Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 28 grudnia 2014

Złość u mnie tak szybko znika, jak szybko i agresywnie się pojawia. Taki typ. Dosyć ciężki, ale znośny.

Zapominając o tym co szkodliwe, dzielę się tym, co smaczne i zdrowe:

Chleb ziemniaczany 

Potrzebujemy:
* 200 gramów ugotowanych ziemniaków (najlepsze takie z poprzedniego dnia)
* 800 g mąki pszennej (z podanej ilości wychodzą dwa bochenki)
* 400 ml letniej wody
* 2 łyżeczki soli
* 2 łyżeczki cukru
* 20 g świeżych drożdży
* 5 łyżek oliwy lub oleju

Drożdże rozkruszamy w miseczce, zasypujemy cukrem i zalewamy wodą. Mieszamy i odstawiamy na ok 15-20 min.
Ziemniaki mielimy w maszynce lub rozgniatamy widelcem.
Do miski z ziemniakami wsypujemy mąkę, sól, olej (oliwę) i wlewamy zaczyn z drożdży. Mieszamy najpierw jakąś dużą łyżką, a potem zrobi nam się ładne ciasto do zagniecenia rękami (ten etap pracy mi się najbardziej podoba). Jeśli ciasto zbyt lepi się do rąk można podlać dłonie odrobina oliwy lub oleju. Powstaje taka ładna buła:

 
Bułę przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok 20 min, żeby troszkę podrosła. Potem dzielimy ciasto na pół i wkładamy do foremek. Podaję przepis wg swojego sposobu, ale można zrobić z połowy produktów, użyć innej foremki lub zwyczajnie uformować bochenek, ale wtedy po upieczeniu będzie bardziej płaski niż z foremki. Zależy co kto lubi ;) 
Następnie odkładamy nasze wypełnione foremki do wyrośnięcia na około godzinę. U mnie po wyrośnięciu wyglądały tak:

 

Piekarnik nagrzewamy do 210 st C. Wkładamy nasze chlebki na 15 min. pieczenia a następnie zmniejszamy temperaturę do 195 st C i pieczemy dalej jeszcze ok. 20-25 min. 

Oto upieczone bochenki:

Chlebek w smaku przypomina trochę tostowy, ale tylko trochę, bo jest lepszy ;)

Smacznego!

Ale nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła Szanownego, bo ja opierdzielam go kiedy trzeba i za to, czego nie znoszę, a chwalę za to co kocham ;)
Przed świętami narobił kilogramy wędlin i kiełbas. Jest i szynka i baleron i schab i kiełbasy cienkie, grube, no i w ogóle.

Ręce mechanika, hę?

I faza końcowa:

Mimo wszystkich tych smaków wódy bym do tego nie postawiła i Szanowny miał burę następnego dnia, bo z podchmielonym osobnikiem się nie dyskutuje, tylko strzela focha. I tak nic nie będzie pamiętał. Tragicznie nie było, awantury nie było, pijaństwa jak u dziadka tez nie było, ale ja nie lubię i już. I nikt nie będzie mnie zmuszał do takiego biesiadowania.

Rzekłam!   

sobota, 27 grudnia 2014

Nienawidzę wódy. Nienawidzę jej pod każdą postacią. Nienawidzę zapijania smutków i upijania się na żale do wszystkich. Nienawidzę stawiania flaszki na stole w „honorowym” miejscu. Nienawidzę tłumaczenia „bo raz w roku”.

Nienawidzę Szanownego i jego trzech pomiotów.

Nienawidzę zmuszania mnie do „biesiadowania”. Tak – jestem arodzinna. Wczoraj wyszłam z domu, bo wyszłabym z siebie.

 

Ach, gdzie mój dobry humor? Przecież ma być obowiązkowo cały czas ;)

 

08:35, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 grudnia 2014

I to wcale nie z powodu świąt, ech jakich tam świąt? Parę dni wolnego i już. 

Kocham Kabaret Hrabi. Kołaczkowska wymiata na scenie i uważam, że jest to najbardziej inteligentny kabaret na rynku rozrywkowym. Moją sympatię wzbudza jeszcze kilka scenek w wykonaniu Kabaretu MN, ale odkąd Górski zaczął chałturzyć w spotach reklamowych jakoś inaczej na niego patrzę. Ale niech tam sobie dorabia - jego sprawa ;)

"Dziubas" jako jedna z moich "najulubieńszych" scenek kabaretowych. 

