Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 29 czerwca 2012

Ponieważ zaczęły się już wakacje i moje dzieciaki pokończyły, odpowiednio: Młody gimnazjum, a Mała zerówkę, zaczęły się problemy z opieką nad dziećmi, które nigdzie nie wyjeżdżają. Mam koleżankę, której córka chodziła z moją do klasy, wcześniej znałyśmy się z przedszkola, a znajomość nasza sięga czasów żłobkowych. Zaproponowałam koleżance, że zaopiekuję się jej córką bo przecież i tak siedzę w domu i tak sprawuję opiekę nad swoim dzieckiem. Znajoma przystała na propozycję i tak oto stałam się niańką na dziewięć godzin jak w świetlicy.

Dziewczynki bardzo się lubią, siedziały w jednej ławce w klasie zerowej i widzę, że ich przyjaźń rozkwita. Z matką dziecka tez mam dobre układy, poprawne, bo tak naprawdę za wiele o sobie nie wiemy. Na razie mi to wystarcza. Obserwując dziewczyny widzę, że moja Mała jest żarłokiem, a tamta raczej niejadkiem. Jeśli chodzi zaś o wygląd to tamta jest pączusiem, a moja Mała wysoką, postawną kozą. Zainteresowania też obie mają rozbieżne: moja siedziałaby cały dzień w domu, przy puzzlach, rysowaniu, oglądaniu bajek, ewentualnie mogłaby pojeździć na hulajnodze wokół domu. Tamta zaś odwrotnie: jeśli tylko jest okazja do wyjścia to jest pierwsza, żadnego domatorstwa, na plac zabaw i już.

Wydaje mi się, że wynika to z miejsca zamieszkania: tamta dziewczynka wychowuje się w typowym blokowisku. Każde opuszczenie mieszkania to wyprawa, a my jesteśmy jakby na wsi; chcąc nie chcąc podwórko jest również naszym domem. Granica kończy się na furtce, u tamtej na drzwiach wyjściowych z mieszkania.

Dzisiejszy dzień mógłby być sielanką i zapewne taki będzie jeśli wyrzucę z głowy obrzydliwe myśli dotyczące Golasa. W zasadzie nie ma dnia, żebym o tym problemie jakim jest ten chłopak, nie myślała. Ktoś powie: daruj sobie, olej go, ignoruj, ale ja nie mogę. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że mieszkając pod jednym dachem z osobą, która tak do końca nie jest mi obca (syn mojego męża) mogę lekceważyć, czy tolerować jak kto woli, zachowania poniżej krytyki.

Od poniedziałku chłopak chyba wychodził do jakiejś pracy, cholera go wie, nie sprawdzę, ale regularnie o 7.00 opuszczał mieszkanie. Dziś było inaczej. Wyjście z barłogu miało miejsce o 10.00, a wyjście z domu o 10.30. Poza tym fakt nieodzywania się do całej rodziny (oprócz siostry) i unikanie jej członków stwarza wrażenie jakby miał nas wszystkich dość. Ja się mu nie narzucam, to nie moje dziecko, ale uważam, że chłopak ma ojca, który powinien w tej kwestii coś zdziałać. Jedynym usprawiedliwieniem mojego męża w sprawie braku kontaktu z synem jest odpowiedź: no przecież jego ciągle nie ma.

Najgorsze jest to, że Golasa pseudo-pokój jest siedliskiem obrzydliwego smrodu i brudu, który zalega tam już od …. O rany, właśnie sobie uświadomiłam, że to trwa już od trzech lat. Słowo: sprzątanie pasuje tam jak wół do karety, tylko patrzeć jak zalęgną nam się karaluchy. Nie umiem znaleźć wytłumaczenia na tolerancję takiego zachowania własnego syna przez ojca. Do tego postawa roszczeniowa i rosnący w siłę pasożyt, korzystający z wygód pt. ciepły prysznic, prąd do telewizora oraz gaz do własnoręcznie przygotowanych potraw.

