Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 29 czerwca 2013

Dawno już nie było wpisów optymistycznych, okraszonych pogodnymi zdaniami i pozytywną energią. Dziś opiszę mój wesoły piąteczek. 

Zaczęło się wczesnym rankiem, kiedy musiałam podjechać na nowy obiekt i wyrobić sobie wejściówkę. Teraz będę codziennie wstawać o 5.00, ale za to w domu zawitam już ok 13.00. Popołudniowemu sprzątaniu zarobkowemu mówimy PA.

Potem prędziutko pojechałam do domu, musiałam przyszykować się do zakończenia roku szkolnego u Małej. W czwartek wieczorem przygotowałyśmy wcześniej ubranie i po moim przyjeździe wystarczyło tylko dziewczę ufryzować. Młody mój wygalantował się jak na wesele, ale mówię szczerze: robi chłopak wrażenie! Prawie 190 cm czystego seksapilu ;) Z obojga moich dzieci mogę być dumna, bo nic tak matki nie cieszy jak dobre wyniki w nauce. 

Na popołudniowym mopie spędziłam swój czas ostatni raz. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłam na biurku jednej z moich zaprzyjaźnionych urzędniczek bombonierkę! Podpisana była moim imieniem i trzy panie dziękowały mi za współpracę i dobre słowo. Nasmarowałam więc list "dziękczynny" i życzenia wszystkiego co najlepsze. Na piętrze spotkałam potem jeszcze inną urzędniczkę, która została po godzinach. Po krótkiej rozmowie obiecała, że "będzie o mnie pamiętać". W końcu to pośrednik pracy. Miło.

Na wieczór byłam wcześniej umówiona z Bezcielesną. Prosto z pracy pojechałam więc na spotkanie. W klubie piłyśmy butelkowego browara i zagryzałyśmy czekoladkami z bombonierki. Mieszanka wybuchowa. Siedząc na powietrzu gryzły nas komary, ale nie zepsuło to nam humorów. Na koniec naszego spotkania doszedł do nas mój brat, ponieważ spotkałyśmy się w miejscu, które znajduje się niedaleko jego miejsca zamieszkania. Sam wypił z nami jeszcze piwo, kupił kiełbasę z grilla i kontynuował plotki. 

W sumie to już dawno nie czułam się tak zrelaksowana i wyluzowana. Lubię spotykać się z ludźmi, którzy są dla mnie partnerami do rozmowy i traktują na równi ze sobą. Nie znoszę ludzi agresywnych, toksycznych, żałosnych w swoim postępowaniu, takich, którzy stoją wyżej lub niżej niż mój stan emocjonalny. To trudne do zdefiniowania, ale jestem kobietą cholernie wrażliwą i kontakt z toksyczną ciamajdą powoduje, że sama zaczynam spadać w otchłań przygnębienia. Natomiast spotkania z ludźmi nad wyraz silnymi, agresorami, którzy lepiej wiedzą ode mnie co jest mi potrzebne, powoduje, że odsuwam się od nich i nie chcę spotykać.

Było bardzo przyjemnie, siedzieliśmy prawie do północy, choć Bezcielesna zmyła się troszkę wcześniej. W związku z tym Brat zaproponował mi u siebie nocleg. W końcu to mój dom rodzinny, no i gdzie się miałam włóczyć autobusami nocnymi... Zgodziłam się. Po informacji do męża, że nie wracam na noc, udałam się do mieszkania mojego Brata. Spało mi się cudownie, a wczesnym rankiem przywitało mnie słońce i 8 stopni ciepła za oknem. 

Więcej poproszę...