Dobrego humoru życzę ;)

Tagi: kabaret
12:37, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

Święta blisko, śniegu ni ma, a Sokramka wiersz zaczyna,

bo jej życzeń się zachciało rozdać wszystkim paczkę całą ;)

Choć wysłała papierowe oraz te internetowe, 

które pewnie leżą w Spamie jako te nieprzeczytane ;)

Tak więc moi ukochani ci, co bardziej lub mniej znani

weźcie sobie po życzeniu przy zimowym przesileniu:

Bezcielesnej życzę teraz, by spotkała kawalera,

który ją obdarzy sercem i rozkocha w sobie wielce ;)

Brommba niechaj bywa zdrowa, niechaj dobrze córki chowa,

niech nie smuci się nadmiernie i uśmiecha się codziennie ;)

Fischerwoman - fest kobicie los dał piękne i bogate życie,

niech jej Święta płyną błogo, słodko, ciepło, prezentowo ;)

A Magdusi - pięknej pani życzę worka z prezentami

i miłości i czułości, a na stole moc pyszności ;)

Myszka oraz jej Myszątek dzielnie dbają o porządek,

niech te Święta będą dla nich najsłodszymi wspomnieniami ;)

Multilady misję spełnia, a jej świta ją dopełnia,

w Święta radość zapanuje, bo Mikołaj nie próżnuje ;)

Justek kota niech dogląda, niech przy jodze się rozciąga,

stos prezentów niech otrzyma, potem dalej się wygina ;)

Sekretarka niech Bożenie kupi w końcu to odzienie,

żeby ta kobita cała wypoczęła i pospała ;)

Życzę dużo zdrowia Gusi, bo wszak człowiek zdrów być musi,

no i niech obejmie ją wnet: spokój, miłość, ciepły pled ;)

Bądźcie dobrzy, uśmiechnięci, po prezentach - wniebowzięci, 

a wraz z Nowym Młodym Rokiem w życie wejdźcie świeżym krokiem! ;)

 

Wszystkim Wymienionym i Niewymienionym (którzy tu zaglądają) 

Wesołych Świąt!!!

 

piątek, 19 grudnia 2014

Prezenty jakie dostawałam od Mamy zawsze były praktyczne, miłe, zgodne z moimi oczekiwaniami, dlatego nie zapadały mi długo w pamięć. Prezenty od cioć były niepraktyczne, lub zawsze związane z higieną osobistą (mydełko, szampon) to już jak byłam większa, można powiedzieć - jak byłam nastolatką. Z dzieciństwa nie pamiętam prezentów oprócz jednego. Tego, który ojciec przywiózł mi z delegacji z Moskwy. Ponieważ był zawodowym kierowcą i dość często opuszczał dom na dłuższą wyprawę, zawsze starał się tę rozłąkę rekompensować.

Kiedy ja otrzymałam do dziś pamiętany prezent miałam 7 lat. Była to lalka rosyjska, która trzymana za rękę poruszała nogami i mogła chodzić. Cudowny prezent. Niestety nie pamiętam co się z lalą stało, a od 9 r. ż. nie przebywałam już w mieszkaniu rodzinnym.

 

A temu misiu ;) co siedzi po mojej prawicy (na zdjęciu brązowy niedźwiadek) po latach, kiedy brat miał 4 lata, a ja 10 zrobiliśmy operację i wypruliśmy mu flaki (jakąś watolinę) wycinając w brzuchu nożyczkami wielką dziurę ;)

czwartek, 18 grudnia 2014

Będzie o zakupach świątecznych (i nie tylko), których szczerze mam dość, jak co roku. Niby wiem, że za moich dziecięcych czasów niczego w sklepach nie było i rodzice musieli na głowie stawać, żeby stół jako tako wyglądał, ale dziś należę chyba do pokolenia, które wolałoby na święta wyjechać i nie martwic się niczym. Tak, zdecydowanie jakaś dwutygodniowa, okołoświąteczna wycieczka. Żadnego pichcenia, choć do tej pory co roku byłam mistrzem pierogowym (poniżej 200 szt nie schodziłam ;)) żadnego generalnego sprzątania, bo sprzątać trzeba na bieżąco i w miarę możliwości, a nie zarzynać się i latać ze szmatą na dwa dni przed świętami. Choinka u nas i tak zawsze stawiana jest dzień przed świętami (w tzw wigilię) bo Szanowny nie cierpi sztuczności i poluje zawsze na żywe drzewko, a przed samym rozwiązaniem choinki są najtańsze ;) i można śmiało kupić taką wartą ze 200 zeta za 60 od chłopa, który już się zwija z interesem.

