Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 27 kwietnia 2014

Po burzy zawsze wychodzi słońce. Na wspólne spędzenie sobotniego wieczoru zaprosiła mnie Bezcielesna. Czytając wcześniej jej wpisy o serotoninie, zeżarłam bezczelnie całą tabliczkę czekolady jadąc autobusem na spotkanie. Miałam przecież mieć dobry humor ;) Wieczór spędzony bardzo miło, za co serdecznie dziękuję! Było symboliczne piwko, trochę śpiewania, deczko dyskusji i historii. W domu byłam przed 23.00. 

Mała dygresja: kiedy rozmawiałam dziś rano z Szanownym na temat tego, że po jednym piwie miałam lekki szum w głowie, mąż odparł, że on to ma ostatnio już po dwóch. Okazuje się, że przyznał mi się do tego, że odkąd ograniczył spożywanie piw, jego organizm żywo reaguje na każdą małą dawkę alkoholu. Proszę jak można się nawrócić ;)

W niedzielę wyciągnęłam znowu maszynę. Miałam do zrobienia piórniczek w prezencie dla koleżanki ze studiów. Oto i on:

 

Miałam też zaczęty dywanik, robiony ze starej szmaty/firany, bo materiału wyrzucić było szkoda, a zbytnio nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Pocięłam więc na długie pasy, następnie pasy te połączyłam w klasyczny warkocz. Wyszło mi sporo metrów. Później te metry pozszywałam na maszynie tworząc mały, owalny dywanik. Oto i on:

Cudowny, spokojny, wyważony weekend. Więcej takich poproszę ;)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Nigdy w mojej rodzinie nie zetknęłam się bezpośrednio z tym problemem. Dziś mogę z pełną świadomością przyznać, że dziadek jest pełnoetatowym alkoholikiem. Picie piwa przed śniadaniem, po śniadaniu, przed obiadem, po obiedzie, jako zakąska, jako podwieczorek, a w międzyczasie flaszka obalona z kolegami lub koleżankami.

Wczoraj jedna z dziadkowych koleżanek władowała się do naszego pokoju (pijana o dziwo poradziła sobie z przekręceniem klucza w zamku podklamkowym, który kazał zostawić dziadek, bo rzekomo MY go okradamy) Koleżanka jedną ręką trzymała się framugi, a drugą otwartych drzwi. Bełkotała coś o gazie i pokazywała na dziadkową kuchnię. Kiedy zastawiłam jej swoją osobą drogę wejścia dalej do pokoju, cofnęła się na dziadka mieszkanie. Zauważyłam wtedy, że wszystkie cztery palniki kuchenki są włączone, a ona bełkotała, że nie umie ich wyłączyć. Obiadek reszcie towarzystwa szykowała, a państwo upijało się w podwórkowych promieniach słońca. Powyłączałam palniki, uciekłam do naszego pokoju i drzwi zastawiłam naszym łóżkiem. Powiadomiłam Szanownego. Koszmar.

Szanowny z ojcem nie próbował nawet dyskutować, bo nic to by nie dało. Z pijanym się nie dyskutuje. Widzę również, że sam mocno się ograniczył widząc co się dzieje z jego ojcem. Jest pod tym względem poważny, przestał się bawić w „wesołego – podpitego”. Zakupił zasuwkę na naszą stronę, dla bezpieczeństwa. Tylko co będzie jeśli dziadkowe towarzystwo wywoła kiedyś niechcący pożar? Przecież pozostawiony niedopałek na kanapie to tylko jedna chwila…

Autentycznie boje się kolejnych wydarzeń. Tu wszystko może się zdarzyć, bo każdy dzień jest praktycznie okraszany alkoholem. A najgorsza jest w tym wszystkim obecność naszej Małej. Z historii rodziny mojego męża dowiedziałam się niedawno, że ojciec dziadka zapił się na śmierć.