środa, 26 czerwca 2013

Zaszalałam. Wydałam dziś ponad stówkę w salonie urody na dwójkę moich osobistych dzieci. Przyszedł zwrot podatku mojego męża i mogłam wydać trochę ponad stan. Mała już od jakiegoś czasu rozmawiała ze mną o posiadaniu kolczyków. Jako że nie jestem matką, która przyozdabia swoje dziecko zaraz prawie po urodzeniu i uważam, że decyzję o upiększeniu swojej twarzy powinno dziecko podjąć samo, poczekałam aż do dziś. Córka ma siedem i pół roku, rozmowy na temat kolczyków były już prowadzone od zeszłego lata. Wtedy jeszcze nie chciała, a od kilku tygodni prosiła mnie o rozwiązanie tej sprawy.

Umówiłam się więc w salonie u kosmetyczki. Mała wybrała sobie kolczyki, które nosić musi teraz co najmniej miesiąc. Przyznam szczerze, że gdy patrzyłam jak kosmetyczka przekłuwa córce końcówki uszu, zobaczyłam w oczach Małej łzy, które natychmiast wstrzymała i uśmiechnęła się z goryczką. Chciała być "dzielna". Teraz już nawet nie pamięta tej chwili i ogląda się w każdym napotkanym lustrze ;) 

Żeby opowieść była kompletna muszę wspomnieć o decyzji Młodego. Wszak w salonie byłam z dziećmi. Syn mój postanowił ściąć swoje długie na prawie 30 cm włosy. Przechodzi jakąś zmianę swojego image, widać to po zachowaniu, sposobie ubierania, w końcu we wrześniu skończy 17 lat. I otóż mój syn postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i oddać swoje obcięte pukle na perukę dla kobiet po chemii. Wielce zaszczytny cel, tym bardziej, że włosy mojego Młodego to rudy kolor, który każda kobieta lubująca się w kolorowych włosach chciałaby mieć. Zazdroszczę mu ich ;) To ma akurat po tatusiu.

Ponieważ w każdym polskim mieście różne salony fryzjerskie mają podpisaną umowę z fundacją zajmującą się tymi sprawami, w moim Wielkim Mieście bez problemu znalazłam odpowiedni salon. Prowadza tam i fryzjerstwo i kosmetykę, tym oto sposobem upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu. 

Kiedy byłam z córką na zakładaniu kolczyków, mój syn poszedł na fotel fryzjerski. Zabrał ze sobą oświadczenie o dobrowolnym oddaniu własnego włosa. Nam, dziewczynom zeszło się bardzo szybko i wyszłyśmy akurat w chwili, kiedy Młodemu fryzjerka goliła już tył głowy. Potem przeżywałam już tylko wahania nastrojów...

Po pierwsze: doznałam szoku jak bardzo ścięcie długich włosów może zmienić wygląd człowieka. Od dziś nie mam już chłoptasia w domu, mam w domu mężczyznę. Ale po drugie: dowiedziałam się, że pani fryzjerka nie wiedziała, że strzyże włosy na perukę i w ogóle nie dokonała procedury jaka ma być zachowana w tym przypadku :( Ruda peruka przepadła. Okazało się też, że syn mój nie przypomniał pani po co tu tak naprawdę przyszedł i do tego pani rejestratorka również nie poinformowała w jakim celu Młody ścina tak długie włosy.

Jako odpowiedź pocieszającą (bo to ja się najbardziej zmartwiłam, że idea nie zostanie zrealizowana) usłyszałam od mojego syna słowa: "mama, nie martw się, zacznę znowu zapuszczać i będzie na nową perukę". Mój syn to jednak prawdziwy wolontariusz ;)  

Zrobiłam dzieciom zdjęcia na pamiątkę i wróciliśmy do szarości dnia. 

Tagi: córka syn
13:18, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miewam ich bardzo dużo, od zawsze. Odkąd pamiętam opisywałam je w pamiętnikach pisanych ręcznie, teraz naszła mnie refleksja z nimi związana, miewam też deja vu. 

