Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013

Zatapiam się. W formie autoterapii postanowiłam zrobić sobie dobrze i kupiłam sobie książki ;) Nie chciałam wypożyczać z biblioteki, bo to by miało zupełnie inny wymiar, chciałam je k u p i ć, żeby były moje, żebym postawiła je kiedyś na swoim wymarzonym regale i żebym mogła je przeczytać w każdej, dowolnej chwili.

Mało kto wie, że sobie ciułam trochę pieniędzy. W szufladzie, gdzie trzymam gacie mam takie pudełko po maśle i tam sobie odkładam od pewnego czasu pięciozłotówki i dychy papierowe. Ostatnio uzbierało się tego prawie 200 zł. Ktoś może pomyśleć: co to jest 200 zł?!, po prostu się wyjmuje z portfela/z konta i się ma. Ale nie u mnie. U mnie 200 zł czasem musi wystarczyć na dwa tygodnie.

Wzięłam więc „z kasy” 150 zł i poszłam zaszaleć ;) Kupiłam sobie ostatnio polecaną „Szmaragdową tablicę” Carli Montero, to podobno taki kolejny kod Leonarda. Zobaczymy, zaczęłam ją czytać jako pierwszą.

Następną pozycją zakupioną w formie terapii i samozadowolenia ;) jest „Powiedz mi, kim jestem” Julii Navarro. Opis ze strony: „młody dziennikarz, bada tajemnicze dzieje swojej prababki, Amelii. O kobiecie, która przepadła bez wieści lata temu, wiadomo tylko tyle, że tuż przed wybuchem Wojny Domowej w Hiszpanii zostawiła męża i syna i uciekła dokądś z nieznanym nikomu mężczyzną. Gdy bohater dociera do ludzi, którzy znali jego prababkę, z ich relacji wyłania się powoli obraz niepokornej, niezwykłej kobiety. Amelia, dziewczyna z dobrego domu, została wciągnięta w rewolucyjne kręgi Madrytu lat 30 XX wieku. Za ich pośrednictwem poznała Pierre’a Comte’a, sowieckiego agenta, dla którego porzuciła całe dotychczasowe życie.”

No i wreszcie musiałam zrobić przyjemność swojemu Pierworodnemu, który od kilkunastu dni miauczał, że nie ma co czytać. Jemu kupiłam debiut polskiego pisarza, który pragnie zostać anonimowy i ukrywa się pod pseudonimem Olis Nari Lang. Pozycja nosi tytuł: „Atlanci” t. I „Kakrachan”. Książka utrzymana jest w tonacji fantasy, którą mój syn zachwyca się od kilkunastu lat.

 Muszę sobie czymś poprawiać humor ;) niedługo również wychodzi kolejny tomik serii Thorgal „Kriss de Valnor”. Już odkładam sobie na ten cel i nie przepuszczę zakupu ;)

Tagi: książki
15:04, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 kwietnia 2013

Nie dam się. Choć czuję, ze coś się dzieje ze mną złego.

Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego wpisu, ale mam taki natłok myśli, ze muszę to z siebie wyrzucić. Nie zrozumie tego nikt, kto tego nie przeżył. A najgorsze dla mnie teraz to usłyszeć: „weź się w garść, przestań narzekać/wynajdywać problemy”. Za takie słowa teraz jestem gotowa dać w mordę.

Dziś w nocy prawie nie spałam. Budziłam się kilka razy i patrzyłam na księżyc, ogromny, błyszczący. Czy tylko ja widzę w tafli księżyca twarz? Taką uśmiechniętą, z lekka szyderczo. Mój mąż twierdzi, ze nic tam nie widzi. Potem rano nie mogłam wstać jak już zasnęłam. Obudziły mnie od 5.30 chlapania drzwiami od łazienki. Mój syn wstaje pierwszy, potem chłop i Uszak, Scareface idzie się myć o 6.00. Rano pod jedną łazienką, gdzie jest razem kibel i prysznic odbywa się prawdziwy wyścig szczurów.

Wczoraj nie chciało mi się już wyjść na wieczornego mopa. Ale musiałam. Nie dałam jednak rady jechać na rowerze. To bardziej wyglądało jak przejażdżka rekreacyjna. Dobrze, że nie mam normowanego czasu pracy, tylko muszę być po 16.00, jak urzędniczki skończą. Wracałam wieczorem do domu też z seksualnym nastawieniem; „pierdolę wszystko”. I cały czas krążyły mi myśli po głowie, że mam nieodrobioną pracę na jutrzejszy angielski. Kurwa, cały tydzień miałam do dyspozycji i nijak nie mogłam się za to zabrać. Nawet Pierworodny oferował swoją pomoc, a ja tylko mówiłam: „dzięki, dam sobie radę”. Gówno – nie dam sobie rady.

