Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 29 listopada 2013

Wydawałoby się, że bredzę pisząc o braku czasu, a ja normalnie nie mam chwili dla siebie nawet na wpis na blogu. 

Miałam opisać pierwsze podrygi Małej na lodowisku...
Miałam opisać jakie rewolucje czekają mnie na mopie...
Miałam opisać jakie przykrości sprawia mi mój siedemnastoletni Syn...
Miałam opisać plany rewolucyjno - remontowe chłopa...

Miałam...

Dziś gotowałam zacierkową i fasolkę po bretońsku z boczku wędzonego przez Szanownego. Kuchenkowe palniki zajęte, pralka prała, a do tego czekała na mnie koza, żeby w niej napalić. Włączyłam gazowe ogrzewanie bo już nie miałam kolejnej pary rąk. Chłop wrócił przed 19.00. Dobrze, że zajął się kozą. 

Jutro mam zajęcia, wrócę wieczorem i nawet nie chcę myśleć jak będzie wyglądał dom. Młody znowu zawinął kota ogonem i na trzy dni pojechał na szkolenie harcerskie. Jeszcze do tego zabrał nowego kompa, a tam na pulpicie moje materiały z uczelni... Niech to szlag. Popłakałam się dziś... 

Napisał mi smsa, że przeprasza, że wyśle mi wszystko na maila.

Nie chce mi się iść jutro do szkoły :(

18:42, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

Piątek

Po pracy miałam wycieczkę „na miasto”. Musiałam przejechać się do szpitala dziecięcego , żeby zapisać Młodego do ortopedy. Tak, tak, mimo tego, że chłopak wygląda na 21 lat, musi jeszcze być leczony przez lekarzy dziecięcych, nie jest pełnoletni.

Z tym moim Młodym ostatnio mam więcej przeżyć niż z resztą rodziny. Chyba czas coś napisać i sobie ulżyć.

Sobota

Brak zajęć na uczelni – czas dla domu i rodziny. Szanowny miał również wolną sobotę pojechaliśmy więc z samego rana na kiermasz militarny niedaleko mojego miasta. Wojsko miało wyprzedawać jakieś ogromne ilości butów, bojówek, kurtek, czapek, menażek itepe. Na miejscu okazało się, że ceny nie przyciągają tak jak miały to robić, a i wybór był żaden. Szanowny chciał sobie kupić buty (w piątek wziął połówkę wypłaty), bo chodzi w wiosennych cichobiegach, a Młody miał chrapkę na kolejne bojówki. Skończyło się tylko kupnem Synowi kapelusza z osłonką na wędrówki harcerskie.

Po powrocie do domu Szanowny zabrał się od razu za wyrób domowych wędlin. Znowu będzie na dwa tygodnie kiełbasy, szynki, pasztetowej, a dla siebie zrobił boczek. Upieprzył mi kuchnię maksymalnie, bo sobota była dniem przygotowywania mięsa do wędzenia. Ale czymże jest syf wobec smaku domowej kiełbachy?

Poza tym Szanowny poruszył wątek kucharzenia: „myślę, że nie powinienem być mechanikiem, tylko kucharzem”, a ja jako ta niedobra  żona zgasiłam jego zamysły, mówiąc: „myślę, że dobrze, że nie jesteś kucharzem, bo nikt by nie chciał jeść np. na brudnym talerzu”. Wiem, świnia jestem, ale wieczorem pomogłam mu sprzątać, bo zmywak i gąbka w ręku mojego męża to jak święto narodowe. Tak samo jest  z odkurzaczem i szczotką.

