Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 22 kwietnia 2017

...pożegnać się z wpisami na dłużej. W zasadzie to nic takiego ekscytującego się nie dzieje, mam pracę, która w jakiś sposób daje mi satysfakcję, choć finansowo nie jest to na poziomie korporacyjnym, ale przecież nie jest to najważniejsze - najważniejsza jest stabilizacja ;-) 

Rodzinnie nic szczególnego się nie dzieje, Pierworodny w końcu doszedł do etapu matury i najprawdopodobniej pójdzie do pracy i jednocześnie na zaoczne studia. Bardzo mnie to cieszy, bo utrzymywanie kolejne lata dorosłego, wiecznego studenta nie uśmiechało mi się ;-) Praca uszlachetnia, praca u podstaw, pamiętacie... ;-) 

Mania jak to Mania - nic się nie zmienia, wciąż nieśmiała, skromna, bojaźliwa, ustępliwa, choć ma własne zdanie i najlepiej wypowiada je w domowych pieleszach :-) 

No i Szanowny - mój najukochańszy mąż na świecie - bycie z nim to najlepszy prezent od losu. Uwaga - napisałam "z nim" a nie "przy nim" to kolosalna różnica, bo wciąż uważam, że małżeństwo to partnerstwo, a nie hierarchia wyższości/niższości. I tego też nauczyłam się będąc bezrobotną; kiedy moja "wyższość" nagle została podeptana, Szanowny zawsze stał po mojej stronie. Ze swoimi wadami i ułomnościami. Ale był. I za to go kocham i szanuję. Kobieta, która chce być "przy mężu", albo chce by on był jej "opiekunem" a nie partnerem, moim zdaniem ma jakieś kompleksy. Ale to jest moje zdanie i nikt nie musi się ze mną zgadzać ;-) 

Pasierbowe życie już prawie w ogóle do mnie nie dociera. Synowie mają swoje rodziny, nie narzucają się nam - z czego oboje z Szanownym bardzo się cieszymy. Na te kilka dni wiosennych świąt chłopcy zazwyczaj jeździli po rodzinach swoich kobiet i do byłej żony mojego męża - SS. Do taty tylko dzwonili, a my mieliśmy czas dla siebie - tak "dla siebie", if You know what I mean ;-)

Tak więc może zamieszczę kiedyś jeszcze jakieś foty kotów, albo nowego ubranka dla lalki, ale raczej "życiowych" wpisów już za wiele nie będzie. Może wspomnę czas kiedy będę broniła swojej pracy magisterskiej, a to już niedługo!!! Bloga nie chcę kasować, zbyt dużo tu emocji i prawdy życiowej. Mam poniekąd w głowie plan, który w ukryciu realizuję (dotyczy to nowego bloga), ale nie chcę go teraz ujawniać, nie każdemu taka tematyka by się spodobała. Na pewno zaś zaglądać będę do Was - myszki, Bożeny, jol-ene, ciapary, gwiezdnej, która idzie na koncert zespołu Metallica !!!!!!!!, nieokrzesanej, greenbaby, bezcielesnej, brommby, fischerka i innych...

Ślę ciepłe pozdrowienia i idę oglądać film z Szanownym na Showmaxie. Dzisiejsze wyprawy do kina są przeznaczone dla burżujów - bilety drogie jak diabli, a i ja klasy burżujskiej nie lubię ;-)   

Tagi: życie
20:00, sokramka
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Na Insta wstawia się szybko - ot ze smartfona wrzuca się foto na aplikację i ma się już obraz do pokazywania. Z blogiem jest trochę gorzej, bo zdjęcie należy najpierw obrobić, żeby odpowiednia wielkość się zmieściła ;-) 

A więc wrzucam kilka ubranek wykonanych ostatnio dla Maniutkowych lalek. Niektóre zostały zrobione kilka tygodni temu, a inne np. wczoraj.

Biała sukienka zrobiona szydełkiem:

Sukienka ze starych skarpet Mani, które miały iść do utylizacji ;-)

Z podobnie starych skarpet powstały legginsy. Druga skarpeta zapewne posłuży na uszycie legginsów długich ;-)

Wiosna idzie więc należy lalki zacząć ubierać zwiewnie. Np. w sukienkę w kwiaty:

Muszę się też pochwalić dłubaninką Mani. Z moją małą pomocą (wskazówki słowne oraz jedna ręczna) uszyła swoją pierwszą spódniczkę dla lalki:

Kot się lenił:

A my piekliśmy chlebki, ciasta czekoladowe, serniki i graliśmy w karty. Dobrze, że już jutro normalny dzień pracy, bo nawet pogoda nie nastrajała do czynów ogródkowo-podwórkowych.

