Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 29 maja 2013

 Ocieram się o anhedonię. Słabo podejmuję decyzje, właściwie w ogóle ich nie podejmuję. Wszystko ma dla mnie opis: „nie wiem”. Co ugotować na obiad? „nie wiem”, w co się ubrać? „nie wiem”, mąż pyta o elementy domku dla Małej, odpowiadam: „nie wiem”, po co wstawać z łóżka? „nie wiem”.

 Unikam ludzi, trzy osoby dla mnie to już tłum. Paradoksalnie cieszy mnie to sprzątanie, bo jestem tam sama. Robię swoje dobrze i wychodzę. Ale to nie przyszłość, to przetrwanie, wegetacja.

 Na zaproszenie smsowe wysłane przez koleżankę, do obejrzenia nowego biura (po przeprowadzce) miałam ochotę odpisać: „w dupie mam wasze nowe biuro”. Nie umiem cieszyć się z pozytywnych zmian u innych, chyba też zazdroszczę i to mnie od ludzi odpycha.

 Chciałabym z kimś pogadać, ale tak „od serca”. Na ostatnich zajęciach rozmawiałam z koleżanką na temat ogólnych problemów. Jej stwierdzenie: „a co ty możesz mieć za problemy?! Weź przestań”, maksymalnie mnie wkurzyło. Zbyt łatwo przyjmuje na klatę opinie innych.

 Aż nagle wczoraj – zadzwoniła do mnie dobra koleżanka z pytaniem, czy nie znam kogoś do pracy (specyficznej). Po krótkiej z nią rozmowie poszperałam w zasobach znajomych i znalazłam dziewczynę, którą mogłam polecić. Potem uświadomiłam sobie, że charakter jej studiów związany jest z ogłoszeniem, które niedawno widziałam na portalu pracowym. Przesłałam jej link. Bo… trzeba sobie pomagać. Później otrzymałam smsa od koleżanki poszukującej pracownicy: „jesteś kochana, dzięki”, miód na moje serce – być potrzebną, użyteczną.

 Jeszcze coś, gdzieś tli się we mnie takiego, że moja osoba coś jest warta. Bo ostatnimi czasy zupełnie straciłam grunt pod nogami. Moja samoocena wartości równa jest zeru, albo nawet poniżej tego poziomu.

 Zaczyna się sesja II semestru. Pierwszy przeszedł gładko, ale teraz mam duże wątpliwości. Wiedza jakoś nie chce wchodzić, mam zaburzenia koncentracji. Przestałam jeździć samochodem, rowerem też – niedawno wpadłabym na nim pod samochód.

 Umiem wspomóc innych – nie umiem pomóc sobie.  

12:46, sokramka
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 maja 2013

Wpis dla rozluźnienia napiętych jelit ;) Kiedy parę lat temu Szanowny mój mąż zakupił sobie telefon z ekranem dotykowym, nie wierzyłam własnym oczom: jak można czegoś takiego w ogóle używać?! Przyzwyczajona do systemu: "naciśnij - działa" nie byłam w stanie pojąć technologii: "dotknij, przesuń". Powiedziałam sobie, że nigdy, przenigdy nie kupię sobie telefonu dotykowego.

Nastały jednak czasy kiedy i moja wysłużona komórka zaczęła odmawiać posłuszeństwa. W ofercie sieci komórkowej do której należę znalazło się mnóstwo telefonów za złotówkę, ale albo nie odpowiadały mi parametrami, albo... były dotykowe. Jako że oferta była dość kusząca (wieloletni klient, nie musiałam przedstawiać żadnych zaświadczeń) zamówiłam sobie w grudniu ubiegłego roku telefon z ekranem dotykowym! No szał po prostu. Mąż śmiał się i dopytywał czemu zmieniłam zdanie. Moja odpowiedź była krótka: tylko krowa nie zmienia poglądów. A poza tym musiałam się przekonać do nowinek technologicznych, bo być niereformowalną to nie w moim stylu.

Tak się przyzwyczaiłam do obsługi tego telefonu, że teraz nie widzę innej możliwości jak korzystanie z tej mocy technologicznej, jaką jest ekran dotykowy. Tym bardziej, że model mojego telefonu posiada system dosyć płynny, ekran jest szklany, a nie plastikowy (opisy moje prywatne w celu przybliżenia jakości dotyku) i nawet Szanowny powiedział, że fajnie się go obsługuje.

Długi wstęp, ale tak miało być.

