Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 28 listopada 2014

Wiadomo, że muzyka łagodzi obyczaje, tak było jest i będzie. Nie wyobrażam sobie życia bezdźwięcznego, nie wyobrażam sobie poranka bez mojej ukochanej stacji radiowej, nie wyobrażam sobie samochodu bez radia. Nie wyobrażam sobie ciszy. Ciszy się boję.

Mama w dzieciństwie woziła mnie w wózku z radiem tranzystorowym. Potem było uświadamianie celowe, polegające na wspólnym słuchaniu programu trzeciego polskiego radia, Piotra Kaczkowskiego, a w dojrzalszych latach Marka Niedźwieckiego. Z tego okresu pojawiła się miłość do LP pr III (mam komplet płyt wydawanych na dwudziestopięciolecie Listy).

Co do płyt, to ich niestety nie zliczę. Już nie kupuję. Albo ściągam w całości, albo wybrane utwory, które zapadły mi w pamięć. Zapaść musi mi piosenka kogoś, kogo znam, lubię i cenię, choć nowicjusz znajdzie u mnie uznanie czymś świeżym, dobrym i smacznym. Płyt mam parę set... A teraz jest pora na format mp3 więc gromadzę utwory na nośnikach wielogigowych. Najpszym prezentem dla mnie jest zawsze coś związane z muzyką bądź Thorgalem ;)

Gram na gitarze, choć już nieaktywnie, palce już nie te i gitara poszła do pieca, gryf pękł.

Gram na pianinie, choć już nieaktywnie, palce już nie te i takiego sprzętu w domu nie mam.

Nie słucham rytmu, melodii, słucham całego utworu. Potrafię nucić utwór drugim głosem (R.E.M. "Losing My Religion", David Bowie "Absolute Beginners") Potrafię wychwycić uchem dźwięk świszczącej struny pod wpływem prowadzonego po niej palca, uwielbiam bębny, te prawdziwe z klasycznych perkusji. Muszę wiedzieć o czym śpiewają, czego dotyczy utwór i co autor chciał mi przekazać. To Mama pierwsza uświadomiła mi, że the Beatles śpiewają o polu truskawkowym ;)

Lubię tez wiedzieć, czy utwór jest autorski czy jest coverem. Czy macie pojęcie, że śpiewany przez Lenny'ego Kravitza utwór "American Woman" należy do Guess Who? A piosenka wykonywana przez Limp Bizkit "Behind blue eyes" to własność zespołu The Who ;) 

Mam w domu kilka biografii muzycznych. Najukochańszym artystą jest dla mnie Freddie Mercury. Mam to szczęście, że mój Pierworodny urodził się tego samego dnia co Freddie :) 

Wiele jest utworów, o których wiem, ze są coverami, a gimbaza i ludzie, którzy nie chcą wiedzieć, zachwyca się nimi jak nowościami. Piosenka "Everlasting love" miała bodaj pięć podejść do rynku muzycznego. Mierzyła się z nią m.in. Sandra w 1987 roku oraz Gloria Estefan w 1995 roku. Ta ostatnia wersja doprowadza mój żołądek do wywrotów niekontrolowanych. No cóż, ale nie każdy musi kochać rock&roll ;)

Czego słucham: 

Aerosmith, Alice in Chains, Annie Lennox, Archive, Arctic Monkeys, Audioslave, Black Sabbath, Billy Idol,  Creed, Editors, Damn Yankees, Guns n' Roses, Hole, Heart, INXS, Jimmy Hendrix, Kavinsky, Lenny Kravitz, 4 Lyn, Limp Bizkit, Marillion, Massive Attack, Freddy Mercury, Queen, Motley Crue, Metallica, Nirvana, Pearl Jam, Phil Collins, Poison, Radiohead, Rolling Stones, Rush, Sheryl Crow, Simply Red, Simple Minds, Suzanne Vega, Stone Temple Pilots, Tom Petty, Whitesnake, AC/DC, David Bowie, Mike Oldfield, Paul Young, Peter Murphy, Talk Talk, Ultravox, The Stranglers, Daft Pank, Depeche Mode, Faith No More, Rammstein, U2, Van Halen, Accept, Apocalyptica, Beaste Boys, Deep Purple, Foo Fighters, Gorillaz, Iron Maiden, Joy Division, Kid Rock, Korn, Muse, Placebo, Smashing Pumpkins, Skunk Anansie, Sisters of Mercy, Soundgarden, The Cure, The Kinks, The Offspring, itepe, itede..... można tak w nieskończoność.