Miłego! 

20:22, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 12 kwietnia 2017

Na podbudowie ostatniej sytuacji jaka wydarzyła się w moim mieście – zawaliły się cztery piętra starej, warszawskiej kamienicy, przyszły mi do głowy myśli mieszkaniowe. Prawdą jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, że tylko krowa nie zmienia poglądów i że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wszystkie te powiedzenia mają swoje odzwierciedlenie w życiu doczesnym.

Wychowując się w biednym domu, nie mając dłuższy czas swojego miejsca, nie mówiąc już o własnym pokoju, moje spojrzenie na posiadanie mieszkania wykształciło się trochę roszczeniowo. Mama nie miała pieniędzy na wynajem lokalu, nie mówiąc już o kupnie więc najprościej było samotnej matce złożyć wniosek o przydział lokalu komunalnego. Ja sama później uczyniłam ten sam krok, będąc już młodą matką, a że mieszkań nowych – komunalnych  w naszym mieście buduje się jak na lekarstwo, przydziały są na mieszkania w starych kamienicach. Te kamienice najczęściej są z lat przedwojennych, a dodatkowo, w związku z powojennym dekretem Bieruta – objęte są roszczeniami spadkobierców przedwojennych właścicieli. Taką kamienicę trudno jest rewitalizować ponieważ najczęściej jest oddawana w ręce tych, o których wspomniałam w zdaniu wcześniej. Nowi/starzy właściciele nie radzą sobie z utrzymaniem tak wielkiego domu, bywa, że podwyższają drastycznie czynsze, które są nieadekwatne do standardu lokalu, potem pozbywają się niepłacących lokatorów i w końcu zostają z ruiną na karku.

Obecnie od kilku lat prawo nie funkcjonuje jak kiedyś – że przydział mieszkania mógł być nawet w kamienicy z roszczeniami. Taki lokal otrzymałam ja. Skutkiem tego były drastyczne podwyżki czynszu, a potem eksmisja i wieloletnia batalia prawna z właścicielem budynku. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mam gdzie mieszkać, ale gdyby mój mąż nie posiadał alternatywy pewnie szukalibyśmy innego wyjścia.

Na zakup własnego M nie każdego stać. To jest ogromna bolączka dzisiejszych czasów i wiem jak trudno młodym ludziom rozstać się z rodzicami tylko dlatego, że nie mieliby gdzie mieszkać. Sama mogłabym mnożyć przykłady z własnego otoczenia: brat, pasierb, koleżanka z kotem, to osoby, które wciąż poszukują własnego królestwa. Polityka mieszkaniowa w naszym kraju jest tragiczna. Wszystko to wiąże się z wysokością zarobków, oprocentowaniem kredytów mieszkaniowych i ich dostępnością. Zapisy na mieszkania komunalne są też ostro obwarowane, bo prędzej na listę zostanie wciągnięty patologiczny, bezrobotny pijak z czwórką dzieci, który i tak (z góry wiadomo) czynszu uiszczać nie będzie, niż samotny trzydziestoletni kawaler, który jest „za biedny” na kredyt, a „za bogaty” na socjal.

Moja refleksja krążyła wokół tych nieszczęsnych przydziałów, które nadaje się kandydatom na lokatorów. Jak długo może wytrzymać bez remontu i nakładów finansowych stara, przedwojenna kamienica, co mają zrobić ludzie, którzy miotają się pomiędzy wynajęciem, a kupnem. Trzeba mieć wiele szczęścia, żeby móc powiedzieć o posiadaniu własnego kąta.

Dziś nie wyobrażam sobie mieszkania w takiej zrujnowanej kamienicy choć swoje tam przeżyłam. Mój apetyt wzrósł w miarę jedzenia choć długo przyzwyczajałam się do tego typu lokalu. Opłaty za mieszkanie w kamienicy rozkładają się różnie: niski czynsz, ale za to wysokie opłaty za gaz (ciepła woda i jeśli są kaloryfery to ogrzewanie), lub jeśli nie ma w mieszkaniu gazu wysokie rachunki za energię. W domku te opłaty pozbawione są czynszu, ale za to dochodzi praca własna w stylu – remonty dachu, odśnieżanie, ogólnie jest co robić.

