Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

Chyba ze 25 lat nie trzymałam szydełka w dłoni, ale postanowiłam je odgrzebać, bo dla mnie nie ma nic bardziej lepszego na stresa niż "zajęcia praktyczno-techniczne". Otóż i parę moich "tworów" z ostatniego wieczora i kilku tygodni wstecz:

Fartuszek szyty jakiś czas temu dla Małej na imprezę szkolną.

W końcu dziś Sylwester, dlaczego lalki mają się nie bawić?

Szydełkowy komplecik, krzywy jak cholera, ale od czego są wspomnienia i wujek Google? Blogów o szydełkowaniu jest w necie cała masa.

Czapeczka i szalik, na zimę w sam raz ;)

Dla odmiany zielony komplet. A tu zimy nie widać, he he.

Na koniec mój pieszczoch, łazi za mną wszędzie, nawet pod łazienką miauczy kiedy za długo w niej siedzę ;)

Aha, zapomniałam dodać, że Mała ma nową modelkę do robienia ubranek, ale fajnie ;)

Wszystkim Czytaczom, tym znanym i nie znanym, składam na nadchodzący rok życzenia spełnienia wszystkich marzeń, bo nie ma nic lepszego jak ukryte marzenia i wyobrażenie, że kiedyś w końcu się spełnią :)

Wszystkiego co najlepsze!!!

 

Tagi: moje hobby
12:01, sokramka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 grudnia 2013

Wczoraj rano zabrałam moje dzieci i pojechałam odwiedzić ciocię. Chłop poszedł do pracy. Po powrocie nie miałam już tak dobrego humoru, bo zastałam Szanownego… lekko rozmiękczonego. Wypił sobie z tatusiem coś mocniejszego. W zasadzie mój mąż nie pije, ale po analizie jego przyzwyczajeń kilka miesięcy temu wypomniałam mu, że ma zadatki na alkoholika. Usłyszałam, że jeszcze jedno piwo dziennie nikomu nie zaszkodziło, ale od tego się zwykle zaczyna. „Spróbuj nie pić tego piwa przez miesiąc, wtedy odszczekam swoje słowa” – mówiłam. Przeszło bez echa.

Mojemu mężowi posypały się wczoraj słowa, których się spodziewałam. W zasadzie nie obwiniam tylko Szanownego, bo w budowaniu związku odpowiedzialne są obie strony. Ja też zawiniłam; przyzwyczajając Szanownego do zbyt wielu rzeczy i 12 lat temu dając zbyt wiele obietnic, które dziś są przez mojego męża wypominane. Np. to dlaczego nie robię mu już kanapek do pracy (!) Zostało mi wypomniane, że nie angażuję się w sprawy rodziny, że nie rozmawiam z dziadkiem, że Szanowny widzi, że mi nie zależy. No i najlepszym stwierdzeniem było: „wyglądasz jakbyś miała plan zniszczenia naszego małżeństwa i wyprowadzenia się stąd, skoro masz gdzie to lepiej zrób to już”. Zamurowało mnie, ale nie zareagowałam.

Moją wadą jest głupia duma. Lubię być samodzielna i samowystarczalna. To ja zawsze nosiłam w tym związku portki, to ja zarabiałam pieniądze na dom, a Szanownego pensyjka była na dokładkę. To również ja zarządzałam całym tym burdelem. Pasowało mi to. Teraz kiedy jestem zależna finansowo od męża, mieszkaniowo od teścia, moja głupia duma nie pozwala mi się tej sytuacji poddać. Chyba jestem egoistką, tak też nazwał mnie wczoraj mąż. I jestem tez chamicą – to też z ust męża. Ale ze wstawionym facetem się nie dyskutuje.