Ostatnio z niczym nie daję sobie rady. Leci mi wszystko z rąk. Drugi by powiedział, że „się zdarza”, a ja tworzę projekcje. Obwiniam najbliższą mi osobę o wszystko – męża. Po pierwsze on daje po sobie jeździć, a po drugie depresanci tak mają: na kogoś trzeba zwalić. Wkurza mnie sam widok osób, z którymi muszę mieszkać. Wiem, że nic złego mi nie robią, nie działają po złości, a jednak gdy odprowadzam Małą do szkoły i wracam po 8.00 do tej chałupy, jest tak cicho, tak błogo… kiedy jestem sama czuję się chyba najlepiej.

Nie mam motywacji, nic mi się ostatnio nie chce. Znowu mam napady złości, potrafię przyczepić się o gówno, o najmniejszy drobiazg. Kiedy Szanowny próbuje się wieczorem do mnie tulić odpycham go, a on mówi, że odpędzam się od niego jak od najgorszej muchy. Potrafię tulić do siebie tylko moją córkę. Syna głaszczę po głowie, bo jego dotyk mnie… „boli”. Tak jak dotyk męża.

Zamiast wziąć się za naukę, czymś zająć umysł, wracam w tygodniu do domu i zamykam się w swoim świecie. Kilka dni temu uszyłam płaszczyk dla lali, innym razem czytałam po raz kolejny tomy Thorgala. Dobrze, że pranie wstawiam, lubię zapach świeżego, wyschniętego na dworze prania. Gdybym przestała dbać o dom, miałabym zapewne armagedon.

Nie chce mi się jutro iść na zajęcia. O rany, jak mi się nie chce. Nie mam ochoty oglądać tych ludzi, gadać z nimi, bo jak się nie będę odzywać to powiedzą, że szajbus jestem. Nie mam siły wystawiać swojego mózgu na wytężoną pracę na angielskim. Mówić w innym języku?? To nie dla mnie dziś. A z drugiej strony mój mąż ma jutro wolne, Scareface też będzie w domu, do Uszaka przyjeżdża Okularnica, matko ile to będzie osób w tej chałupie?! I dziadek zaglądający codziennie na naszą stronę. A co gotuję, a co piorę, a gdzie chłopaki, a gdzie mój mąż? Książkę, kurwa pisze?

Nie mam z kim pogadać, tak naprawdę pogadać, nie tylko o tym jaka dziś jest pogoda, ale o tym, co mi na sercu leży i co mnie gniecie. Nie lubię osób napastliwych, wyniosłych, chodzących z podniesioną głową, które srają jak gołąb na wszystkich dookoła uważając, że oni żyją tak jak chcą, nie licząc się z innymi. Lubię ludzi skromnych, uśmiechniętych, poważnie podchodzących do życia. Wśród moich znajomych są i tacy i tacy. Ale i tak nie mam z kim pogadać. Nie kręcą mnie spotkania integracyjne, imprezy wyskokowe, to mi teraz nie jest potrzebne.

W naszej przychodni otworzył się chyba nowy oddział specjalistyczny. Gdyby coś, zawsze miałabym bliżej niż kiedyś do poradni zdrowia psychicznego.

Co muszę zrobić, żeby wewnętrznie nie zdechnąć? Żeby cieszył mnie każdy mój krok, a nie martwił tak jak dziś/wczoraj/i może jutro. Moja Mama miała wspaniały dar przekonywania do życia. Tak – do życia. Przy niej wszystko miało sens, nawet z tego, co zrobiłam źle potrafiła wydłubać ziarnka dobrego. W każdej mojej porażce potrafiła pokazać mi mały sukces.

Musiałam to z siebie wyrzucić. Po prostu musiałam.  

09:30, sokramka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 kwietnia 2013

Ponieważ ostatnio siada mi psyche, postanowiłam wziąć się za somę. We wtorek zrobiłam sobie przegląd techniczny podwozia mojego ciała. Wyniki za miesiąc. Będąc w podwyższonej grupie ryzyka, staram się pilnować, żeby choć raz w roku zrobić porządne badanie; cytologia, usg szyjki macicy. To naprawdę ważne, żeby nie przeoczyć czegoś, co później może mieć wpływ na pogorszenie stanu zdrowia albo nawet doprowadzić do śmierci…