Polska muzyka również kipi od dobrych artystów, tylko nie takich jak Ewa Farna, nie uwłaczając Ewie, bo dziewczyna też swoich fanów ma, m.in. w osobie mojej córki ;) Zachwycam się wciąż panującym Heyem, wciąż słucham Waglewskich, czekam na nowego Tomka Lipińskiego, a Tomka Lipnickiego kocham za Lipali i Illusion. A widzieliście dokonania Arka Jakubika i jego projekt Dr. Misio? To jest dopiero czad! Polecam.

Musze poznać najnowszy krążek Pink Floyd i posłuchać AC/DC. Zobaczcie na tych dziadków, na ich siwe włosy, na ich zmarszczki i brak sił. Ale krzepa jest, moc i miłość do muzyki też. Aż się chce pracować, gnać do przodu ;)


Wczoraj odbębniłyśmy wizytę u lekarza od oczu, wedle zaleceń pani psycholog, co to dysleksję podejrzewa. Oczywiście dziecko moje młodsze żadnej wady wzroku nie ma. No chyba, że na siłę wyrobimy okularki 0,5 a nawet 0,25 (gdzie nawet nie dopytałam się czy plus czy minus), z których to okularków Mała i tak wyjdzie bo z wady obecnej się wyrasta.  

Ki chuj ja się pytam potrzebne to całe zamieszanie? Z tablicy widzi, bajki w telewizorze widzi, litery czyta, zdania skleci. Albo ja ostatnio przewrażliwiona jestem, albo mam naprawdę za dużo energii, bo mam ochotę komuś dać w mordę ;) Z jednej strony dobrze, że sprawdziłyśmy z Manią ewentualność chorego narządu wzroku, ale z drugiej strony patrzyłam na obecne tam dzieci z takimi wadami (byłyśmy w szpitalu na oddziale okulistycznym), że odechciewało nam się siedzieć. Przynajmniej mi. Moim zdaniem cała ta wizyta była zmarnowana i mogło z niej skorzystać inne dziecko, które tej pomocy okulistycznej naprawdę potrzebuje. Poza tym zaproponowane przez panią doktor okularki nie kosztują 50 zł. Nie wyskrobię sobie potrzebnych na to funduszy, kiedy nie ma pilnej potrzeby. To nie te czasy, może 5 lat temu tak...

W każdym razie Mania miała badanie zwykłe, po kropelkach, komputerowe i zdrowa jest jak koń. Co tam jeden - jak cały tabun dzikich koni. 

Całe to zamieszanie wokół jej awersji szkolnej jakoś ostatnio się skończyło. Koleżanka mówiła, że ta nasza psycholożka to jakoś tak traktuje dzieci instrumentalnie. Odniosłam podobne wrażenie. Badanie oczu zrobiłam,do poradni zaniosę, będę miała spokój. Na razie córka chętnie do szkoły biega i nie widzę problemu. Z uśmiechem na ustach opowiadamy sobie przygody dnia codziennego. Oby tak trwało najdłużej ;)

niedziela, 23 listopada 2014

Ani na gnidę. Znaczy się zwaną przeze mnie dawną moją przyjaciółkę - depresję. Energia jesienna mnie rozpiera, a ja spalam ja z każdą minutą. Nie mam czasu na kłótnie z chłopem, a nawet jak coś mnie w Szanownym irytuje, to zwyczajnie się pod nosem uśmiecham i mówię sobie w głowie: "tak, tak, biedny, stary misio pogubił się w domowych obowiązkach".

