Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 30 marca 2016

Serwetka ma średnicę 40 cm. Jest kilka błędów, ale dla laika są niewidoczne ;-)

Kocyk się robi. Wymiary elementów to 10x10 cm. Jak będzie cały skończony też wstawię.

I proszę się nie pytać kiedy ja to dziergam ;-) bo będzie wstyd na cały kraj :-D Dobrze, że pralka pierze sama i dzieci nie muszę przewijać, hi hi ;-)

A na koniec wiosenny leniuch:

09:34, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 29 marca 2016

Wiele się działo, ale da się wszystko streścić w jednym wpisie ;-)

W zeszłym tygodniu miałam w pracy całodzienne szkolenie dotyczące systemu obowiązującego na miejscu. Trochę nudno poprowadzone, ale test zaliczony więc chyba coś w tej łepetynie zostało ;-)

Co do psychologicznego potwora u mojej córki wiem już więcej niż myślałam. Po wizycie u znanej mi psycholog (m. in. tej, z którą współpracowałam w przypadku problemów z Golasem) uświadomiłam sobie, że mam w domu...nastolatkę. Tak, tak, te buntownicze objawy niemające podstaw w żadnej traumie szkolnej, to wyraz krzyku i chęci większego zainteresowania swoja osobą. Doszłyśmy do wniosku z panią psycholog, że muszę być bardziej konsekwentna i wymagająca (a można jeszcze bardziej? ;-)) Ale jednocześnie otwarta i zacząć traktować ją już nie jak dziecko. Tylko, że ja właśnie niedawno zaczęłam ją traktować jak dorastającą pannę. Nie wiem co mogę więcej uczynić. Na razie będzie odprowadzana do szkoły przez Pierworodnego. Młody nie chodzi do szkoły, do pracy idzie od połowy kwietnia więc obiecał mi pomóc.

W niedzielę były chrzciny Królewny. Wnuczka Szanownego ma już cztery miesiące więc rodzina postanowiła zapisać ją do grona chrześcijan. Niestety, sama impreza nie przypadła do gustu mojemu mężowi. Takie zderzenie dwóch różnych kultur spowodowało, że Szanownemu w ogóle nie chciało się tam siedzieć, ale zrobił to dla swojego syna. W skrócie można by określić to jednym zwrotem: "zastaw się, a postaw się". Wódka, wódka i jeszcze raz wódka. Jak to na wiejskich chrzcinach. Nie obrażając przyzwoitych ludzi ze wsi ;-)

Wczoraj natomiast udało nam się wyciągnąć Dziadka na spacer do lasu. Szanowny bał się, że skoro narzeczona Ojca pojechała do swojej rodziny, on będzie próbował szukać monopolowego i zapijać nudę. Początkowo Teść nie chciał nigdzie iść, bo źle się czuł, nie chciało mu się, ale w końcu dał się namówić na leśny spacer. A pogoda była cudowna. Zrobiliśmy sobie parę wspólnych zdjęć i po powrocie do domu Teść poszedł się zdrzemnąć zmęczony jak dziecko.

Przyznam się, że gdyby Ojciec nie pił byłby naprawdę fajnym, rozrywkowym człowiekiem. Mimo jego prostoty wyniesionej ze wsi potrafi był fajny. Tylko ten alkoholizm... To może zniszczyć każdego.

Mania z koleżankami bawiła się wczoraj na powietrzu, oblewając się z pistoletów i spryskiwaczy. Dobrze, że pogoda dopisała, bo wszystkie dzieci szybko schły ;-) A dziś zaczyna się nowy tydzień, nowe zadania w pracy, a w międzyczasie gdzieś plącze się włóczka, kordonek i szydełko..., Ale o tym w innym wpisie, bo muszę przetransferować fotki ;-)

Miłego dnia!!!


niedziela, 20 marca 2016

Mam pałera w rękach i jakoś nie chce mnie opuścić ;-) Maszyna na razie poszła w odstawkę, a na jej miejsce wskoczyło szydełko. Mam zamiar znowu porobić trochę ubranek dla lalek mojej Mani, ale na chwilę obecną kilka prezentów, które ostatnio powstały:

Liść klonowy - serwetka - dla mojej cioci z okazji 71 urodzin.

Butki dla Pacholęcia, jeszcze nie są skończone ale zaraz będą ;-)

No i z okazji zbliżających się tzw Świąt Wielkanocnych, albo święta przesilenia wiosennego, albo święta życia, albo zwyczajnie z okazji nadchodzącej wiosny:

To takie pisanki szydełkowe. Fajnie prezentują się jako zawieszki ;-)

No i ćwiczę podkładki pod kubek, a z tych kwadratowych form powstanie twór dla małej Księżniczki. Już się rodzi w mojej głowie ;-)

A na koniec Pieśń Radości z okazji nadchodzącej wiosny:

Bawcie się wyśmienicie!

