Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 29 grudnia 2012

 Drugiego dnia świąt Scareface pojechał do swojej mamy. SS zmieniła dzień, bo wizyta miała odbyć się pierwszego dnia. Uszakowi niestety te zmiany nie odpowiadały, bo już wcześniej miał plany związane z Okularnicą; razem mieli świętować swoją rocznicę. Scareface też nie był zbytnio zadowolony – na pierwszy dzień świąt wybrał sobie dzień wolny w pracy, a tak – drugiego dnia pojechał do mamy bardzo późno, po robocie.

 Przebieg wizyty chłopak nam opowiedział. Mamę odwiedził również Golas. Bracia chcieli podobno porozmawiać w cztery oczy, ale super mama cały czas się wtrącała. Golas ponoć mieszka u swojej dziewczyny. Nazwijmy ją… Izolda. Izolda nie ma jeszcze 17 lat i tu nas (z Szanownym) naszły pierwsze spostrzeżenia:

 Być może mamy z chłopem staroświeckie poglądy, być może jesteśmy zacofani i mało reformowalni, ale jakim trzeba być rodzicem i z jakiej warstwy społecznej pochodzić, żeby pozwalać swojej córce mieszkać wspólnie z dziewiętnastoletnim chłopakiem, który żadnych szkół nie skończył, a pracuje dorywczo, na telefon, kiedy akurat jest robota. Z opowieści Scareface’a wynikało też, że Golas kupując różne produkty spożywcze do wspólnej lodówki, ma za to zwracane pieniądze przez rodziców Izoldy. Dziwnie dziwne, ale jak już wcześniej napisałam – nikt nie musi się ze mną zgadzać. To są moje/nasze refleksje.

 Golas powiedział bratu, że chciałby się zobaczyć z siostrą, tzn z naszą Małą, ale do domu nie przyjedzie bo ojciec nie chce go widzieć. Szanowny i ja otworzyliśmy ze zdziwienia oczy, bo nawet jeśli ostatnia awantura sierpniowa uwieńczona wyprowadzką chłopaka okraszona była niecenzurowanym słownictwem, to nie padło ani jedno słowo, wskazujące na to, że „ojciec nie chce go więcej widzieć”. To Golas sam poinformował nas, że jego noga tu więcej nie postanie.

 Chłopak zaproponował spotkanie np. na placu zabaw, ale jak zrobi się cieplej. Szanowny powiedział, że nie „wyda” córki na nieznane. Zgadza się na spotkanie gdzieś w neutralnym miejscu, właśnie wśród huśtawek i karuzel. Ale do tego potrzebna jest inicjatywa, Golas musiałby chociaż zadzwonić do ojca, żeby zapytać kiedy może zobaczyć się z siostrą.

 Może piszę niespójnie i chaotycznie, ale Scareface rozmawiał z Golasem u mamy i potem treść tej rozmowy przekazał ojcu. W drugą stronę działało to tak samo. Golas z ojcem się nie widział. Scareface robił tylko za pośrednika wymiany poglądów.  

 Dużo jadu pośród tych rodzinnych relacji. Sporo czasu zajmie chłopakom dotarcie swoich kontaktów o ile w ogóle będą chcieli się docierać. Wiele okrutnych słów z ust Golasa było autorstwa super mamy. SS trzymając stronę niesfornego synka wielokrotnie myślała o zemście na byłym mężu. Dość często się zdarza, że rodzice wykorzystują dzieci jako broń masowego rażenia przeciw sobie. Dzieci dorastają z poczuciem winy. Nie mówię, że Golas jest do końca zły, jest nasączony jadem mamusinym i brakiem własnego światopoglądu. Trudno mu będzie odnaleźć się w brutalnym świecie jeśli czegoś w sobie nie zmieni.