Nie wierze w sny, ich proroctwa, dla mnie jest to przetworzona myśl człowieka, słowa jakie wypowiadał w ciągu dnia, myśli krążące wokół jakiegoś tematu, jakieś skrywane pragnienia, wymieszane w umyśle jak w wielkim kotle do bigosu. Nie wierzę też w deja vu jako coś, co już się wydarzyło - a ja dziwnym trafem przeżywam to jeszcze raz. Samo zjawisko opisywane jest przez mądrych jako "złudzenie pamięciowe". Kiedyś będąc starszą nastolatką próbowałam o tych zjawiskach czytać u Freuda i Junga, ale wtedy szybko mnie ten temat znużył. 

Kto oglądał Incepcję z Leonado di Caprio, ten wie, jak może wyglądać wyimaginowany świat snu. Co umysł ludzki może stworzyć w swojej głowie. Ja właśnie miewam takie sny: kolorowe, pełne szczegółów, a treść czasem bywa i dla mnie niezrozumiała. Przemieszczanie się w różne miejsca w trybie natychmiastowym (teleportacje) widok we śnie z mojej perspektywy, czasem "wychodzę" z siebie i oglądam swoje zachowania. Różne też bywają moje sny pod względem sensu. Zdarzył mi się kiedyś sen, w którym siedziałam z koleżankami na ławce w parku, piłyśmy piwo i nagle... odpadła mi głowa, potoczyła się za ławkę, a ja wciąż widziałam wirujący świat, zieleń drzew i zdziwienie moich koleżanek. 

Miewam też sny w snach. To znaczy: śnię, że śnię. Potem się budzę i opowiadam komuś (najczęściej mojej Mamie) co mi się śniło, a potem budzę się już naprawdę. 

Po śmierci mojej Mamy nie było nocy, żeby mi się nie przyśniła. W realnym świecie zdarzały mi się wyjątkowo przypadki "zobaczenia" Mamy na podwórku, na ławce, w tłumie ludzi na przystanku, takie chore zwidy, ale bardzo realne i wcale nie wywołujące u mnie strachu. Na samym początku po Jej śmierci śniła mi się w okropnym stanie (Mama została skremowana, takie było Jej życzenie). We śnie Mama przychodziła do mnie z kikutami rąk i nóg, gdzie zamiast dłoni i stóp miała przekrwione bandaże. Śmiała się, że uciekła im z pieca, że ich wykołowała. Zawsze się uśmiechała, zawsze witała mnie z głową pełną pomysłów. 

Potem te sny "znormalniały". Mama już miała kompletne ciało, była zawsze ładnie ubrana i cały czas pogodna. Nigdy nie miała do mnie żadnych pretensji, a ja tak strasznie chciałam się do niej przytulić i nigdy nie mogłam. Mama... znikała. 

Parę tygodni temu (kiedy Gnida chciała znowu zagarnąć moje ja) Mama znowu mi się przyśniła. Długo rozmawiałyśmy, a potem Ona stała się tak bardzo realna, że aż nie mogłam wytrzymać, żeby Ją zapytać: "Mamo, ty żyjesz?", na co Mama odpowiedziała mi bardzo wyraźnie: "nie córeczko, ja umarłam, tylko ty mnie widzisz". Od tamtej pory Mama nie pojawia się w moich snach. 

Minął dopiero krótki czas od tamtego snu, a nie zdarzało mi się, żebym nie miała snu z Mamą dłużej niż tydzień od poprzedniego. Moja refleksja krąży wokół myśli, że może mój umysł, po pięciu latach zmagania się z utratą bliskiej osoby, wreszcie dał sobie spokój. Mój mózg, na własne życzenie wysłał mi sygnał, żebym wreszcie nie myślała o Mamie jak o żywej osobie, żebym w końcu ją pochowała w myślach. Jeśli nie przyśni mi się moja Mama w ciągu najbliższych tygodni, potwierdzi to moja teorię. 

Cholera, ale mam zrytą banię.

Tagi: mama sny
21:24, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 czerwca 2013

Na aktualnym mopie zostaję tylko do końca miesiąca. Nie, nie wiąże się to ze zmianą pracy na lekką i wysoce dochodową ;) Zostaję przeniesiona na inny obiekt, no i godziny się zmienią, co znacząco wpłynie na lepsze ogarnięcie przeze mnie mojej domowej dżungli. Będę zaczynać od 7.00 rano i kończyć około południa. Dodać muszę też, że i kasa będzie odrobinę większa. 

