Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
poniedziałek, 24 marca 2014

Nie znoszę bezczynnego siedzenia w fotelu i gapienia się w sufit. To oczywiście metafora niewykorzystanego wolnego czasu. Weekend miałam wolny od wyginania umysłowego, pozostało więc wyginanie fizyczne ;) Ponieważ Szanowny również nie miał zleceń na sobotę oboje postanowiliśmy podzielić się obowiązkami domowymi.

Do skończenia jest wiatrołap. Zrobiony z półfabrykatów, z tego co było dostępne w domu, ewentualnie dokupionego za grosze w markecie budowlanym. Bawimy się w jego budowę już dobre kilka miesięcy, ale wynika to jak zwykle z braku kasy. Jednak podsumowując: zostało nam tylko pomalowanie otynkowanych ścian. Może w przyszłym miesiącu?

Zrobiliśmy również podest na śmietnik przed posesją. Teraz po zmianach ustawy śmieciowej, musimy wystawiać kosze przed dom w dniu odbioru odpadów. Obie prace robiliśmy wspólnie. Nie sprawia mi problemu trzymanie pędzla, kielni, układanie płytek, mieszanie cementu. Wszystko oczywiście pod okiem Szanownego.

Do tego zadziałałam jak wulkan, kupując Małej okazyjnie z Tablicy rolki. Byłam w szoku kiedy przeglądając ogłoszenia natrafiłam na zdjęcie prawie nieużywanych rolek, w rozmiarze odpowiadającym mojej córce. Do tego cena – 50 zł! Mimo, że miałam 120 zł do jutra (wtorku) zadzwoniłam do kobiety i wypytałam o wszystkie szczegóły. Moja córka już od dawna marzyła o rolkach. Przywiozłam jej od cioci z którą latałam po teatrach rolki po cioci wnuczce, dziś już prawie 26 letniej pannie. Nie są one w stanie najlepszym, no i mają plastikowe kółka, ale i tak to nie przeszkadzało Małej włożyć i ćwiczyć jazdę. Już raz wprawiała się na łyżwach w czasie ostatniej zimy. Kiedy więc zobaczyłam te rolki w internecie, natychmiast podjęłam decyzję o ich kupnie. Tym bardziej, że ludzie okazali się przyzwoici, kulturalni, mili i sympatyczni. Po rolki pojechałam w niedzielę i praktycznie cały dzień Mała śmigała po ulicy. Jeszcze ma trochę zachwianą równowagę, ale bliżej jej jak dalej do samodzielnej jazdy.

Wieczorem usiadłam i dopisałam parę akapitów do mojego referatu. Trudny mam temat, ale sama sobie taki wybrałam. Muszę mieć pracę gotową na najbliższy weekend. Zrobi się.

Pogoda sprzyjała, dwa prania się zrobiły, szybko wyschły. Młody w piątek pojechał na rajd, wrócił dopiero w niedzielę wieczorem.

Taki zwykły weekend, a miło go spędziłam. Lubię pracę, lubię się czymś zajmować, planować, dłubać, bo wtedy moja głowa nie rozlewa swoich myśli po głupotach. Nie zastanawiam się i nie kombinuję. A jak nie kombinuję, to jestem spokojniejsza i weselsza. Jak jestem wściekła to sprzątam. Jak się „wyżyję” na martwych rzeczach to nie wyżywam się na ludziach ;)

Nasz wiatrołap wygląda jakby się wchodziło do jakiejś willi. Tak określił to Szanowny. Zobaczymy jak będzie po pomalowaniu. Podest na śmietnik dziś schnie, bo ułożone są tam resztki gresu, który mamy również na schodach do wiatrołapu, a który był darowany przez koleżankę.