 Chciałam jeszcze napisać o moich trudnych relacjach z bratem, ale nie mam siły i odwagi, bo rodziny się nie wybiera – rodzinę się ma. Jeśli nawet wyciągam wciąż rękę do rodzonego, a on nie docenia i wykorzystuje tę pomoc na swoją modłę, to tym bardziej jest mi przykro. Pozostaję wciąż taką „brzytwą” na jego tonące dni, ale z drugiej strony nie chcę stać się filmową Gienią Smoliwąsową, która będzie pomagać mimo najgorszych przewinień. Chłop mówi, że daję się wykorzystywać i mięknę za każdym razem kiedy braciszek zadzwoni łkając w słuchawkę. A chłop nie dawał się wykorzystywać? Wiele lat (ile z nim jestem) obserwowałam bierność wychowawczą wobec synów, a najbardziej wobec najmłodszego. Wykorzystywanie właśnie pozycji naiwnego ojca było też bodźcem do ataków byłej. Ale nie licytowaliśmy się.

 Ostatnie dni zmusiły mnie i Szanownego do wielu przemyśleń, rozważań, co mamy, co chcielibyśmy mieć. Skrajna bieda to nic w porównaniu ze skrajnym ubóstwem uczuciowym. Pieniądz dziś jest – jutro nie ma, większy, mniejszy, ale jeśli tracisz matkę, ojca, brata, dziecko nie chce cię znać, to już jest duży problem.

 

Tagi: była pasierb
18:42, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

 Bezrobotnej, ale nie bez pracy ;) przecież macham mopem i ścierą i mam za to jakąś zapłatę. Ale generalnie chodzi mi o skrót ostatnich dni.

 Ponieważ na sprzątaniu ostatni raz w tym roku byłam w czwartek, wzięłam kasę za grudzień i pojechałam od razu na zakupy świąteczne. Szanownemu kupiłam kapcie – prezent bardzo mu potrzebny bo aktualne zaczynają produkować już wywietrzniki. Potem odebrałam Małą ze szkoły i pojechałyśmy po spożywkę.

 Piątek to dzień służbowy, ponieważ miałam jeszcze umówioną wizytę mojej nowej opiekunki społecznej. Poprzednia pracownica OPSu awansowała i „przydzielili” mi nową. Pani przyszła na wywiad w celu wystawienia decyzji o posiłkach dla Małej na czas „zimy w mieście”.

 W sobotę działaliśmy z Szanownym już razem. Rano pojechaliśmy po prezenty dla dziadka, chłopców i Małej. Ponieważ nasz budżet jest naprawdę mocno okrojony, dziadek dostanie produkty do higieny osobistej, Uszak i Scareface również, a Małej Mikołaj podaruje lalkę – syrenkę. Wcześniejsze ustalanie prezentów jest w naszej rodzinie klasyką (z wyjątkiem małych dzieci) dałam pieniądze mojemu Młodemu, żeby pojechał do księgarni i zakupił sobie i mamie (czyli mnie) prezenty książkowe. Pierworodny lubuje się w fantasy, a ja oczywiście musiałam mieć nowego Thorgala. Nie zapomnieliśmy tez o naszych kociambrach – zwierzaki dostaną smakołyki serdelkowe.

 W niedzielę pichciliśmy. Mąż upiekł dwa ciasta (!) drożdżowe z makiem i marchewkowe. Przyznam, że chłop lubi bawić się w kuchni, ale jest niesamowitym burdelarzem. Zostawia po sobie straszny syf. Powiedzmy, że przymknęłam oko na taki stan rzeczy i delikatnie zwróciłam mu uwagę na posprzątanie po sobie ;) Święta bez świątecznej awantury to nie święta, he he.

 Zrobiłam również dwie sałatki jarzynowe – jedną z fasolką (bo lubi moja Mała i reszta rodziny) a drugą z większą ilością pora – bo lubi mój Młody. Będą też śledzie z cebulką, barszcz no i moje popisowe danie: pierogi z kapustą i grzybami, w ilości… 180 sztuk. Się narobiłam ;) Na kuchni stoi również bigos, na zmianę wynoszony w nocy na podwórko, na mróz. Młoda dekorowała też pierniczki, które upiekłyśmy w sobotę wieczorem. Chyba będą względne te święta.

 Jak co roku brakuje mi Mamy. Jestem z tym wszystkim sama jak palec. Brakuje mi pytań: jak zrobić lukier? czy dużo cytryny do barszczu? i inne bzdury, choć mam wujka Google. Brakuje mi konsultacji prezentowych, brakuje mi JEJ.

