Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 29 marca 2017

Rok już minął jak siedzę w tutejszej budżetówce i wciąż nadziwić się nie mogę jak działają niektóre systemy. Na przykład taka komunikacja: przychodzi sobie oficjalnie pismo od jakiegoś przedsiębiorcy X. Pismo zostaje zeskanowane i wciągnięte do lokalnego systemu. Powiedzmy, że kancelaria robi to w poniedziałek o 9.00. Następnie pismo zostaje przekazane (elektronicznie) do głównego szefa instytucji, bo w dokumencie nie jest napisane nazwisko, a tylko nazwa naszej instytucji. A nawet jeśli byłoby zaadresowane: Sz. P. Jadzia Iksińska i tak najpierw musiałby podpisać się pod pismem szef nasz główny. Szef nasz główny, kochany ;-) dokonuje w tym wewnętrznym systemie przekazania pisma z notatką osobistą lub bez do szefa pododdziału, którego uważa za właściwy. Ów szef pododdziału przekazuje następnie ten dokument w formie elektronicznej na szefa sekcji w swoim pododdziale, który następnie przekazuje ten dokument do osoby, która jest właściwym adresatem rzeczonego pisma.

Przyjmując, że pismo wpłynęło do kancelarii w poniedziałek, szef główny odczytał je i zadekretował (powiedzmy) w poniedziałek o 13.00, a następny szef odczytał je i puścił dalej we wtorek o 11.00, to osoba zainteresowana dostaje dokument np. w środę o 9.00.

Czasami, jeśli wiemy drogą nieoficjalną, że jakieś pismo ma do nas dotrzeć i że będziemy odpowiedzialni za jego realizację, kontaktujemy się z firmą X wcześniej, za pomocą służbowego maila, żeby chociaż móc wypracować sobie podłoże do najbliższej pracy.

Albo np. przychodzą dane do złożenia zamówienia. Dane są niekompletne. Ja lub koleżanka olałybyśmy sprawę i te braki uzupełniły sobie z internetu bądź z dokumentów z poprzednich lat. A tutaj należy napisać pismo przewodnie za pomocą wewnętrznego systemu z potwierdzeniem i podpisem elektronicznym głównego szefa, do autorów danych, że są niezgodne z regulaminem i należy je uzupełnić (!)

Jakie to jest marnowanie czasu! Ale cóż - pewnych rzeczy się nie przeskoczy i należy sztywno trzymać się "zasad regulaminu" ;-) Jest to niestety zatęchły system biurokratyczny, który skutkuje tym, że każdy krok jest ściśle odnotowany (smycz służbowa) ale jednocześnie powoduje, że czas realizacji danego zadania wydłuża się niemiłosiernie. A jakie dzieją się tu rzeczy jeśli dana sprawa przechodzi "z rąk do rąk" na zasadzie "spychologii: "to nie moje, ja nic o tym nie wiem". :-))))))))

Tymczasem taką właśnie sprawą zajmuję się od zeszłego czwartku. Jutro minie tydzień jak jest ona nierozwiązana, a mogłabym załatwić ją osobiście w ciągu dwóch dni.

Miłej, spokojnej środy!

Tagi: praca
13:06, sokramka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 marca 2017

Sezon rowerowy uważam za oficjalnie otwarty. I to z wielką pompą! Od wczoraj jeżdżę na rowerze z pracy. Powstanie zapewne pytanie: a co z drogą DO pracy? Otóż mam bardzo dobrego i uczynnego męża, który jeździ do swojej pracy w tym samym kierunku co ja. Pakuje więc mój rower do swojego auta (na szczęście jest baaaaardzo pojemne) i podwozi mnie do określonego celu. Z tamtego punktu mam zaledwie 4,5 km do samej roboty więc się nie spieszę, nie stresuję, dojeżdżam wcześniej, zdążę się przebrać, umalować, popachnić ;-) A po pracy wsiadam na "mercedesa" i jadę prawie 20 km w tempie pasującym do pogody i mojego nastroju. Raz jest to 13 km/h, a raz 27 km/h jak wiatr pomoże ;-)

Wczoraj stwierdziłam, że muszę zmienić system ubierania. Rano jest jeszcze rześko więc wiosenna kurtka z kapturem jest jak najbardziej na miejscu. Ale już popołudniu taki ubiór jest niewskazany. Raz, że wysiłek fizyczny powoduje nadmiar potu, a dwa, że ten pot z pleców nie ma gdzie uciekać w wiosennej kurtce. Efekt był taki, że po powrocie do domu miałam wielką plamę na plecach i Szanowny się ze mnie śmiał :-)))) 