Udało mi się też zapisać do mojej pani internistki. Dlaczego „udało się”? Bo wprowadzili u mnie w przychodni nowe zasady zapisów do lekarza pierwszego kontaktu. Oczywiście wyszło to na gorsze dla pacjentów. Kiedyś mogłam zadzwonić i spytać się o najbliższy wolny termin do internisty. Nie było problemu z zapisem dwa, trzy dni do przodu. Dziś jest to niemożliwe. Musiałam wisieć na telefonie codziennie od zeszłego piątku (prócz weekendu) pomiędzy 7.00 a 8.00 rano. Oprócz tego, że musiałam swoje na linii odczekać; „jesteś – 36 – na – liście – oczekujących – wszyscy – nasi – konsultanci – są – zajęci – dziękujemy – za – cierpliwość” mówił mi w słuchawce głos Ivony, musiałam mieć także szczęście na wolny numerek w danym dniu. Podejście do recepcji i zamówienie numerka osobiście wyglądałoby tak samo, tylko stałabym w mega długiej kolejce. Ja nie wiem: czy to taka duża ilość ludzi choruje? Czy to jest jakaś luka systemu? Nie dość, że lekarz ma ustawowe 15 min na: zbadanie pacjenta, określenie kierunku leczenia, wypisanie recept i zapisanie tych wiadomości w karcie, to jeszcze ten pacjent musi swoje wyczekać w kolejce do tego lekarza.

Ale w końcu się udało. Poprosiłam jak zwykle o recepty na mój bolący kręgosłup i zaczęłam rozmowę w temacie ogólnego przebadania mnie. Mam czas, tak więc mogę go wykorzystać, żebym potem nie musiała się zwalniać w razie znalezienia pełnoetatowej pracy ;)

Pani doktor wypisała mi skierowanie na badania: mocz ogólny, krew, lipidogram, glukoza, potas, TSH i inne. Wyniki już jutro. A przed kolejną wizytą kontrolną mam sobie zrobić EKG, żeby pani doktor ewentualnie uwzględniła skierowanie do kardiologa.

Zobaczymy ;)

Tagi: zdrowie
10:04, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 24 kwietnia 2013

Dostałam od koleżanki niedawno paczkę z ciuchami dla mojej Małej. Była tam m.in. torba na zakupy wersja mini. Ponieważ moja córka ma już kilka takich zakupowych toreb, doszłyśmy do wniosku, że z takiego dobrego materiału uszyję coś Pannie Rudej, a że wiosna w pełni, to trzeba było pomyśleć o płaszczyku z kapturem. 

Wykrój wykorzystałam ten sam co przy płaszczyku zimowym, ofkors pochodzi z bloga "Świat Barbie i Kena", na który zapraszam!

Tak się Panna Ruda prezentuje w kapturze, nad którym muszę jeszcze popracować, bo wykroiłam go zupełnie od czapy, na oko i na co tylko kto chce ;)

W płaszczyku wiosennym pasek można zdejmować bo siedzi w takich nitkowych szlufkach. Kawałki różowej skórki odcięłam właśnie z tej torby zakupowej, która przeznaczona została na ubranko ;) 

Tu się trochę marszczy, tu się odrobinkę podwija, ale ogólnie uśmiech na twarzy mojej córki - wrażeniem bezcennym ;) Zresztą kupne ubranka dla lalek są moim zdaniem fatalnej jakości, mimo wykonywania ich przez małe, chińskie rączki. Ja mam jednak łapy jak wiosła, a sprawia mi to ogromną radochę. 

No i zamiast uczyć się angielskiego na sobotnie zajęcia, albo szukać pracy w necie, to ja się zajmuję takimi głupotami...

 


Tagi: moje hobby
13:00, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

…uważam za otwarty ;) Na przekór Gnidzie czyhającej na mnie za płotem, wpis będzie optymistyczny. Rower to kolejna z moich pasji, ulubionej formy spędzania wolnego czasu. Już podczas minionego weekendu mieliśmy z Szanownym wybrać się na jakąś wycieczkę, ale mąż w sobotę pracował, a niedziela upłynęła pod znakiem porządków podwórkowych. Rowery jednak zostały z ganku wieczorem wyjęte, wyczyszczone, nasmarowane i po krótkiej, próbnej wycieczce mogłam osobiście zacząć wczoraj przygodę na dwóch kółkach.

 Do pokonania wybrałam sobie trasę na mopa. Jest tego ok. 7 km w jedną stronę. Nie dużo i fajnie się jedzie, choć ścieżek rowerowych na tym terenie brak. Dziś, jeżeli tylko nie będzie padać, wyprawę powtórzę.

 Rowerem jeździłam odkąd pamiętam i wszędzie gdzie się dało. Był taki czas, kiedy pracowałam w tej super – fajniej firmie budowlanej i co roku (od czasu zakupu roweru) z początkiem wiosny pokonywałam ok. 10 km w jedną stronę z domu do pracy i z powrotem. Młody chodził wtedy do przedszkola, siadał mi na bagażniku, dowoziłam go do placówki i dalej pędziłam do pracy.