Co tu dużo mówić: właściwie nic nie można mówić, bo metody jakimi przez tyle lat posługiwałam się tak w stosunku do tego chłopaka, jak i w stronę mojego męża zawodzą. Wszystkie. Odkąd Golas przestał się do mnie odzywać przynajmniej mam ten komfort psychiczny, że nie strzępię sobie języka na darmo. Co do męża to nie wiem czy temu człowiekowi coś przyjdzie do głowy, czy po prostu któregoś dnia dojdzie do tragedii albo najzwyczajniej w świecie do 40 roku życia będzie chował sobie pasożyta. Jak w klasycznej historii: „Ballada o Januszku” tylko tutaj Gienią jest mój mąż.

Pocieszam się jedynie tym, że nie jestem osamotniona. Ostatnie wpisy na pewnym forum dały mi wiele do myślenia. Postanowiłam przeczytać zawartość mężowi z prośbą o niekomentowanie tylko przemyślenie. Bo gdyby zaczął komentować usłyszałabym: „znowu bzdury czytasz, jakieś forumowe brednie”. Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona do wyprowadzki w obliczu tragedii jaka mogłaby się wydarzyć z powodu Golasa.


15:16, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012

Całość spotkania trwała może 15 minut. Poza mną siedziała w „poczekalni” jeszcze jedna pani, jedna właśnie wychodziła z rozmowy i za mną przyszły jeszcze dwie. Wiek pań zbliżony do mojego, przedział: 30 – 45. Zresztą sam szef na takiego wyglądał. Kadra, która pracowała jak mróweczki na moich oczach również prezentowała się w takim przedziale wiekowym. Za to każde z państwa (czy to pani, czy pan) wygląd miało nienaganny. Przypominam sobie, że nawet w ogłoszeniu oprócz podstawowych umiejętności i wymagań rekrutacyjnych było napisane: bardzo dobra prezencja. Czyżby szef był estetą?

Weszłam więc na zaproszenie, a właściciel od progu krzyknął: proszę na wesoły fotelik! W ogóle podczas rozmowy tryskał humorem, pytanie czy mam jakieś nałogi wyglądało: „no wie pani: picie, palenie, dragi, w żyłę i te sprawy?”. Reszta pytań klasyczna jak przy spotkaniu rekrutacyjnym: „czego pani oczekuje od potencjalnego pracodawcy?”, „dlaczego chce pani u nas pracować?”, „jakie są pani oczekiwania względem zarobków?”, „czy poradziłaby pani sobie z tym zakresem prac?”, standard.

Przyznam, że nie starałam się na siłę robić z siebie super – fachowca, byłam spokojna, rzeczowa i nawet trochę olewałam poziom tej rozmowy, bo szef, który w przerwie między jedną rozmową rekrutacyjną a drugą opowiada sprośne anegdoty swojej sekretarce, jest mało wiarygodny. Jak dla mnie. Cóż, może jestem staroświecka, ale zawsze miałam lepszy kontakt ze współpracownikami statecznymi i nawet starszymi od siebie, a rówieśnicy, którzy zasypiali przy pracy po nieprzespanej, zabalowanej nocy, budzili u mnie niesmak. Nie twierdzę, że nie wolno się bawić, ależ trzeba, z tym, że należy oddzielić pracę od zabawy i pracę od rodziny. Nigdy tez nie byłam zwolenniczką służbowych integracji, wyjazdów na pikniki, wspólnie wypijanych piw i ognisk palonych razem z koleżanką/kolegą z działu.

Tak więc po piętnastu minutach dowiedziałam się, że „jeśli do końca tygodnia się nie odezwiemy będzie to znaczyło, że wybraliśmy kogoś innego”. Zobaczymy.