Zamówiłam w zeszłym tygodniu znowu kilka książek i zażyczyłam sobie dostawę do najbliższego mi paczkomatu. Taniej niż kurierem i taniej niż przez pocztę - polecam. Kiedy więc dostałam smsa, że moja paczka jest już do odbioru, poprosiłam męża, żeby wsiadł na rower i podjechał ze mną odebrać moją paczkę.

Kiedy byliśmy już na miejscu, według podanych mi instrukcji (bo pierwszy raz) zaczęłam wdrażać procedurę odbioru paczki. Na dużym ekranie dotykałam wyświetlane polecenia, ale za cholerę nic nie chciało działać. Wkurzona zwróciłam się więc do Szanownego, że te paczkomaty to jedna, wielka ściema, że system się zacina, no i pewnie nie odbiorę swojej paczki, zaraz będę dzwonić na infolinię z interwencją. Mąż stanął nade mną i ze swoim wrodzonym, stoickim spokojem powiedział, że system jest na pewno sprawny, tylko ja chcąc być taka do przodu nie zauważyłam guzików do wciskania potwierdzających wykonanie danej operacji. 

Ech, co to robi siła przyzwyczajenia ;) Myślałam, że się spalę ze wstydu. Po zrozumieniu działania całego ekranu poleceń, skrytka otworzyła się i mogłam odebrać swoja paczkę. 

Mąż potem powiedział mi, że tak jak ja długo musiał odzwyczajać się od systemu paneli dotykowych, kiedy np złapał się na tym, że zwykły aparat fotograficzny chciał obsłużyć nie guzikami, a dotykowo ;)

09:32, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 15 maja 2013

Znalezione w internecie:

 

Mam prawo być chora/y.

Mam prawo czuć się źle.

Mam prawo nie chcieć wstać z łóżka.

Mam prawo nie chcieć z nikim rozmawiać.

Mam prawo bać się wszystkiego.

Mam prawo nie mieć siły na nic.

Mam prawo nie odebrać telefonu.

Mam prawo nie umieć wytłumaczyć swojego stanu.

Mam prawo pójść do psychiatry.

Mam prawo iść na terapię.

Mam prawo się leczyć.

Mam prawo brać leki.

Mam prawo zmienić lekarza, jeśli obecny mi nie odpowiada.

Mam prawo konsultować się innego lekarza (nie tylko psychiatry).

Mam prawo nie mówić wszystkim o swojej chorobie.

Mam prawo nie tłumaczyć się wszystkim ze wszystkiego.

Mam prawo być zła/y.

Mam prawo być smutna/y.

Mam prawo płakać.

Mam prawo wyć.

Mam prawo iść do kogoś i poprosić o pomoc.

Mam prawo mieć prawo.

Jedynym moim obowiązkiem jest szukanie pomocy gdzie się da, jak się da, u kogo się da. Im gorzej się czuję tym bardziej muszę szukać.

09:13, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 maja 2013

W poprzednim wpisie zaznaczyłam, że sprezentowałam koleżance łapkę kuchenną i torbę zakupową. Koleżanka jest pielęgniarką i pracuje w Poradni Zdrowia Psychicznego. Wróciłam do Poradni. W zeszłym tygodniu zadzwoniłam do koleżanki i ta obiecała zapisać mnie na najbliższy wolny termin, tak jak ustaliłam to z moją internistką. Okazało się, że wolnym terminem jest dzień dzisiejszy. Zapakowałam więc wczoraj wieczorem prezenty i na 8.45 miałam się dziś stawić u pana doktora, zwanego dalej: psychiatrą.

I tu mała dygresja: uświadomiłam sobie, że „żaden facet nie będzie mi mówił jak mam żyć”. Przestrzeliwszy sobie moje całe życie na wskroś, zauważyłam, że mężczyzna w moim życiu pełnił zawsze rolę dodatku, albo gorszego elementu obowiązkowego. To najpierw był mój apodyktyczny ojciec, potem nauczyciel – erotoman, który napawał się widokiem młodych, dziewczęcych ciał, następnie partner, który na myśl o byciu ojcem zwiał gdzie pieprz rośnie. Potem gwałciciel, następnie szef – dewot, aż w końcu mąż – ciapcia życiowa. Zawsze musiałam o swoje życie walczyć s a m a. Strach przed facetem/lekarzem i do tego specjalistą od ludzkiej psychiki włączył mi jakiś inny sposób myślenia na swój temat. Nie chciałam iść do niego na wizytę, ale koleżanka – pielęgniarka strasznie mnie namawiała i przekonała. Robiąc to „dla niej” poszłam tam przede wszystkim dla siebie.

