funkcję pełniła od zawsze moja Mama, a odkąd Jej brak nie mam się komu zwierzać. Owszem, gro znajomych wie o moich problemach, ale są takie sprawy, o których nie napiszę nawet na blogu. „Takie” sprawy znałaby tylko Mama.

 Zostaje również pielęgniarka środowiskowa, która regularnie odwiedza moje domostwo. No i bilet miesięczny naładowany do kwietnia 2014 r. Tylko po co mi ten bilet jak w grudniu będzie koniec świata???? ;) ;) ;)

poniedziałek, 26 listopada 2012

Dostałam dziś smsa od koleżanki z numerem telefonu do człowieka, który szuka osób do pracy. Zadzwoniłam i okazało się, że facet zajmuje się kredytami (agencja bankowa, nie chciał powiedzieć jaka, a nawet jakby powiedział to bym nie napisała :P). Praca miałaby polegać na pozyskiwaniu klientów w celu sprzedaży kredytów, czyli krótko mówiąc: akwizytorstwo. Umowa zlecenie, pensja prowizyjna; dobrze, że człowiek był uczciwy i wyłożył mi kawę na ławę wprost.

 Na korytarzu pomiędzy kolejnymi machnięciami mopa zaczęłam rozmawiać z jednym z tych młodych „brudasów”. Całkiem miły chłopak, ale uśmiechnęłam się pod nosem wspominając wygląd jego pokoju i biurka ;) Rozmowę zaczął on – pytając czy jestem zadowolona z pracy i czy nikt się nie czepia mojej techniki. Opowiedział mi o poprzedniej sprzątaczce, która ogarniała biuro w jakieś 3-4 godziny i biegła do następnej roboty. Były takie osoby, którym się nie podobało tempo pracy tej pani. Uważały, że „za krótko”.

 Potem weszliśmy na temat branży, w jakiej znajduje się biuro w którym sprzątam. Od słowa do słowa i weszliśmy na moje poszukiwania pracy, zdolności, kompetencje, wykształcenie. Chłopak konkludując powiedział, że on chyba założyłby własną firmę sprzątającą ponieważ teraz trzepie się na tym największą kasę. Wymienił też: śmiecie, kanalizację, branże, o których większość nie chce myśleć ze względu na specyfikę pracy. Osobiście nie mam w tym temacie zdania. Nie wiem jakie jest zapotrzebowanie na wykwalifikowane gromady sprzątająco – porządkujące.

 Założyć DG jest bardzo prosto; ot kilka urzędowych druków do wypełnienia, trochę stania w kolejkach, deczko biurokracji i już jest się Szefem Wszystkich Szefów. Ale utrzymać się na fali biznesu jest już niestety gorzej. Po pierwsze trzeba wybrać rodzaj działalności: sprzedaż, usługi, transport? Po drugie trzeba umieć dobrze rozpoznać rynek wokół siebie, po trzecie: dobrze być konkurencyjnym, żeby klient myślał o tobie, a nie o Kowalskim. Wszędzie i o wszystko trzeba walczyć. Dawno już minęły czasy „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”.

 Z drugiej strony nie ma co się rzucać z motyką na słońce. Ja cały 2010 rok miałam właśnie taki: trzy miesiące w jednej robocie, trzy w innej, boję się, że przyszły pracodawca źle sobie o mnie pomyśli mając tyle świadectw pracy. Słyszałam tez opinie, że dwa, trzy świadectwa pracy również źle świadczą o pracowniku; ma to dać opinię człowieka nieumiejącego przystosować się do rynku, kogoś kto jest (powiedzmy) niereformowalny, nie obrażając nikogo powtarzam tylko zasłyszane słowa specjalistów od rynku pracy.

 Jutro kuchnia. Jutro tez postaram się znaleźć chwilkę na wpis o moich dalszych losach na kontrakcie przy pracach społeczno – użytecznych.  