 Na święta usiądziemy w składzie: Szanowny, nasza Mała, mój Młody, chłopa dzieci: Scareface i Uszak oraz Dziadek. O Golasie nic nie wiemy, zapadł się jak kamień w wodę. W pierwszy dzień świąt chłopcy jadą do SS. Być może ich mama wie coś na temat swojego trzeciego synka.

 Nie mogę narzekać, nie jestem sama, a moja rodzina (najbliższa) jaka by nie była to jest po mojej stronie. Największym sukcesem jest dla mnie emocjonalny związek z pasierbami. Nigdy bym się nie spodziewała, że przez tyle lat będziemy jak jedność. Chociaż narzekam na chłopców i są czasem wkurzający (no bo kto ich miał niby wychować i nauczyć dobrego?) to jednak odczuwam sympatię z ich strony i szacunek. To prędzej ja jestem dla nich zołza i wydra.

 Życzę wszystkim spokojnych świąt, życzliwości wobec siebie i uśmiechu. Nie ważne z kim spędzimy ten czas, ważne, żeby się nie smucić i nie gniewać. Nie umiem składać życzeń – sami doskonale wiecie jakie będą Wasze, tegoroczne święta, przetrwaliśmy koniec świata to i te święta przetrwamy ;) a tym czasem:

 Wesołych Świąt!  

 

 

Tagi: święta
10:12, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 grudnia 2012

 No dobra, chcecie zabawy? To będzie zabawa. Nie liczę na szóstkę w totka, ale wywołuję osoby, które przychodzą mi na myśl. Ci, którzy blogują i tu podczytują też mogą poczuć się zaproszeni w ciągnięciu łańcuszka ;)

 zielonamatka, polyanka, serotonin, anibe oraz inni blogerzy, którzy mają na to ochotę ;)

 

1.   Ulubiony kolor.

2.   Lato czy zima?

3.   Rock czy rap?

4.   Walentynki czy Święto Kupały?

5.   Urlop na plaży czy w górach?

6.   Ziemniaki czy makaron?

7.   Małżeństwo czy konkubinat?

8.   Herbata zielona, czerwona czy czarna?

9.   Dom czy mieszkanie?

10. Decyzja, której żałujesz.

11. Co byś zabrał(a) ze sobą na bezludną wyspę?

 

No i oczywiście nieśmiertelna formułka, żeby tradycji stało się zadość:

 

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

13:23, sokramka
Link Dodaj komentarz »

 Bezcielesna wywołała mnie do odpowiedzi więc będąc dobrą koleżanką „wyspowiadać się” muszę ;) Ale że mój blog chyba mało blogerów czyta zmuszona więc jestem (jak Waldemar K.) łańcuszek przerwać na mojej skromnej osobie. No to zaczynamy:

 

1.   Szarlotka czy sernik?

 Jako typowy łasuch obie przyjemności a najlepiej w fikuśnym przekładzie.

 

2.   Wiosna czy jesień?

 Zdecydowanie jesień. Moja kolorystyka.

 

3.   Jaką postać literacką przypominasz?

 Ludzie dajcie żyć. Nie wiem? Sierotkę Marysię z krasnoludkami? Królewnę Śnieżkę też z przybytkiem?

 

4.   Życie rentiera czy praca tylko dla przyjemności?

 Rentier? W mojej sytuacji osoby bezrobotnej słówko całkowicie drażniące mój umysł.

 

5.   Który kontynent chciałabyś zwiedzić dokładnie?

 Europę. Proszę sobie wyobrazić, że moja 37 letnia noga nigdy nie przekroczyła granic Polski ;)

 

6.   Który z Bondów i dlaczego?

 Sean Connery. Jako niepoprawna fanka tej serii upierać się będę przy tej wersji. Żaden Brosnan ani Craig nie przebije klasy pierwowzoru (no może Moore)

 

7.   Feministka niepraktyczna czy niekochana?

 I taka i taka. Ale ja raczej nie z tych co walczą o "ministrę" ;)

 

8.   BMI czy IBM?

 BMW ;)

 

9.   Pies czy kot?

 Kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot, kot……!