 

wtorek, 15 marca 2016

Uderza z innej strony, z tej, która mnie najbardziej boli. Mianowicie chodzi o moje dzieci. Wstyd się przyznać, ale zaczynam traktować moją najbliższą rodzinę jak Adamsów. Każdy ma jakieś "coś" za uszami, jakieś problemy, jakieś fobie i nijak nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Ja - wiadomo - po śmierci Mamy, utracie pracy i mieszkania, chorobie teścia, śmierci teściowej i walce z SS o święty spokój, utraciłam normalność i zgłosiłam się do psychologa. To było dawno, ale pół roku temu wróciło i postanowiłam się ratować. Teraz, gdy widzę świat w jasnych kolorach chcę uratować swoje dzieci.

Najpierw Mania: problemy z (nie) chodzeniem do szkoły powtarzają się cyklicznie i nie jestem w stanie temu zaradzić. Włączyłam nawet w ratowanie naszego dziecka Szanownego i Pierworodnego. Mają wspierać Małą w jej porannych przygotowaniach do wyjścia z domu. Szanowny ją budzi, gdy wychodzi do pracy, daje buziaka, życzy miłego dnia. Ja przygotowuję jej śniadanie, czeszę, zostawiam pieniądze na poranne zakupy do szkoły, a Pierworodny pilnuje, żeby wyszła z domu. Co z tego, jak Mania wraca się średnio raz w tygodniu, z powodów różnych - za zimno jej w ręce, zapomniała telefonu, boli ją żołądek, za słabo słońce świeci... Ten ostatni argument wymyśliłam, bo naprawdę nie wiem co jest poważną przyczyną absencji szkolnej.

Nie pomagają tłumaczenia, że każdy opuszczony dzień (nawet raz w tygodniu) powoduje braki w edukacji, że koleżanki będą się o nią pytać, że będzie się nudzić w domu, nawet zagroziłam, że zabiorę jej tablet za karę. Nie przejmuje się tym. Jak ma nie pójść to coś zawsze wynajdzie, żeby wagarować. A to jest dopiero czwarta klasa podstawówki. Czy to się już nadaje na wizytę u psychologa??

Kolejna sprawa, to matura mojego Pierworodnego. Niestety nie będzie jej zdawał w tym roku. Zawalił ostatnią klasę technikum po całości. W grudniu był już tak sfrustrowany, że nie sposób było z nim rozmawiać. Cokolwiek człowiek powiedział, to Młody najeżał się agresywnością. Sam zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc w zapisaniu się do psychologa. Chodzi na terapię jak ja. Bierze lekkie antydepresanty. W karcie ma napisane, że zgłosił się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Myślę, że przerosła go ilość obowiązków: harcerstwo, wolontariat, przygotowania do matury. Wszyscy go gdzieś do czegoś angażowali, a on nie chciał i nie potrafił odmawiać.

Jak mam teraz traktować moje dzieci kiedy starsze siedzi w domu, a ja je wykorzystuję do wychowywania młodszego? Mogę się spodziewać, że Mania w końcu powie mi: Brat nie jest dla mnie autorytetem, bo też nie chodzi do szkoły.

Pierworodny dogadał się w szkole, że będzie powtarzał czwartą klasę systemem eksternistycznym i maturę zda w przyszłym roku. Dyplom technika na szczęście ma. Będzie musiał iść do pracy, co zresztą sam planuje. Pani pedagog szkolna powiedziała, żeby wyprostował swoją sytuację psychiczną i dopiero podszedł do ukończenia szkoły. Ze studiów nici, a tak o nich marzył. Chciał startować na logistykę. Trudno.

A co z Manią? Nie znam powodu, dla którego nie chce chodzić do szkoły. Przecież wszystko ma naszykowane, odrobione lekcje z moim wsparciem, wraca się do domu juz po wyjściu z niego. Co ją blokuje? Mówi, że w szkole jest ok, nikt jej nie dokucza, a może ja coś przeoczyłam? Gdzieś popełniłam błąd? Co ze mnie za matka, która pozwala, żeby w dzieciach rodziły się fobie? Może nieświadomie sama im je przekazuje, albo patrząc na mnie myślą, że to normalne. Ale ja nie znam człowieka, który niczego by się nie bał.

Za dużo rozmawiam? Za głęboko tłumaczę? Może w niektóre tematy nie należy wnikać, może trzeba mówić: bo tak i koniec? Wiem, że Mania często opowiada mi o innych rodzicach, że nie rozumie jak mama np. Kingi nie pozwala jej wyjść na dwór bez uzasadnienia. Bo nie i koniec. "Ty mamusiu przecież byś mi wytłumaczyła dlaczego" - mówi.