Dziś za ścianą powtórka z rozrywki…

 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Oto moja praca około świąteczna ;) Prezent urodzinowy dla przełożonej mojego Młodego w harcerstwie. Prywatnie dobrej znajomej. Kiedy inni pili, drudzy szyli ;)

Niebieskiej przód

Niebieskiej tył

Zielonej przód

Zielonej tył

...uważam za otwarty!

Rano kurs do roboty; jakieś 7,5 km w jedną stronę. Po pracy do koleżanki (na chwilkę) to jakieś 7 km w jedną stronę. Razem zrobiłam dziś jakieś 28 km rowerem. Bosko! Nogi mam jak z waty, dupsko boli, ale ogólnie jest bardzo ok. 

O świcie zrzucenie kwasów z duszy, a potem zrzucenie kwasów z mięśni ;)

Tagi: rower
13:46, sokramka
Link Komentarze (3) »

Nie cierpię świąt. Żadnych. Dobrze, że już się skończyły. Ciekawe czy u innych tak jest, że z okazji świąt, urodzin, imienin, wizyty cioci z Ameryki i w ogóle z okazji „bez okazji” musi stanąć na stole flaszeczka…Nie cierpię pijanego dziadka oraz jego pretensji i żalów, żalów i pretensji do całego świata o to, że wszyscy go maja w dupie i nie szanują. A on się szanuje?

Nie cierpię tłumów, wizyt, wizytacji, posiedzeń rodzinnych. A mój mąż odwrotnie. Im więcej ludzi tym lepiej i ciekawiej. Jak tak to gęby nie otworzy przez cały dzień, a jak jest „zastaw się, a postaw się”, to ryj mu się nie zamyka. Do tego ma jakieś wyimaginowane wyobrażenie o moim „byciu żoną”. Jestem jego żoną więc to mnie obliguje do przyjęcia identycznej postawy jak on w sytuacji przyjmowania gości. A w dupie mam jego gości. „Dzień dobry” powiedziałam i to wystarczy.

I to mnie martwi. Że jestem złą żoną. Że nie umiem się dostosować do innych ludzi, że egoistka jestem, że bywam bezczelna, przesadnie otwarta w wyrażaniu swoich uczuć, że czasem nie potrafię utrzymać emocji w ryzach, że prowokuję, że wywołuję awantury, że zazdroszczę, że unikam ludzi, że niestety, ale nie bywam delikatna, że gbur ze mnie i pyskacz. Potrafię odezwać się do Szanownego słowami: „co się to obchodzi, nie interesuj się”. Ale tylko do niego mam taki stosunek. Kiedy dziadek mnie wkurzy, olewam go, lekceważę wręcz.

Rano nie odzywam się do nikogo. Nikomu nie mówię „dzień dobry”, „cześć”, buziaczek na poranek? Żadnych. Ups, przepraszam; dzieci moje zawsze usłyszą dobre słowo i poczują matczyną dłoń na swojej. Mówimy o dotykaniu? Ja się go brzydzę. Nie przytulam się do męża od dawna. Świadomie. Nie czuję takiej potrzeby. Seks? Jaki seks? Ja, kiedyś dziki, podkołderkowy kociak, obecnie jestem zamulałym, starym babskiem o nikłej potrzebie doznań seksualnych. Na sceny miłości w filmach patrzę z obrzydzeniem, nie znoszę kiedy przy mnie przytulają się Uszak z Okularnicą, choć wiem, że mam dość mocny i pewny uścisk, nie lubię podawać dłoni.

Na FB przestałam się uaktywniać. Celowo. Nie bawi mnie podglądanie innych co mają do powiedzenia. A z tymi co mają coś do powiedzenia wolę utrzymać kontakt mailowy, smsowy, lub zwyczajnie raz na jakiś czas zadzwonić. Znajomych też sobie zaczęłam wyróżniać. Odzywam się tylko do tych, co coś dla mnie znaczą. Innych mam w dupie. Mam w dupie tych, co życzenia na święta wysyłają za pomocą: „wyślij do wielu”. Formułka z internetu, jakiś durny wierszyk, albo zdanie, podpisano: „życzy Genowefcia z rodzinką”. Chuj z takimi życzeniami. To lenistwo zwykłe i wygodnictwo.