Wadą mojego męża jest brak ewolucji. On od 12 lat jest dokładnie taki sam i uważa to za zaletę. Mogłabym wymieniać jego zalety, takie jak: chęć do pracy fizycznej, rodzinność (w moim mniemaniu nadmierna) uczuciowość, brak nałogów (nie pali, nie klnie) ale ten alkohol… Trzeba by położyć na szale emocjonalną wady i zalety Szanownego i przemyśleć swoje ruchy, bo w niebycie tkwić nie ma sensu.

Kiedyś, na początku naszych kłopotów zaproponowałam Szanownemu terapię małżeńską. Powiedział, że po żadnych konowałach on chodzić nie będzie, bo robią tylko wodę z mózgu. „Bądź dla mnie dobra i uśmiechnięta, tak jak kiedyś, a będzie dobrze” – skwitował. Mnie nie wolno mieć fochów, nie wolno mi zwracać uwagę innym domownikom, nie wolno mi się smucić… Tzn „wolno”, ale wg mojego męża to cechy niepożądane w prawidłowo funkcjonującym małżeństwie. Najlepiej trzymajmy się za rączki, liczmy gwiazdy, a żywić będziemy się powietrzem. Kosmos jakiś.

Moje małżeństwo to fikcja. To tylko potwierdzone przed USC formalne podpisanie jakichś papierków. Na dziś on ma swój świat, ja mam swój. Wypomina mi, że nie ma mnie przy nim tak jak kiedyś. Szanowny wyznaje zasadę, że małżeństwo to nawet wspólne mycie zębów przed lustrem. Ja nie, ja lubię mieć swój azyl, swoją samotnię. Coś tylko mojego, do którego nikt nie ma wstępu. Treści książek, sekrety, ulubiona muzykę, własne biurko.

Nie bronie się, bo rzeczywiście straciłam poczucie stabilności i brak mi gdzieś tego polotu i energii sprzed lat. Gdzieś coś mi ucieka, nie wiem gdzie tego szukać, choć wciąż wyznaję zasadę, że jeszcze nie upadłam tak nisko, żebym się nie podniosła. Wciąż idę, wciąż walczę, wciąż myślę, kombinuję jak koń pod górę.

Ludzie się zmieniają, poznają nowych ludzi, nabywają nowych umiejętności, interesują się nowymi rzeczami, ewoluują. Mój mąż jest od lat tym samym facetem, z tymi samymi przyzwyczajeniami. Nie wiem co czas pokaże i jak to się wszystko rozsupła.

Tagi: Mąż
11:31, sokramka
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 grudnia 2013

Towarzyszy mi jak brat, mąż, kochanek. Już nie mam siły z nim walczyć. Nie biorę nawet prochów przeciwbólowych, bo nie wiem jakie pomogą - żadne nie pomagają. Po prostu uczę sie z nim żyć, tolerować go. Chyba nawet się go trochę boję, bo atakuje znienacka. 

Skoliozę mam odkąd pamiętam. Rwa kulszowa nawiedziła mnie w maju 2010r. W wyniku MR z zeszłego roku jest napisane, że krążki m-k bez uchwytnych zmian, że struktury kostne kręgosłupa bez zmian. Mam tylko jakieś zmiany zwyrodnieniowe I stopnia, które nie kwalifikują się do operacji. Zaraz, zaraz, żeby nie było, że ja się proszę o operację. Nie, po prostu dziwi mnie fakt, że taki ból o niczym nie świadczy. No i nie jestem też królewna na ziarnku grochu, która z byle zadraśnięcia wzywać będzie karetkę. Nawet Szanowny i moja Mama nazwali mnie kiedyś gruboskórną. Dużo zniosę. 

Ten ból atakuje mnie znienacka, musiałabym więc przyjmować chyba wciąż kroplówkę z lekami przeciwbólowymi. Najgorzej jest się położyć. Wolę chodzić cały dzień, nawet nie stać, tylko chodzić. Zrobienie 120 pierogów na święta skutecznie usadowiło mnie w jaskini lwa - bólu. Mimo pomocy moich dzieci. 

