Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 28 maja 2017

Mają rację ci, którzy uważają, że moja dłuższa absencja na blogu spowodowana jest pozytywną zmianą mojego życia. To da się odczuć na każdym kroku. 

Zacznę od tego, że kupiliśmy samochód. Tzn ja kupiłam dla Szanownego. Stary już odmawiał posłuszeństwa, poza tym - był "stary". W tym roku można by było starać się o żółte blachy zabytkowe ;-) Ponieważ ja używam do poruszania się po mieście komunikacji miejskiej i roweru, stwierdziliśmy, że po pożegnaniu z moją białą mewą wymienimy pojazd Szanownego. I znowu poczułam się jak dawno temu - odpowiedzialna za kasę, za załatwianie spraw urzędowych, za pilnowanie drobiazgów administracyjnych. Szanowny tylko wybrał samochód i pojechaliśmy go zakupić. Teraz duży chłopiec cieszy się swoją nową zabawką i siedzi w każdej wolnej chwili przy samochodzie, albowiem kupiliśmy autko używane, ale już nie tak stare jak poprzedni pojazd. 

Pierworodny pozdawał wszystkie egzaminy maturalne. To jest dopiero duma dla matki, choć sam zainteresowany miał totalnie "wyjebane" na temat (jak mówi dzisiejsza młodzież). Angielski ustny zdał na 100%, polski ustny też dobił prawie do tego wyniku, pozostałe wyniki dopiero w czerwcu. Jednak prócz dwóch dodatkowych przedmiotów jakie sobie wybrał, tj. WOS i geografia, mówił, że resztę przeszedł gładko - matematykę rozszerzoną i klasycznie polski. Ale podobno wszystkie dodatkowe przedmioty były w tym roku mega trudne (koleżanki córka zdawała biologię i potwierdziła). Brawo Pierworodny!

Mania zbliża się do końca roku szkolnego i też zdołała wykaraskać się z kłopotów szkolnych, choć zdarzały się incydentalne absencje. Ale jednak będzie miała na świadectwie same piątki i czwórki. Sama uważam, że w takiej sytuacji moja córka nie zasługuje na takie oceny (okropna matka jestem, co?), ale to już jest decyzja nauczycieli, że postanowili ją podciągnąć wynikami mimo tak wielu nieobecności w ciągu całego roku szkolnego. 

A reszta toczy się całkiem spokojnie. Bez większych ekscesów. Za chwilę mam obronę magistra, podejrzewam, że w okolicach lipca. Oczywiście nie omieszkam zajrzeć i napisać jak się wszystko potoczyło ;-) 

Ogródek Szanownego rośnie, pomidorki, fasolka, ogórki, bób pod jego ręką pięknieją. Ma chłop smykałkę w tym zakresie. A ja chodzę i po Szanownym sprzątam :-) niech robi to, do czego ma zdolności. 

W pracy - jak to w pracy... Myślę już o zmianach, bo pensja nie za wysoka i po roku z kawałkiem można by było sobie coś polepszyć, nawet w tej samej instytucji. Kto wie? 

:-) 

08:46, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 09 maja 2017

Istnieją jednak rzeczy ważne i ważniejsze, które uwierają jak przeprana metka w swetrze. Myślałam, że dobry czas zostanie na dłużej, ale jednak ta ciepłota ciała nie każdemu pasuje. Mam już wewnętrzne schizy polegające na tym, że to wszystko moja wina, że to ja nie potrafię upilnować miru domowego...

Ale w czym rzecz.

To, że mam pasierbów wiadomo. Że mieszkałam z nimi - też wiadomo, że jeden z nich mieszka w tym samym domu co my - też jest rzeczą wiadomą. Nie mogę narzekać, bo kontakt ze wszystkimi mam w miarę dobry, poprawny. Inne kobiety tworząc patchworkową rodzinę mają gorzej. Wiem, bo często czytając forumowe wpisy na gazecie, napatrzyłam się na wylewane żale. Ja też tych żali wylałam wiele, ale myślałam, że nastała jakaś stabilność w stosunkach międzypokoleniowych, a jednak to wraca jak bumerang.