Ci obcy są czasem dla mnie milsi niż męscy domownicy, z którymi mieszkam. Moim facetom wydaje się, że mają za darmo sprzątaczkę, piastunkę, krawcową i kucharę. Podczas świąt rozliczałam PITy, męża, brata, syna, pasierba jednego i drugiego. Koleżanka jeszcze mi wcisnęła Pity swój i swoich córek dwóch. O naiwności. Pieniądze pożyczam od obcych, a powinno się pożyczać od rodziny. Chociaż w ogóle pożyczanie kasy moim zdaniem to uwłaczanie godności dla pożyczkobiorcy. I mówię tu o takich drobnych sumach, nie zaciąganiu kredytu w banku. Chociaż i tak pożycza się cudze, a oddaje swoje.

Boję się, że się rujnuję. Sama na własne życzenie. Nie sypiam dobrze, od ok. 4.00 już nie mogę spać. Dziś wstałam o 4.30. Córka wędruje nadal pomiędzy swoim łóżkiem, a naszym. Ciasno jest.

Mój ojciec był wariatem kopniętym w dzieciństwie przez konia. Mnie koń nie kopnął, ale jestem jego córką, wariatką.

 

piątek, 18 kwietnia 2014

Wszystkim znanym i nieznanym;

Spokojnych, zdrowych Świąt Wielkanocnych 

19:40, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 09 kwietnia 2014

Albo taki dzień, albo naprawdę mam ostatnio niż psychiczny. Zresztą wydarzenia minionych dni na pewno nie były budujące. 

Sprzątam w pracy, przychodzę do domu i sprzątam w domu. Po przeprowadzce Brata do cioci mam trochę więcej mebli i sprzętów i to też trzeba było uporządkować, poprzestawiać, poprzesuwać , powycierać z kurzu. Nie neguję przemeblowania domowego, bo to się czasem przydaje i tak trzeba, ale za dużo tego na raz.

Ta przeprowadzka zmęczyła mnie psychicznie. Do końca nie wiedziałam czy ciocia zaakceptuje „intruza” w jej mieszkaniu, ale na szczęście zrozumiała, że oboje są sobie potrzebni. Poza tym jest jeszcze kupa spraw urzędowych, papierkowych, organizacyjnych. Mam nadzieję, że Brat wszystkiego sobie dopilnuje.

Sprzątanie to też tak naprawdę syzyfowa moja praca, bo nikt z domowników mi nie pomaga. System karteczkowy upadł odkąd wyprowadził się Scareface. Uszak nie zamierza nic w domu robić, bo on już jedną nogą jest w kawalerce rodziców Okularnicy. Jej rodzice budują od lat dom pod Miastem i w końcu chyba w tym roku się tam wyprowadzą. Okularnica dostałaby do zamieszkania kawalerkę. Wtedy Uszak zamieszkałby z nią. Rodzeństwo Okularnicy jeszcze poszłoby z rodzicami. Ale plany planami, a nic nie jest jeszcze pewne i jak się mieszka TU to niestety, ale trzeba po sobie brodzik przemyć i raz na jakiś czas kibel przetrzeć. Niestety, służby nie mam.

Szanowny uparcie powtarza, że w domu może robić wszystko – gotować, budować meble, rąbać drzewo na opał, przestawiać meble, zajmować się dziećmi, szyć (bo umie!) nawet prać ręcznie, ale mam go nie zmuszać do sprzątania, bo tego po prostu nie znosi i już. I ja to rozumiem i zdążyłam się do tego przyzwyczaić.

Młodego wiecznie w domu nie ma, a to zbiórka, a to hufiec, a to spotkanie z przyjaciółmi. Z jednej strony dobrze, bo nie siedzi przed komputerem (jak np. Uszak) i ma jakieś zadania do wykonania.