To jeszcze nie koniec soboty. Na 17.00 Młody miał wyznaczoną wizytę na MR. Skierowanie na rezonans dostał od neurologa w związku z jego bólami kręgosłupa. Z tego też powodu zapisywałam go w piątek do ortopedy. I tu mała dygresja: ja wiem, że młodzież szybko rośnie, że bywają bóle kręgosłupa z tym związane i wiem, że nie powinnam szkalować własnego syna, ale coś mi się widzi, że ten problem jest nadto przerośnięty. Obserwuję Młodego i widzę, jakie wykonuje prace, jak chodzi i co może dźwignąć. Z własnej perspektywy – mojej wady kręgosłupa i bólów z tym związanych. Moim zdaniem uważam, że przesadza. No, ale wyniki badań kłamać nie będą. Zdziwiła mnie tylko postawa lekarza pediatry, który z marszu dał Młodemu zwolnienie z WFu do końca stycznia i sugestię rehabilitacji (to już wypisała pani neurolog). Zobaczymy.

Niedziela

Od 9.00 mąż już palił w wędzarce. A ja w końcu mogłam ogarnąć chałupę i po swojemu posprzątać. Zła jestem tylko, bo moja młoda kicia zrobiła gdzieś kupsko w kącie i nie mogę go zlokalizować. Mała cholera jako jedyna nie radzi sobie z robieniem na dworze. Owszem, wychodzi z dwoma pozostałymi kotami, ale zdarza się jej nasikać w domu (najczęściej w kuchni pod stołem).

Leniwie kończąc niedzielę uszyłam Małej fartuszek kuchenny, zabierze go jutro do szkoły. Dzieci będą robiły własnoręcznie kanapki. Potem, po lekcjach zamiast basenu mają zaplanowane zajęcia na lodowisku. Łyżwy są mi obce, obecna jednak będę.

Zdjęć fartuszka na razie nie wstawię. Nie mam jak. Ale przy okazji, może… 

 

wtorek, 19 listopada 2013

Mam dylemat, który gryzie mnie od dłuższego czasu. Otóż postanowiłam wysłać mojemu ojcu kartkę urodzinową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ze swoim ojcem nie widziałam (i nie słyszałam się) ... ojej, już 20 lat. 

Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 13 lat. Z domu wyprowadziłam się z Mamą i Rodzonym mając 10. Od czasu wyroku, w którym sąd nakazał regularne widzenia ojca z dziećmi, moje oczy oglądały rodzica zaledwie parę razy. Aż do moich 18 urodzin, kiedy to uchachana tak doniosła chwilą w końcu udało mi się "dorwać tatę" pod blokiem. Po krótkiej rozmowie podekscytowana powiadomiłam go krótko: "tato, a ja skończyłam już 18 lat!", na co mój ojciec odparł: "no i co z tego?". Pojawiły się łzy w moich oczach, coś ścisnęło mi gardło, w jednej chwili przyszła mi do głowy myśl, którą przetworzyłam przez struny głosowe: "wiesz co? nie chcę cię znać, od dziś nie mam ojca, a ty nie masz córki".

Odwróciłam się na pięcie i od tamtej pory mój kontakt z ojcem urwał się. Długo nie mogłam się z tym pogodzić. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego mój ojciec nie chce się ze mną widywać. Pamiętam z dzieciństwa mój wielki respekt przed "tatą", wtedy jeszcze mogłam śmiało wymówić to słowo. Dziś nie mogę go przełknąć i chyba już na zawsze pozostanie dla mnie "ojcem".

Jako mała dziewczynka chyba byłam kochana przez ojca, ale jak próbował okazywać mi uczucia nigdy mu to nie wychodziło. Kiedy przytulał - bolało - był/jest, bo żyje, bardzo wysokim i silnym facetem (syn kowala). Kiedyś siedziałam mu na kolanach, kupił mi nowe spinki do włosów, takie motylki, bujał mnie na tych swoich kolanach, aż w końcu moja głowa niechcący opadła na podłogę uderzając nowymi spinkami. Ozdoby połamały się w drobny mak.