Mój Pierworodny chodzi na kurs prawa jazdy. Obiecałam mu to jakiś czas temu, że zasponsoruję mu prawko jak tylko wyrwę się z finansowego dołka. Słowa dotrzymałam, on zresztą też - bo nawalił ze szkołą, ale jakoś doszedł do tej matury i aktualnie zdaje po kolei wszystkie egzaminy. O ten właśnie kurs prawa jazdy poszło i od tego się zaczęło. 

Tak więc w czasie jakiegoś luźnego wieczoru usłyszałam, że jak Scareface (syn Szanownego) skończył zawodówkę to musiał "szybko znaleźć sobie robotę i zacząć dokładać się do domowego budżetu". Racja. Wprowadziłam te zasadę ponieważ uważałam, że 300 zł z pensji młodego chłopaka (bez żony/dziewczyny/dziecka i innych zobowiązań) to nie jest jakieś wielkie obdarcie ze skóry. Tym bardziej, że kiedy Scareface kończył szkołę to w domu się nie przelewało. Mieszkał z nami, korzystał jak każdy z nas z pralki, prądu, gazu, śmiecił tak samo jak my, albo może i więcej. Moje wyjaśnienia, że kiedy mój syn zda maturę, pójdzie do pracy i tak samo będzie się musiał dokładać i pewnie jeszcze opłacać za swoje studia, nie zostały przyjęte z aprobatą. Cóż.

Nikt Scareface'owi nie broni zwrócić się do mamusi (swojej) i tatusia (swojego), babci bądź dziadka o zasponsorowanie kursu prawa jazdy. Mój syn ma tylko mnie i żadni inni sponsorzy nie wchodzą w grę. 

Nie jestem też święta jeśli chodzi o pilnowanie porządku. Po pierwsze nie należę do osób, które kochają się w mieszkaniach - muzeach. Każdy normalny dom musi mieć magiczne krzesełko, na które można rzucić ciuszek, w każdym normalnym domu musi stać w zlewie choć jeden talerz czy miska, i każdy normalny dom musi mieć choć trochę okruchów czy kocich/psich kłaków na dywanie ;-) W domach "sterylnych" boję się siadać na fotel/kanapę, bo jeszcze "ubrudzę". Tak więc mój syn, za przykładem mamusi ma takie krzesełko, ma taki stos talerzy (na biurku) i ma też okruszki/papierki/rachunki na podłodze. Jego pokój jest jednak mały i niestety przechodni. Pierworodny w nim tylko śpi, albowiem całymi dniami zazwyczaj nie ma go w domu - albo harcówka, albo hufiec, albo spotkania z kolegami na mieście, lub organizowanie kolejnych wycieczek dla zuchów bądź harcerzy młodszych, albo jakieś kursy, szkolenia, czy nauka czegoś innego. On na komputer, dom i dziewczyny nie ma czasu. Kiedy próbuję odbijać pretensje o porządku mojego syna, które brzmią: "bo on ma bałagan, a to pokój przechodni i wszystko widać", mojego męża nic nie wzrusza. Na argumenty, że jego najmłodszy syn, Golas prowadził tak porządek w pokoju, że nos od smrodu sam odpadał, Szanowny tylko odbija piłeczkę, że mój syn niedługo będzie robił tak samo...

Może dorabiam dupie uszy i dramatyzuję, ale odkąd urodziłam Pierworodnego założyłam sobie, że stanę na głowie, ale nie dopuszczę do zejścia mojego dziecka na boczne drogi i doprowadzę do jego właściwego wychowania. Czy to się spełniło okaże się w jego samodzielnym, dorosłym życiu. Nie pozwoliłam też nikomu obcemu wtrącać się w zasady jakie zastosowałam, ani żadnej ciotce, ani Bratu, ani tym bardziej Szanownemu, który nie potrafił zapanować nad własnymi synami.