Drętwieją mi ręce, szczególnie chwytne palce i stawy łokciowe. Boli mnie wciąż głowa, to jakby migrena, ale ja wciąż sama nie wiem. Rehabilitacyjne ćwiczenia do końca nie pomogły. W domu nie bardzo mam jak i kiedy "doćwiczyć" sobie to, co mi pokazywano. Nie mam swojego azylu - zamkniętej jaskini spokoju. Wszystko na oczach innych domowników. 

Zamknęłam się w sobie, robię się zrzędliwa. Być może to przejaw obecności mojego towarzysza - bólu, a może to pragnienie bycia samą - nie w tym domu, nie z tymi ludźmi.

Nie mam dnia bez bólu, nie ma nocy bez jego obecności. Do samochodu wsiadam jak niepełnosprawna - siadam, wciągam rękami najpierw prawą nogę, potem lewą. Nie mogę się potknąć, bo ból rozrywa mi lędźwie, nie mogę mocniej kichnąć, bo reakcja będzie taka sama. 

Myślę o tym, żeby zacząć chodzić po lekarzach od nowa. W końcu cały 2012r. poświęciłam lataniu po rezonansach, neurologach... 

Trzeba by jeszcze raz...

Trzeba zgasić ten ból...

Tagi: zdrowie
11:12, sokramka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 grudnia 2013

Wczorajszy wieczór spędziłam w teatrze żydowskim na spektaklu pt. „Bóg zemsty”. Na wydarzenie zaprosiła mnie ciocia, najstarsza siostra mojej Mamy, która wśród rodziny brana jest za co najmniej dziwaka. Według mnie każdy z nas jest po trosze dziwakiem, należy jednak dziwactwa groźne omijać i nie brać do siebie, a te interesujące przyswajać. Tak więc wykorzystując ciociny potencjał (lat 70) do organizowania wszelakich imprez, wybrałam się na ten jakże kulturalny spęd.

Ciocia skrzyknęła również większość swoich znajomych z babskiej komitywy. Przedtem mówiła mi: „zobaczysz, jakie mam fajne koleżanki”. Były to w większości „damy”. Ale damy nie groźne, raczej śmieszne i dające się lubić. Średnia wieku jak już wcześniej wspomniałam : 60+, ja byłam najmłodsza. Ale to nie ważne, ważne było to jak się czułam na spektaklu. A wyszłam z pozytywnymi wrażeniami.

Sztuka przeznaczona jest dla widzów dorosłych, a to z tego powodu, że rzecz się dzieje w kamienicy, w której prowadzony jest burdel. Widać roznegliżowane panienki i raz goły, męski tyłek. Do tego treści zawarte w przekazie sztuki nadają się tylko dla mądrych i odpowiedzialnych.

Oto Jankiel, właściciel kamienicy prowadzi w suterenie dom publiczny. Jankiel pilnuje interesu, ale pilnuje też aby pod żadnym pozorem jego młoda i czysta jak łza córka Ryfka, nie została zwabiona do tego burdelu. Tak się jednak nie dzieje – jedna z prostytutek nakłania Ryfkę na spróbowanie smaku najstarszego zawodu świata.

Sztuka jest prezentowana w całości w języku Jidysz. Mamy więc teatralne fotele i do nich po komplecie słuchawek. Oglądamy aktorów prezentujących spektakl, a w słuchawce lektor tłumaczy treść.

Jeśli ktoś jest z Warszawy, bardzo polecam obejrzenie tej właśnie sztuki. Wczoraj była premiera, będą więc jeszcze jakiś czas grać. Można zastanowić się nad obłudą i ukrywaniem prawdy, można też pomyśleć o właściwym wychowywaniu swoich dzieci. Czytałam, że sztuka, uznana za obsceniczną i obrażającą żydowską religię, wywołała swego czasu wielki skandal obyczajowy. Mimo to, odnosiła również międzynarodowe sukcesy.