Dobrze, że kamienica, w której runęły cztery piętra nie była zamieszkana. Ale w domu obok przydział komunalny miała moja ciotka. Musiała się wyprowadzić, bo mieszkanie tam zagrażało jej życiu. Lokale zastępcze oczywiście znowu dostali w starych kamienicach. I oczywiście taka kamienica znowu będzie miała jakiś „czas życia” o ile miasto o nią zadba. A jak wiadomo – pieniędzy na to zawsze brak.











poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Mija już jakiś czas odkąd rząd wprowadził swój sztandarowy program 500+. Z własnej obserwacji mogę dojść do kilku wniosków, które będą i chwalić i jednocześnie krytykować tę formę pomocy rodzinom.

Otóż na pierwszy ogień pójdzie rodzina mojej znajomej. Mają dwoje dzieci, jedno w wieku szkolnym, drugie w wieku przedszkolnym. Oboje pracują zawodowo i są ludźmi wykształconymi, otwartymi na nowości, no i przede wszystkim są antypisiakami ;-) Pieniądze na drugie dziecko oczywiście pobierają. Ponieważ ich zarobki nie należą do niskich, mogą sobie pozwolić, aby te pieniądze przeznaczać bezpośrednio na dziecko fundując tej starszej dziewczynce dodatkowe lekcje angielskiego lub prywatne zajęcia tematyczne. To, że mają nagle 500+ więcej nie wzbogaca ich nadmiernie, bo sami zarabiają tyle, że i bez tego wsparcia mają fundusze na utrzymanie dzieci. Posiadanie drugiego dziecka było ich zamierzeniem jeszcze przed rządami obecnej władzy.

Druga rodzina, którą pozwolę sobie wziąć na tapetę, to samotna matka z dwójką dzieci (każde z innym), bezrobotna, słabo wykształcona i poglądami krążąca wokół obecnego rządu. Mama ta nie poczuwa się do obowiązku pracy ponieważ, jak sama uważa – pracy nie może dla siebie znaleźć (coś jakby z Kiepskiego), a poza tym brak jej opieki nad młodszym dzieckiem (dwulatek). Siedzi więc kobieta w domu i pobiera: 500+ x 2, z racji bezrobocia i braku dochodów, 1000 zł alimentów od ojca jednego dziecka i 850 zł alimentów od ojca drugiego dziecka. Do tego dochodzi wypłacany zasiłek rodzinny, który jest niezwykle niski, ale zawsze – 95zł na młodsze z dzieci oraz 124zł na starsze z dzieci. Po zsumowaniu jej dochodów nawet ja tyle nie dostaję wynagrodzenia ))w budżetówce. Tak więc nasuwa się pytanie, które wspomniana mama sama kiedyś zadała: po co pracować??? Starsze z dzieci ma problemy w szkole, wiem, że na korepetycje mama „nie ma pieniędzy”.

Dodatkowo mogę jeszcze podać przykład jednego z moich pasierbów, który mając dziecko po operacji oraz niepracującą kobietę, nie korzysta z możliwości dodatkowego zarobku w soboty, tłumacząc to tym, że im wystarcza 500+, rodzinne oraz dodatek z tytułu niepełnosprawności dziecka (niedawno wywalczonej). Co do kwestii ostatniej – nie będę się rozpisywać ponieważ to drażliwa sprawa i nikt kto dokładnie problemu nie zna, nie będzie chciał wchodzić w polemikę. W każdym razie to kolejna rodzina, która jako przykład swoją postawą pokazuje, że pracować nie trzeba – państwo da.

Zawsze uważałam, że praca uszlachetnia, jakakolwiek, czy to będzie sprzątanie, czy obsługa kasy, czy intratne stanowisko za biurkiem bądź kierownicą służbowego samochodu. Sama pracy nie posiadając imałam się różnych zajęć. Nie siedziałam w domu i nie czekałam, aż mąż „mi da”, albo „dostanę od państwa”. Brakuje mi w tej chwili odpowiednich słów, żeby dokładnie nakreślić mój światopogląd w tej sprawie. Nie piętnuję ludzi bezrobotnych, bo czasem różne rzeczy się w życiu zdarzają, ale nie można przedstawiać tylko postawy roszczeniowej. Należy przede wszystkim dawać coś swoimi czynami i z tego czerpać korzyści.

