Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 29 kwietnia 2015

Parę osób pytało się mnie o różnice pomiędzy ZHP a ZHR. Związane jest to z zainteresowaniem dzieci znajomych samym harcerstwem i wolą przynależności do zgrupowania. Postanowiłam popełnić luźny wpis w temacie jak wyżej.

Pierwszym i najważniejszym czynnikiem, który wpłynął na decyzję zapisu mojego Młodego do ZHP było to, że ZHP to organizacja jeszcze przedwojenna, opierająca się na skautingu zainicjowanym przez Roberta Badena-Powella. Do ZHP należy ponad 111 000 osób, do ZHR ok 15 000. ZHR zostało założone przez występujących z ZHP instruktorów z całej Polski w 1989 r. Drugim i bardzo ważnym dla mnie czynnikiem, który dyskwalifikuje ZHR na poczet ZHP jest to, że do ZHP może należeć każdy bez względu na poglądy religijne; katolik, protestant, świadek Jehowy, natomiast w ZHR dominuje katolicyzm.

Nie mam nic przeciwko religii jako takiej, ale staram się omijać instytucje i zgrupowania, w których jedna „właściwa” religia przejmuje front dominujący. W zgrupowaniu Młodego jego nadrzędnym przełożonym jest wyznawca prawosławia. Młody wyraża ateizm. Przysięga może być zakończona frazą „tak mi dopomóż Bóg”, ale nie musi. W ZHR taka fraza jest obligatoryjna.

Przy okazji wyjaśnienie skrótów: ZHP-Związek Harcerstwa Polskiego, ZHR-Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej.

W zgrupowaniach ZHR są drużyny dziewczęce i chłopięce. W ZHP są drużyny dziewczęce, chłopięce i mieszane. Młody od pierwszej klasy s.p. jako zuch należał do drużyn mieszanych. ZHR niejako „wymusza” postanowienia i prawa zgrupowania. Bycie harcerzem/harcerką ZHR nakazuje życie z prawami drużyny. W ZHP panuje większy liberalizm. Np. harcerze ZHR organizują się często wraz z wyznawcami PIS przy większych świętach kościelnych, państwowych. Członkowie ZHP nie bawią się w takie szopki, pielęgnują terminy własnych świąt (np. święto szczepu) oraz te ważniejsze państwowe. Ale obchodzenie ich odbywa się w ścisłym, kameralnym gronie.

Słyszałam, że żeby zostać instruktorem w ZHR trzeba być katolikiem, natomiast na pewno w ZHP takiego wymogu nie ma.

Dodatkowo ZHP należy do organizacji międzynarodowej WOSM (Światowa Organizacja Ruchu Skautowego) ZHR do niej nie należy.  ZHP należy również do WAGGGS (Światowe Stowarzyszenie Przewodniczek i Skautek), gdzie w latach 1928-1950 było członkiem-założycielem. Według statutu misją ZHP jest wychowywanie młodzieży oraz wspieranie rozwoju i charakteru człowieka przez stawianie wyzwań. Związek daje prawo osobistego wyboru swojego systemu wartości.

I jeszcze jedno: umundurowanie ZHP różni się od umundurowania ZHR i jest o wiele tańsze ;)

Wiadomości powyższe uzyskałam od Młodego oraz częściowo z Wikipedii.

Tagi: harcerstwo
15:29, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 kwietnia 2015

Podczas ostatniego weekendu mój Pasierb wraz ze swoją rodziną opuścił zajmowany dotychczas pokój. Zaczął budować własne gniazdko na obcym sobie terenie, ale przynajmniej teraz będzie się rozbijał w trzech pokojach, własnej kuchni i łazience :) Oby mu tam dobrze było.

Po wejściu do opuszczonego pokoju przywitało mnie tylko echo, wszak to całe 24m2 powierzchni pokojowej. Jessssu, jak sobie pomyślę, że w poprzednim mieszkaniu miałam do dyspozycji 24m2 na całość lokalu, to aż mnie ściska. Pokój 16m2, kuchnia dupa w dupę z maleńkim okienkiem i wc z prysznicem w małej klitce. Życie uczy pokory i docenia się niedogodności losu :)

Jeszcze przed pomysłem Szanownego, żeby sprowadzić tu kolejnego ze swoich synów, marzyłam, że zburzę ten pokój i zrobię taras z wyjściem z kuchni. Taka poranna kawa latem o 6.00 z moimi kotami od wschodniej strony świata... Marzenie...