Karp – no to co za pomysł z tą rybą, która ani nie jest smaczna, ani wygodna w obrabianiu, ani w ogóle. Dziś byłam świadkiem trzepotania się tejże rybki w worku foliowym u jakichś starszych państwa w koszyku. Myślałam, że zwątpię. Nigdy nie jadłam, nie jem i jeść karpia nie będę. Ja wiem, że dla tych państwa to tradycja i inne takie pierdolanty, ale ta ryba mogłaby być chociaż ubita przed zakupem. Przecież i tak żywa do domu nie dojedzie więc po co jej jeszcze przysparzać cierpień. Aha – i nie jestem jakimś walczącym wegetarianinem, ani wojującym ekologiem, tak po prostu czuję i tak wyrażam swoje poglądy.

Ludzi w sklepie…………………………………………………………………………………….tego bloga mało, żeby to opisać i najgorsze, że ja w tym pogromie tez uczestniczę, bo  auto na parkingu przed sklepem zaparkowałam, koszyk wzięłam i polazłam jak te głupie mohery na zakupy. No ale jak tu nie skorzystać z promocji mąki za 1,25 zł, oleju za 3,40 zł, kakao za 1,99 zł – Wedla! Drożdże do chleba za 0,70 zł. Poza tym jest normalny dzień i trzeba by jakiś normalny obiad zjeść z tej okazji ;)

Nie znoszę świąt, a najbardziej tego zapieprzania wokół nich. Czas świąteczny ma być czasem wypoczynku, lenistwa i ewentualnych rodzinnych pogaduszek. Gdybym miała kasę jak za dawnych czasów, na pewno skorzystałabym z zakupów internetowych. Widzę, że tu w okolicy jeżdżą samochody z zakupami z takich sklepów. Wiem też, że w naszej okolicy mieszka trochę ludzi z branży aktorskiej, dla nich to wygodne złożyć zamówienie i nie pokazywać się w publicznym miejscu.

Do tego Mania się rozchorowała, siedzi w domu od wtorku, ale dzięki temu upiekłyśmy trzy metalowe pudełka pierniczków ;) W szufladzie mam już przygotowane drobiazgi dla moich dwóch panów. O młodszą panią właśnie ci panowie zadbają plus trzech pasierbów, a jej braci przyrodnich. W zasadzie każdy dostanie jakiś drobny prezent. I to chodzi – żeby o nikim nie zapomnieć. W najbliższy weekend mam zjazd, a  Szanowny będzie wędził kiełbachy. Parę dni wolnego i za chwilę będzie po świętach.

 

sobota, 13 grudnia 2014

Mam chyba 9 lat, tak, nie więcej. Starsza siostra mojej Mamy zaprasza nas na wakacje na działkę. Całą naszą trójkę, bo Mama właśnie wniosła pozew o rozwód do sądu więc na wakacje z ojcem nie mamy co liczyć. Zresztą ja nie pamiętam wakacji z ojcem. W tym sęk, że on widnieje w moich wspomnieniach jako człowiek zapracowany lub siedzący w swoim ulubionym fotelu przed telewizorem. 

Miejscowość jest mała, to raczej wioska, której nazwę do dziś pamiętam. Mieszkamy w małym domku. Poznaję inne dzieci - tubylców. Wśród nich jest chłopak, chyba czternasto-piętnastoletni. Bardzo mi się podoba. Takie dziecięce zauroczenie. Jest gorąco, wszyscy spotykamy się na podwórku u cioci na działce. Ciocia rządzi. Jest bezdzietną mężatką, ale ma dryg do rozkazywania i ustawiania innych po kątach.