Dziś już będę wracać w polarze, a kurtka wyląduje w plecaku. Zmienię też sobie trasę ponieważ wczoraj straciłam zbyt dużo cennych minut na noszenie roweru po kładkach oraz jazdę po dziurawych chodnikach. Niestety ścieżek rowerowych nadal mało, choć wciąż budują się nowe. Nie lubię, wręcz nie znoszę też jeździć po ulicy. Jako kierowca samochodu wiem jak irytujący może być rowerzysta szusujący pomiędzy szybszymi od niego autami. Wolę pojechać po chodniku, nawet wolniej, przeprosić ludzi, zejść z roweru, ale być bezpieczną.

A poniżej mały screen moich wyczynów. Dupy to nie urywa - dla wprawnego rowerzysty zapewne jest to "pan pikuś", ale mnie to cieszy i sprawia ogromną radość.


 

Tagi: rower
09:05, sokramka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 marca 2017

Niedziela skłoniła nas do wiosennych porządków. To znaczy bardziej Szanowny wziął się za uprzątnięcie ganku oraz.... uwaga - umycie okien gankowych! Serio. Mój mąż z założenia nie sprząta, nie myje więc również okien (za to robi inne pożyteczne rzeczy ;-)) Tak więc wielkim dla mnie zdziwieniem była praca mojego Szanownego.

Przy okazji mycia okien okazało się, że mamy dzikiego lokatora. I teraz uwaga - uprasza się wszystkie wrażliwe osoby o nie czytanie dalszej części wpisu albowiem będzie on zawierał opisy owadów i innych drażliwych rzeczy dla oka ludzkiego. Akurat w moim przypadku nie wpłynęło to na moje samopoczucie, ale już nasza córka prawie płakała jak Szanowny zaczął opowiadać. Skończył szybciej niż zaczął, żeby jej nie denerwować.

Tak więc zacznę od przeszłości. W zeszłym roku latały po naszym ogrodzie dziwne osy. Małe, chude, raczej niegroźne, nie atakowały nas, było ich może dwie / trzy sztuki. Zastanawialiśmy się z Szanownym co to za owad, bo pierwszy raz coś takiego widzieliśmy na oczy. W tym roku przy okazji sprzątania na ganku mąż odkrył siedlisko kokonów. Zrobił zdjęcie, które pozwolę sobie zamieścić, żeby każdy miał pogląd na to, co go może spotkać we własnym domu. Jest to bowiem gatunek nowy, który nie występował do niedawna w Europie, podobno budzi zainteresowanie biologów, naukowców, nie jest to owad, który rezyduje u nas na stałe.

Owad ten nazywa się gliniarz naścienny. Na Wikipedii jeszcze nie znalazłam opisu, ale wpadłam na bardzo ciekawy blog, w którym autor dokładnie opisuje pochodzenie tego owada oraz jego zachowanie. Proszę zajrzeć, jeśli ktoś ciekawy.

A znalezione kokony w szczelinach okiennych naszego ganku prezentują się tak:

Oczywiście foto zrobione jest w powiększeniu. Rozmiar jednego kokona wynosi niecały 1 cm. Nawet trochę mniej. Na blogu, który pozwoliłam sobie zacytować jest zdjęcie tej egzotycznej osy. Z tego co wyczytałam - nie atakuje ludzi, żywi się pająkami na etapie larwalnym, natomiast po przepoczwarzeniu spożywa nektar kwiatów.

Gdyby ktoś z Was spotkał tego dziwnego owada w swoim otoczeniu - szukajcie kokonów na strychach, w różnego rodzaju szczelinach, gdzie ludzkie oko nie sięga ;-)

P.S. dokonałam małej zmiany tytułu, bo wstyd jak cholera pomylić botanikę z entomologią :-D