Najgorsze są więc kłótnie o "moje, twoje, nasze". Nigdy żadna ze stron nie będzie miała w pełni racji. Już nie twierdzę, że tylko "mojsza" racja jest na wierzchu, ale widzę ogromną dysproporcję między mną, moim synem, a Szanownym i jego chłopakami. Czy ktoś broni albo zazdrości inwestować w swoje wykształcenie lub zainteresowania? Czy porządek na biurku to jedyny priorytet życiowy człowieka? Czy serio - "wykształcony człowiek nie zostawia brudnych skarpet na podłodze"? - to argumenty mojego męża w stronę mojego syna. A tak na marginesie - odezwał się "czyścioch", który po każdej większej robocie (cięcie, rżnięcie, kiełbasy czy inne oleisto-ogrodowe rzeczy) nie zostawia po sobie widoku sali operacyjnej, tylko wciąż muszę go napominać, że zostawia po pracy krajobraz jak po bitwie...

Najgorsze jest być zależnym od kogoś. Jak mantrę powtarzam słowa mojej Mamy: "umiesz liczyć - licz na siebie". I wiem - jestem zależna mieszkaniowo od mojego męża, bo ten dom nigdy nie będzie mój. Wkładam do głowy mojemu Pierworodnemu, żeby jak najszybciej stąd spieprzał, bo nic tu nigdy jego nie będzie. Mnie w sumie też by się przydało jakieś maleńkie mieszkanko - choćby 20m2, gdzie mogłabym na starość kłaść swoje ciuszki na magicznym krzesełku, a kubeczek na zastawionym książkami stole i nic nikomu do tego. Póki Szanowny żyje jego synowie są grzeczni. Ale kto wie jak będą mnie traktować kiedy mojemu mężowi przyjdzie pora odejść z tego świata? Niby mnie zapewnia, że przecież "cię lubią i krzywdy ci nie zrobią", poza tym "współwłaścicielką będzie nasza Mania więc ona cię nie wyrzuci". Ale nawet w najlepszych rodzinach ludzie ludziom podkładają świnie.

Czasem myślę, że najlepiej żyć samemu. Albo nie - żyć z kotami, najlepiej trzema albo pięcioma :-))))

P.S. Justek - jeśli masz ochotę obedrzeć mnie z historii życiem pisanych - bierz i jedz ile chcesz ;-) Przecież masz już doświadczenie w tym zakresie. Bezcielesna - to również zdanie dla Ciebie :-)   

środa, 03 maja 2017

Nie da się jednak opuścić pola działania, szczególnie gdy ma się głębokie żale do wywalenia. Może blog nie jest najlepszym miejscem na opisywanie historii rodzinnych, ale czasem nie mam z kim pogadać, żeby ktoś zrozumiał paradoksy krążące pomiędzy pokoleniami. 

Czasem rzucę jakiś problem wśród znajomych i moje historie są często odbierane jako "dziwne", "niespotykane", zdarza mi się usłyszeć: "w mojej rodzinie to nie do pomyślenia". Dlatego wiele razy zostaję z przemyśleniami sama.

Otóż - wstydzę się swojej rodziny ze strony Mamy. Mama miała trzy starsze siostry, z których żadna nie jest godna mojego zaufania, przywiązania, czy nawet odwiedzania. A tak - myślcie sobie co chcecie, ale ja też swoją godność mam. 

Ciotka najstarsza - pierwsza córka mojej babci, ma 74 lata. Jest osobą nad wyraz śmiałą, otwartą, która chłonie nowinki i nie boi się ich. Jest antypisem, a w rozmowach politycznych wspiera KOD i nowe, młode twarze. Do tego jest bardzo przemądrzała, wtrynia się w cudze życie, uważa, że zawsze ma rację i wszyscy mają się jej słuchać. Jej dzieci ją akceptują, ale nie podążają za nią. Są dorosłe więc stworzyli własny mikroklimat rodzinny kierując się w stronę tych "lepszych stron mocy", czyli np. swoich teściów. Ciotka swoją agresywną i niezwykle absorbującą postawą zraziła większość rodziny. Mówi, że tylko na koleżankach może polegać, bo one jej do tej pory nie zawiodły. U tej właśnie ciotki mieszka tymczasowo mój Brat.