Nie wiem ile trwała wizyta. Nie patrzyłam na zegarek. Patrzyłam za to w okno, na chusteczki po które co chwila sięgałam i nie mogłam skłonić się do zaufania lekarzowi, który okazał się jednak naprawdę dobrym fachowcem.

Dostałam znowu (po dwóch latach przerwy) dawkę miesięczną antydepresantów. Do tego psychiatra zapisał mnie na dzienny oddział szpitalny. To takie warsztaty będą dla ludzi z problemami. Coś jak spotkania AA. Zaczynam od przyszłego wtorku.

Jestem jakby pusta. Działam jak maszynka. Wstaję rano, myję się, ubieram, zaprowadzam córkę do szkoły, wracam, sprzątam, piorę, próbuję czytać, idę po dziecko, potem wychodzę na mopa, wracam późno. Jedynie weekendy dają inność.

Pogubiłam się w tym wszystkim. Dziś mija równo 5 lat jak zmarła moja Mama. Rok jestem też bez stałego, dochodowego zajęcia. Dom wygląda jakby przeszedł w środku tajfun. Szanownemu skleroza zaczyna wypłukiwać resztki logiki z mózgu. Dziś np. cały ranek szukał kluczyków od swojego samochodu. Miał wyjechać o 6.00 jak co dzień, aż w końcu cały dom postawił na nogi: szukał Uszak, Scareface, mój Młody, ja i Dziadek, który przyszedł na naszą stronę. W końcu mąż po 8.00 rozkręcił stacyjkę i pojechał uruchamiając auto jak złodziej – na kable. Gdzie są kluczyki – nie wiem…

 Zaczynam bać się ludzi, zaczynam izolować się od świata, zaczynam budować niebezpieczną skorupę; podobną do tej sprzed kilku lat. Boję się podwójnie, bo znam już objawy. Chcę się leczyć, bo chcę wrócić do normalności, chcę się cieszyć życiem, chcę się dalej uczyć, ale nie widzę sensu i brak mi polotu (pojawiały się myśli o rezygnacji ze studiów). Coś mnie gdzieś po drodze zgniotło i muszę się podnieść, żeby nie zapaść się głębiej.

14:58, sokramka
Link Komentarze (4) »

Zbliża się Dzień Dziecka. Jak co roku staramy się z mężem obdarować nasze dzieci nietypowymi prezentami. Dlaczego "nietypowymi"? Ano dlatego, że np w zeszłym roku Mała otrzymała od nas hulajnogę hand-made. Od kółka aż po kierownicę wyprodukowana była przez mojego męża. Ja ograniczyłam się tylko do trzymania pędzla. Efektami pochwaliłam się na FB. Bezcielesna widziała produkt końcowy.

W tym roku Mała zapragnęła domek. Najpierw miał być dla lalek - taki rozkładany, z dwoma piętrami, okienkami, mebelkami w środku, wielkości co najmniej naszej córki. Jako prace zlecone otrzymałam za zadanie uszycie zasłonek, firanek, wycięciu dywaników, obrusików no i takie tam inne. Plany jednak uległy zmianie. Domek będzie, ale dla dzieci. Taki, żeby nasza córka i jej koleżanki mogły bawić się na podwórku. Też mam zlecone: Szanowny wytnie okienka, zbuduje w środku ławę i maluśki stoliczek, a ja mam to wszystko obszyć.

Tak wygląda początek:

Dach oczywiście malowałam sama ;) oto jego jedna część:

Niedziela nie pieściła nas pogodą, ale w sumie nie padało i to wystarczyło, żebyśmy mieli ręce pełne roboty. I to też lubię - prace remontowe wszelkiego rodzaju. Młotek, wiertarka, czasem kielnia nie są mi obcymi narzędziami ;)

Ale sama tez nie próżnowałam. Uszyłam koleżance torbę zakupową i łapkę kuchenną. Chciałam jej się odwdzięczyć, za co? opowiem w osobnym wpisie. Koleżanka zapragnęła mi płacić za robotę, ale odmówiłam. Powiedziałam, żeby nie odbierała mi przyjemności robienia prezentów. Bo bardzo lubię robić ludziom prezenty. Oto i mój podarowany prezent:

 


czwartek, 09 maja 2013

Jeden z tych utworów, który kładzie mnie na kolana, wywołuje ciarki na plecach i nie pozwala się złamać :) Jeszcze kiedy Młody był w szóstej klasie s.p. grałam na gitarze, teraz już palce sztywne i sprzęt szlag trafił. Ale słuch mam do dziś doskonały. Będąc młodą dziewczyną marzyłam o regularnych wyjazdach do Jarocina, chciałam nawet jechać na Woodstock. To jest mój świat. 

