Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 27 grudnia 2015

Chyba polubiłam swoją odświeżoną naturę. W dalszym ciągu trwam w terapii i braniu leków, ale nie ukrywam, że przychodzą do mnie myśli o tym, że bez "wsparcia" stanę się znowu tą zrzędliwą, krzyczącą starą złośnicą. Przyznam, że dobrze mi z moją życzliwością i dobrocią ;-)

Szanowny sam zauważa zmiany i co chwila mnie chwali, a ja już nie stawiam się jak baran i nie zaprzeczam; pochwały też trzeba umieć przyjmować. Naszła mnie też ochota na sięgnięcie po hobby. Trochę igły, trochę maszyny, nitka, pętelka i powstało kilka prezentów. Gdzie jeszcze trzy miesiące temu miałam w tym temacie czarną dziurę w mózgu.

Kilka tworów pozostało w Warszawie, kilka pojechało na drugi koniec Polski, ale najważniejsze, że robienie ich było dla mnie przyjemnością i formą terapii nawracającej na normalność.

Pojawił się więc smok:

Wyrósł netoperek ;-)

Wychyliła się mała myszka:

Ale urodziło się też kilka Mikołajów, wszak to okres świąteczny ;-)

A ponieważ okres świąteczny, nie mogło zabraknąć choinki:

Moja pani psycholog przed świętami rozmawiała o moim nadmiernym perfekcjonizmie, że nigdy nie jestem zadowolona ze swoich prac. Poprosiła o definicję mojego perfekcjonizmu i na koniec powiedziała, żebym w czasie przygotowywania prezentów dla innych pomyślała o sobie. Żebym uszyła sobie coś... nieperfekcyjnego. Ale ja oczywiście nic takiego nie zdołałam uszyć. Być może wynika to z tego, że nie umiem jeszcze myśleć wyłącznie o sobie, albo z tego, że ten cholerny perfekcjonizm będzie mnie jeszcze trochę prześladował. 

W każdym razie nawet moim pasierbkom dostało się po choince, bądź Mikołajku. 

O świątecznym okresie nie będę pisać. Było skromnie, wręcz biednie, ale tak miło, że aż mdło ;-) Nawet ucieszyłam się jak Uszak z Okularnicą i Pacholęciem przyjechali do nas w czwartek wieczorem. 

Mam jeszcze w zanadrzu opowieść o najcudowniejszym prezencie jaki zgotował mi los. Ale o tym będzie zapewne w innym wpisie...

P.S. muszę się jednak wytłumaczyć, że smok już był na materiale, a nietoperz i myszka narodziły się w mojej głowie ;-) Mikołajki i choinki mieszczą się w dłoni :-)

piątek, 18 grudnia 2015

UWAGA! Wpis będzie zawierać wyrazy wulgarne oraz treści potocznie uznawane za obraźliwe ;-)

Lubię moje młodsze dziecko. Tzn kocham moją córkę, ale lubię jak przychodzi do mnie i opowiada różne rzeczy z życia np szkoły, albo tego, co się dzieje wśród koleżanek. Taki plociuch ze mnie ;-)

Ostatnio przyszła do mnie, usiadła obok i dziwnie zaczęła mówić. Po cichu. "Wiesz, mamuś, jeszcze w pierwszej, drugiej, trzeciej klasie to ta moja szkoła była fajna, a teraz jest taka...no...no taka...zboczona".

W pierwszej chwili pomyślałam, że zaczynają się końskie zaloty chłopaków; jakieś łapanie za cycki, albo zaglądanie pod spódnice. Ale nie. Chodzi o słownictwo. Mania zaczęła opowiadać jak to jej koleżanki i koledzy "porozumiewają się" językiem popularnym i często nie do końca przez nich rozumianym. 

Na początek poszły wszelkie określenia męskiego przyrodzenia. Dzieci znają: fiuty, chuje, kutasy, a ja nie omieszkałam Mani wspomnieć, że kutasiki to były kiedyś bardzo piękne ozdoby ;-) Zdziwiła się. Potem poleciały określenia damskich narządów: cipy, pizdy (znaczenia tego drugiego słowa moja córka nie znała) Wyzywanie się wśród koleżanek w typie: ty dziwko, ty kurwo, jest dla mojej córki nie lada szokiem. Nie ukrywała, że wołają tak dziewczynki ze starszych klas, jak i z jej, czwartej. 

No i na koniec epitety: jebany, pierdolony, to taka norma wśród chłopców. 