To tytułem wstępu.

A co do bardzo dobrze spędzonego ostatnio czasu: na sobotni wieczór urwałam się z zajęć na "wagary". Poszłam z Bezcielesną na wykład dotyczący prostytucji w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku. Moja droga koleżanka już coś nie coś o tym nasmarowała, miałam wkleić aktywny link, bo to umiem, ha! Ale komp mojego dziecka coś ma w edytorze (to nie chrom) i nie mogę nawet linka do Jej wpisu wkleić. Jak bardzo chcecie poczytać o czym był wykład zapraszam na blog Bezcielesnej ;) Bo nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że zakupiłam egzemplarz książki wprost od autora, zdobywszy jednocześnie jego autograf.

Lektura już została przez mnie pożarta, bowiem wystarczyły cztery przejazdy autobusem na trasie: dom - uczelnia oraz dzisiejsze, nudne jak flaki z olejem wykłady.

Do domu wracałam niespiesznie wiedząc, że zastanę w nim armaggedon; jak zwykle zresztą po moim całoweekendowym wyjściu na uczelnię. Ale mężczyźni to przecież jakiś podgatunek i szkoda na nich zdzierać struny głosowe, a moje tym bardziej. Tylko do lodówki zaglądają co 10 minut, czy aby tam się coś zmieniło, coś przybyło. Ale ja kocham swojego Misia-Pysia-Brudaska i wolę sobie w duchu pomyśleć jaki to on biedny żuczek, bo "przy garach się nastał cały dzień i tak się zmęczył" - to jego osobiste słowa jakby co ;)

No ale koniec końców sprzątaczką to ja jestem tylko chwilowo/zawodowo więc niech łaskawie szanowny pan po sobie te piętrzące się góry talerzy, misek i garów co je nabrudził sam posprząta. Kiedy? A tego to nie wiem - wróżką nie jestem. Zmywarkę ma pustą, wystarczy załadować, wielki mi wyczyn. A jak będę potrzebowała talerz, to sobie drugi wezmę z szafki i po sobie zmyję.

Tak więc uśmiech z twarzy nie znika, humor dobry jest, jutro nowy tydzień, wyzwań moc; musze pojechać po decyzję o przyznanym stypendium, dokończyć rękawiczki na drutach dla Mani, czytać dalej Miłoszewskiego.

Jest co robić. Jest moc :) 

piątek, 21 listopada 2014

Dziś odbębniłyśmy z Manią wizytę u psychologa. Ponieważ na NFZ czeka się latami, jeśli nie muszą minąć wieki, od czasu zapisu mojej córki do specjalisty troszkę się sytuacja szkolna poprawiła. Głupio mi więc było opowiadać, że dziecko ma awersję do placówki szkolnej, skoro....jej nie ma.

No ale problem może wrócić jak bumerang i lepiej się było skonsultować. 

Pani psycholog wiekiem nie młoda, ale widać było, że każdą jednostkę traktuje poważnie. Najpierw był krótki wywiad ze mną (krótki - 45 min) o co kaman, jak wygląda sytuacja rodzinna, jak Mania radzi sobie w szkole, przejrzała zeszyty córki, takie tam wstępne pierdoły. Po wywiadzie ze mną wyprosiła mnie na korytarz i przemaglowała Mańkę na podstawie zabaw z puzzlami, układankami na czas, wiedzą z różnych zakresów. Nie pytała o rodzinę, braci, mamę, tatę, dziadka, nic osobistego, o żadnych koleżankach nie było mowy, ani zainteresowaniach. Mała tylko rozwiązywała zagadki. 