Przejście z kuchni do tego wielkiego pokoju będzie niebawem zamurowane, a od drugiej strony wraz z garażem Golas już szykuje sobie osobne mieszkanie (szlakiem przetartym przez Uszaka). Na szczęście każdy będzie miał teraz własny kibel, własną kuchnię i liczniki też. To tak jakby w bloku mieszkalnym. Będziemy się widywać "po sąsiedzku". 

A my zostaliśmy już tylko we czwórkę. Mnie się gęba z tego powodu śmieje, a Szanowny chodzi i mówi, że z tyłu głowy wciąż słyszy płacz swojego wnuka. 

Tagi: dom pasierb
14:10, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wykonywanym obowiązkom przez pracowników miejsca, w którym mopuję. Nadziwić się nie mogę za co ci ludzie otrzymują swoje wynagrodzenie, które i tak wielkie nie jest, ale posiada trzynastkę, premie i różne inne przywileje. Dziwię się postępującemu lenistwu, czytaniu gazet/książek pod biurkami i niewiedzy z zakresu branży, w której siedzą. Interesuje ich tylko plan wykonany na dziś/jutro, według zlecenie na papierze, które musi być skserowane pierdylion razy, podpisane dwa pierdyliony razy i odłożone do miliona niepotrzebnych segregatorów. Zastanawiam się czy jest to wina systemu, jaki panuje w tejże instytucji, czy jest to wina zakurzonych, przeterminowanych regulaminów, czy wina leży w tym, że wciąż jest to budżetówka, która niestety istnieć musi. 

Kiedy pracowałam w firmie budowlanej (prywatnej) mój ośmiogodzinny czas był za krótki na realizację zleconych zadań. Po przyjściu do biura nie było czasu na kawkę, ciastuszko, tylko trzeba było łapać zamówienia i je zwyczajnie dawać natychmiast do realizacji na produkcję. Często bywało tak, ze już w piątek szykowaliśmy zamówienia na poniedziałek, aby z samego rana zarzucić chłopakom robotę. Jadło się w przelocie, słuchawkę od telefonu zabierało się do Wc, bo a nóż ktoś zadzwoni i będzie chciał coś zamówić. W biurze pracowałyśmy dwie: ja i z koleżanką. 

Mam wrodzony pęd do pracy. W domu nie umiem usiedzieć bezczynnie dłużej niż 10 minut. Wyszukuję sobie zajęcia: "może czas wstawić pranie? może zmywarkę włączę?" co nie oznacza, że mój dom wygląda jak muzeum, nie. W sytuacji zajętych rąk mózg inaczej funkcjonuje i nie stara się wpędzić mnie w zbędne myśli, często depresyjne. Niepotrzebne mi już są. 

W takich instytucjach jak ta, gdzie sprzątam, często rodzą się idiotyczne plotki i pomówienia, bo ludzie z nudów wymyślają sobie problemy. To tu można spotkać panią Marysię, która obgada pania Zosię jakiego to ona ma męża pijaka. A Waldek z szóstki to chyba ma kochankę, bo taki ostatnio wypachniony przychodzi... Przyznam się nawet, że jedna z "życzliwych" mi osób doniosła mi, że panie z pokoju (...) zazdroszczą mi tego, że idę na kilka godzin do pracy i zgarniam kilka stówek... Szok! Mogę się z tymi paniami zamienić na stanowiska. Naprawdę. Moim zdaniem to też wynika z nudy i braku zajęć dla rąk, a co za tym idzie dla umysłu. 

Fakt jest faktem, że moje poszukiwanie pracy bierne nie jest i co i raz jakaś akcja się zdarza. Pocieszam się tym, że może z kopią odebranego dyplomu coś się poruszy bardziej. Natomiast strasznie mnie smuci moja prywatna statystyka, gdzie wśród znajomych i rodziny ok 80% osób jest albo w trakcie poszukiwania pracy, albo za chwilę bez niej zostaną. I to bez względu na posiadane wykształcenie. 