 Jedne z moich najwspanialszych wspomnień wakacyjnych też wiążą się z rowerem. Któregoś lata postanowiliśmy zrobić sobie z Szanownym dłuższą trasę naszymi pojazdami dwukołowymi. Podjechaliśmy pociągiem od naszego miejsca zamieszkania do innej miejscowości, a stamtąd rowerami pokonaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Mam fajne zdjęcia z tego okresu i wspomnienie poparzonych pleców. Słońce świeciło wtedy bardzo mocno, a ja „mundra” wybrałam się w bluzce bez pleców. Cierpiąc wieczorem straszne katusze, przyjmowałam na plecy litry kefiru nakładane przez mojego męża. Ech, to były czasy ;)

 Dziś cierpi już tylko mój tyłek – dawno nie zajmował rowerowego siodełka, ale wszystko do przyzwyczajenia. Jeśli tylko zrobi się rankiem trochę cieplej, będę z Małą jeździła rowerami do szkoły. Wiele dzieciaków tak robi, tu od nas z okolicy. Przy szkole jest długie, druciane ogrodzenie, do którego dzieciaki przypinają swoje rowery, a pan dozorca popatrzy czasem, przypilnuje.

 Rower mnie wyzwala. Wolę taką formę spędzania czasu na sportowo niż spacer czy bieganie. Pływać nie umiem i boję się wody. Poza tym jazda na rowerze dobrze wpływa na mięśnie udowe ;)

Tak więc: w drogę! 

Tagi: rower
11:04, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

 Nie jestem ani polonistką, ani specjalistką od poprawności polskiej pisowni czy wymowy. Lubię jednak ładnie, bezbłędnie mówić i pisać po polsku, choć wiem, że na pewno popełniam błędy. Nie krępuje mnie zwracanie mi uwagi przez innych, bo w ten sposób uczę się dalej, poza tym to czysta przyjemność umieć „włączać”, a nie „włanczać”, „wziąć”, a nie „wziąść”. Sama staram się również zwracać uwagę na ładne słowotwórstwo u innych, choć niektórzy są oporni i popełniają błędy z premedytacją mówiąc: ja tak mówię i tego nie zmienię ;)

 Długo nie mogłam wykorzenić z moich chłopaków „włanczania”, ale się udało. „Poszłem” było też dość często używanym przez nich zwrotem. Zarówno mąż jak i jego synowie długo mówili: „tu pisze” i „w każdym bądź razie”, spotkałam się również z wersją: „w każdym mąć razie” na szczęście nie u moich panów. Ale co innego niewiedza, a co innego czyste lenistwo i premedytacja.

 Twory ludzkiego języka są czasem tak dziwaczne, że nie jestem w stanie pojąć ich prawdziwego znaczenia. Z drugiej strony nie oszukujmy się, ale nie stworzono nas do tego, żeby posługiwać się tylko językiem literackim. Mój syn wprowadził ostatnio do domowego słownika wyraz „epickie”. Wszystko u niego jest epickie; epicki film, epicka książka, epicki koncert. To tez potrafi drażnić, ale nie uwolnimy się od ewolucji polskiego języka.

 Czymże jest tytułowy „podomiesz”? Otóż jest tworem, który przyszedł do mnie wczoraj smsem od koleżanki. Nie ukrywam, że musiałam chyba ze dwa razy przeczytać treść wiadomości, żeby w ogóle zrozumieć jej sens. Przytoczę: „czy jutro masz wolne podomiesz sa targi zabawy dla dzieci gratis co ty na to” pisownia oryginalna. Żadnych znaków interpunkcyjnych. Zatkało mnie.

 Komentować nie chcę, bo koleżankę lubię na swój sposób, ale długo nie mogłam pojąć jak takie osoby funkcjonują wśród innych? Przecież to kobieta pracująca za biurkiem, obracająca się w środowisku ludzi na pewno wykształconych. Musi w pracy wysyłać maile, rozmawiać przez telefon, pisać raporty (wiem czym się zajmuje). Kiedyś dostałam od niej wiadomość, że chciałaby się spotkać ze mną i naszymi córkami pod „przeczkolem”. Rozmawiać z nią mogę tylko na temat tragicznej sytuacji gospodarczej w kraju, o wysokości alimentów na dzieci i nasłuchać się mogę o innych dzieciach krzywdzących jej córkę. A tak naprawdę po krótkiej obserwacji jej małej dochodzę do wniosku, że ta dziewczynka całkiem nieźle radzi sobie z rówieśnikami.

 Cóż, Polacy „podomiesz” bardzo mało czytają książek, a szkoda, bo te robaczki, zwane literkami bardzo często zostają z tyłu głowy na dłużej. I to się opłaca.

 Jeśli kogoś niechcący obraziłam tym wpisem, to bardzo przepraszam ;)

09:47, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 kwietnia 2013

Ktoś poprosił mnie o opisanie swoich osobistych przemyśleń na temat bezrobocia. Muszę więc dokonać zaległego wpisu.

Niedługo minie rok odkąd jestem bez stałego zajęcia, bez perspektyw i bez jakiegokolwiek punktu odniesienia w sprawach mojej pracy zawodowej.  Bezrobocie to taki stan umysłu, który dzieli się na kilka etapów. Samo przejście na „ciemną stronę mocy” ze strony formalnej nie ma znaczącego wpływu na ogólne samopoczucie. Jazda bez trzymanki zaczyna się dopiero po pewnym czasie.