Podczas naszej wspólnej pracy Szanowny powiedział, że wcale by nie narzekał, gdyby musiał zostać w domu (nie pracować zawodowo), gotować, zajmować się remontami,  a ja zarabiałabym na dom. I przyznam szczerze, że mi ten pomysł tez się spodobał ;)

 

Tagi: Mąż remont
12:13, sokramka
Link Komentarze (5) »
czwartek, 20 marca 2014

Z powietrza? Kuźwa też bym tak chciała. Wpis będzie nie wesoły, bo mnie coś chyba boli, albo wychodzi na to, że niegospodarna jestem. Na podstawie mimowolnej obserwacji trzech rodzin z mojego otoczenia, dochodzę do wniosku, że lepiej chyba być patolką i żyć na koszt państwa. Osobiście jednak jestem zdania, że mając dwie zdrowe ręce, nogi i myślący mózg zdecydowanie lepiej zarobić na własne potrzeby. 

Jak wiadomo jestem pod opieką Ośrodka Pomocy Społecznej. Związana jestem dwuletnim kontraktem, gdzie obie strony maja wywiązywać się ze swoich obowiązków. Z mojej strony to uczestnictwo we wszelkiego rodzaju warsztatach, szkoleniach, spotykanie się z „opiekunką”, pielęgniarką, w celu nadzoru z ich strony, czy aby jakaś patologia nie wdarła się z powodu permanentnej biedy.

W trakcie takich warsztatów spotykałam na swojej drodze różne rodziny (ich przedstawicielki głównie). Część znam ze szkoły mojej córki, część jest z innej dzielnicy. Bałam się, że jako jedyna będę reprezentować styl życia bezalkoholowy, beznikotynowy, starający się dokształcać, rozwijać, dbać o dzieci etc. Otóż na szczęście takich normalnych mam jest więcej w programie.

Jednak wracając do pierwszego akapitu, przyznam się, że widząc te trzy rodziny, prawie codziennie, w różnych ostępach czasowych każda, robiące zakupy w tym samym sklepie co ja, otwieram oczy ze zdumienia. Są to rodziny posiadające trójkę dzieci najmniej, jest rodzina z piątką i czwórką, gdzie tu dwoje najmłodszych to niepełnosprawne dziewczynki. Ludzie ci palą papierosy. Rodzice ze wszystkich trzech rodzin. Widuję czasami dwóch ojców popijających piweczko pod sklepem na naszym osiedlowym bazarku. Jedna z dziewczynek z tych rodzin chodzi z moją Małą do klasy. Mamusię więc znam z zebrań szkolnych. Nikomu nic nie żałuję i niczego nie bronię, ale koszyki tych państwa zawierają często produkty na ogólną sumę przekraczającą 100 zł. Dla jednych to mało dla innych to dużo. Ja ze stówą muszę często, gęsto wyginać umysł, zastanawiając się co kupić, żeby przeżyć następny tydzień. Do tego wiem jak wyglądają zasiłki z OPSu, czy to celowe, czy rodzinne, wiem, bo zostałam zmuszona korzystać. To wszystko jest mało. A ci ludzie NIE PRACUJĄ.

Kiedyś, przy wizycie mojej „opiekunki”, de facto bardzo miłej i kompetentnej osoby, wspomniałam, że czasem przychodzi taki dzień, że nie mam na chleb. Trzeba się zmusić i przeczekać na jakiś spływ gotówki, ale to boli. Na co moja opiekunka wystawiła mi papier, na podstawie którego mogłam zgłosić się po darmową pomoc żywieniową dla biednych. Skorzystałam, ale powiedziałam sobie, że prędzej kręgosłup na mopie złamię, aniżeli skorzystam z tego drugi raz. W kolejce stali ludzie naprawdę z marginesu. Zasikani, brudni, niepełnosprawni nie dbający o siebie, śmierdzący papierochami i moczem. Gdzieś tam w tłumie widziałam te matki z supermarketu, które robią zakupy za więcej niż 100 zł. W zestawie darowizny znalazło się: 4 paczki ryżu, 4 paczki kaszy gryczanej, 2 kartony mleka, 2 serki topione, 3 słoiki dżemu, 4 konserwy mięsne, dwie lodowe sałaty i paletka Danmleka.