W zasadzie na samym początku pani psycholog stwierdziła, że awersja szkolna dzieci to jakaś plaga. Programy są napięte, nauczyciele wymagają nie wiadomo czego, a tak naprawdę nie uczy się kreatywnego myślenia tylko zaliczania testów na zasadzie trzech Z: Zapamiętaj, Zalicz, Zapomnij. Dodam, że przy mnie do pani psycholog dzwoniły cztery osoby z próbą umówienia się na wizytę z dzieckiem. 

Po konsultacji, która trwała dwie godziny w sumie nie usłyszałam nic co dałoby jakiś obraz problemów Mańki. Niczego się też nie spodziewałam, ale to dopiero początki. Pani psycholog zleciła (przy zapisie) wykonanie kompleksowego badania wzroku (jest wizyta umówiona na przyszły tydzień) oraz słuchu. Dziś też mamy wizytę u pediatry w celu skonsultowania nieustającego bólu nogi, a dokładniej w okolicach ścięgna Achillesa.

Usłyszałam też, że Mania jest dzieckiem o wysokim ilorazie inteligencji, ale jest zamknięta w sobie i potrzebuje bodźców, żeby się otwierała. Lubi jak coś się dzieje, nie znosi nudy i lubi pracę. Zaprosiła nas na kolejną konsultację w lutym. Podejrzewa dysleksję. 

I teraz moja osobista opinia: nigdy, ale to przenigdy nie byłam matką szukającą w dziecku dysfunkcji. Jeśli dziecko jest nadpobudliwe to trzeba mu znaleźć wiele twórczych zajęć, jeśli bazgroli jak kura pazurem, to nie jest dysgrafia tylko brak ćwiczeń ręki, jeśli nie radzi sobie z czytaniem to nie dysleksja tylko znowu brak ćwiczeń z książkami. Sądzę, że te wszystkie fukcje dys- są wyciągane z dzieci na wyrost. Tak było z moim starszym synem. Odkąd przeszedł z zeszytów w trzy linie na jednoliniowe jego pismo przypominało lekarskie recepty. Siedziałam z nim godzinami nad dodatkowymi zeszytami, w których pisał fragmenty swoich ulubionych książek, wymyślał opowiadania. Wychowawczyni wręcz kazała mi iść do psychologa po zaświadczenie o dysgrafii, bo niby "ułatwi mu to życie". W końcu uległam i dostał papier o dysfunkcji. Potem już i ja odpuściłam ćwiczenia ręki, bo skoro ma zaświadczenie to co ja się będę wychylać... 

Dziś Młody wykorzystuje swoją dys do pisania prac na komputerze, dostaje dodatkowe minuty na egzaminie, choć jak sam przyznaje swoją wiedzę z głowy na kartkę z testem przelewa o wiele szybciej. 

Teraz sprawa córki - jeśli się naprawdę okaże, że próby z czytaniem, mój wkład i praca nad przyswojeniem alfabetu przez Manię nie ma sensu i najlepiej jest wystawić papierek o dysleksji, to zacznę wierzyć w zmianę świata na gorsze. Tzn zmianę, która ma z dzieci wytwarzać roboty do zaliczania pewnych etapów w życiu. Raz lepiej, raz gorzej, bez emocjonalnego wkładu, z nikłym zaangażowaniem. 

Tyle się mówi o budowaniu kreatywności, o budzeniu w dzieciach chęci do wiedzy, poznawania świata, a wydając zaświadczenia o dys pozwala się im na lawirowanie pomiędzy zasadami, na wygodnictwo, na brak poczucia obowiązkowości. Być może mam staroświeckie poglądy co do pracy dziecka w szkole i też wiem, że to poniekąd wina czasów w jakich żyjemy. Czasów szybkich, bez zastanowienia, przemyśleń. Szybko odrób lekcje, szybko przeczytaj ten tekst, szybko się ubieraj, nie myśl tylko rób. 