 

10. Szpilki czy wszystko tylko nie szpilki?

 Wszystko tylko nie szpilki. Nawet do ślubu poszłam w swoich ukochanych kowbojkach ;)

 

11. Mickiewicz czy Sienkiewicz?

 Zapolska. A jeśli chodzi o to czy: poezja czy proza? To jedno i drugie znajdą swoje miejsce na mojej przyszłej półce książkowej. Teraz muszą poczekać w pudłach.

11:23, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 grudnia 2012

Miał być znowu minorowy wpis, bo humor mi ostatnio nie dopisywał, ale po dzisiejszym wieczorze zmieniłam szkic wpisu i trochę ponarzekam, a trochę powpisuję pozytywów.

 W sobotę dowiedziałam się, ze dostałam stypendium socjalne. Powinnam się cieszyć, no i się cieszę, ale jak w poniedziałek podjechałam do dziekanatu po decyzję trochę mi mina zrzedła. 800 zł nie pokryje całości studiowania. O naiwności! A czego się spodziewałaś dziewczyno?! Czterech tysięcy?! Mrzonki. To byłoby zbyt piękne. Cóż, spłacę więc te raty, których do tej pory nie płaciłam, a od nowego roku zastanowię się gdzie szukać źródeł finansowania mojej edukacji.

 Przyjaciółka załatwiła mi kolejne sprzątanie, tym razem po południami. Od stycznia 2013. Zajebię się na tym mopie, ale z nauki nie chciałabym rezygnować.

 Uszakowi nic nie wyszło z podchodów pracowych, znowu będzie siedział w domu, pierdział w stołek, bawił się przed konsolą, ale nie odśnieży, nie załaduje zmywarki, nie posprząta w swoim pokoju. Nie życzę nikomu współmieszkania z dorosłymi pasierbami. Dziecku można jeszcze coś przetłumaczyć, ale człowiekowi z ukształtowaną pozycją światopoglądową ciężko się dostosować. Wiem to po sobie.

 Wdupiemanie ogarnia mnie coraz większe, skutkuje to permanentnym rozpieprzeniem mojego umysłu. Dziś wyszłam z domu bez swojego plecaka, zawoziłam Małą do szkoły bez dokumentów, portfela, zorientowałam się dopiero pod sklepem, w którym kupujemy bułeczkę i picie do szkoły. Wracałyśmy się. Jeszcze do tego w tym moim plecaczku urwała się rączka, musiałam na szybko znaleźć jakąś inną torbę.

 Nawalony śnieg utrudniał mi wyjazd najpierw z podwórka, a potem z tych naszych „wiejskich” uliczek. Dziś dyżur na mopie miałam, a ja nie lubię się spóźniać. Podrzucam córkę do szkoły autem, a potem jadę autobusem. Chociaż nie mam wyznaczonych sztywnych godzin pracy, to jednak wolę sumiennie pokazywać się o jednej porze. Przez pechowe zapomnienie torby – przyjechałam spóźniona.

 Na dodatek jakieś ptaszysko osrało mi kaptur od kurtki, nosz w mordę.

 Do tego wieczorem miałam zebranie u Młodego. Wcale nie jest tak pięknie jak mi się wydawało. Oceny fatalne, zachowanie pretensjonalne, pani od W-Fu zabrała mojemu synowi… dwie paczki zapałek. Podobno bawił się nimi siedząc na ławeczce pod drabinkami. OMG. Jak przedszkolak.

 Aaaaaaale nie ma tego złego i całkiem pechowego. W poniedziałek zadzwonił do mnie mój kumpel ze starej (bardzo starej) roboty. Dał telefon do babki, która szuka kogoś do pracy. Dziś zadzwoniłam, pani miała jakieś spotkanie oddzwoni więc do mnie jutro.