Głupieję. Uśmiecham się szczerze, chwalę, wspieram, a i tak jest źle. Mam być taką samą wredną matką jak tysiące innych? Czy terror w domu to jedyny sposób na wychowanie odpornego na dziki świat dziecka?

poniedziałek, 14 marca 2016

Piąteczek przywitał mnie porannym szkoleniem w pracy. Zaskoczyła mnie sytuacja, w której jeszcze kilka miesięcy temu czułabym się baaaardzo źle. Choć i w piątek nie było rewelacyjnych odczuć. Mianowicie przed samym szkoleniem pan prowadzący poprosił osiem nowo przyjętych osób, w tym mnie, żebyśmy wystąpili i przedstawili się całej sali konferencyjnej. Jakieś 150-200 osób! Dobrze, że było nas ośmioro i mikrofon był przekazywany z prędkością pioruna. Klasyczna formułka w typie: nazywam się tak i tak, pracuję w pionie tym i tym szybko przepłynęła przez nasze usta i na szczęście samo szkolenie zaraz się rozpoczęło.

Sam weekend to szkoła, która na razie niczym mnie nie zaskakuje. Wszystko powtarzane, materiał znany, egzaminy łatwe, praktycznie czekają mnie same zaliczenia. W niedzielę czekając na jednego z wykładowców złapałam komara na szkolnej ławce ;-) To wstawanie o 5.20 jest jednak trochę wyczerpujące, ale nie należę do osób śpiących do południa. Wolę być rannym ptaszkiem.

W niedzielę odwiedzili nas również Uszak, Okularnica i Pacholę. Dziecię już ma rok. Matko jak ten czas leci... Chłopczyk jeszcze nie chodzi, ale jest już po operacji rozszczepu podniebienia i ma już osiem ząbków! Pobawiliśmy się trochę z Szanownym i jego wnukiem, a ja już mam w głowie pomysł na własnoręczny prezent dla małego.

Między mną a Szanownym jest ostatnio tak słodko, że aż mdli. Na serio ;-) Mówię do chłopa: Ryjku, on do mnie: Pupelku, aż śmiać mi się chce, że tak bardzo odrodziły się uczucia między nami. Przeczytałam ostatnio kilka starych wpisów i aż mi się zrobiło głupio jak mogłam tak pluć jadem na Szanownego.... A już ten pomysł o wyborze pomiędzy Bratem i Szanownym to totalna porażka....

Tak więc wiosna się zbliża, pomidorki na parapecie w małych doniczkach czekają na cieplejsze dni i rowery trzeba by było odkurzyć, bo aż mi się chce popedałować gdzieś daleko....

Miłego, ciepłego, słonecznego dla Was wszystkich!!!!!!

środa, 09 marca 2016

Z każdym dniem dowiaduję się coraz to nowszych rzeczy związanych z panującymi tu zasadami. Np w poniedziałek miałam urodziny. Dziewczyny kilkanaście dni temu pytały mnie, czy obchodzę imieniny czy te drugie. Pytały też kiedy je obchodzę. Myślałam, że to tak z czystej ciekawości. Sama chciałam zrobić im niespodziankę i upichciłam ciasto, które przyniosłam do pracy celem wniesienia tzw. "wkupnego" oraz przy okazji pochwalenia się kolejną, mijającą wiosną. Jakież było moje zdziwienie kiedy w poniedziałek zaczęłam rozdzielać kawałki ciasta, a jedna z dziewczyn zatrzymała mnie ruchem ręki mówiąc: pozwól, że zespół złoży ci życzenia. A na koniec dostałam...kopertę. Nie ukrywam, że dawno nie spotkałam się z takim objawem obchodzenia urodzin/imienin. Miło. Dobrze, że ciastuszko wszystkim smakowało ;-)

We wtorek był Dzień Kobiet. Wzięłam sobie dzień urlopu, bo miałam zaległe wizyty u specjalisty. Ale dziewczyny opowiadały mi, że co roku jest o 14.00 spotkanie pań z resztą kadry, symboliczne wręczenie kwiatka, życzenia i...do domu. Półtorej godziny wcześniej. No proszę - resort robi swoje od lat niezmiennie.