A już w styczniu ciocia organizuje następny spęd kulturalny, na który oczywiście już jestem zaproszona.

Tagi: ciocia teatr
11:01, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 18 grudnia 2013

Mimo sytuacji, które potrafią człowieka wyprowadzić z równowagi i bywają frustrujące nawet przez pięć minut, ja robię swoje. Ostatnio wynalazłam kilka interesujących ogłoszeń o pracy, wysłałam mailowo kilka swoich aplikacji, a wczoraj poszło w świat kilka moich kompletów dokumentów wysłanych pocztą. Może się w końcu coś z tego urodzi. Trzeba być dobrej myśli ;)

13:41, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 grudnia 2013

Różne, przykre rzeczy słyszałam z ust dziadka, ale ostatnio przesadza jak nieudolny ogrodnik. Codziennie przychodzą do niego koledzy z szemranego towarzystwa i codziennie teść uskarża się na swoją rodzinę. Wszystko to słychać, bo pokój dziadka jest połączony z naszym pokojem jedynie drzwiami. Niby istnieją dwa osobne mieszkania, niby każde ma osobne wejście, kuchnię, łazienkę, ale są jedne "magiczne" drzwi, które te dwa mieszkania łączą. Kiedyś rozżalony dziadek, znowu po obaleniu jakiejś flaszeczki, wspomniał swojemu synowi (Szanownemu) że może by te drzwi zamurować. Oboje z mężem wyperswadowaliśmy dziadkowi ten pomysł, stawiając argument pomocy - jak się teściowi coś stanie, to nawet nikt nie będzie mógł do niego wejśc. A teraz? Teraz jest podobnie, bo teść zamyka drzwi na klucz od swojej strony twierdząc, że rodzina (my) okrada go. Wszystko mu ginie, a tym wszystkim są rzeczy wg naszej wiedzy nikomu niepotrzebne - swetry dziadka, garnki, noże, formy do ciast (!), dwa razy oskarżył nas o zaginięcie gotówki.

Wczorajszy wieczór teść jak zwykle spędzał w swoim ulubionym towarzystwie. Śmiechy imprezowe, przekleństwa, brzęczenie szkła i smród papierosów przedostający się przez szparę w drzwiach był nie do zniesienia. Dobrze, że Mała ma juz swój pokój - mogłam tam swobodnie spędzać czas nie słysząc gwaru "imprezy".

Gorzej się stało, kiedy Szanowny wrócił z pracy i jak zwykle odwiedził tatusia - litania żalów i pretensji miała nieograniczoną długość. Zdystansowałam się od tych epitetów, bo teść chyba miał za dużo w sobie promili.

Dostało sie każdemu: Uszakowi, ze leń i darmozjad, Scarface wg dziadka nie jest mężczyzną, tylko "chujem", bo daje się wykorzystywać przez swoją babę (a chodziło o to, że pomaga obierać ziemniaki) Szanownego dziadek się wstydzi jako syna, bo daje sobą pomiatać (przeze mnie) no i w ogóle cała reszta. O mnie dziadek naśpiewał do swojego syna, że nie przychodzę do teścia i nie pomagam mu sprzątać. On ma zasrane całe mieszkanie przez swoje papugi i sam już nie daje sobie z tym rady. Przypomnę: teściowie od lat byli właścicielami czterech papug - nimf. Trzymali je "na wolności", tzn, że każdy ptak fruwał po całym mieszkaniu, siadając i załatwiając swoje potrzeby gdzie popadnie. Dopóki żyła teściowa utrzymywała porządek, jak zmarła, umarł też cały dobry duch tego domu.

Szanowny próbował dyskutować z podciętym lekko ojcem, ale nie było możliwości. Dostało się wszystkim i w temacie świąt: że on ich nie widzi, że nie czuje, że ja nic nie gotuję, nie piekę, nie przyrządzam. I na koniec, że on jest sam.