Moim zdaniem 500+ jest nieodpowiednim programem, wprowadzonym tylko i wyłącznie jako wyborcza kiełbasa, bo nie wszyscy spośród naszych obywateli potrafią z tego rozdawnictwa korzystać. Poza tym to mielenie naszych wspólnych pieniędzy. Nikt nie dostaje nic „z nieba”. Nie jesteśmy społeczeństwem na tyle dojrzałym, by móc porównywać się do innych obywateli Europy, którzy inteligentnie rozporządzają swoimi pieniędzmi. Tylko najgorsze jest to, że nie ma żadnej rozsądnej alternatywy dla tego pomysłu. PO już wspomniała, że gdy na powrót dojdzie do władzy, to nie dość, że nie zlikwiduje tego programu, to dorzuci jeszcze parę groszy na pierwsze dziecko. Czy nasz kraj na to stać??

czwartek, 06 kwietnia 2017

Urlop ma się po to, żeby z niego korzystać. Wzięłam więc sobie jeden dzień i skorzystałam z dostępnych mi przywilejów upiększania organizmu ;-)

Z samego rana poleciałam (wcześniej już umówiona) do swojego gina. Przegląd techniczny każdej kobiecie należy się jak psu micha i koniecznie trzeba z tego korzystać. Wyniki za trzy tygodnie. Potem poleciałam (wcześniej już umówiona) do fryzjera. Zmieniłam zupełnie wygląd, ale moja asymetria już mnie nudziła i potrzebowałam odmiany. Niby nowa fryzura nie jest tym czego oczekiwałam (chyba znowu muszę poszukać innej fryzjerki), ale jest to znaczna odmiana - a o to właśnie chodziło. Ja w ogóle jestem człowiekiem, który nie lubi monotonii, stagnacji, nudy - co nie znaczy oczywiście, że nie lubię stabilizacji - to co innego, ale mierzi mnie rutyna i wciąż powtarzające się w kółko te same czynności i zjawiska. Nawet jak jeżdżę do pracy to staram się raz na jakiś czas zmieniać trasę - raz autobusem, raz pociągiem, raz rowerem ;-) czasami wysiądę wcześniej żeby się zwyczajnie przejść. Nie-lubię-rutyny.

No ale nie o tym. Na koniec (wcześniej już umówiona) poleciałam do swojego stomatologa robić siódemkę. Mam na sześć tygodni założony tlenek cynku, bo groziło mi leczenie kanałowe. Kiedyś zaniedbałam leczenie tego zęba i teraz są tego skutki. Ale jak się nie miało porządnej pracy to się nie miało głowy do płacenia za zęby. Teraz już będzie inaczej.

Raz na jakiś czas muszę zrobić taki reset organizmu i zadbać o somę. Psyche mam na wystarczająco dobrym poziomie więc należało pomyśleć o tej drugiej części organizmu ;-)

Tagi: uroda zdrowie
08:36, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 kwietnia 2017

Po co nam blogi? Do czego? Czy publiczne obnażanie się z własnych przeżyć i emocji ma czemuś służyć? Ze swojego punktu widzenia mogę tylko rzec, że mój blog traktowany jest przeze mnie jako forma pamiętnika. Pisałam od dawna, a w sieci dodatkowo dzięki blogosferze poznałam kilka interesujących, z mocną dawką zdrowej inteligencji, osób ;-)

Osobiście szukam blogów, które mają jakiś szablon myślowy, są nakierowane np na opisywanie tras rowerowych, ukazywanie talentu (blogi szyciowe, dziergadełkowe, malarskie), ale jeśli taki blog zawiera również sprecyzowane perturbacje życiowe, np. proces rozwodowy czy opiekę nad zwierzętami, też zawieszę tam swoje oko. Jeśli blog jest jednak zlepkiem codziennych, nudnych wpisów w typie: "dziś byłam, robiłam, jadłam, spałam" nie chce mi się tam dłużej siedzieć i czytać.

Sama doskonale wiem, że moja blogosfera jest właśnie takim pamiętnikiem codzienności. Nie musi nikogo interesować, co się u mnie dzieje, ale wiem też, że są tacy, co zaglądają. Ponieważ sama lubię czytać biografie znanych osób, zastanawiałam się nad poszukaniem blogu, w którym ktoś będzie opisywał swoje życie od czasów narodzin. Od tego co pamięta, co zapisał w głowie na podstawie zdjęć i wspomnień.