Do tego śmierć naszej kotki wczoraj, dobiła moją psychikę. Już jestem zmęczona. Wieczorem nawet poruszyliśmy temat opieki nad zwierzakami: kochamy zwierzęta, lubimy się nimi zajmować, właściwie jesteśmy kociarzami. Ale po co dawać dom takim znajdkom, skoro za chwilę przychodzi śmierć znienacka i ten dom zabiera. Powiedzieliśmy sobie, że to za dużo – dwa zdechłe koty na przełomie jednego roku. Na pewno w najbliższym czasie nie przygarniemy żadnego zwierzaka.

Pracy nie szukam od pewnego czasu, nie przeglądam ogłoszeń, nie wysłałam aplikacji. Jestem zrezygnowana. Niby na kursie usłyszałam, że ze mną nie ma sensu pracować, bo umiem dużo i praktycznie. Dostałam nawet „certyfikat” ukończenia warsztatów, który mogę sobie do pieca wrzucić, bo ma znikomą wartość. To znowu taka chwila załamania psychicznego, potrzebuję chyba chwilowej porady od Bezcielesnej: trzy razy K; kawa, książka, kocyk, za szybko chcę żyć, albo za intensywnie, w zbyt wiele rzeczy się angażuję i potem na własną prośbę mam garść problemów. Choć wiem, że pisałam o tym jak bardzo nie lubię leniuchować ;)

Czasem przychodzą mi do głowy takie leniwe myśli jak np. „fajnie by było, gdyby zadzwoniła koleżanka/kolega i spytała: czy ty jeszcze szukasz pracy? Bo moja znajoma szuka pracownika”, ale to są tylko myśli, bo na własny sukces trzeba zapracować.

Mam teraz zjazd, maraton trzydniowy. Jak wyjdę z domu w piątek o 16.00 to wrócę w niedzielę po 19.00. To taka metafora, bo przecież do własnego łóżka będę wracać, a propo’s  „do własnego łóżka”.  Ostatnio również jestem przemęczona migracją nocną mojej córki. Wieczorem kładzie się tylko „na chwileczkę” do naszego wyrka, potem jest czytanie, następnie buzi i wędruje do swojego pokoju. W nocy przychodzi, kładzie się przy tatusiu (Szanowny śpi z brzegu, ja od ściany) i śpi do rana. Do tego przychodzi do naszego łóżka kot. Jestem niewyspana. Ostatnie noce wynoszę się więc do łóżka córki i spokojnie oraz wygodnie zasypiam. Mała strasznie się kopie, a Szanowny chrapie. Pasują więc do siebie jak ulał.

Z tego wszystkiego próbuję wyciągać pozytywne epizody. To, że kończę pracę ok. 11.00 – 12.00, to, że z trzech kotków zostały nam jeszcze dwa, to, że mam inteligentne dzieci nie zainfekowane żadną zewnętrzną przypadłością społeczną, to, że mój mąż jest nad wyraz pracowity i pomysłowy, z igły widły zrobi i to, że wciąż mam nadzieję na lepsze jutro. Czasem myślę sobie jak Scarlet: "Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro". Czekam na prawdziwą wiosnę, aż w końcu odpalę Mercedesa (mój rower osobisty ;)) Wyżyję się wtedy na jakiejś długiej trasie, samotnie, albo z Szanownym.

 

wtorek, 08 kwietnia 2014

Kolejna kocia tragedia....

Zadzwoniła pani doktor, obrażenia Aszki były tak wielkie, że trzeba by było amputować tylną łapkę, poza tym kotka musiałaby być do końca życia zacewnikowana, bo miała potwornie uszkodzoną miednicę, układ moczowy, ogólnie koszmar....

Popłakałam się. Z Szanownym byłam na łączach od samego rana, też uważał, że uśpienie to jedyne rozsądne wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Za godzinę mam pojechać po ciałko.

Paradoksalnie nasza Aszka dziś skończyła rok... 