Zobaczę jeszcze jak wyjdą badania oczu i słuchu. Nie ma co się martwić na zapas.

sobota, 15 listopada 2014

Odbywający się od piątku do niedzieli Festiwal Czekolady i Słodyczy w PKiN był dla mnie i dla Mani sprawdzianem odnajdywania się w tłumie, bo jak wiadomo - do wszelakich zgromadzeń sympatii nie mamy.

Celowo wybrałam piątek po szkole, wiedziałam bowiem, że podczas weekendu wystawa może zgromadzić dzikie tłumy. Tym bardziej, że rozdawano wejściówki na mieście, ogłaszano się na Fb (właśnie sobie uświadomiłam, że przestałam w ogóle zaglądać na ten portal, ale nie płaczę z tego powodu) a właściciele telefonów Samsung wchodzili za darmo. Dzikich tłumów nie było, ale i tak pilnowałyśmy się we trzy (pozwoliłam córce zabrać ze sobą jedną koleżankę), bo ludzie przybyli.

Dziewczyny ukręciły sobie własnoręcznie po lizaku, widziałyśmy modę z czekolady oraz różne dziwne rzeczy, które ze słodkości mogą być wykonane.

Cóż, szkoda słów, zapuszczę parę zdjęć:

Ciuchcia z czekolady

 

Zwierzęta z czekolady

Torty

I specjalnie dla Sekretarki Bożeny ;)

Cuda z masy cukrowej

Wiem, że takie festiwale odbywają się co roku w innym mieście. Ten trwa w Warszawie do niedzieli. Kto żyw niech sobie zobaczy. Tylko uważajcie z ilością słodyczy; Mania zjadła na miejscu babeczkę, w domu ukręcony przez siebie lizak (rozmiarów dużego jabłka) a potem w nocy wyhaftowała tatusiowi kapcie zawartością żołądka. Może to stres, a może zbyt duża ilość chemii? Kto wie. W każdym razie dziś już wrażenia opadły i mogłyśmy powspominać wycieczkę z uśmiechem na ustach.

Tagi: Spotkanie
10:31, sokramka
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 listopada 2014

I to całkiem dobrze, w moim mniemaniu oczywiście, bo nie każdy musi lubić powieści kryminalne, które treścią potrafią wciągnąć aż po samo dno. Taki typ literatury preferuję. Od zawsze drażniły mnie ckliwe harlekiny, opowieści snute na kanwie miłości i zdrady, pocałunków i romansów, fuj.

Jakiś czas temu poznałam twórczość Anny Fryczkowskiej czytając jej książkę „Kobieta bez twarzy”. Potem już poszło gładko, zaczęłam bliżej interesować się literaturą z działu kryminalistyki, sensacji, dochodzeń policyjnych i tak dotarłam do Marka Krajewskiego. Cykl o Edwardzie Popielskim zaczęłam od tomu piątego pt. „W otchłani mroku”. Ale nie żałuję. Nic czego nie dowiedziałam się z poprzednich tomów nie wpłynęło na treść piątej powieści. Muszę wrócić do bohatera Popielskiego, choć język Marka Krajewskiego jest zgoła inny niż piszących kobiet – przyznaję się bez bicia, że wymaga większego skupienia ;)

Potem była Katarzyna Bonda. Jej „Tylko martwi nie kłamią” pochłonęła mnie bez reszty. Wielowątkowość i różnorodność postaci zachwyciła mnie bezgranicznie. Zresztą Fryczkowska pisze w podobnym stylu, choć wiadomo na swój sposób inaczej. Mam ochotę sięgnąć po inne pozycje pani Ani ze względu na jej zainteresowanie gender, a poza tym kończę właśnie przygodę z Bondą. „Tylko martwi nie kłamią” jest pozycją, która zagości na mojej półce na stałe ponieważ zdołałam uskubać sobie trochę na tę książkę i nie żałuję. Zresztą kasa wydana na literaturę nigdy nie będzie wydana na darmo. Dom bez książek jest domem pustym, bez duszy, bez życia, bez zainteresowań.