Pamiętam też jak poszedł ze mną na sanki, miałam chyba z sześć lat. Chciał mnie puścić z wysokiej góry, bałam się, a on chciał na siłę zrobić ze mnie odważne dziecko. Puścił mnie mimo protestów. Wystraszona odwracałam się na sankach wołając za tatą, a mój ruch ciała spowodował zmianę toru ruchu sanek. Wylądowałam na drzewie. Miałam rozbity nos. Leciała krew.

Pamiętam jak już w trakcie rozwodu moich rodziców, kiedy jeszcze mieszkaliśmy z nim razem, ojciec buntował mojego małego wówczas Brata (lat 4) słowami: "masz czekoladkę i zjedz sam, nie dawaj siostrze, bo ona jest dla taty niedobra". A ja byłam tylko silnie związana emocjonalnie z Mamą.

Długo tkwiłam w przekonaniu, że mój ojciec dla mnie zmarł. Nienawidziłam go za to, że pobił nasza Mamę, że po złości wsypywał jej sól do butów, wkładał masło, wyłączał budzik i psuł piecyk, żebyśmy nie mieli ciepłej wody jak on wychodził do pracy. Nieżywego nie można tłumaczyć, tym bardziej, że on to robił na trzeźwo. Alkoholika tez można usprawiedliwiać chorobą.

Kiedy mój syn miał 7 lat, postanowiłam zabrać go do rodzinnego miasteczka mojego ojca. Tam jeździłam do babci na wakacje, tam mieszkało moje stryjeczne rodzeństwo. Chciałam pokazać Młodemu grób jego pradziadków, nikt nigdy nie poinformował mnie o śmierci dziadków. Pytając się kiedyś o żałobę w klapie marynarki mojego ojca, otrzymałam odpowiedź, że to nikt dla mnie ważny. Udało mi się również trafić do mieszkania siostry mojego ojca. Ciocia bardzo się ucieszyła z naszej wizyty. Jednak zaraz zadzwoniła do swojego brata i za chwilę oboje wypytywali mnie, po co ja w ogóle tu przyjechałam. Odczułam fałsz. Do tego bacznie mi się przyglądali. Usłyszałam nawet, że pewnie chcę się skontaktować z ojcem, bo mam ochotę na jego mieszkanie.

Rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma. Ja mam tylko trzy ciotki ze strony Mamy, ich dzieci, i rodzinę własną, najbliższą. Dlatego ten dylemat - czy mu to wysłać, czy sobie darować. Czy rozdrapywanie ran przyniesie korzyści? czy pogrąży mnie w większej rozterce?

Nie wiem nic o moim ojcu - czy na coś choruje, czy sobie kogoś znalazł. Wiem tylko, że wciąż mieszka w komunalnej kawalerce, z której 28 lat temu wyniosła się nasza Mama zabierając trzy rzeczy: torebkę, córkę i syna. W tym roku ojciec skończy 63 lata.      

poniedziałek, 18 listopada 2013

Tak jest po każdym zjeździe. Przyjmuję to jednak na klatę, ostatnio nawet nie komentując. Zachowuję się tylko tak jakbym miała wynajętą niańkę do dziecka na czas mojej domowej absencji. Choć niańka zrobi więcej wokół obcego dziecka niż mój mąż wokół własnego.

Zajęcia mam od 9.00 do 20.00. Wracam do domu ok. 21.00. Wczorajszy wieczór dobił mnie jeszcze bólem głowy. Córka nie wykąpana, lekcje nie odrobione - Mała tłumaczyła mi się, że nikt jej się o to nie zapytał. Moim błędem było nie "wyznaczenie" zadań mojemu chłopu. Mała jadła cały dzień kanapki robiąc je sobie sama. W pokoju piach na podłodze, błoto piwniczne w przedpokoju, zlew pełen - wylewa się, zmywarka pusta. A gdzie reszta domowników? Młody całą niedzielę był u Prezesa, Uszak cały dzień przed konsolą, a mój mąż? Na moje pytanie: dlaczego wciąż powtarzają się takie sytuacje, gdzie dom żyje własnym rytmem bez zasad i wskazówek, odparł, że "cały dzień robił przy samochodzie". Stwierdziłam: "mogłeś zapytać nasze dziecko o lekcje w międzyczasie", uzyskałam odpowiedź: "nie było międzyczasu". 