Kiedy pojawia się wizja utraty w miarę stałej, etatowej pracy, człowiek nie dopuszcza myśli, że to go może w jakiś sposób dotknąć. Oczywiście nadmieniam, że te przemyślenia nie dotyczą utraty własnej firmy. Prowadzącą DG nigdy nie byłam. No i spis myśli dotyczy tylko i wyłącznie stanu mojego umysłu.

Będąc bezrobotną dostałam nagle mnóstwo wolnego czasu. Zaczęło się więc załatwianie zaległych spraw: urzędowych, domowych, rachunkowych, na które do tej pory najzwyczajniej nie miałam czasu. Zaległy urlop, brak pośpiechu, wszystkie prace domowe zrobione od A do Z. Zaległe mycie okien, pranie dywaników, poduch (w moim przypadku był to „rewelacyjny czas” na utratę pracy – maj, ciepło, słonecznie – dalekie od depresji myśli). I tu mała dygresja: wszyscy, którzy zechcą zajrzeć na mój stary, zielony blog z tego okresu mogą widzieć wpisy depresyjne, ale były one raczej spowodowane sytuacją rodzinną, aniżeli samą utratą pracy.

Na początku wyzwala się pokłady energii, które jeszcze są zakorzenione „pracowym” systemem. Szukanie nowej pracy jest bardzo intensywne; wiedzą wszyscy znajomi, rodzina, a samo szukanie pracy traktowane jest również jako… praca. Idę więc po rady do doradcy zawodowego, robię sobie porządne CV, chętnie zapisuję się też na różne warsztaty, szkolenia. Żyję z oszczędności, które nie są zbyt wielkie, ale pozwalają na zwyczajne przeżycie. Nareszcie mam czas na spokojne pójście do sklepu i zrobienie obiadu na czas powrotu męża i dzieci. Czuję się tak samo odpowiedzialna za rodzinę, jak w sytuacji posiadania statusu osoby zatrudnionej.

Szukam zajęcia, żeby nie wyjść z wprawy. Zaczynam wygrzebywać materiały mojej Mamy i teścia, żeby zacząć szyć. Może nie będę wiecznie biurwą? Szukam na siebie pomysłu: może torby zakupowe? Może łapki kuchenne? Może piórniczki dla dzieci? Pacynki? Ubranka dla lalek? Okazuje się, że mam teraz mnóstwo czasu na szycie, ogłaszam się koleżankom, publikuję swoje prace na FB, działam, jestem sprężona. Szmat mam tyle, że głowa boli, nie dość, że zostało mi po Mamie – krawcowej, to jeszcze mam prezent od teścia – krawca; na strychu jego domu przewala się pełno materiałów. Raj. Zaczynam projektować. To będzie to, co lubię: szycie dla innych, z pasją i przyjemnością, a w dodatku będzie z tego zarobek.

Marzenia są jednak ulotne. Robię mały, domowy biznes plan. W międzyczasie psuje mi się moja maszyna, tę którą daje mi dziadek za chwilę też szlag trafia. Zaczynam być wściekła. Z biznes planu wynika, że musiałabym mieć szwalnię, żeby zarobić na siebie i dzieci. Oglądam oferty innych w Internecie i zaczynam wątpić w swój talent i siłę przebicia. Może brak mi dobrego „menadżera”? ;) Do pracy na szwaczkę mnie nie wezmą – nie mam ku temu odpowiednich kwalifikacji, jestem samoukiem i do tego wybrzydzającym leniwcem – nie mam chęci szyć damskich sukienek, ani garsonek, mnie się podobają uszyte przeze mnie pacynki ;)

Pomysł upada, ale życie musi toczyć się dalej. Zaczyna brakować kasy. Mąż nie jest w stanie utrzymać czteroosobowej rodziny. Cieszę się z relacji z pasierbami, bo przynajmniej oni dorzucają się do domowego budżetu, ale i tak brak jednej pensji zaczyna być dokuczliwy. Na warsztatach poznaję panią, która wspomina o pracach społecznie użytecznych. Na przerwie proszę o kontakt w sprawie takich prac – biorę już co popadnie, nawet jeśli jest to pomoc na szkolnej kuchni za 300 zł miesięcznie. Działam, jestem aktywna, bo przecież „szukanie pracy, to też praca”.

Zaczyna się okres dojrzewania frustracji. W moim przypadku jest to okres obawy o powrót Gnidy (depresji). Od momentu utraty pracy to jakieś kilka miesięcy. Do tego dochodzą wciąż nowe problemy domowe, które nijak nie pomagają w problemach zawodowych. No i wieczny brak wsparcia rodziny. Mąż nie potrafiący nawet rozmawiać o braku pracy, córka za mała na rozmowy egzystencjalne, matki brak, zostaje tylko syn, którego strach obarczać własnymi problemami.