Z jednej strony rozumiem słowa człowieka starej daty, ale z drugiej strony sam sobie zasłużył na osamotnienie. kiedys jeszcze puszczałam Małą z laurką dla dziadka, sama zajrzałam z pytaniem jak się czuje. Odkąd częstymi goścmi są podejrzane typki,nie mam najmniejszego zamiaru zaglądać na tamtą stronę. Niech się tym Szanowny zajmuje i pilnuje. Może jestem wredna zołza, ale teść to dla mnie obcy facet. Szanuję człowieka, bo to ojciec mojego męża, ale nic ponad to. Teść ma jeszcze córkę, mieszkającą kilka posesji od nas. Nie rozumiem dlaczego ona nie przychodzi i nie interesuje się losem ojca?

Raz góry, raz doliny, często zdarza mi się mysleć o wyprowadzce, o zabraniu wszystkiego co mi najcenniejsze i opuszczeniu tego dziwnego domu, który nie działa na mnie kojąco.

Tagi: teść
13:24, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Spóźniona relacja, ale zawsze. Spotkanie miało zacząć się o 18.30, ale umówiona z dwoma znajomymi dziewczynami, koleżankami tego poety, dotarłam z nimi jako pierwsza na godz. 18.00. Kawiarenka kameralna, w piwnicach śródmiejskiej kamienicy, przygotowana była na przyjęcie najwyżej dwudziestu osób. Pojawiło się w sumie 11. W zasadzie przemknęła mi podczas tego spotkania myśl, że z zaproszonych ponad 70 pracowników biura, pojawiła się garstka (w tym sprzątaczka, czyli ja  ;)), dodatkowo trzy osoby nie były znajomymi z pracy autora wierszy.

Autor nam się na początku przedstawił, podał swój wiek, zawód, stan cywilny, kurczę, po chwili czułam się jak na jakimś przesłuchaniu ;) Potem przeszedł do meritum spotkania. Wiersze swoje autor czytał wolno i w interpretacji własnej, zrozumianej chyba każdemu. Wachlarz tematyki był niezmiernie szeroki, od opisów przyrody, poprzez wspomnienia, sny, tematykę emocjonalną, aż po miłość do kobiety. Słuchało mi się cudownie, sączyłam swoją ulubioną herbatę earl grey i w ogóle nie chciało mi się stamtąd wychodzić. Kawiarenka nie jest miejscem pod picie piwa, to typowa, klimatyczna norka z kanapami i bardzo wygodnymi fotelami. Doskonałe miejsce właśnie na takie spotkania literackie.

Po zakończeniu wieczorku autorskiego zaczęliśmy dyskusję. Fajnie się złożyło, bo jednym z zaproszonych gości był wieloletni przyjaciel autora – przewodnik po Naszym Mieście. Na temat mojej dzielnicy ucięłam sobie z owym panem całkiem, całkiem miłą pogawędkę.

Do domu wróciłam przed 21,00, pozytywnie natchniona z naładowanymi bateryjkami. W sobotę zgrałam się słownie z moją koleżanką 50+ ze studiów. Okazuje się, że jest ona również miłośniczką poezji i zaproponowała mi wspólne spotkania poetyckie, organizowane co jakiś czas w jednym z naszych teatrów. Ach, jaka jestem zadowolona!

W przyszłym tygodniu jestem umówiona z ciocią, siostrą mojej Mamy, na spektakl w Teatrze Żydowskim. Już zacieram ręce.   

 

piątek, 13 grudnia 2013

Jakoś mi tak po głowie chodzi ten permanentny brak gotówki. Wczoraj jeszcze nasilił mi się ból zatok i zapchany nos nie dawał w nocy spokoju. Chłop rozwalony na całym wyrku sprowokował mnie do wyniesienia się na kanapę. Spałam u Małej w nowym pokoju z trzema kotami przy sobie. Jedno w nogach, drugie przy brzuchu, a trzecie przy głowie. Bezcielesna na FB pytała się czy czasem sprawdzam telefon podczas seksu, bo taka późna pora była jak się zgadałyśmy ;) Jakiego seksu? Ja od miesięcy nie wiem co to seks, bo albo chłop zmęczony i spracowany, albo ja muszę wcześnie iść spać, rankiem wstać, albo inne, niesprzyjające warunki. 