Tagi: koty
11:13, sokramka
Link Komentarze (5) »

To, że masz wypasione auto i to, że ulica jest prosta jak struna, nie uprawnia Cię do jazdy z szybkością przekraczającą dozwoloną wartość. Możesz równocześnie potrącić zwierzaka, jak i przechodzące dziecko. 

Dziś nad ranem jakiś baran za kierownicą potrącił naszą Aszkę. Kotka ma zmasakrowaną tylną łapkę, nie wiem jak wyglądają obrażenia wewnętrzne. Zawiozłam ją do lecznicy. Czekamy. Nie poszłam dziś do pracy. W zeszłym roku właśnie na tej ulicy zginął nasz Tygrys. Tym bardziej to przeżywam i martwię się czy Aszka przeżyje...

Takie są niestety "uroki" kotów wychodzących. Ale nie wyobrażam sobie trzymać zwierzaka w domowej klatce. 

 

Tagi: koty
08:20, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 kwietnia 2014

Przy okazji opróżniania starego mieszkania Brata, natknęliśmy się z Rodzonym na kalendarze książkowe w ilości kilku sztuk, tylu ile lat pracowała moja Mama u swojej chlebodawczyni. Mama była tam na początku pomocą domową, gdzie opiekowała się wielkim domem, gotowała, sprzątała, zajmowała się psem i kotami oraz prasowała, a potem państwo doktorostwo zatrudniło Mamę na stałe jako rejestratorkę medyczną. Oboje byli lekarzami –neurologami i prowadzili własny gabinet.

Pamiętam jak Mama w czasie choroby mówiła mi i podkreślała, żeby po jej śmierci spalić te kalendarze. Był to bowiem zapis z lat, korespondencji Mamy i Doktorowej. Mama przyjeżdżała do pracy kiedy lekarze wychodzili do swoich państwowych prac. Wychodziła, kiedy ich jeszcze nie było. W ciągu tych kilku lat powstała kanwa niezłej telenoweli. Zapis codzienności dwóch kobiet.

„Kochana Pani A. proszę wyprasować męża koszule, wiszą na wieszaku, pozdrawiam serdecznie. M”.

„Kochana Pani M. na obiad ogórkowa, gulasz i kasza gryczana. Wyczyściłam srebra. Dzwoniła pani X, umówiłam na wizytę na wtorek. Pies narobił pod drzwiami jak przyszłam. Pozdrawiam serdecznie. A”.

„Kochana Pani A. W piątek przyjdzie hydraulik. Na stole leżą dla Pani czasopisma. Pozdrawiam serdecznie. M”

Były tez takie wpisy:

„Kochana Pani M. Urodziła mi się wnusia, obie dziewczyny dobrze się czują. Zięć zachwycony jakby pierwszy raz został ojcem. Pozdrawiam serdecznie, A.”

Na początku kazałam Bratu zostawić  te zapiski. Wtedy, kiedy Mama dopiero co nas opuściła. Cieszyło mnie każde słowo czytane, pisane Jej ręką. Teraz jakoś dziwnie mi było trzymać te kalendarze w ręku. Z każdym słowem wracały wspomnienia, które tak bolały ostatnie lata, które doprowadziły mnie do ciężkiej depresji i osamotnienia.

Dziś wrzuciłam te kalendarze do pieca. Powiedziałam sobie w duchu, że nie może być tak, żebym do końca SWOICH dni żyła życiem Mamy. Jej życia nic już nie wróci, to ja żyję i ja mam się uśmiechać i rozdawać dobre fluidy innym.

Poza tym zaczęło mnie ogarniać dziwne uczucie nienawiści. Nienawiść ta kierowana była do Mamy, z pretensją, że mnie zostawiła, opuściła, a takich myśli mieć nie chciałam. Za długo walczyłam z demonami przeszłości, koszmarami nocnymi, żeby do tego wracać. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał tak bliskich i mocnych więzi z rodzicem.

Fotografia Mamy ze swoimi wnukami wisi nad moim łóżkiem. To wystarczy. Trzeba żyć dniem dzisiejszym i czasem pomyśleć o jutrze.

Tagi: brat mama
19:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2