 

Tagi: praca
17:54, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Postanowiłam dzisiaj pojechać do Mamy. Pomyślałam, że dawno nie było tam sprzątane, poza tym ja miałam nową zawieszkę z wierszem, który dla Mamy kiedyś napisałam więc będzie okazja, żeby tę zawieszkę przymocować.

Podróż na cmentarz z mojego miejsca zamieszkania to prawie dwie godziny wyjęte z całego dnia. Do tego powrót – również prawie dwie godziny i coś porobić na miejscu – dodatkowe 30 minut. Wykorzystałam więc czas bezrobotnej do odwiedzenia Mamy na Jej grobie. Już kiedyś popełniłam wpis na blogu Maliny, że jeżdżę do Mamy kiedy czuję taką potrzebę, a nie kiedy wypada bądź jest taki przymus. Właśnie wczoraj wieczorem poczułam taką potrzebę, żeby się do Rodzicielki przejechać.

Pogoda była super – nie za gorąco, ale też nie za zimno – w sam raz na prace porządkowe oraz wewnętrzne pogaduchy. Choć nie wierzę, że Ona mogła mnie słuchać mówiłam jak głupia do Mamy o mojej sytuacji, o moich problemach, o zameldowaniu pod nowym adresem, o wymeldowaniu SS. Ale najgorzej było jak weszłam na temat dzieci, a Jej wnuków. Kiedy wypowiedziałam zdanie, że Mała już od września idzie do pierwszej klasy, a Młody złożył papiery do technikum, łza mi się zakręciła w oku i nie ukrywam, że całkiem zaszkliły mi się oczy. Już miałam ryczeć ze wzruszenia kiedy w kieszeni zabrzęczał mi telefon – ktoś się chciał ze mną skontaktować.

Szybko otarłam łzy i odebrałam połączenie. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że… zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy. Pamiętam, że jakieś dwa tygodnie temu składałam CV do owej firmy i w zasadzie już o nich zapomniałam. Ale za to oni pamiętali o mnie. Ucieszona podziękowałam Mamie (no bo komu???)))) powiedziałam do siebie, że to musi być jakiś łut szczęścia i zmierzałam do wyjścia cmentarnego.

I to był właśnie ten wesoły akcent mojej dzisiejszej, a bądź co bądź smutnej podróży. W środę dowiem się co dalej z moją "karierą" :)

 

Tagi: mama praca
17:19, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2012

 W ramach naładowania bateryjek, które ostatnio nie dawały mi wiele energii, umówiłam się z bliską koleżanką, Maliną na spotkanie, które okrasiłyśmy sobie poezją Jana Kochanowskiego. Kochanowski „obchodził imieniny” w jednym z naszych miejscowych parków. Odbywał się tam „mecz poetycki”, którego uczestnikami byli aktorzy polskich scen. Nasłuchawszy się trenów i fraszek wieszcza poczułam się o wiele lepiej, a dodatkowo przy dużej dawce humoru naszych aktorów, uśmiech nie schodził mi z twarzy.

 Mało kto wie, że staropolszczyzna potrafi nacieszyć współczesnego człowieka dawką dobrego humoru. Mało kto wie, że słowo: „bindasz” oznacza nic innego jak męski członek, wyraz: „łątki” to marionetki, a „wacek” to po prostu woreczek, sakiewka.

 Kupiłyśmy sobie później z Maliną piwo, zjadłyśmy ostre nachos i przywarłyśmy do straganów z książkami. Nabyłam sobie publikację Tadeusza Żeleńskiego (Boya) o absurdach i patologiach polskiego życia społecznego, których wspólnym mianownikiem są: wojujący katolicyzm i prymitywny konserwatyzm. Malina również dokonała zakupu i tak oto wyszłyśmy stamtąd bogatsze o literackie doznania i biedniejsze o parę złotych w portfelu.