09:27, sokramka
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 marca 2017

Pracuję już ponad rok w tej państwowej instytucji i wciąż dziwię się niektórym standardom, ale widać trzeba przywyknąć i stosować powszechnie obowiązujące tu zasady ;-) Otóż kiedy piszemy oficjalne pisma w takim specjalnym panelu komputerowym, oprócz określonych zwrotów do danych osób trzeba też stosować metodę tzw. "lania wody". Źle widziane jest pismo, które zawiera tylko jedno merytoryczne pytanie. Trzeba to rozwłóczyć, najlepiej zaczynając od powstania świata ;-) "W związku z tym, że pada obfity deszcz, i w związku z tym iż nie mam parasola, z konieczności wyjścia na zakupy oraz potrzeby dokonania uzupełnienia pustych półek lodówki, zwracam się z prośbą o wydanie mi płaszcza przeciwdeszczowego, który sprawi, że moje zakupy będą przebiegać komfortowo oraz w atmosferze poczucia bezpieczeństwa" :-D :-D :-D

To oczywiście mój prywatny wymysł na potrzebę wpisu blogowego, ale tak to mniej więcej wygląda. Cóż - instytucja państwowa kieruje się innymi torami myślenia. 

Cały tydzień zapracowałam sobie na weekendowy odpoczynek (po mojemu). Miałam do przygotowania dwa wnioski do jednego zadania. Systematycznie więc od poniedziałku dłubałam w danych uzupełniających i w piątek miałam już spokój. Ale nie ma lekko - czekają na mnie nowe zadania i nowe służbowe zakupy. 

Coś o Mani - moje dziecko już nie chodzi na lekcje gitary. Brzdąka sama u siebie w pokoju, natomiast zaczęła chodzić na zajęcia z pianina...do szkoły. Po lekcjach idzie tam z koleżanką z równoległej klasy i uczy się grać u pani od muzyki. Oczywiście po cichu zadałam sobie pytanie: "jak długo? i czy wytrzyma do końca roku szkolnego?" ;-) 

Mam zamiar również przenieść ją do drugiej grupy z języka angielskiego. Mania płacze przy odrabianiu lekcji i nie może się nadziwić jakim cudem znalazła się w tej "lepszej" poziomem grupie, a nie w tej słabszej. Rozmawiałam już z nauczycielem, który stwierdził, że nie widzi, żeby moja córka odstawała od grupy. On widzi inne dzieci kwalifikujące się do przeniesienia, ale nie Mania. Postanowił porozmawiać z nią na najbliższej lekcji, być może namówi ją, żeby została. Jeśli jednak ona się uprze - wtedy dokonamy przenosin. 

Wczoraj dostaliśmy premie kwartalne. To jest dopiero super sprawa. Pensje niskie, a raz na trzy miechy wpada kasa, która jest prawie połową wynagrodzenia. W końcu będziemy mogli z Szanownym rozpocząć budowę łóżka dla Mani - do tej pory było za zimno - Szanowny uwielbia pracować na dworze. No i sezon rowerowy trzeba już otworzyć! Nie mogę się doczekać. 

Miłego weekendu!

Mały update: w środę byłyśmy z Manią znowu na warsztatach plastycznych. Tematem pracy było wykonanie laleczek z drewnianych spinaczy do bielizny. Pozwolę sobie pokazać nasze dzieła. Ale oczywiście inni też ciężko pracowali i ich prace były jeszcze piękniejsze! 

Laleczka dyskotekowa jest wykonana przez moją córkę, a laleczka panna młoda jest mojego autorstwa :-) 

poniedziałek, 20 marca 2017

Ostatnio zawagarowałam. I tak na samej końcówce mamy już tak mało zajęć, że stracić jedno spotkanie seminaryjne lub konwersatorium z nudnego tematu to nic. Mamy więcej czasu na pisanie pracy magisterskiej i to się liczy. Pisanie tematu jaki wybrałam, idzie mi całkiem gładko, zupełnie inaczej niż w przypadku pracy licencjackiej, podczas której wychodziły mi siódme poty ;-)

Tak więc spędziłam weekend domowo, ale nie leniwie, jak to zwykle u mnie bywa. Upiekłam z Manią i Pierworodnym kopiec kreta, taki prawdziwy, nie z torebki ;-) Uszyłam córce prześcieradło i niech nikt sobie nie wyobraża, że "uszyć prześcieradło" to pan pikuś. Musiałam bowiem zszyć dwa kolorowe prześcieradła, które Mania kiedyś miała w łóżeczku dziecięcym. Przypominam, że jestem niepoprawnym zbieraczem i zawsze żal mi wyrzucać jakieś szmaty dobrego gatunku ;-) Tak więc po zszyciu wyszła mi płachta o długości prawie trzech metrów. Ponieważ chciałam dać Mani prześcieradło z gumką musiałam wymierzyć w którym miejscu ma ta gumka być oraz odpowiednio ukształtować (zszyć) rogi, żeby prześcieradło pasowało na materac. Potem wszycie gumki to element końcowy, nie pozostający jednak bez problemu. Ale się udało - Mania teraz nowe dwukolorowe prześcieradło. 