Przyszło mi teraz tez na myśl, że blox ostatnio pofiksował w ustawieniach i jeśli autor bloga nie zorientował się w odpowiednim momencie, nie jest przyjemnością przeglądanie stron. Np takie otagowanie wpisów: jeśli chcę na danym blogu przeczytać wpisy dotyczące tylko słowa: seks, wyskoczą mi strony, w których ktoś inny otagował swoje wpisy tym słowem. A ja chcę poczytać wpisy tego jednego autora - nie wszystkich. Niestety - trzeba zmienić to w ustawieniach, żeby była jasność.

W ogóle pisanie bloga zobowiązuje do utrzymywania jakiegoś określonego porządku, ładu, jedności stylistycznej - i tu przykładem godnym polecenia jest Bożenowa Sekretarka Blog pisany w jednym, cudownym, radosnym stylu, który czyta się (przynajmniej przeze mnie) fenomenalnie, ale nie zawsze chce się komentować ;-) W każdym razie takich blogów więcej poproszę. 

Kiedyś z zapałem przeczytałam blog dziewczyny, która miała podobne przeżycia do moich - jako "macocha" dla dziecka swojego męża walczyła z przeciwnościami dnia codziennego. Do tego miała na wychowaniu własne dziecko oraz opiekowała się końmi (o ile dobrze pamiętam). Potrafiłam wpisy z wielu lat przeczytać jednym tchem w ciągu kilku dni. Blog nazywał się "Wielkie pranie". Został niestety już zamknięty. Podobnie z blogiem kuratora "Na marginesie życia". Tak mnie zainteresował, że zaległe wpisy przeczytałam ciurkiem w ciągu kilku dni. Teraz jestem na bieżąco. 

Nie lubię blogosfery na Onecie, gdzie zaczynałam. Tam wyciąga się co ciekawsze wpisy i publikuje na głównej stronie. Ja nie potrzebuje rozgłosu, dlatego uciekłam na Blox.

Piszmy, czytajmy, poznawajmy się, kontaktujmy - wszak żyjemy w świecie naszpikowanym technologią internetową. Cóż, książki papierowe czytać należy nadal, ale o ilu ciekawych pozycjach dowiedziałam właśnie przeglądając blogi czytelnicze ;-)

Tagi: blogi ludzie
11:29, sokramka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Mam dwoje dzieci. Jedno jest już dorosłym facetem, drugie dopiero co wchodzi w młodzieżówkę. Jakoś nie przypominam sobie, żebym miała większe problemy z Pierworodnym w wieku wczesno szkolnym - ot chłopak, który uczył się na samych piątkach, harcerz, społecznik i wolontariusz. Problemy z nim rozpoczęły się dopiero jak zaczął wchodzić w dorosłość, aż w końcu nadszedł taki moment, że ważniejsze dla niego stały się rzeczy poza szkolne i zmuszony był repetować klasę maturalną. 

Ale nie miało być o nim. 

Mania jest wrażliwym dzieckiem. Powiedziałabym nawet, że jest typem nadwrażliwca, choć swój charakterek ma, ale pokazuje go tylko zaufanym osobom, a więc rodzicom i braciom :-) Jej nadwrażliwość objawia się tym, że bywa niesamowicie wstydliwa. Nie poprosi, nie zapyta, nie podniesie ręki na lekcji, sama nie załatwi sprawy. 

Ostatnio znowu pojawiły się nieobecności w szkole. Mania przyznała mi, że nie nadąża za tokiem prowadzenia lekcji przez pana od angielskiego. Poza tym to ona "tego języka nie lubi, nie rozumie i nie daje sobie rady". Oceny jakie przynosiła z tych lekcji to były zazwyczaj czwórki, piątki, czasem trójki. Czyli przeciętnie - ani wybitnie, ani tragicznie. Ponieważ jej klasa podzielona jest na dwa poziomy znajomości tego języka, Mania poprosiła mnie, żebym przeniosła ją do tej drugiej (słabszej) grupy. Sama dziwiła się, w jaki sposób ją przydzielono do tej "mocniejszej" językowo grupy. Zadzwoniłam więc do pana od angielskiego i nakreśliłam sprawę. Jakież było moje zdziwienie kiedy usłyszałam, że pan absolutnie nie widzi powodu, żeby moją córkę przenosić do słabszej grupy, a ponad to, ona sobie doskonale radzi - pytana zawsze jest przygotowana i nawet z ostatniej klasówki dostała piątkę. 