 Powrót wydawał się równie przyjemny ponieważ masy ludzi zmierzały na koncert, gdzie muzyka słyszalna była i bez obecności na nim. Kobiety próbowały wić wianki i rzucać je do wody, ale również próbowały skorzystać z publicznej toalety, do której kolejka była jak za komuny.

 Fajnie mi było, dzięki takim wyjściom oddycham, ładuję się pozytywnie, ale mój mąż daleki jest od czytania literatury i nie byłby w stanie dobrze się bawić na takich spotkaniach. Pamiętam jak kilka lat temu zabrałam go do klubu na koncert rockowego zespołu. Nudził się niemiłosiernie, a mnie się go zrobiło najzwyczajniej żal. Takie wypady muszę sobie organizować sama, a czas z mężem spędzać na rowerze, albo wyprawach górskich.

Tagi: Spotkanie
09:57, sokramka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2012

Prawdziwych Przyjaciół, a nie takich, którzy się za nich uważają. Wczorajszy giga dół powstał z rana, kiedy odbierałam swój nowy dowód osobisty. Paradoks? Śmieszne. Wracając piechotą z Urzędu postanowiłam wysłać smsy do osób, którym ufam, ze mi źle, tak po prostu. Nie zawiodłam się, wszyscy odpisali. To było takie budujące, że popłakałam na leśnej ścieżce.

Jest wiele różnych imion, Kaś, Marków, Zoś i Krzyśków jest mnóstwo, a ksywkę każdy ma jedyną, niepowtarzalną. Pozwolę sobie zatem podziękować moim Przyjaciołom imiennie:

1.    Dziękuję przede wszystkim Ali, która namówiła mnie do blogowania i zawsze służy dobrym, pocieszającym  słowem.

2.    Dziękuję Bożence, która jak mało kto o depresji wie najlepiej i jest dla mnie jak matka.

3.    Dziękuję Ani, która będąc blisko naszych problemów nie zniechęca się do rozmów ze mną, jest cierpliwa i pomocna.

4.    Dziękuję Edytce, która mimo zapracowania i dzielących nas kilometrów jednak o mnie pamięta.

5.    Dziękuję Wioli, która mimo niezrozumiałości wielu moich problemów zawsze potrafi być strażnikiem dobrego słowa.

6.    A ostatnie, najważniejsze podziękowania niech lecą do mojego Brata. Diabeł z niego jest i robi czasem głupstwa, ale na nikogo tak nie mogę liczyć jak na niego. Kocham Cię Braciszku!

Dzisiejszy dzień zapowiada się bardziej pozytywnie ponieważ wybieram się na rozładowanie negatywnych doznań. Zostawiam za sobą cały bałagan i idę do ludzi. I niech cholera weźmie te wszystkie kłopoty – dziś ja jestem najważniejsza!

 

 

Tagi: przyjaźń
08:14, sokramka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2012

Podobno depresanci najgorzej czują się rankiem, im bliżej wieczora tym lepiej. Tak właśnie mam dzisiaj, choć wierzę, że to przejściowe. 

Motorem do zapędzania się w giga dół jest oczywiście brak pracy, a co za tym idzie: pusty portfel. To pierwszy i najważniejszy punkt dzisiejszych smętów. Jeśli nic nie znajdę w ciągu najbliższych tygodni to będzie bardzo źle. Może nawet odłączą nam licznik gazowy. 

Kolejna sprawa, która spędza mi sen z powiek to odwieczny problem z Golasem, jego zachowaniem, podejściem do wspólnego zamieszkiwania oraz bezradnością jego ojca, czyli mojego męża. Chłopak znowu został przyłapany jak szperał w naszym pokoju w szufladach i szafkach. Czego szukał? Nie wiem, bo od dłuższego czasu nie trzymam w domu żadnych pieniędzy. Jeśli chodzi o jedzenie również nie mogę sobie poradzić z tym problemem. Jeśli kupię 6 jajek to następnego dnia znikają mi 2, jeśli włożę do lodówki 8 plasterków wędliny, to następnego dnia mam 4. Wszystko muszę chować, bo wszystko może zniknąć. O „innych” winnych nie ma mowy ponieważ Uszak sam zamyka swoje rzeczy w swoim pokoju na klucz, Scareface się przecież wyprowadził, a mój Młody sam informuje mnie o zauważonych „akcjach” Golasa. Poza tym nie zapominajmy o zainstalowanej kiedyś kamerze, która nagrała chłopaka grzebiącego w cudzych rzeczach. 