Tagi: muzyka
15:06, sokramka
Link Komentarze (1) »

Odbębniłam wczoraj wizytę u lekarza. Moje wyniki badań nie są w normie, ale nie odbiegają od niej tak znacząco, żeby można było rozpocząć jakieś leczenie farmakologiczne. Żadna anemia, żaden podwyższony cholesterol, tarczyca w porządku, nawet serce bije prawidłowo, kardiolog zbędny.

Jednak po krótkim wywiadzie moja internistka utwierdziła mnie w przypuszczeniach o nawracającej Gnidzie. Nerwy domowe robią swoje, stres dobija, brak stabilizacji i w związku z tym samopoczucie do bani jest. Wypisała mi więc skierowanie do Poradni Zdrowia Psychicznego, gdybym chciała pogadać z psychologiem. Do psychiatry skierowanie na szczęście nie jest potrzebne.

U nas, w ośrodku zdrowia terminy do powyższych specjalistów sięgają sierpnia. Na szczęście mam bardzo dobrą koleżankę - pielęgniarkę, która pracuje w dzielnicowej poradni dla "skrzywionych psychicznie", gdzie leczyłam się dwa lata temu. Obiecała zapisać mnie na najbliższy, wolny termin. Być może już w przyszłym tygodniu. Nawet numeru karty choroby nie musiałam podawać, powiedziała, że mnie "znajdzie" ;)

Zauważyłam, że w ogóle otaczam się dobrymi koleżankami. Wczoraj była u mnie jedna z nich. Kawa, ciastko, plotki na werandzie dobrze nam obu zrobiły. Nawet nie wstydziłam się przed nią syfu domowo - remontowego.

Tylko trochę ciut za gorąco było...  

poniedziałek, 06 maja 2013

 Majówka nie rozpieściła nas od samego początku, ale w niedzielę słońce zdążyło polizać trochę nasze plecy. Ponieważ Szanowny dostał trochę wolnego od swojego szefa, mógł realizować swoje plany, ale niestety pozostały tylko chęci, bo większość roboty miała się odbywać na podwórku, a przez pierwsze dni padał deszcz.

 Kiedy już okazało się, że można skorzystać z uroków ciepłej wiosny, wybraliśmy się na wycieczkę do lasu. Rowerami rzecz jasna. Tego mi potrzeba jak rybie wody, ale nie od razu polubiłam takie krajobrazy… Wychowana najpierw w starej, przedwojennej kamienicy, spędzająca wczesne dzieciństwo na IX piętrze bloku osiedlowego, a potem w wieku wczesnego dorastania mająca za ścianą kamienicy zajezdnię tramwajową i w końcu mieszkająca przy ruchliwej ulicy jako dorosła już osoba, ciężko mi było zauważyć piękno lasu.

 Przerażały mnie pajęczyny, kleszcze (do dziś się ich boję, są gorsze niż pająki), a jednak nigdy kleszcz nie zawitał pod moją skórą. Natomiast Szanowny wciąż przynosił te pasożyty w sobie. Jest już tak obeznany w wyjmowaniu ich z naszych kotów, że nie trzeba jeździć do weterynarza. Kociambrom aplikujemy tylko specjalny preparat przeciw kleszczom i pchłom.

 Las był dla mnie również czymś nieznanym, niespotykanym. Do lasu według mnie chodzili dzicy ludzie. Przykro mi, ale takie miałam wyobrażenie. Mama od czasu rozwodu nie miała nawet w głowie zabierać dzieci do lasu, nie zbierała grzybów, nie znała się na tym, a poza tym – daleko było. Taki mieszczuch ze mnie wyrósł.

 Kiedy pięć lat temu sprowadziłam się do teścia, nie mogłam się odnaleźć. Po pierwsze – nigdy nie mieszkałam w domku – tu wszystko trzeba robić samemu. Oczywiście nie było to dla mnie problemem – wynosząc z domu obraz samowystarczalnej matki nie miałam problemu z utrzymaniem np. młotka. Ale prędzej chodziło mi o koszty. Naprawa dachu, reperacja drzwi, no i ten ogród, który był najukochańszym dzieckiem mojej zmarłej już teściowej. Działka 250m2 (drugie 250 przynależące do drugiego mieszkania z bliźniaka), a nogi nie było gdzie postawić – tylko taki cienki chodniczek przy chałupie pozostawiony był na swobodę ruchów. Reszta to kwiaty, kwiaty, kwiaty, kwiaty, skalniak i oczko.