 Kaptur uprałam, nosz ile można mieć pecha???

piątek, 14 grudnia 2012

Dziś od 17.00 wykłady. Odpracowanie części odwołanych zajęć z długiego, listopadowego weekendu. Jutro siedzenie na uczelnianych krzesełkach od 8.00 do 20.00. W niedzielę powtórka z rozrywki. 

Do zobaczenia w poniedziałek! 

Tagi: studia
15:25, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

 Godzina 19.00, wychodzę do pobliskiego sklepu po jakąś wędlinę na kanapki dla chłopa do pracy. Spotykam koleżankę mieszkającą trzy posesje dalej. Rozmawiamy o pracy. Ona idzie dziś na trzecią zmianę, ma dość tej roboty, jest zatrudniona z budżetówce. Mówi o tym, że zazdrości mi siedzenia w domu bo sama chętnie by posiedziała. Matka dwóch córek, żona.

 Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ona już nie chce pracować, powoli się wypala, ja mam obecnie parcie, brak mi „spełniania się”. Mówimy o naszej wspólnej koleżance zza płotu. Siedzi na bezrobociu tyle ile jej córka ma lat (7). Podobno chciała w zeszłym roku iść do roboty do pobliskiej przychodni na recepcję. Kiedy jej mąż dowiedział się, że ona „miałaby pracować za 1.500 zł” podobno ją opierdzielił i stwierdził, że lepiej niech w domu siedzi, on jej DA te 1.500 zł.

 Wiele bym dała, żeby dziś ktoś mi powiedział: „słuchaj, tam chcą na recepcję za 1.500 zł.”. Niestety byłam już dawno, nie chcą.

 Moja koleżanka wspomina o przyjaciółce, która została zwolniona przez ich wspólną szefową, bo podobno była „za dobra”. Szefowa zatrudniła na to miejsce jakiegoś pociotka, który niczego nie umiał. Nigdy nie starał się o stanowisko, nie chodził na rozmowy, nie walczył o byt. Po prostu DOSTAŁ etat.

 Rozmowa nasza trwała dobre pół godziny. Miałyśmy wiele przemyśleń. Mimo naprawdę dużych znajomości oraz otwartości do ludzi (nawet obcych) nie mając „pleców” nie znajdę dobrej pracy. Moja koleżanka mówi o niesprawiedliwości, mówi o zatrudnianiu osób niekompetentnych. Mówi o wszechobecnym buractwie i cwaniactwie. Ja się uśmiecham. Nie komentuję.

 Umawiamy się na kawę. Musimy te plotki powtórzyć bo mróz trzyma i ciężko słowa wydusić, a przecież tyle jest do obgadania.

 Dziś wysłałam kilka CV, było gdzie. Jutro mop, a w środę przejażdżka w celu złożenia CV w kolejnym miejscu.  

niedziela, 09 grudnia 2012

 Każdy chciałby je mieć bez zarzutu. Niestety, moje szwankuje ostatnio i boję się, że na własną prośbę dorobiłam się takiego stanu.

 O kręgosłupie pisałam jeszcze na zielonym blogu, kiedy musiałam zrobić sobie rezonans magnetyczny. Cóż z wyników, cóż z tego, że mogę się rehabilitować sama w domu, jak postępujące schorzenie daje się we znaki. Podejrzewam też, że dobijam się tym sprzątaniem, ale cóż zrobić jak nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie pracować. Widać już po tej jednej psiej wypłacie, że każdy dodatkowy grosz pozwala na większe możliwości.

 Ale przy porannym czesaniu podtrzymuję sobie prawą rękę lewą ponieważ przy wyższym uniesieniu mdleje ona w okolicach barku.

 Zauważyłam też, że męczy mi się ręka przy pisaniu długopisem. Zazwyczaj nie sprawiało mi problemów robienie szybkich notatek. Teraz na wykładach zostaję w tyle z trudnością trzymając długopis w dłoni i próbując różnych sposobów chwytania go.

 Co rano wstaję z odrętwiałą prawą ręką. Nie mogę dźwignąć cięższych rzeczy – zakupy, odkurzacz, mdleje mi prawy bark. W piątek byłam u mojej doktor pierwszego kontaktu, poprosiłam o silniejsze leki przeciwbólowe z uwagi na charakter pracy jaki wykonuję. Dodała mi jedno ćwiczenie, które mam wykonywać zaraz po powrocie ze sprzątania.