Tagi: ludzie praca
14:04, sokramka
Link Komentarze (8) »
sobota, 18 kwietnia 2015

Na urodziny dostałam trochę książek i jestem z tego powodu niezmiernie zadowolona. Sama też uskrobałam sobie odrobinę grosza i zakupiłam coś nie coś dla nakarmienia oczu. Tak więc po kolei:

Zachłyśnięta literaturą polską, głównie Miłoszewskim i Bondą postanowiłam rzucić się w wir dalszego poznawania polskich pisarzy i przeczytałam "Motylka" Katarzyny Puzyńskiej. No i nieźle się przejechałam. To znaczy chcę książkę obronić, bo ma bardzo ciekawą fabułę, wtrącenia retrospekcji (które osobiście bardzo lubię) i obecność głównego zbrodniarza, którego poznajemy poprzez jego wewnętrzne myśli. Jednak po analizie moich osobistych doznań i wątpliwości "dlaczego mnie to nie zachwyciło?" doszłam do wniosku, że Katarzyna Puzyńska w 606 stronach pakuje za dużo zbędnych opisów. Jak w "Nad Niemnem" Orzeszkowej ;) Potem stwierdziłam, że ten zabieg to jej zboczenie zawodowe ponieważ jest ona psychologiem. No i jeszcze jedno, co razi mnie nie tylko wśród polskich pisarzy: krótkie bardzo mało treściwe zdania, dużo równoważników, które powodują, że treść czyta się od jednego zdania akapitu i przeskakuje na następny. Nie trzeba czytać treści w głębi bo i tak nic mądrego się czytelnik nie dowie. Pierwszy z brzegu przykład z Puzyńskiej:

"Wszędzie było pełno śniegu. To skandal, że odśnieżanie w Brodnicy szło tak opornie! Gdyby zdrowie jej na to pozwalało, pani Barczewska sama chwyciłaby za szuflę i usunęła zwały śniegu. Z jej bolącymi stawami nie było to jednak możliwe. Mogła natomiast zająć się koordynacją prac. Znała się na tym doskonale. Chrząknęła zadowolona z siebie."

Co mnie obchodzą bolące stawy pani Barczewskiej? I trzy ostatnie zdania połączyłam w jedno, złożone o płynnej konstrukcji, która ładnie wpadłaby w oko. Ale to moja, subiektywna ocena. "Motylek" czyta się jak serial o małomiasteczkowej ludności, o ich zaletach i przywarach, a w międzyczasie można domyślać się kto zabił zakonnicę i dlaczego? Nie porwało mnie, ale daję plus za pomysł no i za zakończenie, bo chyba tylko tym jednym Kasia Puzyńska mnie zaskoczyła.

Kolejna pozycja, którą pochłonęłam to "Kolekcjoner skór", której autorem jest Jeffery Deaver. Ci, którzy pamiętają "Kolekcjonera kości", który został  przeniesiony na ekran, będą zadowoleni. Ja byłam ;) Treść nawiązuje poniekąd do "Kolekcjonera kości" ponieważ mamy tych samych bohaterów i wątki, które pojawiły się wcześniej. Nawet sam morderca podejrzewany jest o kopiowanie poprzedniego zbrodniarza. Deaver jak zwykle od początku książki prowadził mnie szybko i uatrakcyjniał kolejne motywy. Tutaj mamy do czynienia z człowiekiem, który zabija swoje ofiary tatuując im wzory trucizną. Wzory mają znaczenie, są to bowiem wyrazy, które mają po pewnym czasie złożyć się w jednolitą całość. Zakończenie również zaskakujące choć od początku znamy godność mordercy. Bardzo polecam :)

Aktualnie pożeram kryminał medyczny autorstwa Tess Gerritsen "Infekcja". Giną starzy ludzie, cierpiący na chorobę Alzheimera, przebywający w luksusowym domu opieki. Jestem już na 254 stronie z 406 i mogę śmiało stwierdzić, że postawię tej książce wysokie noty. 

Co do samego czytania to zauważyłam u siebie tez pragnienie różnorodności. Czytając drugi tom opowieści o prokuratorze Szackim Miłoszewskiego, na trzeci już nie miałam ochoty. Łaknęłam zmiany i nowego, świeżego "mięsa" ;) Po "Infekcji" mam zamiar właśnie dla odmiany zmierzyć się z Gają Grzegorzewską, boję się tylko, czy się nie zawiodę jak w przypadku Puzyńskiej. Ale bądźmy dobrej myśli. 