Oprócz ryżu, kaszy i mleka wszystko miało podejrzany smak. Konserwy mięsnej nie chciały jeść nawet nasze koty. Sałata była już nadpsuta. Serek podsychał. Wiem, że darowanemu koniowi…i tak dalej, ale bez przesady. Co do zapasu produktów suchych, kasza została wykorzystana do kaszanki, ryż jemy prawie codziennie (rzygamy już nim) i dobrze, że mleko ma u nas status priorytetu, szybko znika.

I teraz wracam do tych rodzin. Skąd oni mają pieniądze na opłacenie wycieczki szkolnej dla dzieci? Jak biednym trzeba być, żeby korzystać z tych darmowych dobrodziejstw? Skąd jest kasa na papierosy, piwo, środki czystości, które kupują, nie dostają. No i pytanie: jak można tak żyć?

Wiem, że taka postawa rodzi następne pokolenia pasożytów. Wiem, bo obserwuję. Proponuję też poczytać sobie blog „Na marginesie życia”, który mam w zakładkach. Blog kuratora sądowego.

Nie chcę być w jednym worku z takimi ludźmi. W czerwcu kończy mi się kontrakt socjalny. Skończy się nadzór i kontrola, ale skończą się też profity w postaci np. darmowego biletu miesięcznego. Ale szczerze mówię: wolałabym zapracować się, by mieć pieniądze dla dzieci, niż nie robić nic i brać państwowe. Za darmo. Bo nawet po pierwszych warsztatach w podzięce za wspaniałe wykłady, uszyłam dla pani torbę zakupową. To też była moja praca.

 

środa, 19 marca 2014

Już dawno nie było propozycji ze strony OPSu do uczestnictwa w jakichś warsztatach, szkoleniach. A przecież mój kontrakt socjalny jeszcze się nie skończył. Termin zakończenia umowy to czerwiec tego roku, czyli już niedługo. Jak ten czas szybko leci, dwa lata minęły jak z bicza strzelił. Owszem, po drodze moja „opiekunka” dzwoniła i pytała o moja zgodę na zapis: kursu wizażu, obsługi kasy fiskalnej i inne. Wizaż to ja akurat mam w poważaniu, a kasę fiskalną dawno temu nauczyłam się obsługiwać. Za każdym razem pani wpisywała w raport, że „klient pracuje i nie może uczestniczyć w warsztatach/szkoleniach”. Oczywiście tych, na które nie chciałam chodzić ;) Ale teraz skorzystam sobie z okazji i pójdę na 40 godzinny kurs obsługi komputera. Wzięłam sobie zestaw dla zaawansowanych ;) Niech mnie podszkolą w Excelu (bo niedługo zapomnę jak się makra robi) no i w ogóle muszę wychodzić do ludzi. Kurs będę mieć we wtorki i czwartki późnym popołudniem. Potem dostane zapewne jakiś papierek, że „ukończyła…” etc. Następny do kolekcji, ale zawsze coś do przodu. Zaczynam już jutro.

 

 

11:45, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 marca 2014

Miałam przygotowany w brudnopisie wpis na temat ostatnich scysji pomiędzy mną a Szanownym, ale doszłam do wniosku, że bez sensu jest powielać schematy opisane ostatnio u moich koleżanek – blogerek. Smutne to, ale prawdziwe. Doszłam tylko do wniosku, że różne są przyczyny powstawania sprzeczek. U jednych będzie to niestabilność zdrowia, u innych niestabilność finansowa granicząca z biedą, a inni będą kłócić się o bzdety, czy z powodu wiejącej silnie nudy, albo braku planów czy wspólnych marzeń. I tu ukłon w stronę Fischerwoman, która mądrze mówi, że „póki są kłótnie – są emocje, uczucia, ale kłótnie bolą i rzadko kiedy doprowadzają do zgody”. Tak, kłóćmy się, ale mądrze. Ja ze swej strony też przemyślałam wiele spraw, jak to wygląda z mojego punktu widzenia.