 Ja się o siebie nie martwię, wiem, że dam radę, a ta sytuacja jest chwilowa, przejściowa. To taka prowizorka pracowa. Jak człowiek wierzy, że da radę to i ten trud jakoś łatwiej znieść ;) Męczy mnie jednak taka uciążliwość tych stanów, bo ani zrobić większych zakupów, ani powyciągać większe pranie z pralki, ani podnieść córkę na ręce. Ostatnio znalazłam sposób na dawanie jej całusów w pozycji stojącej: żeby nie schylać się nadmiernie po buziaka rozkraczam się i tym samym zniżam się do poziomu dziecka ;) Albo Mała staje na stołeczek. Trzeba sobie radzić.

 Chcę w przyszłym tygodniu zapisać się znowu do lekarza pierwszego kontaktu. Poproszę o skierowanie do neurologa. Jedna wizyta już była – stąd badanie rezonansem, druga to konsultacja i rada w kierunku rehabilitacji, trzecia zapewne wypadnie w nowym już roku.   

Tagi: zdrowie
17:42, sokramka
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 grudnia 2012

 Albo sama jestem z jakiegoś innego wymiaru kosmicznego, albo mój kubusiowy rozumek nie ogarnia niektórych ludzkich zachowań, które w innych rodzinach może są normą.

 Będzie o dziadku. Przyjmijmy, że teść mój ma na imię Jan. Mąż mój codziennie siedzi u swojego ojca, odwiedza go po pracy w jego mieszkaniu przechodząc przez nasz pokój. Wczoraj również to uczynił. Ja byłam po „naszej” stronie, w kuchni. Przyszedł mąż i nagle zaczął pytać mnie o charakter pisma mojego Młodego. ??? Zgłupiałam. Po co chłopu charakter pisma pasierba? Kiedy pokazałam syna zeszyty, Szanowny opowiedział mi idiotyczną (jak dla mnie) historię.

 Dziadek był w czwartek w szpitalu, coś z sercem, zawiozła go karetka, ale późnym wieczorem już wrócił do domu. W piątek teść zaczął sprzątać swój pokój. Pod dywanem znalazł wyrwaną z notesu sklepowego kartkę, zapisaną takimi oto słowami: „będzie pan wspaniałym tatą panie Janie, jak nam wszystkim bida zajrzy do dupy.”

 Chwila konsternacji. Zaraz, zaraz, ale dlaczego mój mąż miałby oskarżyć bezpodstawnie mojego syna o takie rzeczy? Zrobiło mi się gorąco, wstyd i wszystko inne naraz. Mężowi w y d a w a ł o się, że charakter pisma jest identyczny jak mojego dziecka. Kazałam sobie pokazać tę kartkę i stanowczo zaprzeczyłam domysłom Szanownego.

 Pismo bez wątpienia należało do osoby dorosłej. Litery były drukowane, a wyrazy napisane niechlujnie i w pośpiechu.

 Zrobiło mi się przykro, że pierwsze oskarżenia poleciały w stronę mojego dziecka, no bo jaki miałby sens taki uczynek??? Mąż mnie przeprosił, potem analizował: KTO i po co podrzucił taką świnię dziadkowi??? Na myśl przyszła mu tylko jedna osoba: szwagier, ten który zlikwidował koty ze swojego terenuTylko z jakiego powodu? Szwagierek ostatnio rzeczywiście ma kłopoty finansowe, podobno pożycza pieniądze od swoich pracowników, którym sam nie płaci pensji od kilku miesięcy. Ale to chyba nie jest powód do podkładania świń.

 Jestem uprzedzona do tego typu schiz i zachowań, bo jak dziś pamiętam idiotyzmy mojego ojca, który chcąc dokuczyć mojej Mamie i nam, wyłączał gaz w piecyku do ciepłej wody, albo wychodząc do pracy o 5.00 rano wsypywał jej pół torby soli w buty, chore to było.