Osobiście zastanawiam się jak można zachwycać się takim grafomaństwem jakim jest Paulo Coelho, czy modny ostatnio Grey, który fruwa po internecie w wielu śmiesznych memach i nazywany jest "50 twarzy Sreya" ;) Czytałam, żeby własnie móc wypowiadać się w języku wroga :) Bo żeby coś skrytykować trzeba się z tym zapoznać. 

Tagi: książki
07:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 kwietnia 2015

Jestem pieszym, jestem kierowcą samochodu osobowego, ale jestem też rowerzystą. I tak jak łatwo mi jest się zachować na pasach jako pieszy i na drodze jako kierowca, to jako rowerzysta mam niewielkie z tym problemy. Otóż jak wiadomo, infrastruktura rowerowa w naszym kraju dopiero raczkuje. Buduje się te słynne ścieżki, ale wciąż jest ich mało. Wiadomo też, że rowerzysta nie powinien poruszać się po chodniku wśród pieszych, a raczej powinien kierować się na ulicę. Jeżdżąc na mopa nie mam z tym większych problemów, bo droga którą jadę w większości prowadzi przez las, a jak nie przez las, to przez dzielnicę, która pozbawiona jest wielkomiejskiej infrastruktury. Kilka głównych dróg, a reszta to małe, dojazdowe uliczki. Ale wiem, że problem istnieje.

Moja koleżanka – kierowca samochodu – bardzo, ale to bardzo krytykuje rowerzystów na ulicach. Że się pchają pod tiry, że utrudniają życie „normalnym” kierowcom, że powinni jechać po chodniku. Inna moja koleżanka ostatnio wypowiadała się o „chodnikowych” rowerzystach. Że powodują zamieszanie wśród pieszych, że dzieci straszą (!), że przejeżdżają na pasach (ten argument podnosiła tez koleżanka zza kierownicy) i w ogóle najlepiej jakby się przenieśli na ulicę.

No i weź teraz się dogadaj z pieszym i kierowcą, marny rowerzysto.

Jak wsiadam za kierownik ;) to na rowerzystów uważam, bo oni też człowieki i też chcieliby gdzieś dojechać. Oczywiście jeśli stosują się kulturalnie do wymogów drogi. Jak idę pieszo to rowerzystę puszczam przodem, wiedząc, że w okolicy nie ma ścieżki i że on też człowiek i gdzieś chce dojechać. A jak wsiadam na rower, to przechodząc przez pasy schodzę z jednośladu, nie przejeżdżam. I też chciałabym, żeby i piesi i kierowcy traktowali mnie tak jak ja ich – z kulturą. Tylko tyle, czy aż tyle?

No i teraz: jak żyć? ;) Bo mnie też by wkurzał szalejący rowerzysta wśród pieszych, babcia na welocypedzie jadąca pośród tirów i autobusów, ale też trąbiący kierowca na każdego dosiadającego jednoślad. Ścieżek rowerowych jak na lekarstwo, a tak krzyczą: przesiądź się na rower, tylko rower. Nie wiadomo też gdzie kierować się tym jednośladem, kiedy ścieżki brak – na chodnik, czy jednak na ulicę?

 

Tagi: miasto rower
16:07, sokramka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 12 kwietnia 2015

Już mniej więcej za jakiś miesiąc moi współlokatorzy z potomkiem prawdopodobnie opuszczą nasze mieszkanie. Uszak bowiem dostał pozytywną decyzję w sprawie przyznania kredytu i niedługo będzie mógł rozpocząć remont w nowym domu. Cieszy mnie to niezmiernie nie tylko z powodu uwolnienia wspólnego pokładu kuchenno-łazienkowego, ale też z powodu docierania się młodych rodziców i tego, że w końcu będą mogli działać tylko po swojemu. Przykro mi bowiem było słuchać kłótnie młodych (sorry - pretensje chłopaka) o to jak matka zajmuje się dzieckiem, o to, że nic nie jest robione, o to, że ważniejsze są koleżanki, a nie rodzina, którą właśnie założyła, o to, że dziewczyna jest brudas, fleja i leń. Osobiście słyszałam dwa wywody, mój Szanowny był świadkiem jednego. Wystarczy. Jak będą na swoim byc może się dotrą. 