W pewnym momencie do pokoju wszedł Szanowny. Na widok taty Mania zawołała: tatuś wyjdź, bo my tu sobie z mamą takie babskie pogaduszki uprawiamy ;-)

Do szkoły, w której uczy się Mańka chodzą różne dzieci. Jest tu zbieranina z okolicznego osiedla, ale jest też część dzieci z osiedla domków jednorodzinnych. Są dzieci z rodzin patologicznych, ale są też i dzieci nowobogackich. Jest nawet córka jednego z redaktorów publicznej telewizji ;-) Nie dziwię sie więc takiemu słownictwu, poza tym nie zabiegałam nigdy, żeby moja córka chodziła do jakiejś "lepszej" placówki. Jak ma się uczyć dobrze, to i na skrzynce z węglem będzie to robić. Owszem, kiedyś przemknęła mi przez myśl szkoła, która nie jest naszym rejonem, ale znajduje się bliżej miejsca zamieszkania. Na szczęście szybko mi przeszło, bo z czasem okazało się, że koleżanki Mani, które tam uczęszczają nie mają czasu na zabawę, wyjścia z domu, bo cały czas się uczą, uczą i uczą. Tyle mają zadawane do domu. 

Na razie są to dopiero początki, juz myślę jakie nowości Mania będzie przynosiła z gimnazjum. Chyba że zmienią się stosunki między nami i przestanie do mnie przychodzić na babskie pogaduszki ;-)

poniedziałek, 07 grudnia 2015

Moja Mania ma stwierdzoną nadwagę. Nie jest to otyłość, ale przekracza normy i w centylach wychodzi poza granice swojego wieku i wzrostu. Pisałam już kiedyś, że mogą być z tego nieprzyjemności natury emocjonalnej. Na szczęście Mańka jest lubiana wśród koleżanek i nic takiego ostatnimi czasy się nie zdarza.

Pomimo jej aktywnego życia, basenu, wychodzenia z domu do koleżanek, Mała tyje w oczach. Nie ukrywam, że również lubi jeść. Wszystko. I na słodko i na kwaśno, mięso czy czekolada, szpinak czy ogórek, nie ma znaczenia. Zaintrygowały mnie kwestie wypowiadane godzinę po posiłku: mamuś, jestem głodna, mogę coś zjeść? Zaraz, zaraz, przecież dopiero był obiad/śniadanie, nie za szybko? 

Poszłam z tymi wątpliwościami do pediatry. Oczywiście wizyta była pod pretekstem jakiegoś kaszelku. Pan doktor obejrzał, powiedział, że wszystko ok, a ja poprosiłam, żeby popilnowała mojej torby na korytarzu, a ja jeszcze spytam o coś lekarza ;-) Pan doktor wiedział o co chodzi i zlecił badania w kierunku czynności tarczycy, cukru, cholesterolu. Dał również skierowanie do endokrynologa. Oczywiście nasza państwowa służba zdrowia daje dziewięciomiesięczne terminy do dziecięcego specjalisty, musiałam więc wyskrobać stówę z domowego budżetu i pójśc do lekarza prywatnie. Ale czego sie nie robi dla dziecka? ;-)

Pani endokrynolog nie stwierdziła odchyleń od norm. Powiedziała jasno i wyraźnie, że to nie zaburzenia tarczycy, a zwykła nadwaga. Żołądek jest rozepchany i dlatego Mania wciąż czuje głód. Dodała też, że należy przejść na dietkę: mniej ziemniaków, kluchów, ogólnie węglowodanów. Kupić wagę i pilnować, żeby w ciągu pół roku nie wzrosła. Żeby organizm poszedł w górę, a nie w szerz.

Po wizycie moja córka się rozpłakała. Kiedy spytałam dlaczego odparła, że teraz nie będzie mogła jeść tego, co lubi. Wyprowadziłam ją z błędu, bo wcześniej rozmawiałam z zaprzyjaźnioną koleżanką-cukrzykiem. Usłyszałam od Ewy kilka drogocennych rad w temacie żywienia i generalnie musimy ograniczyć ilość przekładając jedzenie na jakość i częstotliwość. 

To co mnie zadziwiło po tych dwóch tygodniach diety, to fakt, że Mania pyta się czy TO może zjeść, czyta opakowania co dany produkt zawiera (np. cukier), uczy się świadomie jeść. Mnie też to na dobre wychodzi, bo ostatnio nic nie smażę. Jest dużo mięsa duszonego, pieczonego, grillowanego, ewentualnie jajko sadzone ponieważ ma krótki czas smażenia. 

Chciałabym utrzymać wagę mojej córki do wiosny. Chciałabym, żeby wyciągnęła się w górę. Choć i tak w wieku prawie 10 lat wygląda na 12, a waży jak panna młoda na wydaniu. 

15:32, sokramka
Link Komentarze (7) »