On bardzo kocha swoją córkę, miał 42 lata jak mu się urodziła, teraz ma prawie 50. Tylko, że jest to bardzo specyficzna miłość. I dziwić się, że od początku nie chciałam, żeby czynnie uczestniczył w procesie wychowawczym mojego własnego syna. 

Jestem etatową samotna matką z aktualnie dwójką własnych dzieci na wychowaniu i aktualnie dwoma dużymi chłopcami na przylepkę. 

Tagi: dom studia
13:57, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 13 listopada 2013

Nie będę rozpisywała się o tym, że w piątek byłam, a w sobotę robiłam. Jestem naładowana pozytywną energią i nie w głowie mi teraz takie banały. Po pierwsze: koleżanka dała mi cynk o wolnym etacie – będę aplikować. Lubię jak coś się dzieje, tak więc zajęcie pierwsze już mam: kompletuję dokumenty i wysyłam niedługo do rzeczonej instytucji. Po drugie: Szanowny zaczął od dwóch tygodni bawić się w… masarza. Mam na ganku własnej roboty pasztetową, szynkę, schab i kiełbasy. Felerem jest wszechobecny smród wędzarki, ale czymże jest taki smród wobec smaku wędliny własnej roboty? Mam z głowy żarcie na najbliższe dwa tygodnie.

Mała wciąż uczęszcza na zajęcia plastyczne. W poniedziałkowy wolny byłam z nią na warsztatach plastycznych w naszym Muzeum. Dzieci robiły patriotyczne kalendarze. Do tego pochwalić się mogę osiągnięciami basenowymi mojego dziecka; Mała była we wtorek pierwsza w wyścigach polegających na jak najdłuższym pokonaniu basenu z bezdechem pod wodą. WOW!

Ale za to wchodzą mi problemy z Młodym. Po zebraniu w technikum Młodego usłyszałam o jego ogromnej absencji. Syn ma „wyjebane” totalnie na szkołę. Harcerstwo jest jego pasją, priorytetem i nic mu tego nie zmąci. Woli opuścić szkołę i pojechać na zjazd/zlot lub spotkanie szczepu. Tam zawiera przyjaźnie, z harcerstwem wiąże przyszłość, ale do cholery to nie może być jego jedyne zajęcie. Po burzliwej rozmowie w domu postanowiłam zaangażować siły braterskie i wspólnie z Rodzonym opracowujemy plan działania. Ponieważ lubię jak się coś dzieje, adrenalinka rośnie, a ja działam. Na przyszły poniedziałek umówiłam się z psychologiem. Na razie sama. Chyba będę musiała wprowadzić Młodemu jakąś karę, tylko czego można zakazać siedemnastolatkowi? Pomyślimy.

W najbliższy weekend szkoła – cieszę się ogromnie, bo ostatni zjazd zawaliłam przez potworny ból kręgosłupa. Straciłam tym samym jeden sprawdzian (na ocenę) i będę musiała dowiedzieć się czy można go zaliczyć w innym terminie.

To jeszcze nie koniec – listopadowa aura mnie nie pobije. Mam w sobie duży pokład pozytywnej energii i chcę ją maksymalnie wykorzystać. Robić to, co uważam za stosowne, choć nie da się cieszyć gęby, kiedy w butach pojawiają się dziury, kiedy kurtka na grzbiecie ma prześwity i kiedy wieje po plecach. Ale trzeba przeć do przodu, a ja muszę mieć cel i wyzwania do zrealizowania, żeby czuć, że dam radę.