Natomiast na teren po starszym bracie ma zamiar wprowadzić się młodszy, Golas. To ten, z którym mieliśmy najwięcej kłopotów wychowawczych. Wiele zagadnień z tego tematu znajduje się jeszcze na zielonym blogu. Po kilku latach samodzielności chłopak chyba spróbował wyprostować swoje pokręcone życie, pracuje, wynajmuje pokój i to mieszkanie chciałby najpierw samodzielnie wyremontować, a potem się do niego wprowadzić. Oczywiście w planach jest własna kuchnia, łazienka, ogrzewanie i wszystkie liczniki. To bardzo dobry pomysł, bo styczności wtedy nie będziemy mieć z nim żadnej. Nawet żeby wejść do jego mieszkania trzeba będzie obchodzić cały dom. 

Tagi: dom pasierb
18:10, sokramka
Link Komentarze (3) »
sobota, 11 kwietnia 2015

...został zaakceptowany przez mojego promotora!

Yes, yes, yes!

Powiedział, że koncepcja jest spójna, ciekawa, że spis treści jest rzeczowy, a wstęp interesująco się czyta, co zachęca do dalszej produkcji pracy. Najgorsze jest to, że w mojej dzielnicowej bibliotece, która szczyci się okazałą kolekcją książek naukowych, są tylko dwie (DWIE) książki, które mogłam wypożyczyć do domu i z nich korzystać. W większości bibliotek, czy to narodowej, czy mojej uczelnianej, z książek można korzystać jedynie na miejscu. Cóż, trzeba będzie poświęcić kilka dni na spędzenie czasu w bibliotece i porobienie ksero, ewentualnie zdjęć tego, co jest mi niezbędne. 

I pomyśleć, że za moich młodych czasów, studenci (bo ja jestem starym, reformowalnym studentem ;)) nie mieli takich udogodnień jak dostęp do internetu, tylko musieli ślęczeć nad książkami w czytelniach bibliotecznych. Trzeba docenić udogodnienia cywilizacji. 

:)

Tagi: studia
13:31, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 kwietnia 2015

...oficjalnie uważam za otwarty :)

To znaczy byliśmy już z Szanownym na krótkich wyprawach, ale takie jeżdżenie mnie nie kręci. Dziś poleciałam do roboty i nazad ;) To tylko 7 kilosów w jedną stronę, ale zawsze coś. 

Początkowo ranek przywitał mnie chłodnym powiewem, palusie mi zmarzły mimo rękawiczek na łapkach, ale mi zimno nie straszne. Na szyi chusta skutecznie blokowała dojście zimnego powietrza do gardła, a daszek osłaniał moje wielkie czoło. Słoneczko z lekka wyglądało zza chmur i nieśmiało próbowało rzucać cienie. 

Po południu już było lepiej. Już mi nie były potrzebne rękawiczki, ani szal na szyję. Słońce lizało mi przyjemnie plecy obciążone plecaczkiem. W nogach poczułam przyjemny ból mięśni, a las sam mnie zapraszał do przecierania jego szlaków. 

Martwi mnie tylko prognoza po weekendzie, która wspomina o jakimś deszczu? Chociaż prawdziwemu rowerzyście żadna pogoda nie straszna. Tylko, że ja nie mam tylniego błotnika...

Tagi: rower
13:04, sokramka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Gdzieś na przełomie stycznia i lutego zaoszczędziłam trochę kasy i zarezerwowałam bilety do Teatru Narodowego na kwiecień. Pomyślałam, że córkę moją w jakiś sposób też trzeba czasem odchamić ;) Ktoś by pomyślał, że wydatek rzędu 120 zł to pikuś, ale nie dla mnie. Tak więc wielce ucieszona (no, nie tylko ja) wraz z Manią powędrowałyśmy dziś do sali Bogusławskiego na spektakl pt. "Królowa Śniegu".

Klasyczna bajka H. Ch. Andersena, która znana była mojej córce bardzo dobrze, zrealizowana jest z mistrzowskim rozmachem. Wiadomo - Teatr Narodowy słynie z różnych udziwnień i modyfikacji. Nie pisałam, ale jakiś miesiąc temu moja starsza ciocia od lansów teatralnych zaprosiła mnie na "Zbójców" F. Schillera. Prócz tekstu dramatu i sensu sztuki wszystko było "przeflancowane" na wymiar współczesności. Zamiast rumaków - motocykle, zamiast rycerzy - białe kołnierzyki, zamiast lasów i borów - nowoczesne blokowisko z apartamentowcami. Było czasem śmiesznie, czasem tragicznie, ale mnie nie porwało.