 Ojcu współczuję, bo nie dość, ze otacza się debilami, to jeszcze to przeżywa i potem ma przygody z sercem.

 Albo to duchy – ale ja w duchy nie wierzę ;)    

Tagi: teść
20:26, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 grudnia 2012

Od dawna wiadomo, że robienie zakupów sprawia nieopisaną przyjemność, a jeszcze obdarowywanie bliskich – bardziej. Wczoraj postanowiłam wybrać się na drobne zakupy z okazji Mikołajek. Jak ja dawno nie robiłam „zakupów”, jak ja dawno nie praktykowałam szwendania się po sklepach, przeglądania półek z ciuchami, upominkami, książkami, płytami wszelkiej maści.

 Na początku Młody. Chciałam wedle życzenia kupić synowi książkę, bo już narzekał, że nie ma co czytać, a właśnie ukazała się nowa saga fantasy. Poszłam więc do najpopularniejszej księgarni w naszym mieście i moja szczęka natychmiast opadła do parteru. Tom I sagi kosztuje 60,00 polskich złotych. No nie wiem, może dla kogoś tyle za książkę to nic, ale dla mnie DZIŚ, to jeszcze trochę za dużo. Zadzwoniłam więc do Młodego z pytaniem co z tym fantem? Życzenie zostało zmienione na kalendarz ścienny na 2013 r. lub rękawiczki.

 Potem postanowiłam pomyśleć o Szanownym. Ponieważ mój mąż również nie posiadał ochraniaczy ręcznych zwanych popularnie rękawiczkami, nabyłam więc dwie pary hurtem, z tym że w innych odcieniach. Chłopu dodatkowo włożyłam chałwę do paczki upominkowej, bo ją uwielbia.

 Kolej na córkę. Mała jest mało wymagającym dzieckiem więc kupiłam jej naklejki z postaciami Monster high. Do tego ołówki z tym samym motywem. Uśmiech z buzi nie znikał.

 No ale w końcu musiałam pomyśleć też i o sobie. Robienie prezentów innym jest przyjemne, ale cudowne jest też obdarowywanie siebie ;) Kupiłam sobie kolejny numer do mojej kolekcji komiksów Thorgala. Kto zna z lat 70 – 80 historię walecznego dziecka gwiazd, który znalazł się wśród Wikingów Północy, ten wie. Jestem pasjonatką tej serii i chyba tylko moja śmierć, albo śmierć sagi spowoduje, że przestanę się tym interesować. Kiedy miał urodzić się mój syn, w planach miałam nadanie mu imienia, jakie nosi syn Thorgala – Jolan. Jednak po konsultacjach z Mamą i zdroworozsądkowemu podejściu do sprawy imię zostało zmienione.  

 W początkach mojego dzieciństwa plansze z rysunkami Grzegorza Rosińskiego można było zobaczyć w gazecie zatytułowanej „Relax”. Od tego zaczęła się moja przygoda z Thorgalem. Moja Mama wspierając mnie w moich zainteresowaniach kupowała mi gazety, a potem już całe komiksy. Kiedy poszłam do pracy sama dbałam o zapełnienie półki.

 Dziś moja kolekcja jest regularnie uzupełniana, nie przepuszczę żadnego numeru, no chyba, ze tak jak ten wczorajszy (kupiłam go z opóźnieniem, bo wydanie ukazało się w Polsce w kwietniu). Pod choinkę zamówiłam sobie u moich panów dwie kolejne części – poboczne historie, które nie mają już nic wspólnego ani z Grzegorzem Rosińskim, ani ze scenarzystą Van Hammem, ale całkiem dobrze utrzymują się na rynku.

 Kiedyś jeszcze popełnię wpis o moich pasjach i zainteresowaniach. Jestem zadowolona z tego, że udało mi się sprawić moim bliskim radość. Czasem przedmioty codziennego użytku, których nie jesteśmy w stanie sobie zwyczajnie kupić, stają się wspaniałym prezentem. Dziś, w mojej sytuacji sama bym się cieszyła jak ktoś by mi kupił 5 par nowych, ciepłych skarpet ;)))))   

Tagi: prezenty
09:27, sokramka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2