 

Tagi: praca
19:02, sokramka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 listopada 2012

… i czas zacząć nowy tydzień. Ten poprzedni tak szybko mi minął, że ani się obejrzałam, a już był piąteczek. Jutro dyżur na mopie i szmacie od kurzu, a we wtorek kuchnia.

W sobotę przejrzałam ogłoszenia, które ukazały się w piątek, a których nie miałam czasu zobaczyć ponieważ piątkowy wieczór spędziłam na uczelni szkoląc się bibliotecznie – nudnie, ale zaliczyć trzeba było.

 Sobota również minęła mi pod znakiem igły od maszyny (właśnie sobie uświadomiłam ile to już czasu nie odpalałam tego sprzętu, aż wstyd, ale taka prawda). Chcąc uszyć Małej ze dwie pary spodni z materiałów, które posiadałam: jakiś dżins, skrawki sztruksu, wyciągnęłam cztery pary spodni w rozmiarze 34, które dostałam kiedyś od koleżanki „na szmaty”. Przyglądając się wielkości tyłka tych spodni spostrzegłam niewielkie podobieństwo do wielkości tyłka mojej córki. Wystarczyło więc skrócić nogawki, wciągnąć po małej gumce z dwóch boków i spodnie gotowe! Moja radość była nieopisana ;) Zdążyłam też obrobić zaległe prześcieradło dla przyjaciółki, ale nie dałam rady wszyć już gumki.

 Potem robiłyśmy z Małą kokosanki. Przepis zaczerpnęłam ze strony kotlet.tv, która znajduje się w moich zakładkach. W zasadzie nie musiałam nic robić, bo córka ze wszystkim sobie poradziła. Tylko jajka jej rozdzieliłam na żółtko i białko.

 Obiad miałam z piątkowego dyżuru na kuchni, była rybka, ziemniaki i surówka z kwaszonej kapusty. W wolnym czasie mogłam nareszcie posprzątać w naszym pokoju. Nie ukrywam, że Mała mi ogromnie pomogła, ból kręgosłupa zaczął tak dokuczać, że w ogóle nie mogłam się schylać – odkurzanie zostawiłam więc córce.

 A dziś – w niedzielę – nie byłam w stanie wstać. Myślałam, że w odcinku lędźwiowym rozerwie mnie na pół. Ale jakoś dałam radę i podniosłam się z wyrka. Potem pojechaliśmy z krótkimi odwiedzinami do mojej przyjaciółki, przy okazji zabierając jej niepotrzebne meble do nas na opał.

 Myślałam sobie w piątek rano, żeby pójść z Szanownym gdzieś na spacer, do kina (zarobię – będę mieć kasę!) wyrwać się z tych kłopotów, nie myśleć o ciągłym kombinowaniu. Nie wyszło, choć nasze układy są ostatnio naprawdę bardzo dobre. Sprzeczki są tylko żartobliwe, na zasadzie „kto się czubi ten się lubi”. Mieliśmy za dużo do zrobienia w domu korzystając z tego, że ja nie idę na uczelnię, a mąż nie idzie do pracy.

 Do tego jeszcze Szanowny poinformował mnie o objawach, które dokuczają mu od jakichś dwóch tygodni. Jadąc rano do pracy (6.00) widzi jak przez mgłę, bolą go gałki oczne i nie umie nic przeczytać przy sztucznym świetle. Jest dalekowidzem, kupuje sobie okulary do czytania (+ 1.5 lub +2.00). Boję się, że to objawy tzw. „suchego oka”, lub jaskry, ale nie jestem okulistą, niech sam idzie i się zdiagnozuje.

 Każdy ma swoje demony, takie „coś” co nosi przy sobie w torebce, albo śpi z tym w jednym łóżku. Czasem też takie „cosie” łażą z nami do pracy, a czasem wyglądają z garnków i lodówki.

 Jakoś trzeba z tym żyć.