Dostaję również szansę podwyższenia sobie tych śmiesznych poborów sprzątaniem w biurze u koleżanki. Już mi nie zależy czy mnie tam znają, czy nie – liczy się kasa i jako taka praca. Kiedy wdrażam się pomału w system prac społecznie użytecznych, okazuje się, że kontrakt musi mi się skończyć, bo Miasto nie daje więcej zarobić bezrobotnym. 5 miesięcy pracy za 300 zł idzie w łeb. Zostaje jeszcze poranny mop, na szczęście. W międzyczasie robię sobie bilans wysłanych przeze mnie CV, jest tego kilkaset sztuk. Rozmowy kwalifikacyjne, które staram się rejestrować również nie mają realnego oddźwięku. Psychicznie wysiadam, zatracam nadzieję, że kiedykolwiek wrócę do żywych zawodowo.

Jak szalona rzucam się na kolejne sprzątania, więcej i więcej, bo przecież kasy potrzeba, rachunki są do opłacenia, dzieciom buty trzeba kupić, dać na wycieczkę no i prozaicznie starać się żyć. Niestety mój kręgosłup nie daje rady z podwójnym mopem (porannym i wieczornym) i odmawia posłuszeństwa. Rezygnuję ze sprzątania rano. Cały czas zaczepiam ludzi, który spotykam w swoim otoczeniu i po bliższym kontakcie oraz analizie charakteru tej osoby, moja odwaga podpowiada mi rozmowę o zasłyszany gdzieś wolny etat. Jedynie to, że jestem dumna ze swoich kontaktów międzyludzkich pozwala mi na utrzymanie uśmiechu przed lustrem. Nie mam lęków przed zawieraniem nowych znajomości, nie boję się ludzi, mam jednak tę świadomość, że niektórzy mogą mnie odbierać jak odmieńca. Z wielu już ust usłyszałam: ty, z takim doświadczeniem nie możesz znaleźć pracy? Coś słabo szukasz, albo: po co ci te studia jak i tak nie możesz znaleźć pracy… To boli jak szpila pod żebrem.

Niedługo minie rok jak jestem bez stałego zajęcia (powtarzam zdanie z początku wpisu). Dopada mnie żal i zaczyna ogarniać rozdrażnienie. Ostatnio nie mam władzy w palcach, żeby poszukać w necie jakichkolwiek ogłoszeń o pracę. Nie chce mi się. Spada mi ta (z początku bezrobocia) chęć i motywacja. Jest jednak coś, co sprawia, że usprawiedliwiam moje przyzwyczajenie do takiego stanu. Mam czas dla dzieci – rano nie spieszę się do szkoły, nie poganiam Małej przy ubieraniu się, myciu, czesaniu. Odbieram ją zaraz jak skończy lekcje. Mogę w ciągu dnia zrobić dużo w domu, na spokojnie uczyć się do sesji. Jednak wciąż czuję ogromny niedosyt, bo żyjemy w skrajnej biedzie. Nie mówię, że moja praca pozwoliłaby na postawienie drugiej chałupy, ale dom aż się prosi, żeby mu pomalować ściany, wymienić karnisz w kuchni, wyremontować ganek… Wstydzę się zapraszać ludzi do środka, bo mamy dziury w podłodze, obdrapane ściany, niedokończony remont podziału pokojów i kozę na środku. Do tego podczas zimy wisiała taka kotara chroniąca przed napływem większego mrozu do mieszkania. Kiedy czytałam blog kuratora (na marginesie życia – w zakładkach) co i raz pojawiał się opis takiej „szmaty”, czułam się jak w melinie. No a poza tym – kiedy ja sobie uzbieram na tę moją emeryturę? Zlecenie ze sprzątania nie może trwać wiecznie.  

Do bycia bezrobotnym można się przyzwyczaić, tylko czy takie przyzwyczajenie doprowadzi do czegoś konstruktywnego? Dobrze, że nie palę i nie piję. Czasem żrę jak oszalała co mi popadnie w ręce. Dla rozładowania złych emocji.

Ku pokrzepieniu serc i odejściu od negatywnego wydźwięku tego wpisu, dodam, że znalazłam fantastyczny demot na FB o treści: „nie pisz: bezrobotny, pisz: specjalista do zarządzania nadwyżką wolnego czasu” ;)

Tagi: bezrobocie
19:43, sokramka
Link Komentarze (9) »
piątek, 19 kwietnia 2013

 Wczoraj wróciłam z wieczornego mopa z potwornym bólem głowy. Wzięłam dwie tabletki i nie mogłam dalej normalnie funkcjonować. W urzędzie było mi ciężko schylać się po kosze na śmieci, od razu dostawałam ciśnienia po skorupę czaszkową. W nocy budziłam się kilka razy, tzn. ból głowy mnie budził i przewracałam się z boku na bok. Do tego Mała narzekała wieczorem również na ból głowy, zmierzyłam jej gorączkę – 37,8. Po zaaplikowaniu środka przeciwbólowo-gorączkowego, też padła jak mucha.