Uśmiech, proszę Państwa! Proszę o duży, jesienny uśmiech! ;) Każdy z Was ma go gdzieś głęboko ukrytego, trzeba go tylko ujawnić. 

wtorek, 05 listopada 2013

Zapewne każdy z nas ma takie dni, że wzrokiem zabija i „ty mnie nie rusz bo mam kapelusz”. Ale zdarzają się też i takie chwile, kiedy chcemy wycałować wszystkich ludzi na świecie. Przynajmniej ja tak mam.

Ostatnie dni związane ze świętem zmarłych nie należały do moich najlepszych. W domu z chłopem wciąż ciche dni. Stary próbuje zagajać rozmowy o niczym, ja dialogu unikam. W piątek Szanowny pojechał ze swoim ojcem na wieś, gdzie dziadek spędzał swoje dzieciństwo i ma tam pochowanych rodziców. Skorzystałam z okazji i zaprosiłam „na wolną chatę” brata Rodzonego. Bo gdyby się mój mąż zobaczył ze szwagrem to chyba by mojemu bratu nogi z dupy powyrywał. Kiedyś może o tym sporze więcej będzie.

Brat naprawił mi radio, tzn. podłączył właściwie głośniki do zestawu kina domowego, o które prosiłam się u Szanownego chyba już ruski rok. No i muszę sobie kupić własny zestaw śrubokrętów (przepraszam, po polsku: wkrętaków ;)) bo nijak nie mogłam w domu żadnego znaleźć. Taki „porządek” ma mój mąż. Nożyczki kuchenne musiałam w końcu przywiązać na sznureczku do dziurki w blacie, bo wciąż mi gdzieś wychodziły. A to w piwnicy się znalazły, a to na strychu, kiedyś nawet widziałam je na podwórku, pod samochodem. Teraz są na miejscu, a ja jestem okrzyknięta „chorą na głowę”.

Ale wróćmy do meritum. Brat przyjechał wcześnie rano, byliśmy sami we trójkę, z Młodą, bo Młody mój oczywiście, jak to pierwszego listopada każdego roku, wybrał się ze swoim szczepem na akcję „znicz”. Szanowny z dziadkiem pojawili się przed 22.00 przywożąc ze wsi kosze z jabłkami. Następnego dnia, w sobotę stary pojechał do pracy. Zgłosił się sam, bo za każdą odpracowaną sobotę mają dodatkową kasę.

Po pracy widziałam Szanownego w ogrodzie jak sadził drzewko. Jest to jego wymarzona śliwa, o której marzył odkąd wrócił do rodzinnego domu ze mną i naszą córką. Czyli od prawie sześciu lat. Do pełni męskiego szczęścia brakuje mu tylko wybudowania własnego domu, choć śmieje się, że mógłby tak potraktować domek do zabawy dla Małej. Synów ma aż trzech więc limit wyczerpał aż nadto.

W niedzielę o świcie Szanowny wyjechał znowu z dziadkiem na cmentarz do teściowej. Po powrocie ja i Młody pojechaliśmy do mojej Mamy. Takie bieganie na raty, a Mała na tym tylko straciła, bo w końcu nie była na grobie żadnej babci. W planach mam już wolny przyszły tydzień – jeśli nie będzie padało zabiorę ją na oba groby.

Poniedziałek rozpoczął się jak zwykle o 5.00. Chętna i zwarta, przyzwyczajona co codziennego mopa, wesoła, humor straciłam siedząc na śniadaniu z „koleżankami”. Jest taki czas podczas kilkugodzinnej roboty, że człowiek robi sobie przerwę. Biurwa ma lunch, budowlaniec ma przerwę obiadową, a ja mam coś takiego jak „godziny nudów”. Nazwałam ten czas wolny takim określeniem, bo po zrobieniu swojej roboty ok 10.00, do ok 12.00 mamy dwie godziny nudów. Zazwyczaj biorę sobie z domu jakąś książkę, albo kupuję gazetę. Tematy do rozmów, zauważyłam, skończyły się moim koleżankom, no bo ileż można nawijać o rodzinie, dzieciach, pogodzie i bolesnych miesiączkach? Teorie chorób i wynikające z nich konsekwencje też nie są moim konikiem, a zmuszać się do uczestnictwa w rozmowie o bohaterach seriali – tasiemców, też nie będę.