Muszę się też pochwalić swoim przecudownie zdolnym mężem, który nie dość, że sam skonstruował wejście dla naszych kotów, to jeszcze zabawił się w jutubera i sam zmontował filmik, puszczając go do emisji. 

Oto wynik jego pracy. Bawcie się dobrze oglądając dzieło Szanownego :-)

Tagi: Mąż weekend
08:51, sokramka
Link Komentarze (10) »
niedziela, 12 marca 2017

Jak już kiedyś pisałam: Mania moja uczy się grać na gitarze. Nie ma oczywiście w tym nic dziwnego ponieważ wiele dzieci chodzi na różne dodatkowe zajęcia. Ale moja córka zapragnęła czegoś więcej: otóż zamarzyła jej się gra na keyboardzie i nauka gry na pianinie. Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką i w luźniej rozmowie wyszło pragnienie mojej Mani. Koleżanka napomknęła, że jej brat chce sprzedać używany keyboard za cenę, za jaką nabył go w UK. Po przeliczeniu na złotówki okazało się, że to wcale nie tak dużo. Keyboard ma wiele funkcji, jest w pełni sprawny i jako instrument do nauki gry na pianinie doskonale się do tego nadaje. Kupiłam więc. 

To było już jakiś miesiąc temu. Instrument najpierw musiał być przeze mnie przetestowany, znam bowiem układ nut na klawiaturze i pamiętam jeszcze kilka utworów ze szkoły średniej. Chodziłam do liceum dla przyszłych nauczycielek - przedszkolanek. Lekcje gry na instrumencie miałam obowiązkowe. 

Tak więc w ciągu tego miesiąca z hakiem moja Mania zdążyła nauczyć się (ze słuchu) "Ody do radości" Bethovena, prostych linii melodycznych w typie: "happy birthday to you", "wlazł kotek na płotek" i parę innych. Ściągnęłam jej z internetu nuty na utwór Beethovena "Do Elizy", który na dzień dzisiejszy gra na dwie ręce, wolno i tylko ten podstawowy motyw, ale gra! Do tego uczę ją czytania nut - gdzie i jaka nuta odpowiada położeniu na klawiaturze oraz jak długo się ją gra. Obie czerpiemy z tego niezłą zabawę.

Kiedy jednak spytałam ją o naukę taką profesjonalną, na lekcjach płatnych, gdzieś w klubie, szkole muzycznej, stanowczo odmówiła. Powiedziała, że woli jak uczy się w domu, ze mną. Nawet zrezygnowała z lekcji gry na gitarze w szkole i sięga po instrument tylko jak jestem w domu i może mnie podpytać czy dobrze wykonuje utwory. 

Zainteresowania mojej córki kłócą się z ogólnie przyjętymi stereotypami. Ponieważ Mania ma umysł ścisły, doskonale radzi sobie z matematyką oraz przyrodą. Odrabianie lekcji z zakresu języka polskiego oraz historii to dla niej kara. Zawsze muszę jej w tym pomagać i siedzieć przy lekcjach. Z prac klasowych z matematyki i przyrody przynosi czwórki, piątki, z polskiego i historii: trójki, czwórki, zdarzyły się też dwójki i jedna pała. 

Słuch moje dziewczę ma, słyszy melodię, potrafi ją odtworzyć, wyczucie rytmu też. Na razie chęci również są i to chyba jest najważniejsze. Jak potoczy się dalej jej zainteresowanie muzyką nie wnikam i tym bardziej nie naciskam. Rozmawiam, pytam. Mania chce być informatykiem (!). Chce chodzić do technikum informatycznego i projektować strony internetowe. Całkiem konkretne plany ;-) Jak to się jednak ułoży - zobaczymy z czasem...

środa, 08 marca 2017

Jestem świeżo po emisji "Ostatniej rodziny". Filmu biograficznego o losach Beksińskich. Moja Mama była fanką audycji prowadzonych przez Tomka Beksińskiego, słuchała namiętnie Trójki i zarażała mnie tymi klimatami. To też dzięki niej słucham teraz tego co słucham i miłość do muzyki odbieram każdą swoją komórką cielesną. 