 Dziś rano z ledwością wstałam jak zwykle o 6.00. Nie przemogłam się i zdążyłam tylko obudzić córkę pytaniem: „jak się czujesz?”. Okazało się, że źle. Na moje pytanie: „czy ma ochotę dziś zostać w domu?” odpowiedziała uśmiechem i poszła dalej spać. Ja się też położyłam. Wstałyśmy przed 9.00. Nie czujemy się rewelacyjnie, mnie nadal łupie pod kopułą. Nad ranem wzięłam następne dwie tabletki.

 Zadzwoniłam tylko do OPSu, że nie przyjdę na ostatni dzień warsztatów, nie dałabym rady.

 Szwendam się w piżamie, wstawiłam pranie, zmywanie, Mała układa karty. W domu nikogo poza nami, no, poza dziadkiem w swojej części.

 Tygrys przyniósł mi przed 7.00 „śniadanie” pod łóżko: świeżo złowioną mysz, jeszcze żyła. Miauczał przeraźliwie, żeby pochwalić się pani swoją zdobyczą. Zawsze tak robi kiedy wniesie do domu ptaszka lub myszkę. Ach te koty…

 

10:44, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 kwietnia 2013

 Jak to powiedział Szekspir ustami Marcellusa… Można by rzec: źle się dzieje w państwie polskim. Wczoraj dowiedziałam się, że mąż mojej przyjaciółki został zwolniony z pracy, dwa dni temu otrzymałam również wiadomość od innej koleżanki, że dostała wypowiedzenie. Pracowała w banku, cały departament zwolnili. Owszem, pojawią się odprawy, ale co z tego, jak ona już zaczyna panikować – kobieta 50+, która całe życie przepracowała w banku… I jak czytam na innych blogach komentarze, wpisy o pracy i sprawach z nią związanych to mi się normalnie wątroba przewraca na lewą stronę. Oczywiście mowa tu o słowach ludzi narzekających na swoją robotę, marudzących, że człowiek nie wie co ze swoją pracą ma robić? Zmieniać czy zostać na starych śmieciach, że przeraża bezczynność, monotonia, brak rozwoju. Niedobrze mi się robi jak to czytam. Ludzie nie mają pojęcia co się dzieje na rynku pracy, że idzie ku gorszemu, nie widać perspektyw.

 Rozmawiam blisko z moimi zaprzyjaźnionymi urzędniczkami i z ich opowieści wynika, że bezrobotny, który do nich przychodzi jest tak mocno sfrustrowany, że nie liczy się ze słowami. Potrafią tacy bezrobotni wbić szpilę bez zahamowań, "jaka to pani urzędniczka jest wygodna; siedzi tylko kawkę pije, w papierkach grzebie". A one zostają po godzinach, bo nic nikogo nie obchodzi, każdy martwi się o własną dupę. A grzebanie w papierkach to głupiego robota, bo system jest ogólnie zły. Jestem tam - widzę to.

 Sama byłam świadkiem głupoty osoby na wysokim stanowisku. Poszłam któregoś dnia na luźną rozmowę do zastępcy pani kierownik urzędu pracy. Już wychodziła, czekałam aż zostawi mi kluczyk od pokoju, żebym mogłam posprzątać. Dla mnie nie ma znaczenia czy to kierownik, czy sprzątaczka, czy sam papież – człowiek to człowiek i pogadać można. Zagaiłam więc rozmowę i padło w którymś momencie pytanie ode mnie: "jak pani myśli, czy ta zła koniunktura kiedyś ma szansę się odwrócić? Jak pani widzi to skaczące bezrobocie?" Na co mi kobieta odparła (z-ca kierownika urzędu!) "ja tam nie wiem, ja nawet w te statystyki nie zaglądam, a ile teraz wynosi bezrobocie?".................... Oczywiście podałam jej ilość w procentach, bo mnie to akurat interesuje, ale reszty nie skomentuję.

 Tak to jest moi mili, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co do pracy własnej, to przyznaję się bez bicia, że ostatnio odpuściłam sobie poszukiwanie. Od czasu zajmowania się sprawami chłopa (te kilka tygodni przed świętami) aż do dziś nie wysłałam żadnego CV. Rzadko też przeglądam oferty, nie mam już takiej sraczki. To chyba zniechęcenie tak działa. Ale niestety wiem, że będę musiała powrócić do systemu intensywności. Sprzątanie nie hańbi, ale nie da mi emerytury, ani nie zaspokoi potrzeb domowych jak choćby prozaiczne ubieranie się. Nadchodzi lato, ciepło za oknem, wszyscy się cieszą, a ja wkurwa noszę na gębie. Dlaczego? Bo się nie mam w co ubrać. Nie stać mnie na spacer po sieciówkach, zostają mi stragany i szmateksy, ale ogólnie Vat na ubranie poszedł do góry i nawet ciucholandy już nie kuszą tak cenowo jak kiedyś.