Awantury w moim domu wywołuję ja. Jestem prowokatorką, inicjuję sprzeczki, a Szanowny wypowiada tylko tzw. „pół zdania”. Chociaż ostatnio krytykuje mnie za… krytykę. Drażni mnie jednak, jak chłop szczeka paszczą bez sensu, bez konstruktywnej krytyki. Oprócz kwestii finansowej sprzeczamy się praktycznie o wszystko. O wychowanie dzieci, o utrzymanie czystości, o higienę osobistą, dobór znajomych, asertywność, potrafią wchodzić też kwestie światopoglądowe: homoseksualizm, aborcja, sześciolatki w szkołach, polityka… Nawet filmy lubimy różne, nie wspominając o muzyce. On chciałby tańczyć, ja tańczyć nie lubię. On lubi ogród i kwiaty, ja zabawy w ogrodnika nie znoszę. Jemy o różnych porach, wstajemy o różnych godzinach i o różnych godzinach kładziemy się spać.

Nic razem nie robimy (prócz ostatniego porcjowania prosiaka) i to jest kolejny powód odwołania się do słów Fischerwoman: potrzeba bycia tylko ze sobą, nie z chorą córką, nie nad pustym portfelem, ani nawet nie z dziećmi przy porannym posiłku, tylko ZE SOBĄ, to wykładnia dobrego związku. Mnie samotność nie przeraża, stanu singielki się nie boję, bo już to raz przerabiałam. Pozew o rozwód mogę napisać w każdej chwili. Tylko to nie jest rozwiązanie problemu. Po coś w końcu się zeszliśmy, mimo że chłop to „ciało obce” ;) Jakieś wspólne plany przecież kiedyś mieliśmy. Namiętnie i bez awantur możemy rozmawiać o kotach, kulinariach i wycieczkach rowerowych.

W domu ja sobie na głowę wejść nie dam, ani nie jestem niczyją służką, ani podwładną. Nigdy też nie płaczę po awanturze. Spływa to po mnie jak po kaczce. Wyrzucam z siebie to, co mam do wyrzucenia i oczekuję konstruktywnych uwag i ewentualnego dojścia do kompromisu. Płacz poniża i do niczego nie doprowadza. Rzadko kiedy mam propozycje do rozważenia ze strony Szanownego więc przestałam walczyć do upadłego. Swoją dumę mam. Jeśli Szanowny będzie dalej jechał na wygodnictwie to daleko nie zajedzie.

Chyba nie dogadaliśmy się w pierwszych latach naszego związku co do priorytetów małżeństwa. Wiele rzeczy ostatnio olewam sikiem ozdobnym. Kompromis świąteczny paradoksalnie nadal działa, ale nie da się żyć, jeśli stara się tylko jedna strona, nawet postępując wbrew swoim zasadom. Zasadniczo muszę znaleźć punkt zaczepienia. Znowu ja, znowu muszę przywracać ład i porządek, opanować chaos. O ile oczywiście mi zależy i o ile mi się chce.

Każdy kryzys da się rozwiązać jeśli się tylko chce. I albo dojdzie się do porozumienia, albo się przeczeka, albo potraktuje się wady drugiej strony jako codzienność i przymknie na to oko.

Ciepło pozdrawiam!

18:04, sokramka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 10 marca 2014

Osoby wrażliwsze uprasza się o nie czytanie poniższego wpisu. Będzie dużo krwi ;)

Kiedy Szanowny robił swoje kiełbaski do domowego użytku, zawsze kupował mięsko w promocji w supermarkecie, albo na giełdzie spożywczej. Było to mięsko wyłącznie z przeznaczeniem na wędzenie i przerób, tj łopatka, szynka, karkówka. W piątek wieczorem narodziła się okazja zakupu półtuszki wieprzowej po okazyjnej cenie. Okazyjna cena to nie znaczy, że 50 zł za całość, to znaczy, że za kg bitej wieprzowiny cena może wynosić np. 5,5. Po obliczeniu ile taka półtuszka może kosztować doszliśmy do wniosku, że nie mamy tyle kasy w kieszeniach (oboje przed wypłatą) i trzeba pożyczyć. Szanowny pojechał więc z kolegą poza granice naszego miasta i obaj zakupili wieprzka na spółkę.