Początkowo oglądałam film z pewnym dystansem, ponieważ Dawid Ogrodnik wcielający się w postać Tomasza Beksińskiego, jak dla mnie nie wyszedł do końca z roli chorego Mateusza z filmu "Chce się żyć". Jego Tomasz był nad wyraz pobudzony, ruchowo stwarzał wrażenie chorego psychicznie, co podobno kłóciło się z rzeczywistością, o co toczyli batalię z reżyserem przyjaciele Tomka na czele z Weissem. Nie ukrywam, że aktorstwo Ogrodnika mi odpowiada i tak samo podobał mi się w Idzie. W "Ostatniej rodzinie" również pokazał klasę, ale zastanawiające jest skąd brał wzorce do scen łóżkowych oraz kłótni z dziewczynami? Podobno żadna z jego kobiet nie chciała o nim nigdy rozmawiać. 

Postać samego Zdzisława zagrana jest przez Andrzeja Seweryna rewelacyjnie. To pełen kunszt aktorski, nie mówiąc o fizycznym podobieństwie, zgodności naśladowania akcentu oraz mimiki i ruchów ciała. Chylę czoła przed panem Andrzejem.

To, co mi się w filmie strasznie nie spodobało to wplecenie granych przez Ogrodnika scen w autentycznie nakręcone obrazy. Chodzi mi tutaj konkretnie o jego "Wywiad z wampirem". Tragiczne posunięcie, które spaczyło według mnie całą ideę filmu biograficznego. Niemniej jednak Dawid Ogrodnik niesamowicie musiał się postarać, żeby przypominać Tomka z tamtego programu. Ale wyszedł z tego obronną ręką. 

To, co również nasunęło mi osobiste refleksje po obejrzeniu tego filmu, to fakt, że Beksińscy, mimo odpowiedniego wykształcenia nie oszczędzali w prostych słowach. To mi się podobało, bo ja zawsze myślałam, że mówiąc wprost, że czegoś nie chcę czy nie lubię, czy nie będę robić, stawiam się w roli wariata, który sprzeciwia się ogółowi. A tu się okazało, że Tomek Beksiński kiedy nie chciał zaglądać do umierającej babci, nie szedł i mówił: "bo tam śmierdzi i jeszcze się porzygam". Że Zdzisław Beksiński otwarcie mówił, że on "żadnego podawania i łamania się opłatkiem nie chce, a tym bardziej ściskania czy całowania". Mam i miałam tak samo: czy zatem jestem osobą niespełna rozumu?? Czy jak Tomek odbierał muzykę całym sobą, zamykał oczy i wyginał się w rytm utworu - ja bardzo często robię to samo - czy jestem niespełna rozumu? I w końcu mowa o śmierci - dla jednych to nie do pomyślenia, np. dla mojego Szanownego. Kiedy mówię mu, że chciałabym być spopielona on uważa, że "nie czas teraz na takie rozmowy". A ja uważam, że zawsze jest czas na takie rozmowy. Tak samo swobodne wypowiadanie się o umieraniu: kiedy odchodzi babcia Beksińska, Zdzisław woła do żony: Zosiu! Beksińska umarła! Jakby wołał do żony: przynieś mi solniczkę. Nie widzę w tym nic strasznego, tym bardziej, że Beksiński czekał na śmierć swojej matki i wiedział, że to w każdej chwili nastąpi. 

Nie znam Beksińskich ani z opowieści Weissa, ani z opowieści Grzebałkowskiej. Będę musiała to nadrobić. Znam Tomka ze słuchania jego audycji przy Mamie i pamiętam jako prezentera ciepłego, wrażliwego, przeżywającego muzykę każdym skrawkiem swojego ciała. 

Film przyjęłam ciepło, ale nie gorąco. Nie wiem też jak mam go ocenić, bo za rolę każdy ode mnie dostałby inną notę, natomiast za reżyserię odjęłabym punkty. Nie jestem ani wstrząśnięta, ani zmieszana ;-) Ot: film biograficzny jakich mało, z tym że poruszający losy niezwykłych ludzi. Ludzie ci paradoksalnie byli normalni, tylko każdy z nich żył w swoim, odosobnionym świecie. Zbyt dobrze to rozumiem. 