Bawimy się pod drzewem, które daje dużo cienia i nagle ciocia podchodzi do mnie i mówi przy moich koleżankach/kolegach (nie pamiętam: dwoje, troje) żebym zdjęła koszulkę bo jest gorąco. W głowie narasta strach, bo przecież dojrzewam, a tu obok stoi mój "ukochany". Ciocia nadal powtarza polecenie, że przecież jest gorąco i mam zdjąć koszulkę. Traktuje mnie jak dziecko. Jeszcze tylko szkoda, żeby pieluchę mi założyła. Z uporem maniaka odmawiam, na co ciocia podchodzi do mnie i ściąga mi przy wszystkich tę koszulkę. Czuję się...goła. Do dziś pamiętam próbę osłonięcia zalążków piersi, składanie rąk i odmowę wspólnej zabawy. Choć żadne z dzieci nie śmiało się i nawet jedna z moich koleżanek też bawiła się w samych majtach, dla mnie pozostaje to traumą. Ukochany kolega nawet nie zwracał na mnie (na dziecko) uwagi, ale ja we wnętrzu strasznie to przeżyłam. 

Mikołaja chyba najbardziej oczekują dzieci, to zrozumiałe. Prezenty i niespodzianki dają tyle radości. Ale dorośli przecież też lubią niespodzianki ;) Zazwyczaj przy okazji świąt czy innych okresowych okazji życzymy sobie zdrowia, szczęścia, miłości. I dobrze, bo to potrzebne jest jak tlen, ale przecież materialne potrzeby są równie ważne. Nie znam człowieka, który nie marzyłby o nowym samochodzie, czy o "tym pięknym wisiorku". 

Ale ja nie będę pisać o wisiorkach. Mam takie osobiste marzenia o rzeczach, których nie mogę sobie kupić, a chciałabym mieć. Proste, co? 

Po pierwsze: odkurzacz. Nowy odkurzacz. Taki jeszcze pachnący i błyszczący. Ten, który mam w dowodzie przekroczył juz pełnoletność. Rura podziurawiona łatana jest co jakiś czas, żeby śmiecie i inne farfocle nie wylatywały na zewnątrz. Jeszcze chodzi, jeszcze ciągnie, jeszcze wsysa ;) ale bliski jego koniec. Raz nawet naprawiałam mu wtyczkę do gniazdka, a co - potrafię ;)

Po drugie: nowe okno w kuchni. Chociaż byłby to prezent dla wszystkich, ale ja i tak spędzam w tym pomieszczeniu 70% domowego życia. Kiedy sprowadziłam się do tego domu pracowałam jeszcze w mojej starej, dobrej budowlance. Stać mnie było na gest wymiany sześciu okien w większości chałupy. SS wymieniła tylko jedno, w "swoim" pokoju. Na kuchnię juz nie miała ani siły, ani pieniędzy, ani ochoty. Teraz to stare, skrzynkowe okno jest tylko dobrym wyjściem dla naszych kotów. Może kiedyś popełnię wpis o pomysłowości Szanownego. 

Po trzecie: komplet garnków. Śmieszne? Nie, bo aktualne mają pourywane uszy, patelnie pozdzierany teflon, a przecież nie mogę wciąż przypominać się co pół roku u Szanownego, żeby mi te uszy dorobił ;) To taki żart: "nie proś chłopa, żeby coś zrobił w domu jak masz mu się przypominać co pół roku". 

Po czwarte: płaski telewizor. No co? Miałam napisać o moich materialnych marzeniach więc piszę. Nie mam takiego sprzętu mimo tego, że telewizji praktycznie nie oglądam, bo jak chcę wiadomości czy film, to mam internet. Ale czasem chciałabym wspólnie z Szanownym wrzucić sobie jakiś moovie z internetu na duży ekran i rozkoszować się przyjemnością wspólnego obejrzenia. 

Po piąte: laptop/notebook czy inna cholera, na której mogłabym w końcu zacząć pisać pracę. No na telefonie się nie da. Sorry. Zostaje jeszcze laptop Młodego i chyba w końcu będę się musiała z Pierworodnym dogadać - jakiś harmonogram używania czy jak? Listę zapisów zrobimy? Jak rozmawiałam z Szanownym o moich materialnych marzeniach, to powiedział, że gdyby tylko miał za co, to by mi ten laptop natychmiast kupił. Dobrego mam chłopa. 