Idę się dziś zrelaksować. Mam wszystkiego po dziurki w nosie i nawet z gorączką ale pójdę. Dostałam zaproszenie na wieczór poetycki jednego z pracowników biura, które sprzątam. Miło. Trochę szkoda zostawiać mi Małą na cały wieczór, bo Szanowny do 19.00 będzie nieobecny, a Młody znowu ma jakąś zbiórkę. Trudno, ma prawie 8 lat, poradzi sobie. 

A w dupie to wszystko mam. 

13:21, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 grudnia 2013

No i nie mogę się cieszyć z byle czego :( Przyszło stypendium na moje konto. Powinnam być zadowolona, tak jak w zeszłym roku szkolnym, ale... No właśnie to "ale". W tym roku wysokość świadczenia nie pokryje nawet raty czesnego :( Będę musiała dokładać z głodowej i tak pensji. Po cholerę mi te studia? Jeszcze jestem winna koleżance pożyczkę, prezesowi spłacam raty za komputer, rachunki, no i normalne życie też istnieje. Żeby chociaż Szanowny zarabiał godziwą pensję... Chłop się stara, przecież nie mogę wymagać od niego napadu na bank... 

Czy naprawdę w tym mieście nie ma pracy dla mnie z godziwym wynagrodzeniem?????? Cieszyłabym się nawet z 2.000 tysia... 

Rano uśmiech, a wieczorem smutek, bo łeb znowu muszę mieć kwadratowy od kombinowania. 

16:42, sokramka
Link Komentarze (3) »

Od poniedziałku działam samodzielnie na wyznaczonym przez moją szefową odcinku. Osobiście jestem bardzo zadowolona, bo nie muszę już poruszać się trybem narzuconym przez Wściekłego Babsztyla, no i odpowiadam za swoją, własną pracę.

Jednak nie obyło się bez pomocy i inicjatywy z zewnątrz. Ponieważ nie lubię chamstwa i buractwa, a będąc osobą mało kłótliwą w miejscu pracy częściej ignoruję zachowania, które mnie irytują, pomogłam sobie trochę w tych przenosinach. O szczegółach pisać nie będę, w każdym razie pozbyłam się ze swojego otoczenia toksycznej znajomości i będę teraz ją widywać tylko w przypadku dostawy towaru, lub przyjazdu koordynatorki. Niech się Wścieklizna wyżywa i narzuca swoją wolę innym. Szkoda mi tylko trzeciej pracownicy, bo to starsza od nas kobieta, po 50.

Najważniejsze, że nie zrywam się już o 5.00 rano i nie budzę Małej o 5.50. Na mopie muszę być do godz. 8.00 więc spokojnie wyrabiam się ze wszystkimi porannymi obowiązkami. W miejscu pracy robię swoim tempem, doczyszczam tam, gdzie widzę, że jest syf, nie muszę uciekać, nie odpierdalam roboty (jak moja Wściekła koleżanka). No i nie muszę siedzieć z nimi w smrodzie papierosów. Na poprzednim obiekcie miałyśmy taką izbę, w której obie paliły papierosy (bo za zimno, żeby na dwór wyjść), pomimo tego, że siedziałam z dala od nich i pomimo wietrzenia pomieszczenia, po powrocie do domu czułam się jak popielniczka. Teraz już tego nie będzie.

Spokojnie dopinam swego, bez nerw, chociaż czas płynie i człowiek chciałby zmian szybciej, intensywniej.

A w najbliższy weekend – szkoła, a potem przerwa aż do nowego roku. 

14:58, sokramka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2