Po przyjeździe trzeba było tego prosiaka wnieść do domu i oporządzić. Mała dygresja: kiedyś kupowaliśmy już rąbankę, ale były to gotowe porcje, porozdzielane fachową ręką i człowiek wiedział co szynka, a co łopatka. Tak więc Szanowny wniósł do kuchni wielki ogrodowy stół, dodam, że sam go zrobił (!) drewniany blat na żeliwnych nogach. Jak na złość nie było więcej chłopa w domu i przytachał to ważące ponad 55 kg cielsko sam.

Jak ktoś kiedyś oporządzał wieprzowinkę to czytać dalej nie musi, ale świnka miała pół łba, nóżkę przednią, nóżkę tylnią, mięsko na wierzchu i ogonek. Taka połówka nam się trafiła. Do tego Szanowny przywiózł słoik krwi. Do kaszanki. Musieliśmy potem świnkę ze starym poporcjować. Dla mnie to pierwsze takie doświadczenie. Ale to, że jestem „miastowa”, nie znaczy, że mi się to nie podobało i że sobie nie poradziłam. Były dwie straty w postaci urżniętych paluchów ;) spokojnie, to taki żart – palce mam całe, są tylko nieco uszkodzone. Z tymi plastrami wokół paluchów wyglądam teraz trochę jak Michael Jackson. Szanowny działał siekierką, ja dużym, dobrze naostrzonym nożem.

Kiedy mięsko zostało poporcjowane i wyniesione do garażu w celu przestygnięcia, niedziela przywitała nas planami przerobienia tego towaru. Oboje więc ochoczo wzięliśmy się do pracy. Mam teraz kilka kg mielonego, z sadła i smalcu wytopię sobie tłuszcz, kilka porcji żeberek, szynki do pieczenia, wędzenia, karkówkę (zbliża się sezon grillowy), no i własnej roboty kaszankę. Pierwszy raz robiłam i jestem z siebie naprawdę dumna. Jak nigdy. Do tej pory zawsze w cieniu swojego chłopa – rzeźnika/masarza, a teraz sama, własnymi rękami przyrządziłam kilka pętek kaszanki gryczanej. Trochę wyszła mi za sucha, ale jak na pierwszy raz…

Sprzątania było ogromnie dużo. Były takie momenty, że miałam to zostawić, ale jak sobie pomyślałam, że coś za coś, to odpuszczałam.

Wieczorem, kiedy pakowaliśmy kaszankę i pasztetową do flaków, pomagała nam nasza Mała. Jej najbardziej podoba się kręcenie korbką w maszynce do nabijania. Szanowny nie byłby sobą, gdyby nie opatentował urządzenia do wielokrotnego mielenia masy papkowatej. Taka pasztetowa czy inna substancja robiąca się mazią po wielokrotnym zmieleniu, może doprowadzić do furii, kiedy już nie można jej swobodnie wkładać w maszynkę. Mąż natomiast połączył tubę od nabijania flaków z maszynką do mielenia i w ten sposób kręcił tylko korbą, a masa sama się mieliła. Ależ zdolny ten mój mąż ;)

Spać poszliśmy po 23.00. Okazało się, że mamy za małą lodówkę, trzeba było część produktów wynieść do lodówki dziadka. Jemu daliśmy również trochę mięska, głowiznę, bo sam chciał i kilka kości na zupę.

Teraz przynajmniej wiem czym będę żywić moją rodzinę, a po drugie, takie przetwory spokojnie poleżą dłużej niż omulała wędlina z supermarketu, która po jednym dniu do niczego się nie nadaje.