17:52, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 listopada 2012

 „Ale się pani ambitnie wzięła za to sprzątanie” – usłyszałam wczoraj, „wszędzie pachnie, jak czysto” – ktoś powiedział, „teraz to już będzie nie do poznania” – takie komentarze słyszałam od dwóch dni. Prawdę powiedziawszy mam ich dość.

 Jeśli biorę się za powierzone mi obowiązki, to staram się je wykonywać. Jeśli dostałam szmatę i mopa za narzędzia pracy, to się nimi po prostu posługuję i naprawdę dziś wszystko mi jedno czy pracuję długopisem czy ścierą – szukam pieniędzy. Ci ludzie z biura, gdyby choć trochę postarali się ogarniać po sobie, to naprawdę nie byłoby problemu z czystością, a tak – mnie kręgosłup pęka, a oni mają raj przed oczami. Takie sranie w banie. Bo przyjdzie czas, kiedy doprowadzę to biuro do stanu „normalności” i nagle okaże się, że nic się nie zmienia – bo nie widać efektów. Skończą się głupawe komplementy. Więc niech mi ich teraz nie prawią, bo przyjemności mi tym nie sprawiają.

 Jeden z chłopaków zajmujących najbardziej zasyfiały pokój powiedział mi wczoraj, że w tym dziale narodził się bunt – bo jedna osoba sprzątała, druga też, ale już trzecia nie i te dwie się buntowały. W łazience stał kosz na śmiecie, taki mały, fikuśny, syf, który ułożony był piramidalnie na jego deklu sięgał mi do pasa! Wzrostu mam 166cm. W lustrze nie było widać twarzy (modelki jebane, pucujące się pudrem i błyszczykami nie mogły przetrzeć raz na jakiś czas???) a podłoga usrana była zaschniętym błotem z butów. „Wszędzie pachnie, jak czysto” – wsadźcie se w dupsko te Wasze komentarze.  

 Po trzech dniach wypruwania sobie flaków dziś idę pomagać na kuchni i wierzcie mi lub nie – idę tam z czystą przyjemnością. To także praca fizyczna, ale w porównaniu ze sprzątaniem – to pan pikuś.

 Zarżnę się chyba, albo nie wiem co. No ale co zrobić jak człowiek jest goły jak święty turecki? Jedną pensją możemy sobie gile podcierać. W szkołach moich dzieci nie płacę komitetów, na składki klasowe zrzucam się najniższymi stawkami, nie zawsze puszczam moją Małą na wszystkie wycieczki. Czuję się jak patolka, która biedę ma wypisaną na czole.

 A tu jeszcze nowiny – bo mój syn Pierworodny ma dziewczynę. Dowiedziałam się niedawno, ale jak na razie jest to temat tabu dla mojego dziecka więc o nic nie pytam. Zapowiedziałam tylko, żeby mnie szybko babcią nie zrobił ;) No i tu kasa znowu się odzywa – dobrze, że Młody ma możliwość załapania drobnych kwot u swojego prezesa, gdzie działa jako wolontariusz. Prezes czasem go prosi o jakieś drobne pomoce przy tachaniu sprzętu fundacji, rozwiezieniu pism po kontrahentach (sam jest osobą niepełnosprawną) Młody złapie czasem parę groszy do kieszeni.

 No ale życie nie polega na „łapaniu grosza”, doprawdy czuję się fatalnie z tą myślą, a co gdybym była całkowicie samotną matką??? Kiedyś przechodziłam przez okres bycia „tatusią i mamusiem”, ale wtedy miałam pracę, która zaspakajała moje i syna potrzeby. Samotne Matki – łączę się z Wami wirtualną myślą!   

