Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 07 marca 2018

Może to ta nieuchronnie zbliżająca się cholerna wiosna, a może wiele innych czynników, które dzieją się wokół mnie, ale od dłuższego czasu mój nastrój wygląda jak rów mariański. Tak się chyba dzieje regularnie co roku. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale muszę zaznaczyć.

W pracy czuję się dziwnie. Niby wszystko mi pasuje, wszyscy są mili i pomocni, a ja się gdzieś dopatruję jakichś podtekstów. I po co? Zaprzątam sobie niepotrzebnie głowę swoimi kompleksami. Nawet wśród tak hermetycznej społeczności (moja praca znajduje się w małej, gminnej miejscowości) ludzie akceptują moją inność. To znaczy ja te cechy traktuję jak „inne” bo większość zachowuje się i robi inaczej. Ja jednak nadal jestem w mniejszości.

Rozmowy na temat mojego ateizmu i posiadania nieochrzczonego dziecka są zawsze miłe ale pełne pytań. Ludzie pytając mnie o inne niż ich zwyczaje wpuszczają do swego świata rzeczy, o których nie mieli pojęcia. Np. że można mieć świecki pogrzeb, bez udziału księdza, że dziecko nie musi chodzić na religię, ani na wychowanie do życia w rodzinie. Jednak ja też dowiaduję się, że na wsiach dziecko, które nie chodziłoby na te przedmioty byłoby piętnowane przez inne, a rodzice wzywani do szkoły po wyjaśnienia (!).

Koleżanki, z którymi współpracuję to typowe kobietki, które gadają o sukienkach, szpilkach i szminkach. Co oczywiście nie znajduje u mnie zrozumienia i nie jestem dobrym rozmówcą, ale w sprawach np. wypieków domowych chleba czy ciast już należę do grona dyskusyjnego. Jestem też osobą, którą wypytują o sprawy rodzinne: większość tutejszych bowiem, jak powychodziła za mąż „naście” lat temu, tak nie wyobrażają sobie zmiany, nawet gdy mąż nie jest ideałem. A słyszałam nawet, że jedna z koleżanek ma w domu damskiego boksera. Ja z Szanownym (partnerem nr 2) jestem tutaj ewenementem. A co to jest rodzina patchworkowa dowiedziały się właśnie ode mnie.

Moje uwielbienie chłodniejszych temperatur również spotyka się ze zdziwieniem. Jak to można nie lubić wakacji nad morzem? Ano można. I czy jak teraz chodzę w krótkim rękawku to latem chodzę nago???

Ale najbardziej irytuje mnie zaglądanie sobie do misek i szklanek. Co mam dziś do jedzenia? A chcesz spróbować mojego? Nie lubisz? Takie wymuszanie wewnętrznej integracji. Bronię się oczywiście dyplomatycznie do posiadania własnego świata, ale z trudem mi to przychodzi.

Ze spraw domowych: Mania będzie chodziła na terapię socjalizującą. Zaczynamy już 10 marca i tak co tydzień. Byłam u psychologa w rejonowej poradni. Dostałam cynk, że jest nowa pani, młoda, pełna werwy, z chęcią niesienia pomocy innym. Do tego zaczynam robić Młodej badania w kierunku hormonalnym ponieważ tyje w zastraszającym tempie. Sama nie jestem jakimś okazem na wybieg modelek, ale moja córka ma w biodrach już więcej ode mnie. Myślę, że zajada kłopoty, albo je z nudów, bo mało wychodzi z domu.

Pierworodny myśli o powrocie do stolicy. To jest kolejny mój myślowy problem, bo jako matka chciałabym, żeby mojemu synowi dobrze się układało. On twierdzi, że wciąż nie może się odnaleźć w tym mieście, że zadziałał na spontanie i teraz zaczyna tego żałować. Ale ponieważ ma niepisane zobowiązanie wobec kolegi na wspólny wynajem mieszkania, musi wytrzymać do września b.r. Dodam jeszcze, że dawno nie słyszałam, żeby płakał. Ostatnio jak był dzieckiem.

Szanowny chorował, chodził na rehabilitację i już jest lepiej. Ale mimo jego chęci do życia, wewnętrznej energii i siły widzę, że wchodzenie w przedział 50-60 lat robi swoje. On się oczywiście nie poddaje, ale już musi na stałe przyjmować leki na obniżenie ciśnienia, co ma przełożenie na inne aspekty prywatnego życia…

Dom się rozsypuje i pomału zapędza nas w skarbonkę. Oczywiście o inwestowaniu nikt nie myśli – ani dziadek, ani pasierb zza ściany, tylko my z Szanownym. Rachunki za gaz, za ogrzewanie są bardzo wysokie, a i tak nie dajemy rady tak nagrzać pomieszczeń jak to było, gdy stała koza. Powietrze jest wilgotne i takie… „grzybowe”, a to wszystko przez brak ocieplenia, stare, ceglane mury i wysokie izby.

Tak więc wszystko mnie jakoś dołuje, przerasta. Nic mi się nie chce i na nic nie mam ochoty. Mam ochotę ciągle spać. Jak nie ja. Znowu zapętlam się w bałagan, lenistwo nie daje mi nawet obsługiwać zmywarki. W trakcie roboty mam projekt, którego nijak nie mogę dalej ruszyć. Dodam tylko, że to będzie kocyk dla nowonarodzonego, który przyszedł na świat pod Londynem, u mojej dobrej koleżanki.

Może to tylko chwilowe… Tym bardziej, że dziś nie wolno mi się smucić.

09:40, sokramka
Link Komentarze (6) »