Na koniec Zygmunt Miłoszewski (tylko rok młodszy ode mnie ;)) Spotkanie z nim zaczęłam od książki „Bezcenny” i od razu się zakochałam! Nie dość, że kryminał, to jeszcze z historią w tle, a to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Miłoszewski też stworzył cykl o prokuratorze rozwiązującym zagadki w trzech miastach Polski. Mam na ten cykl chrapkę. Podobno sfabularyzowano jego pierwszą powieść o Teodorze Szackim – zmieniono głównego bohatera na bohaterkę, która nijak nie przypomina pierwowzoru książkowego. Filmu nie widziałam i nie mam ochoty oglądać.

W najbliższym czasie będę mieć co czytać. Do tego z utęsknieniem czekam na powieść niejakiej Alicji M, której debiut literacki stoi u mnie na półce z osobistą dedykacją!!! To jest dopiero zdobycz. Mam też książki z dedykacją Marii Szyszkowskiej oraz Marii Borowej. Fakt faktem, że debiut A. M. nie jest strzalem w mój gust, ale pierwsze koty za płoty ;)

Literatura polska jest, istnieje i ma się całkiem dobrze, trzeba tylko znaleźć odpowiedni dział i się nim po prostu zainteresować. W dobie przepychanek i wydawnictw „Krzak” trudno jest dobremu pisarzowi, skromnemu, ale zdolnemu przebić się przez setki bełkotu pisanego przez sfrustrowane małolaty, czy rozwódki ze znajomościami w wydawnictwie. No i ważna jest też promocja. O Katarzynie Bondzie znalazłam nawet artykuł w GW, było też o niej w damskich czasopismach.

Warto czytać- bo wtedy pisarz ma dla kogo pisać.

Tagi: książki
16:08, sokramka
Link Komentarze (11) »
czwartek, 06 listopada 2014

...na pustyni? Nie, w mieszkaniu, w którym mieszkam. Wczoraj wróciłam z córką do domu i na podwórku przywitał mnie gejzer wody. Pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy - strzeliła rura, trzeba odłączyć hydrofor. Tak też i uczyniłam. Potem zadzwoniłam do Szanownego informując go o usterce, a ten zaraz zwolnił się z pracy i przyjechał. 

Zaczęło się kopanie dziury na podwórku. W piwnicy wody było po kostki, albo i lepiej. Dobrze, że hydrofor nie został zalany. Podziwiałam kolejne cuda na kiju Szanownego; ze starej pompki od pralki i gumowego węża zrobił sprzęt do wypompowania wody z piwnicy.

Ponieważ było już ciemno, chłopina mój zdołał postawić tylko diagnozę: otóż strzelił zawór zwrotny i stąd te wycieki wody. Kolejny wydatek... Trudno, takie jest życie w domku.

Przerażała nas wizja życia bez wody, ale tu Szanowny znowu popisał się swoimi bystrymi pomysłami i na chwilę obecną ciągniemy zimną wodę szlauchem (przepraszam: wężem ogrodowym ;)) od dziadka, który na szczęście ma swoją studnię i inną pompę. Do mycia grzejemy wodę w garnkach i nalewamy do wysokiego brodzika. Sytuacja jest dosyć wesoła, bo przypomniały mi się stare czasy, kiedym to była jeszcze panienką ;) i myłam swe młode ciało w miednicy. Oj to były czasy - jak zakombinować, żeby się i umyć i uprać i herbatę wypić. Ale nic co ludzkie nie jest nam obce.  

Szanowny wziął wolne i pojechał po zawór. Czy uda się dziś przywrócić wodny stan sprzed awarii? To się okaże. 