Tagi: praca
09:06, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 listopada 2012

 Obudził mnie ok. 1.00 w nocy łapiąc za ścięgno w dużym palcu lewej stopy. Syknęłam z bólu i chciałam łobuza rozmasować. Podciągając nogę w celu dostania się do stopy, potwór złapał mnie przy kostce z lewej strony. Stopa nienaturalnie się wygięła i wtedy już zaczęło być paskudnie. Zaklęłam szpetnie i próbowałam „wyprostować” krzywiznę dociskając zniekształconą stopę do ściany na wprost (tu wykorzystałam spanie z chłopem na waleta). Nic nie pomogło. Zaczęłam więc wstawać, a mój nocny gość chwycił mnie ze zdwojoną siłą w łydkę. Miałam kamień, nie mięsień. Będąc już w pozycji pionowej, skurcz (czy kurcz, jak kto woli, lub jak jest poprawnie) ucapił się miejsca pod kolanem. Wyjąc z bólu obudziłam Szanownego.

 Od dziecka mam problemy z kurczami, choć badania krwi do tej pory wychodziły całkiem dobrze. Piję kawę, ale wiem, że zbyt duże jej ilości niekorzystnie wpływają na częstotliwość skurczów (poprawcie mnie – która forma jest poprawna: kurcz, czy skurcz). Mając teraz to sprzątanie ograniczam się do jednej filiżanki dziennie. Po wczorajszym maratonie na szmacie podejrzewam, że organizm się zbuntował. Szczerze – to boję się dzisiejszej nocy.

 Nocna przygoda z potworem skończyła się moim kilkuminutowym spacerowaniem jak paralita po pokoju syna (tam jest dużo miejsca, he he). Noga w momencie próby postawienia kroku wyglądała jakbym chciała założyć szpilki na 10 cm. Do tego stopień wykręcenia w lewo stwarzał niepowtarzalny obraz jakiegoś kalectwa. Długo chodziłam zanim poczułam, że wszystko odpuściło i mogę znowu się położyć.

 Pod kołdrą czułam pulsujące miejsca po niedawno pożegnanym potworze. Do rana już mnie nie zaskoczył. Dziś czułam ból mięśni w lewej nodze. W pracy ściskało mnie pod lewym udem. Nie wiem jak będzie jutro.

 Kiedyś próbowałam faszerować się magnezem. Nic nie pomagało. Stosowałam różne masaże, leżenia tak, siak, wspak – zero skuteczności. Podobno nie ma na to sposobu. Tylko dlaczego to tak musi boleć??? Jakby mi ktoś rozżarzonym szpikulcem wkręcał się w nogę. 

I dla humoru:


Tagi: zdrowie
18:21, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

 Będzie wylewnie, bo nie mam nastroju na hopki – siupki. Weekend pod znakiem wzmożonej pracy umysłowej, dwa razy po 10 godzin wykładów na uczelni. Za mną już jeden test zaliczeniowy z filozofii, a przede mną odrabianie zajęć odwołanych 3 i 4 listopada.

 Sobota, Szanowny w robocie, ja na uczelni, Młody u prezesa, w domu Uszak i moja Mała. Około 15.00 pojawia się Okularnica – dziewczyna Uszaka. Dzieci rządzą. Wybaczcie mi teraz, drodzy czytacze, słowa niecenzuralne, ale moja wewnętrzna degrengolada ostatnio sięga dna i musze jakoś odreagować.

 Wróciłam z zajęć późnym wieczorem. Już w progu zdałam sobie sprawę, że chętnie mogę wrócić na wykłady, tylko z dziećmi musiałam się zobaczyć. Przedpokój pełen piachu z butów, żaden z panów nawet nie sięgnął po odkurzacz nie mówiąc nawet o zmiotce. Kuchnia ujebana do granic możliwości, z obu komór zlewu wyglądają stosy brudnych garów i talerzy (zmywarka stoi pusta) Mała bez ciepłego obiadu tylko na płatkach z mlekiem (ok., z głodu nie zdechła). W zasadzie nic takiego się nie stało – dom stoi cały, wszyscy zdrowi i zadowoleni, w związku z tym zjadłam co nie co i bez włączania kompa położyłam się spać.