Bezcielesna kiedyś pytała na swoim blogu, co moglibyśmy kupić za wygrana w totka. Myślę, że ta moja lista nie zamknęłaby się na tych kilku potrzebach, ale ja w totka nie gram. Bałabym się, że mi odwali, że zacznę wydawać jak szalona, choć mam się za kutwę i osobę o raczej ustabilizowanych systemach wydawania kasy. Ale nigdy nic nie wiadomo. Wolę jednak zarobić własną pracą na ten płaski telewizor ;)

Pod choinką zawsze staramy się coś kłaść. Nawet dla kotów. Niech to będzie krem do rąk, czy szampon, ale zawsze jest przyjemniej dostać male coś i uśmiechnąć się, że chociaż nie jest to kolia z brylantami, to ktoś o nas pamięta ;)

Tagi: marzenia
08:10, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

Mam cztery lata. Właśnie dostaliśmy z rodzicami przydział na lokal komunalny na Pradze. Wchodzę do mieszkania, które jest dla mnie ogromne. Potem okaże się, że to tak naprawdę kawalerka 24m2. Pokój z kuchnią, przedpokojem i łazienką. Woda i centralne na gaz. W pokoju regał i szafa na wysoki połysk, wersalka dla rodziców, dla mnie jeszcze łóżeczko. Potem to łóżeczko zamieni się na rozkładany fotel.

Pamiętam sen z tamtego okresu: jest noc, wszyscy mieszkańcy bloku śpią, ale ja nie. Wiem, że po świecie chodzi czarodziej i wrzuca do domów magiczne zapałki, które przynoszą szczęście. Czuwam. Wydaje mi się, że czarodziej przelatuje obok naszych okien, tak! To on. Wrzuca szybkim gestem garść zapałek, a ja zrywam się z łóżka i próbuję palcami zbierać te zapałki. Mama się budzi. - Co ty robisz dziecko kochane? - Zapałki, trzeba zbierac zapałki... Potem będąc dorosłą słyszę od Mamy, że to było jak w gorączce. Taki sen na jawie, z którego Mama musiała mnie budzić zapalając światło i lekko mną trząchając. 

Ot taka dziecięca wyobraźnia ;)

Nie, nie zagrałam w żadnym westernie, ani nie zmieniłam (jak na razie) pracy ;) Zwyczajnie; dzięki uprzejmości mojej dobrej koleżanki znalazłam się wczoraj w Komisji Wyborczej jako Zastępca Przewodniczącego. 

Po pierwsze: żadna kasa na chodniku nie leży, tylko ją trzeba sobie wydeptać, wypracować, wynaleźć. Po drugie: to nie moja pierwsza przygoda z wyborami od drugiej strony więc sprawę jakby miałam obcykaną. Po trzecie: trafiłam na super zespół i bardzo dobrze mi się pracowało podczas niedzielnego, popołudniowego dyżuru. 

A z liczeniem nie było większych problemów, jak w przypadku pierwszej tury i wyborów samorządowych. Tylko jedna różowa kartka (w Warszawie) i dwóch kandydatów. Poszło szybko, gładko i bezboleśnie. Mąż zaufania oczywiście obecny był. Przecież nie mogło być inaczej. Kontrola czy aby nie fałszujemy wyborów, czy czasem nie wyciągamy z rękawa dodatkowych kart i nie nanosimy dodatkowych krzyżyków. 

Ubrać sie musiałam odpowiednio, a jakże, tylko ja nie cierpię takich wyśrubowanych strojów jak ciągnące się pod pachami koszule, marynarki i tym podobne wystawne ciuchy, sukienek, spódnic nie znoszę, nie mam w garderobie. Jednakowoż ukłon w stronę Fischerwoman - Ty wiesz za co ;) 

W sumie w domu mogłam być już o 23.00, ale jak zwykle trzeba było czekać na właściwą pracę systemu komputerowego. Do chałupy dotarłam przed 1.00 ciemną nocą. Dobrze, że OKW blisko była ;) W domu ciemno, wszyscy spali, Mania jak zwykle z tatusiem, złapałam więc swój kochany jasieczek i uwaliłam się szczęśliwie umęczona do łózka mojej córki, które przecież stało puste ;)

Tagi: wybory
13:56, sokramka
Link Komentarze (4) »