Tagi: awaria dom
13:18, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 listopada 2014

Z nami to jest tak: jak jest zbyt dobrze, to jest zbyt nudno. Buzi - dupci, koci - łapci, to nie dla mnie. Po jakimś czasie muszę sobie strzelić regularnego focha, podnieść poziom adrenaliny, wywołać awanturę, a potem pozwolić by wszystko spłynęło jak po kaczce. Czasem jak brak czepialstwa z mojej strony przybiera postać "cichych dni", Szanowny potrafi stwierdzić, że jakoś źle się czuje bez mojej aktywnej "obecności". Jak zacznę ciskać kurwami na lewo i prawo, wtedy mówi, że "wróciła moja żona". Taki rodzinny masochizm ;)

Od pewnego czasu (dłuższego czasu) buzi - dupci i koci - łapci utrzymuje się na wysokim podium. Aż się sama sobie dziwię, że się chyba zakochałam w swoim chłopie na nowo! ;) Nie trwa to dni, trwa to tygodnie i dobrze, bo w końcu po trzynastu latach związku należy sobie przypomnieć jak było na początku. 

Nie ukrywam, że taka sytuacja jest miła, ale jeśli nie zrobimy czegoś co ten ogień będzie nadal podtrzymywało, to obawiam się, że może się to skończyć nieuchronnym fochem. Niestety, jest tak, że podpałką w tym związku zawsze jestem ja. Chyba muszę się z tym pogodzić i cały czas musi mi się chcieć robić za dwoje ;) Taki lajf.

Mały Update: wydaje mi się, że zbliżyło nas wiele czynników; alkoholizm ojca - Szanowny zawsze stoi po mojej stronie, problemy szkolne Mani - nie neguje moich działań, zaczął więcej rozmawiać z dzieckiem, no i chyba trochę moje moczowe przygody.


Tagi: Mąż muzyka
12:06, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 listopada 2014

To niebywałe jak niewiele potrzeba, żeby uśmiech zagościł na mojej twarzy. Od rana jesteśmy z Mańką same w domu. Z kotami, ale "człowieki" żadne inne nie plączą się pod nogami. 

Szanowny z ojcem pojechali skoro świt na wieś, do rodziny teścia. Tam leży większa część zmarłych krewnych dziadka. Zawsze co roku ojciec stara się tam wybrać. Wrócą pewnie późnym wieczorem. Stan trzeźwości teścia pozostawiam do naocznego zaopiniowania.

Młody mój, ja co roku ma dyżur na akcji "znicz", organizowanej przez ZHP na warszawskich cmentarzach. Już o 4.00 rano słyszałam krzątającego się syna po mieszkaniu.

Uszak pojechał do Okularnicy. Nie wiem czy będą gdzieś jeździć na groby. Znając lajtowe podejście do sprawy jej ojca, to zapewne nie.

Ja zaś jak zawsze do tej pory nie jeżdżę do Mamy pierwszego. Nie znoszę tłumów, rodzinki, która ma więcej pretensji aniżeli życzliwości i dlatego odwiedziłam Mamy grób w środę. Zabrałam Mańkę ze szkoły i pojechałyśmy na cmentarz. Posprzątałyśmy, zapaliłyśmy znicze, postawiłyśmy nowe kwiaty.

Odkąd piekę chleb nie martwi mnie w ogóle sterczenie w kolejkach przedświątecznych po pieczywo. Nawet teraz, w ostatni piątek ludzie dostawali jakiegoś amoku i pod naszą dzielnicową piekarnią ustawiła się kolejka jak za komuny.

W piekarniku piecze się szarlotka, na drutach mam zaczęty komin dla Mani, a w radiu warszawska stacja na 93,3. Kto słucha - ten wie ;) Postanowiłyśmy dziś obejrzeć sobie razem w necie "Jak wytresować smoka 2".

Zapowiada się cudowny, spokojny, uśmiechnięty dzień :)



Tagi: córka dom
13:05, sokramka
Link Komentarze (6) »