 Niedziela, pobudka o 6.00, prysznic, wyjście na zajęcia kiedy wszyscy jeszcze smacznie śpią. W ciągu dnia wykłady z mikroekonomii. Facet jest może i dowcipny, może też jego przekazywanie wiedzy jest znośne, ale niestety ten przedmiot to nie moja działka nauki. Najfajniejsza była socjologia, na samym końcu dnia. Przemęczona umysłowo, ale zainteresowana tematem wpatrywałam się w wykładowcę (swoją drogą niesamowicie przystojnego).

 Powrót do domu napełniał mnie marzeniami o ciepłej, zielonej herbatce i zamkniętych oczach. Fakt, że w nocy zostałam dobitnie poturbowana przez Szanownego spowodował, że intensywnie myślałam jak mu to wyłuszczyć (musiał śnić o jakichś męskich walkach, bo dostałam z łokcia i prawie cały jego ciężar ciała z pleców spoczął na mnie). Po wejściu do domu chciałam o tym pogadać, pokazać dosadnie, że niechcący zrobił mi krzywdę, bo nawet się dobudzić nie dał. Wyszło na to, że się czepiam, bo nie ma bałaganu (fakt – załadował zmywarkę i nawet obiad ugotował) i nie mam na czym się wyżyć i wymyślam preteksty do sprzeczki. To słowa mojego męża. Opadła mi kopara.

 Przestałam się odzywać. Kiedy zaproponował mi obiad – odmówiłam, zwyczajnie nic wtedy nie chciało mi wchodzić do żołądka. Oczywiście usłyszałam od Szanownego, że dlatego nie chcę jeść bo ON zrobił. Znowu parter w mojej szczęce.

 Kiedy zaczęłam szykować Małą do kąpieli okazało się, że nie ma odrobionych lekcji. ŻADEN z trzech panów (mojego Młodego nie było w domu również w niedzielę) nie pomyślał, że dziewczynka ma lekcje nieodrobione (dodam, że mówiłam już w piątek – „idę na zajęcia, przypilnujcie Małą z lekcjami”). Dopadła mnie kurwica.

 Szybka kąpiel dziecka, pomoc w lekcjach, bajka na dobranoc i sama do wyrka. Oczywiście na tzw. „waleta”, odwrotnie w stosunku do męża. Chłop zdziwiony, zaskoczony, że żona się obraziła. Wyjaśniłam capowi, że nie mam ochoty obrywać w nocy od niego i wolę się ubezpieczyć. Jak długo tak będziemy spać? Nie wiem.

 Zasadniczo nic w domu nie zrobiłam, nawet nie miałam najmniejszego zamiaru. Byłam tak umęczona psychicznie, że nawet awanturować mi się nie chciało. Do tego zdziwiłam się faktem, że pralka była zamknięta i włączony był guzik (nie chodziła) Myślałam, że ktoś domyślnie wstawił załadowane pranie tylko zapomniał wyjąć. Złudne moje nadzieje. Okazało się, że Scareface po moich interwencjach i gadkach w temacie brudasów, flejtuchów i smrodu, zebrał swoją kupkę skarpet, gaci i koszul walających się koło łóżka od ponad dwóch tygodni i sam uprał. Potem wsadził z powrotem poprzednie brudy do pralki, ale już zapomniał wyłączyć guziczka. Nie istotne.

 Czy moi mili czytacze wiedzą gdzie taki 21 letni mężczyzna rozwiesił sobie swoje pranko? Wiedząc, że uprzedzałam o zajętej suszarce i namawiałam na regularne przynoszenie brudów do prania. Otóż, mój przemądry pasierb rozwiesił sobie kabel od istniejącej kiedyś lampki pod sufitem i na ścianie, od jednej do drugiej strony porozwieszał swoje ineksprymable. Dobrze, że czyste. Ja pierdolę, mega ozdoba ściany – taka nowatorska.  