Tagi: film
18:54, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 marca 2017

Tak to jest, że kiedy układa nam się na jednej płaszczyźnie życia, to na drugiej powstają jakieś bruzdy. Kiedy w moim przypadku sfera służbowo-małżeńska idzie po jak najlepszej drodze, to kwestie bratersko-synowskie są na ostrzu noża. Jako najbliższa sobie rodzina, tworząc zestawy: mama-syn, siostra-brat, siostrzeniec-wujek, mamy ostatnio we wszystkich dziedzinach na pieńku. I nie uważam się wcale za ogniwo najbardziej poszkodowane w tym zestawie, bo też mam swój udział w tych sporach. Nasze ambicje, potrzeby i priorytety mijają się wielce, ale nie da się żyć tak, żeby osoby A i B robiły tak samo jak osoba C. To nielogiczne. Zresztą moja Mama zawsze mnie uczyła, że należy walczyć o swoją niezależność i nie ograniczać jej innym. 

Źle się czuję po takich spornych chwilach i jakkolwiek umiem potem dojść do porozumienia z moim synem, to jakoś z bratem nie i nie walczę już o to porozumienie. Zaczynamy się coraz bardziej rozbiegać. Kiedy jeszcze jakiś czas temu pisałam, że brat to święte więzy krwi i w ogóle, tak dziś nie trzymam się już kurczowo tej maksymy. Choć nasza Mama zawsze nam wpajała: "szanujcie się bo jak mnie zabraknie będziecie mieć tylko siebie". Wiem co miała na myśli mimo tego, że ja mam swoją rodzinę, a i mój brat samotnym człowiekiem nie jest. 

Mama wywodząca się z toksycznego domu, gdzie cztery siostry były na siebie wręcz szczute i nie uczono ich wzajemnej akceptacji, za wszelką cenę chciała stworzyć dom hermetyczny w miłości. Może to był błąd, który zaowocował toksycznym powiązaniem w innym kierunku... Dziś dowiedziałam się, że mój syn też cierpiał, kiedy moja Mama zmarła. Nigdy tak otwarcie nie mówił mi o tym, że babcia była dla niego kimś tak bardzo ważnym... 

Kłótnie są bardzo potrzebne dla oczyszczenia zatęchłej atmosfery, która czasem wytwarza się niechcący powstając przy rutynie, nudzie, zniechęceniu do innych. Ale te kłótnie muszą odbywać się w sposób cywilizowany. Ja na szczęście mam już wiele miesięcy nauki (terapii) kłócenia się i godzenia. Żadnych wyzwisk, żadnego wypominania, tylko merytoryczne argumenty i pragnienia. Wiem, że to czasem trudne, ale można się tego nauczyć. Serio. Mogą nawet czasem lecieć łzy, facet też potrafi płakać, tylko czasem można powiedzieć o jedno niewłaściwe słowo za dużo. I czasem wydłuża to okres powrotu do potencjalnej normalności. 

Tagi: rodzina
18:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 marca 2017

W sobotę pożegnałam się ze swoim samochodem. Moja Micra, pieszczotliwie nazywana przeze mnie Białą Mewą ;-) nie poszła pod topór, ale tak jakby koło niego się znalazła. Autko bowiem nie nadawało się już do naprawy - za dużo było do roboty i za drogo. Poza tym kończył się przegląd, którego by nie przeszła i za chwilę miałabym do zapłacenia ubezpieczenie na nowy okres.

Tak więc Szanowny zadzwonił do takiego faceta, który skupuje używane samochody, nie nadające się do jazdy. Co z nimi później robi - szczerze nie interesowało nas to, w każdym razie był to człowiek zawodowo handlujący autami.

Za zezłomowanie Białej Mewy dostalibyśmy coś około 250zł, natomiast ten człowiek dał nam dwa razy więcej. Dobre i to.

Aktualnie więc poruszam się tylko i wyłącznie na własnych nogach oraz za pomocą warszawskiej komunikacji, która nie jest zła ;-) I nawet nie było mi żal Mewy, kiedy odjeżdżała z podwórka. Nie rozglądam się za innym samochodem, nawet mimo tego, że być kierowcą bardzo lubię ;-)

Wracam szybko do pracy, bo wniosków jest mnóstwo!

Tagi: samochód
12:49, sokramka
Link Komentarze (2) »