Z okazji świąt wielkanocnych i tych grudniowych również organizowane są spotkania. Każdy kto chce płaci składkę, a potem w wyznaczonym dniu schodzi się do sali konferencyjnej i wspólnie zajada jajeczko/pierożka. Jak zapewne się szanowni czytacze domyślają - mnie na tych spotkaniach nie będzie widać. Pociesza mnie też fakt, że jedna z moich koleżanek z pokoju również nie chodzi na takie spektakle. Będziemy się więc alienować wspólnie ;-)

Tagi: ludzie praca
13:15, sokramka
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 marca 2016

Nie wiem od czego zacząć, bo jeszcze jestem w szoku, po wczorajszej wiadomości. Otóż... mój mąż... Szanowny... będzie dziadkiem po raz trzeci... Tym razem padło na jego najmłodszego syna, Golasa. Wnuki rok po roku. Nic by się takiego strasznego nie stało, gdyby nie fakt, że oboje rodzice nie mają pracy. Do tego dochodzą fatalne warunki mieszkaniowe (nie został ukończony remont, brak prysznica, tylko zimna woda do podgrzewania). No i najgorsza rzecz to wizja widywania się z panią SS, bo przecież Golas zajmuje mieszkanie w domku, w którym przebywany. Szanowny pociesza mnie, że przecież wejście jest osobne i nie ma szans, żebyśmy na siebie wpadły. Niby fakt, ale...

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć - oni się wszyscy zmówili? To oczywiście żart. Mąż mój powiedział wczoraj wieczorem: już teraz nic mnie nie zaskoczy. Poczekamy na rozwój zdarzeń.

Tagi: pasierb
08:34, sokramka
Link Komentarze (10) »
czwartek, 03 marca 2016

Mamy wodę. W końcu można się wykąpać, a nie śmierdzieć od 5.00 rano ;-) A co robi brudny człowiek siedząc w domu? Czyta, dzierga, albo szyje. Przynajmniej taki człowiek jak ja ;-) Udziergałam świąteczną kurkę i podkładki dla kuzynki na 50 urodziny:

Na urodziny jedziemy w sobotę. 

A co czytam? Bardzo fajną książkę Marka Świerczka "Bestia". Z opisu wydawcy: "Rok 1864. Powstanie styczniowe dogorywa. Kapitan Julian Basowski, Polak w carskiej armii (...) usiłuje rozwiązać zagadkę brutalnych mordów, których ofiarą padają rosyjscy żołnierze. Przekonuje się jednak, że chłodny racjonalizm, któremu hołduje, zawodzi w obliczu ponurej prawdy."

Książka mnie zachwyciła. Nie miałam kasy, żeby ją sobie kupić, więc pożyczyłam z biblioteki. Ale Marek Świerczek wydał jeszcze dwie pozycje: Dybuk i Skowyt i jeśli trafi się jakiś trójpak w promocyjnej cenie na pewno sie skuszę :-)

W książce jest wszystko co lubię: szybkie dialogi, czterech żołdaków szukających przygód, mrok, tajemnica wilkołaka, aż nie mogę doczekać się końca. Są wstawki fonetyczne zwrotów po rosyjsku (kolejny plus), ale minusem jest spis tłumaczeń zamieszczony na końcu książki. Niby rosyjski znam, ale nie kończyłam rusycystyki i niektóre zwroty są mi obce. Czytając taką książkę trudno jest co kilka kartek zaglądać na jej koniec. Ja bym dała odnośniki na dole strony, ale się nie znam, wydawcą nie jestem. 

W każdym razie - polecam. Kolejny ciekawy polski twórca. 

A tym czasem idę wstawić pranie - w końcu mamy już wodę! 

Kolejna awaria. Otagowanie wpisów na blogu ma tę fajną zaletę, że mogę sobie szybko przypomnieć jakieś ważne wydarzenia. A jedno takie powtórzyło się po prawie dwóch latach. Otóż: znowu nie mamy wody. Tym razem strzeliła rurka od hydroforu, a że stało się to w środku nocy, piwnica została zalana po kostki i jeszcze trochę. 

Jak zwykle wstałam o 5.20 i chcąc dokonać ablucji odkręciłam kran pod prysznicem. I co? I nic. Nawet jedna kropla nie ściekła. Szanowny wskoczył do piwnicy i natychmiast wyłączył hydrofor. Jeszcze trochę, a zalałoby silnik. 

Dobrze, że w KP istnieje coś takiego jak urlop na żądanie ;-) Wykorzystałam więc jeden dzień z czterech mi przysługujących. Dobrze też, że Mania bierze prysznic wieczorem, to rano tylko ząbki przeczochrała w wodzie z czajnika ;-)

Takie są uroki mieszkania w domku. Za chwile się okaże, że kończy się studnia, a na wiercenie nowej potrzeba więcej aniżeli 150 zł, jak dziś na rurki do hydroforu. Ale nie kraczmy...  

Tagi: awaria dom
09:14, sokramka
Link Komentarze (1) »