Taki czas wolny może doprowadzić do frustracji. Nie angażując się w przyjaźnie pracowe traktowana jestem jak zło konieczne. Czasem tęsknię za tym, żeby szefowa „z góry” narzuciła podział terytorium pomiędzy sprzątające. Jesteśmy teraz we trzy i we trzy razem chodzimy po trzech dużych terenach. Fakt – zajmuje nam to dwie, czasem trzy godziny i na pewno jedna robiłaby to dłużej, ale każda odpowiadałaby za wykonane przez siebie zadanie. Teraz mamy tzw. odpowiedzialność zbiorową.

Jedna z moich współpracownic ewidentnie unika nadmiaru pracy – „nie myj tych drzwi, bo jak będziesz tak pucować, to ci każą to robić codziennie”. Witki opadają… W kiblach męskich śmierdzi. Śmierdzi bo chłopy sikając, nieświadomie pryskają moczem po ścianach. Mała dygresja: kiedy powiedziałam Szanownemu, że znam chłopa, który sam zaproponował sikanie w domu na siedząco przez siebie i swojego syna, mój mąż wyśmiał mnie mówiąc, że ten chłop jest jakiś „walnięty”. Tak więc ściany w kiblu, przy sedesie trzeba raz na jakiś czas umyć. Zostałam kiedyś zbesztana przez swoją współpracownicę, że „ściany pucuję”. W ogóle nie lubię ludzi, którzy srają we własne gniazdo. Taka też jest moja „koleżanka”. Krytykuje wszystko i wszystkich. Dostarczane środki czystości, szefostwo, obsługę, terminy. I najgorsze jest to, ze mówi to ostentacyjnie przy wszystkich pracownikach biurowych. Na szczęście w takich sytuacjach potrafię zamknąć się w szczelnej skorupie i najzwyczajniej nie denerwować się przez toksycznych znajomych.

Dziś wtorek, tak więc moja basenowa dziewczyna wróciła na tor pływacki. Obserwowałam ją jak uczy się nurkować. Tzn. zanurzać głowę pod wodę i trzymać trochę dłużej niż chwilka ;) Była z siebie bardzo zadowolona.

O kłopotach finansowych pisać nie będę bo już mi się nie chce. Miałam dziś telefon ze szkoły, że mogą mnie wywalić z uczelni jeśli nie zapłacę raty za październik. Ale okazało się, że są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. Z tym że ja nie znoszę pożyczać i najchętniej to bym się szarpnęła na jakąś rewolucję, ale boję się ryzyka związanego z DG. Co tu robić w tych ciężkich czasach? Nawet jeśli szyć, to co i dla kogo? Poza tym z tego szycia na ZUS nie zarobię, no i zawsze będę żyła w przeświadczeniu, że są lepsi ode mnie, bardziej wykształceni kierunkowo, przygotowani technicznie. Szycie traktuję jako hobby.

Dobra dosyć smutków, na koniec dnia mam w miarę dobry humor, pomimo deszczowej aury. Z uczelni mnie nie wyrzucą, dziesiąty niedługo, a ja mam jeszcze 112 zł! Na ziemniaki wystarczy, są pieczarki w promocji w Kauflandzie, coś się wymyśli.

Aha i jeszcze jedno: Gusiu, wiem, ze czytasz mojego bloga, ja Twój też, niestety nie mogę zamieszczać komentarzy pod Twoimi postami. Jeśli będziesz miała ochotę napisz do mnie na priv – pogadamy pogaduszkowo ;) 

Tagi: ludzie Mąż
18:53, sokramka
Link Komentarze (3) »