Ciotka średnia jest samotną, bezdzietną panną. Ma już skończone 70 lat i pod swoją opiekę postanowiła ją wziąć jej starsza siostra (patrz wpis: akapit wyżej). Od lat wszyscy podejrzewają u tej średniej jakieś zaburzenia psychiczne - schizofrenię, bądź inne zmiany mózgu. Ciotka jest więc w pełni kontrolowana w swoim nowym miejscu zamieszkania przez swoją starszą siostrę: nie wolno jej palić papierosów, nie wolno jej wychodzić samej z domu ("bo ucieknie"), dostaje jakieś ziołowe leki bez konsultacji z lekarzem, starsza siostra kontroluje jej sferę życia od świtu do zmierzchu od codziennych czynności po tematy do wspólnych rozmów.

Teraz mała dygresja: ciotka najstarsza pod swoim dachem trzyma mojego Brata i swoją młodszą siostrę.

Ciotka najmłodsza, trzecia w kolejności przyjścia na świat i bezpośrednio starsza od mojej Mamy skończyła w tym roku 70 lat. Ma cukrzycę, męża, psa, ale nie ma dzieci. Kiedyś powiedziała mi, że: "tak głęboka miłość do matki (mając mnie na myśli) nadaje się do leczenia", po tym nasze stosunki już zawsze pozostawały chłodne, a dziś nawet są lodowate.

Każdy coś tam na pewno ma za uszami i nie jestem święta, ani się nie wybielam, ale cieszę się, że nie muszę bywać na ustawianych spotkaniach rodzinnych trzech zwariowanych bab, bo one się po prostu nie odbywają. Każda z nich tworzy (tworzyła) swoją enklawę i w swoim sosie piorą swoje brudy. Widać to najlepiej po dzieciach mojej najstarszej ciotki, które od bardzo dawna nie uczestniczą aktywnie w imieninach, czy wigiliach urządzanych przez ich matkę. Jej dzieci wolą tę "lepszą stronę mocy". Biorąc jednak pod uwagę tradycje "rodzinności" to nic nie przetrwało wśród tych kobiet i nawet dopóki żyła moja babcia one we trzy darły ze sobą koty. Na dzień dzisiejszy babcia nie ma godnego nagrobka. Jest tylko kopczyk z krzyżem i tabliczką, bo każda z nich rzucała na siebie inwektywy z dodatkiem: "a dlaczego to ja mam być inicjatorką i wykonawczynią tego nagrobka?". Przykre.

Nie narzekam, ale gdzieś w środku jest mi przykro. Najbardziej wtedy kiedy z ust innych słyszę jakie mają wsparcie od swoich ciotek, wujków, czy innych kuzynów. Tak, tego wsparcia chyba mi brakuje najbardziej... Kiedy całe życie słyszało się, że "jest się do niczego", że "matka wam nic nie dała" (materializm) frustracja może osiągnąć poziom Himalajów. A kiedy ja obroniłam licencjat usłyszałam od najstarszej ciotki: "e, to nic nie znaczy, to tylko taka lepsza matura", poziom mojego dowartościowania osiągnął jądro ziemi. I znowu mogłam liczyć tylko na głos wsparcia najbliższych i znajomych.

Moja córka czasami ogląda ten durny serial "Trudne sprawy". Wie, że grają tam aktorzy i wszystko jest wyreżyserowane, bo w jej domu bezpośrednio nie zdarzają się takie sytuacje. Ale tłumaczę jej często, że bywają domy, w których tak durne załatwianie spraw jest na porządku dziennym. Sama przechodziłam to jako nastolatka... 

Tagi: rodzina
15:22, sokramka
Link Komentarze (8) »