Inaczej bajka. Choć na początku wydawało mi się, że znowu zetknę się z nadmiarem nowoczesności, po chwili okazało się, że stara, klasyczna bajka wiedzie widza płynnie po swojej treści. Była więc Gerda (mała Gerda grana przez kilkuletnią dziewczynkę, następnie do gry wkroczyła Dominika Kluźniak) był tez Kaj, odłamek lustra, zła królowa, która zabiera chłopca ze sobą i jej sanie.... Wspaniałe sanie sunące po deskach teatru w oparach białego dymu i w oprawie tajemniczej muzyki. Mania trochę się tej muzyki bała, ale ja ją rozumiałam bardzo dobrze. Przytulenie pomogło oglądać dalej. Była też ogrodniczka, grana przez... Jerzego Łapińskiego, rocznik 1940 ;) była też mała rozbójniczka, był król i królowa, stara eskimoska (też wyśmienity Łapiński) i Królowa Śniegu, która moim zdaniem powinna mieć nieco okazalszy strój. Bohaterka miała zwiewną, białą suknię i tylko na głowie brzęczały jej kryształki jak sopelki. 

Osobiście na koniec upuściłam łzę. Można i w teatrze. To chyba najlepiej odzwierciedla sztukę aktorską. Mania powiedziała mi, że na początku się nudziła, ale potem się rozkręciło. Chce chodzić jeszcze na spektakle, ale nie do tego teatru, bo dla niej było za głośno. 

Na przyszłość myślę o teatrze Capitol, albo Rampa, ale to tylko plany. Przeszkodą są jak zwykle pieniądze. Ale moje nastawienie jest baaaardzo pozytywne i myślę, że niedługo nie będę musiała skrobać świnki, żeby uzbierać na bilet do teatru ;) 


Tagi: córka teatr
20:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 kwietnia 2015

Po szaleństwie kuchennym (a co, miałam parcie na bycie przykładną kurą domową, ale o tym w oddzielnym wpisie) nastał czas wolny dla mła i w związku z tym postanowiłam nadrobić kolejną z zaległości. Mianowicie obejrzałam film "Jack Strong". Jestem na świeżo po seansie.

Jak wiadomo Pasikowski jest specem od filmów sensacyjnych, mocnych, kontrowersyjnych, ogólnie od filmów akcji. Taki tez jest Jack Strong. Miałam straszną ochotę obejrzeć ten obraz kiedy był w kinie i zapewne wrażenia byłyby wtedy większe, ale i tak osobiście jestem z obrazu bardzo zadowolona. Mimo tego, że film jest tylko oparty na faktach i pozostaje wiele nieścisłości pomiędzy realizmem z życia Kuklińskiego, to sam obraz jest dobrym, mocnym, sensacyjnym kinem, który z zainteresowaniem się ogląda. Kino przedstawione jest w trzech językach: polskim, rosyjskim i angielskim. Miałam przed oczami wersję "gołą", bez żadnych tłumaczeń więc musiałam polegać na swojej pamięci odnośnie szkolnej nauki rosyjskiego (przełom lat 80 i 90) oraz wysilić mózg co do kwestii amerykańskich (bo osobiście wolę akcent brytyjski). Filmu nie oglądał ze mną Szanowny, bo po pierwsze jego takie rzeczy mało interesują, a po drugie marny z niego lingwista ;) 

Wracając do obrazu to moje odczucia jako fana filmów wyrazistych, mocnych i poruszających kontrowersyjne tematy, są bardzo pozytywne. W początkach swojej kariery reżyserskiej Pasikowski źle mi się kojarzył z Psami, Słodko-gorzki to dla mnie dno, ale po Operacji Samum nastąpił jakiś przełom i już Pokłosie mnie zachwyciło. 

Strongowi daje mocne 9, dobra oprawa muzyczna, przyjemne wspomnienia z plenerów lat 70-80 oraz wspaniała rola Dorocińskiego. Dobra Ostaszewska, którą osobiście bardzo cenię i rewelacyjne polskie kwestie wypowiadane przez Patricka Wilsona (rola Davida Fordena, agenta CIA) Prywatnie jest mężem Dagmary Domińczyk, która również gra w rzeczonym filmie Pasikowskiego. No i miłe zaskoczenie rolą Pieczyńskiego w osobie Zbigniewa Brzezińskiego. Dobre, mocne kino!

Tagi: film
21:22, sokramka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2