 

piątek, 07 marca 2014

Szarlotka się piecze, ogień w piecu się pali, liczę na przyjemny wieczór :)

Wszystkich serdecznie i ciepło pozdrawiam!

Let the music play on! 

:)

czwartek, 06 marca 2014

Jednak „teściochy” nowej mieć nie będę. Pani pojawiła się w ostatnią niedzielę kiedy ja miałam zjazd, Szanowny opowiadał mi co widział i co słyszał. Pani jest również po 70, tak jak dziadek, ale to podobno „babka z klasą”. Nie widzieli się z dziadkiem ponad 50 lat, bo to miłość teścia z młodości. Pani była ponoć w mini spódniczce, futerkiem okryta i podobno nawet nie usiadła u dziadka w pokoju. Zajrzała na chwilę, powiedziała, że jest przejazdem, że spieszy się do koleżanki i tyle ją widzieli. Szanowny potem komentował, że jak pani pewnie zobaczyła ten zasyfiony pokój, obsrane przez latające papużki na wolności drzwi i meble to zwątpiła. Ale prawda jest taka, że nie wiemy czy rzeczywistym powodem krótkiej wizyty była owa „przejazdowość”. W każdym razie dziadek nie ustępuje i wciąż dzwoni do swojej love, dziś obudził mnie gadką o 3.00 w nocy.

W robocie sajgon. Zapierdzielam na mopie ze zdwojoną siłą, bo kończą się remonty i oddają po kolei służbowe pomieszczenia. Ja się wykończę. Do tego wlazłam w poniedziałek w dawno nie używany korytarz z łazienkami na końcu, jak weszłam tak szybko stamtąd wyszłam, taki syf. Pomyślałam sobie, że chyba szpachelką będę ten brud poremontowy zdzierać. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale w końcu doprowadziłam je do stanu używalności.

Do napisania mam referat z prawa zobowiązań. Temat wybrałam sobie sama: „Odpowiedzialność deliktowa, a odpowiedzialność kontraktowa – różnice”. Muszę wybrać się do czytelni, bo jedną publikację pożyczyła mi zaprzyjaźniona kumpela, ale to za mało. Wikipedia to nie źródło do pisania referatów.

Próbuję uczyć się swojego piekarnika. Wczoraj upiekłam szarlotkę, ale już wiem, że powinnam nastawić inną temperaturę, bo niedopieczony klapcioch mi wyszedł. Klapciochem podzieliłam się z Bratem i z kolejna zaprzyjaźnioną kumpelą, która potrzebowała się wygadać. Ja też czasem tego potrzebuję, dlatego doskonale rozumiałam ten motyw.

Nie umiem żadnej z moich „koleżanek” nazwać „przyjaciółką”. Nie znam się na przyjaźni między koleżeńskiej. Znam się na przyjaźni matka – córka. Nie wiem kogo można już nazwać przyjacielem, kogo kumplem, a kogo tylko koleżanką, czy znajomą. Mam ewidentnie problem z nazewnictwem osób znajdujących się w moim otoczeniu. Czy ktoś, kogo znam, powiedzmy pół roku, a jest dla mnie życzliwy, może być nazwany przyjacielem? Czy może przyjaciółką będzie ta, którą znam od ponad 15 lat, widujemy się, wydzwaniamy, ale kiedy przychodzi co do czego ona nie jest w stanie nigdy mnie pocieszyć, wesprzeć… Być może życie wypaczyło mi spojrzenie na świat osób obcych, dając mi taką matkę, która zastąpiła mi szeregi przyjaciół fałszywych, którzy mogliby nawarstwić i tak ogrom młodzieżowych problemów. Choć w pewnym sensie takie „przyjaciółkowanie” z koleżanką z klasy na pewno jest inne niż samemu czy z mamą.

Ech, odbiegłam od zbiorowej relacji, zostawmy te przyjaźnie na później – musze pilnować ognia w kozie. Sezon grzewczy jeszcze trwa i póki jest czym, trzeba dom ocieplać ;)