 Poniedziałek. Dostałam też propozycję dorobienia sprzątając biuro zaprzyjaźnionej koleżanki. Nie mówiła, że będzie łatwo, a ja świadoma tego podjęłam się zadania. Dziś zaczęłam. Jestem wypompowana fizycznie. Okazuje się, że takie brudasy jak moje pasierbki (i mój mąż) istnieją również w innym kosmosie. Zapuszczone, zasyfione biuro, które nosiło ślady męskich szczochów na ścianach i plam po kawie na drzwiach. Śmiecie wylewały się z koszy (zebrałam ich dziś dwa wory) a kadra uśmiechnięta i zadowolona nic sobie z tego przy sprzątaczce (mnie) nie robiła. Koleżanka będzie czytać, ale z pewnością się ze mną zgodzi.

 Teraz siedzę i regeneruję mój schorowany kręgosłup, ale przynajmniej zarobię trochę kasy i kupię sobie dżinsy, bo te jedyne co mam to za chwilę mi na dupie pękną ze starości.

 Zapierdalam więc ze szmatą goniąc każdy grosz – dwa razy w tygodniu na kuchni szkolnej, trzy razy w biurze. Coś trzeba robić, ale mam nadzieję, ze to przejściowa sytuacja. Uff.

17:01, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 listopada 2012

 Czeka mnie jutro wycieczka w celu złożenia kolejnej aplikacji na wolne stanowisko. Ponieważ jest to budżetówka muszę przygotować kopie wszystkich moich dokumentów potwierdzających doświadczenie oraz wykształcenie. Muszę też napisać list motywacyjny dostosowany do wymogów stanowiska.

 Wczorajsze zebranie w szkole u Małej nic nie wniosło. Pani przekazała informację, że wszawica to problem rodziców i mamy najzwyczajniej pilnować dzieci i często sprawdzać im głowy. Najbardziej zszokowało mnie stwierdzenie, że na początku roku rodzice podpisywali oświadczenie o wyrażeniu zgody na sprawdzanie czystości głów dzieci. Szczęka mi opadła kiedy dowiedziałam się gro z nich NIE wyraziło na to zgody. Stąd też mała ingerencja szkolnej pielęgniarki.

 No cóż. Życie płynie dalej, emocje opadły. Moja sinusoida powoli wraca do pozycji zero, a już zaczynała przekraczać magiczną strzałkę na osi y.

 Dziś dyżur na kuchni, a w najbliższy weekend kolejny zjazd. 

09:11, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2012

I jak by nie stanął to dupa z tyłu. Jak nie urok to sraczka, albo przemarsz wojsk, mówiąc językiem przysłów. Tak mi się jakoś zebrało na takie myśli. Cholera, człowiek chciałby mieć wszystko poukładane, usystematyzowane, a tu się nie da, bo zawsze "coś". 

Oby do wiosny ;)

10:08, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2012

 Śniły mi się dzisiaj wszy maszerujące jak wojsko po moim pokoju. To już nie jest śmieszne, to jest wkurzające (staram się być kulturalna, bo najchętniej zaklęłabym szpetnie!) Moja Mała znowu ma wszy na głowie. Codzienne sprawdzanie daje tę możliwość, ze wychwyci się w odpowiednim momencie jednego osobnika, lub dwa i złożone białe jajeczka na włosach. Dobrze, że mam wyrozumiałe i mądre dziecko, które spokojnie przyjmuje do wiadomości, ze trzeba nałożyć na głowę oleisty specyfik, który maże się pod palcami i nie chce się później zmyć normalnie szamponem za pierwszym razem.

 Koleżanki opowiadały mi, że ich córki darły się jak opętane, kiedy im matki nakładały to badziewie na głowę. Nie wiem czym to się ma, że moja Mała spokojnie przyjmuje taki stan rzeczy.

 Szkoła ma związane ręce, sanepid podobno jest poinformowany, opieka społeczna również, ale nikt nic więcej nie robi. Rodzice są oburzeni, bo raz zlikwidowana wszawica u dziecka powraca za jakiś czas. To jest jak epidemia, dzieci spędzają ze sobą czas w klasie, na świetlicy i wystarczy, że robal przejdzie sobie na zdrowy, nowy włos, naskłada jajeczek i gromada gnid gotowa.