 Ale o las mi chodzi – długo musiałam się do niego przyzwyczajać. Na randki Szanowny zabierał mnie właśnie tam, żeby pokazać mi jego piękno. A kiedy już zdążyłam się nim nasycić, teraz bez lasu żyć nie mogę. Często jak się kłóciłam z mężem, potrafiłam trzasnąć drzwiami, wyłączyć telefon i włóczyć się po lesie dwie godziny.

 Niestety, coraz więcej ludzi w naszej okolicy dostrzega zalety lasu. Jak się wchodzi/wjeżdża do niego, to główna alejka przypomina ruchliwą ulicę stolicy. Wyrysowane są szlaki rowerowe, utwardzane są ścieżki. Dobrze, że Szanowny zna te lasy jak własną kieszeń i potrafi mnie zabrać tam, gdzie mnie jeszcze nie było.   

Las może trochę przerzedzony, ale akurat wyjechaliśmy na jedną z głównych ścieżek. Cudowna niedziela...

Tagi: Mąż rower
09:12, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 maja 2013

Pisałam kiedyś, że studiuję z kobietą w wieku 50+. To ta, która podjęła naukę z nudów, ma dobrą pracę, ustabilizowane życie i postanowiła „iść sobie na studia”. Chodzę z nią razem w grupie na angielski, siedzimy nawet w jednej ławce. Na ostatnim zjeździe poszłyśmy nawet wspólnie na przerwę obiadową. Przy stole zaczęłyśmy rozmawiać o pracy, o tym, że ja wciąż szukam, ona nadmieniła, że nawet gdyby ją zwolnili z aktualnego miejsca, to już nie szukałaby nowego zajęcia. Przeszłaby na wcześniejszą emeryturę. Ale ma tylu znajomych co są jej coś winni, że może dla zabicia czasu popytałaby o drobne zajęcie.

 W domu zaczęłam pluć sobie w brodę, że nie spytałam grzecznie czy wśród jej znajomych ktoś nie potrzebuje do pracy. Tak przecież buduje się sieć kontaktów. Poza tym stawiam wysoko swoje zdolności interpersonalne i uważam, że nie popełniam gafy pytając się sama o pracę.

 Tak więc usiadłam do komputera i napisałam do koleżanki maila. W załączniku przesłałam jej swoje CV, żeby wiedziała w jakim mniej więcej sektorze się poruszałam i co mogę robić. Odpowiedź otrzymałam zaraz tego samego dnia. Jej treść wbiła mnie w krzesło ponieważ okazało się, że znamy się już od ponad 10 lat! Musiałam odświeżyć pamięć, żeby uświadomić sobie jakiego typu jest to znajomość.

 Moja stara/nowa koleżanka od razu puściła CV do naszego wspólnego znajomego (którego również musiałam sobie przypomnieć m. in. poprzez wygooglanie jego zdjęcia) a ten ponoć powiedział, że dokument jest do bani. Że on jako (były już) dyrektor państwowej placówki, organizując nabór na pracownika, nawet by na takie CV nie spojrzał. Zdziwiłam się bo mój życiorys redagowany był przez dwóch doradców zawodowych. Poprzednie wersje (moje własne) zostały skrytykowane przez tych doradców i określone mianem „nie modnych”. Koleżanka dodała również, że już wcześniej myślała, że ja to ja z dawnych czasów, ale nie miała pewności. Dopiero obejrzenie mojego CV utwierdziło ją w tych przekonaniach.

 Cóż, przeprawiłam więc jeszcze raz swoją wizytówkę zawodową i puściłam na nowo. Koleżanka nie obiecała niczego, ale po rozmowie telefonicznej doszłyśmy do wniosku, że trzeba zawsze zostawiać za sobą dobre wrażenie, bo nie wiadomo kogo się na swojej drodze spotka ;) Przyznam, że musiałam popracować trochę umysłem, żeby przypomnieć sobie stare, dobre czasy, ale kiedy już wróciłam myślami 10 lat wstecz, wszystko jakby nabrało sensu.

 I pomyśleć, że spotkałyśmy się na jednym roku studiów ;)

Tagi: ludzie studia
15:35, sokramka
Link Komentarze (4) »