 Przynajmniej z chłopem dobrze, nawet bardzo dobrze.  

Tagi: ludzie
09:11, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

 Po sobotnio – niedzielnych wykładach jestem tak wypompowana, że szkoda gadać. Wracałam wieczorem z potwornym bólem głowy, a wczoraj już nawet padłam jak pies Pluto o godz. 19.00. Chyba jakiś kryzys „szkolny” mnie dopada, albo coś. Zauważyłam, że nie jestem osamotniona w tych przemyśleniach, bo koleżanka z roku, z którą nawiązałam nić przyjaźni również się zastanawiała nad kwestią swojego miejsca na tych studiach. Ale wspólnie we trzy, z inną koleżanką, doszłyśmy do wniosku, że jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. No i kwestia tego, że uczymy się dla siebie. I niech spadają na szczaw ci, którzy z przekąsem próbują wyperswadować nam naukę mówiąc: „po co ci te studia?”. Ja usłyszałam już to od trójki znajomych, moja koleżanka gorzej – od własnego brata. Mnie na szczęście Rodzony mocno wspiera. Ludzie uczą się przez całe życie, robią doktoraty, habilitacje, dlaczego my nie mogłybyśmy przetrwać tego „szkolnego” okresu w dobrych humorach? ;)

 Leżąc sobie wczoraj w łóżku i beznamiętnie oglądając telewizję, natrafiłam na jeden z odcinków „Głębokiej wody”. Opowiadał o młodej dziewczynie, której matka po rozwodzie znalazła sobie dużo młodszego gacha i nie za bardzo miała czas na zajmowanie się córkami. Młodsza siostra naszej bohaterki to sześcioletnia, zamknięta w sobie blondyneczka. Starsza siostra spotykała się od lat z chłopakiem z marginesu, który jednak zapragnął wyprostować swoje życie. Nagle okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży, matka nie chce „niańczyć” jej bachora, chce więcej pieniędzy co prowadzi bohaterkę na ulicę…

 Historia jakich wiele, z resztą rozmawiałam kiedyś z moją „poprzednią opiekunką”, pracownikiem OPSu i ona mi wyjaśniła, że serial jest mocno naciągany w tę lepszą stronę. Podobno rzadko który pracownik tak emocjonalnie angażuje się w problemy rodziny, którą się zajmuje. Im po prostu tego nie wolno. Nie do pomyślenia jest też zabieranie dzieci do własnych domów, działanie bez jasno wytyczonego przepisu. Może dlatego, że system jest tak popaprany zdarzają się u nas takie przypadki jak mama Madzi, rodzice dzieci z zamrażarki, mama Szymka z rzeki czy parę innych… Pracownik socjalny jest tylko instrumentem w źle działającym systemie. Musi wypełniać tony papierów, kiedy mógłby zaangażować się w los rodziny. Mam w zakładkach bloga kuratora. Czytam go z ogromnym zainteresowaniem, bo są mi bliskie opisywane niektóre tam rzeczy. Tam też często przewija się problem biurokracji.

 Ale nie o tym, chciałam zwrócić uwagę na pewną kwestię wypowiedzianą przez aktora grającego rolę ojca tych dziewczyn. Facet był przedstawiony jako zwykły kierowca autobusu, płacący regularnie alimenty i mający już drugą rodzinę. Ta pierwsza jak gdyby była dla niego koszmarem z przeszłości. Nie umie pomóc swojej starszej córce, kiedy ta przychodzi do niego z prośbą. Zasłania się alimentami i uważa, że to wystarcza. Pani z OPSu przychodzi do niego i nakreśla całą tą zagmatwaną sytuację. Pyta: może warto by się włączyć w wychowanie córek? Na co ojciec mówi: co ja mam zrobić? I to pytanie nagle, jak piorun uderza mnie swoją aktualnością. Z tego względu, że mój mąż dokładnie tak samo pytał, kiedy nie mógł sobie poradzić z wyprowadzeniem Golasa na prostą drogę. Nie pomagało moje wsparcie, nawet moje naciski, pomoc w postaci posłania go do mediatorów rodzinnych; nie chciał korzystać. Był nawet taki moment, kiedy wydawało mi się, że zabiorą chłopaka do poprawczaka i mąż będzie zadowolony, że państwo rozwiązało za niego problem niewychowanego dziecka. Za długo Szanowny czekał na cud. Za bardzo przeciągał rozmowy, decyzje, nie był konsekwentny.

Ale teraz już za późno.

 A ja dziś znowu mam kolejny dzień warsztatów. Zaczynam o 10.00.

 

Tagi: Mąż studia
09:17, sokramka
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2