Zamurowało mnie, ale powiedziałam panu, że Mania nie należy do dzieci, które się otwarcie skarżą i problem albo duszą w sobie, albo artykułują dopiero na bezpiecznym dla siebie terenie. Pan zgodził się ją przenieść, bo nie jest to jakby jakiś wielki problem, ale poprosił mnie, czy mógłby przedtem porozmawiać z córką i sam wybadać sprawę. Rozmowa się więc odbyła, ale Mania za nic w świecie nie chciała zmieniać już podjętej decyzji. Miało być przeniesienie i koniec. 

W międzyczasie zmieniła się pani od angielskiego w tej drugiej, słabszej grupie. Moja córka zobaczywszy jak prowadzone są tam lekcje, chyba zrozumiała jaki popełniła błąd przenosząc się ze swojej macierzystej grupy. Efektem tych perypetii jest poniedziałkowy powrót mojego dziecka do starego, znanego już pana. Musiałam oczywiście napisać karteczkę córce, że proszę o ponowne przyjęcie córki do grupy zaawansowanej, bo Mania za nic w świecie nie odważyłaby się tego panu powiedzieć. 

Do tego zauważyłam, że ma ostatnio problemy egzystencjalne, tzn potrafi przysłać mi smsa z zapytaniem: "czy ja (JA - jej matka) nie wiem dlaczego jej się nic nie chce, dlaczego wszystko ją wkurza i denerwuje i nic się nie udaje". Doskonale znam ten stan, tylko dlaczego u mojej córki pojawia się tak wcześnie?

Obserwuję Maniutkowe koleżanki. Dziewczynki są już w takim wieku (11, 12 lat), że niektóre przeglądają się w lusterkach, matki latają z nimi po sieciówkach, kupują modne ubrania, dodatki, są takie, które malują już pazury (!). Mojej nie zależy na modzie, lubi koszulki z emblematami kotów i kolor niebieski. Kiedy jej koleżanki oglądają film "Mamma mia" ona wpatruje się w "Pingwiny z Madagaskaru". I kiedy inne matki martwią się, że dziecko popełni faux pas, albo przyniesie im wstyd swoim zachowaniem, ja mam w dupie konwenanse i martwię się czy czasem moja córka nie zamyka się w jakiejś dziwnej skorupie antyspołecznej. Choć sama nie należę do osób zbytnio towarzyskich, wiem co może czuć moja córka. Nie chciałabym, żeby kiedyś została odludkiem, lub była nadto podatna na jakieś wpływy. 

Moja córka grając na keyboardzie pisze własne piosenki. Na wejściu do swojego pokoju ma napis: "nie wchodzić - pisze piosenkę". Nie przekraczam tej magicznej granicy i nie wykładam otwartych kart. Zechce to sama przyjdzie. I tak zazwyczaj jest. Mania potrafi przyjść do mnie bez powodu, usiąść mi na kolanach i tulić się, tulić się, tulić się.... Odwzajemniam ten gest, bo wiem, że ona właśnie tego teraz potrzebuje. Czasem pytając: "co się stało kochanie?", lub "czy chcesz mi coś powiedzieć córeczko?", pada odpowiedź, że "nic, ja tylko tak... kocham cię..." Często przychodzi jak czterolatek w nocy i prosi o wspólny nocleg, bo spać nie może, bo ma złe sny. Idę więc do niej i z nią śpię. 

Pojawił się w tym roku problem z wakacjami, ponieważ moja córka nie chce wyjechać nigdzie na żadne kolonie czy obozy, na których nikogo nie zna. Z nami nie ma szans nigdzie pojechać, bo po pierwsze nad nudne morze nie lubimy jeździć, a po drugie chcemy w tym roku urlop spędzić trochę pracowicie, wkładając naszą energię w remont domu. Może się jednak okazać, że Maniutek pojedzie z moja koleżanką i jej dzieckiem :-) Jutro będę wszystko wiedziała. 

W każdym razie moja córka dorasta bardzo powoli. Pytania "dorosłe" prawie wcale się nie pojawiają, prędzej usłyszę je z ust jej koleżanek, które ze swoimi matkami pewnie nie rozmawiają. Natomiast moja córka zapyta bardziej "jak to działa, skąd się wzięło", czy "jaki to ma sens". Zawsze może liczyć na moją odpowiedź jeśli tylko ją znam, a nawet jeśli bym jej nie znała, to odpowiem, że nie wiem, ale chętnie dla niej tego poszukam :-) 

Tagi: córka
20:15, sokramka
Link Komentarze (5) »