Ten dziewiętnastolatek bawi się reakcjami mojego męża od bardzo dawna. Wie, że nie spotka go żadna kara i dlatego pozwala sobie na takie wyskoki. Nigdy mój mąż na niego nie krzyknął, zawsze były tylko rozmowy i prośby. Golas obiecywał poprawę… i dalej robił swoje. Nawet w przypadku interwencji kuratora po złapaniu go na kradzieży torebek i telefonów, mąż mój pozostawił wszystko do dyspozycji organów ścigania. Jego inicjatywa była znikoma. Z jednej strony usprawiedliwiam męża, bo jest człowiekiem niezwykle spokojnym, ufnym, pracowitym, łagodnym, nie lubi awantur, kłótni unika jak ognia, ale z drugiej strony mam żal do niego, że nie umie zatroszczyć się o byt własnej rodziny. Przecież działanie wspólne z policją, kuratorem, dzielnicowym, psychologiem w kierunku wyprostowania krzywizny społecznej Golasa nie jest wymierzone przeciw własnemu dziecku! Czasem trzeba zrobić coś wbrew sobie, żeby dziecko wiedziało, że kontrolujemy sytuację i zagubione w swojej niewiedzy czuło „twardą rękę” rodzica. Mój mąż sam jest zagubiony w swoim życiu i być może wybrał mnie na kierunkowskaz. Ale ja już opadam z sił i sama zaczynam się staczać, nie mając znikąd wsparcia. 

Kradzieże, podbieranie artykułów spożywczych, niechęć do własnej rodziny, unikanie jej, bycie sobie sterem, okrętem i żeglarzem – to główne przesłania Golasa. I nie jest to stwierdzone od wczoraj. Problem istniał jeszcze jak jego rodzice byli małżeństwem. Ja, jako macocha też starałam się do niego dotrzeć, były próby powrotu do szkoły, wsparcie w lekcjach, nikt tak nie biegał z nim po specjalistach jak ja. Dziś już się nie angażuję bo chłopak sam zrezygnował z jakiejkolwiek pomocy. Tylko, że problem narasta i obawiam się, że kiedyś osiągnie szczyt nie do ogarnięcia. Bierność mojego męża i ciche przyzwolenie na bunt jego syna może być tego główną przyczyną. 

Sprawa wymeldowania SS zatacza coraz szersze kręgi ponieważ Urząd w zgodzie z obowiązującymi przepisami wysłał wezwania do przypadkowych sąsiadów o potwierdzenie niezamieszkiwania tutaj pani SS. Wybrano cztery osoby. Tylko jedna pojedzie i bez problemu potwierdzi, reszta „nie chce się wtrącać”. Za to wtrącać się ma wielką ochotę siostra mojego męża, a jednocześnie bliska koleżanka SS. Ona jej broni starając się wyperswadować własnemu ojcu, a mojemu teściowi działania urzędowe. Jak na razie teść nie ma zamiaru rezygnować z powziętych już kroków meldunkowych i oby wytrzymał konsekwentnie w swoich przekonaniach. 

A na pocieszenie: odebrałam dzisiaj rano swój nowy dowód z nowym adresem zameldowania.  

Musze najpierw sprawdzić jak działają ustawienia bloga, tak więc pierwszy wpis na próbę. Obiecuję pisać na bieżąco :)

12:14, sokramka
Link Komentarze (2) »