 W środę mam zebranie u Małej, chcę zobaczyć co się będzie działo ponieważ kilka z mam nie wytrzymało i podobno zaczęły działać na własną rękę. W jaki sposób? Tego właśnie chcę się dowiedzieć. Mam o tyle dobre kontakty wśród rodziców dzieci z naszej klasy, że chcę „wkręcić się” w Zorganizowaną Grupę Przeciwrobalową ;)

 Dziś Mała nie poszła do szkoły. Lekarstwo na wszy trzeba trzymać na głowie minimum 8 godzin pod foliowym woreczkiem. Znowu spała w czepku. Rano mycie głowy, a wieczorem ponowna kąpiel łepetyny. Szczerze to mam już dość. To gówno kosztuje ok. 30 zł. Dla mnie to kombinowany obiad dla naszej czwórki. Zwyczajnie nie stać mnie na leczenie własnej rodziny z powodu drugiej, patologicznej, zawszonej rodziny. Te pieniądze, które wydaliśmy my – jako rodzice naszych dzieci – mogłyby spokojnie zostać przeznaczone na zdezynfekowanie patoli, które sieją wśród innych dzieci hordy maszerujących pasożytów.

Tagi: córka wszy
09:23, sokramka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2012

Pielęgniarka jak zwykle punktualna, zjawiła się już o 8.00. Od razu poinformowała mnie, że z proponowanej mi pracy nici – była na miejscu, dowiadywała się, jednak nic z tego. Ale mam się nie przejmować, ona ma jeszcze jednych znajomych, będzie u nich w przyszłym tygodniu więc się zapyta o robotę.

 Dziękuję wszystkim moim znajomym za zainteresowanie moją sytuacją. Nie wiem jak to jest i dlaczego tak się dzieje, ale jest mi przyjemnie otaczać się ludźmi, którzy r o z u m i e j ą. Jeśli znalazłabym się po przeciwnej stronie barykady, to uważam, że chciałabym pomóc tak samo. Bo właściwie nie wiadomo kiedy i co nas w życiu spotka oraz w jakiej sytuacji się znajdziemy. Paradoksalnie (w moim akurat przypadku) na pomoc i wsparcie emocjonalne mogę liczyć tylko wśród znajomych. Rodzina jest jakby z boku. Ciotki, kuzyni potrafią tylko DZIWIĆ się, że JA nie mogę znaleźć pracy.

 Może właśnie z powodu mojego usposobienia mam za męża faceta z przeszłością, a sama jestem po przejściach ;) Nie szukałam nigdy bogatego księcia z bajki, przedsiębiorcy, „byznesmena”, może jednak szkoda, że nie zostałam tą nauczycielką? Z tym, że dziś nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i trzeba brać życie za rogi takie jakie się podstawia.

 Mam dziwny charakter. Poddaję się różnym torturom życiowym na własne życzenie, staram się być uprzejma i kulturalna wobec innych bo sama bym chciała być miło traktowana. Owszem, istnieją w moim słowniku słowa niecenzuralne, których nader często nadużywam, ale kto sobie czasem nie zakurwi, albo z chujem pośle w siną dal? No, chyba tylko mój mąż ;) na serio: mój chłop nie klnie! Jak mu się wymsknie z ust jakaś przypadkowa „kurwa” to jest albo baaaaaaaaaaaardzo wesół po piwie, albo baaaaaaaaaaaaardzo sfrustrowany.

 Ja to taka burza emocji – na plus i na minus. Jak chwalę i kocham to na zabój, jak opierdalam i narzekam to po całości.

 Dziś piątek, zajrzę jeszcze na kilka portali pracowych, może coś znajdę. Weekend mam wolny – brak wykładów. Planuję spotkanie z dobrą koleżanką, z którą przepracowałam swego czasu siedem lat w jednej firmie.

10:20, sokramka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2