Traktuję to jako kolejny krok w walce z Gnidą i kolejny krok ku lepszemu życiu. Mam jakąś dziwna nadzieję, że w końcu stanę na wyprostowanych nogach i powiem sobie: "udało mi się dzięki pracy własnej i cierpliwości". 

W sytuacjach kiedy myślę o pieniądzach i swoim statusie zawodowym, najbardziej szkoda mi moich dzieci. Mała już rozmawia z rówieśnikami o wyjazdach wakacyjnych, ale my niestety kolejny rok zostajemy w domu. Młody na swój obóz harcerski znowu musiał odłożyć alimenty z dwóch miesięcy. Kiedyś byłam w stanie opłacić mu je z własnych dochodów i jeszcze coś do kieszeni dorzuciłam. Cóż, takie czasy nastały.

Muszę teraz zrobić sobie zdjęcie do identyfikatora i od pierwszego lipca czas zacząć nowe mopowanie. 

Tagi: praca
07:28, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 czerwca 2013

Kiedy jesteśmy niezadowoleni z pracy urzędników, zazwyczaj korzystamy z możliwości wniesienia na niego skargi. Albo psioczymy pod nosem, że baba lub facet za biurkiem piją kawki/herbatki, a nami czyli petentami nie potrafią się zająć.

Od zeszłego roku zajmuję się sprawą skarbową mojego teścia. O jej powstaniu może kiedyś będzie osobny wpis, bo trochę jest w tym mojego udziału, ale jeszcze górę bierze wstyd. Otóż chodzi o zapłatę pewnego podatku, którego teść mój nie był w stanie uiścić. Urząd Skarbowy swoim komornikiem zajął teściowską emeryturę i ojciec ma przez to pomniejszony dochód. Od momentu zajęcia się tą sprawą (to jakoś tak już drugi rok mija) kiedy teść ustanowił mnie swoim pełnomocnikiem we wszystkich skarbowych sprawach, problem pomału zaczyna znikać. Tzn. dziś rozmawiałam przez telefon z panią urzędniczką skarbówki, kompetentną w danym temacie i uzyskałam kilka pocieszających informacji.

Po zakończeniu rozmowy przeanalizowałam sobie dotychczasową współpracę z tą panią i uświadomiłam sobie, że ona jedna miała dla mnie zawsze czas, potrafiła oddzwonić kiedy ją o to prosiłam, nigdy nie było żalów wylewanych przez słuchawkę, na spotkaniach osobistych zdarzało jej się prawie palcem pokazywać co mamy wypełnić (wiąże się to z ogromną cierpliwością) no i zawsze była miła, uśmiechnięta i życzliwa.

Cóż więc zrobiłam po chwili zastanowienia? Napisałam POCHWAŁĘ. Pismo z komputera wydrukowałam, osobiście podpisałam i dziś wyślę poleconym. Zatytułowałam i zaadresowałam do samego naczelnika, że jestem zadowolona ze współpracy z tym urzędnikiem i że ta pani zasługuje na wyróżnienie i pochwałę. Oczywiście wyjaśniłam na czym polegał mój kontakt „petenta” i tej pani oraz co się dzięki jej pracy rozwiązało.

Tak łatwo przychodzi nam oczernianie i szydzenie z innych, a tak trudno napisać dobre słowo o drugiej osobie (bezinteresownie). Myślę, że jeśli nawet ta pani nie dostanie jakiegoś awansu (to zwykły inspektor) to na pewno naczelnik zapamięta, że był ktoś kto docenił jej zaangażowanie w pracę.

Kurczę, fajnie jest sprawiać ludziom przyjemność ;)

Tagi: pochwała
12:51, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 czerwca 2013

I do tego zaocznym i starym ;) Dobra, czas na relację z sesji, która na szczęście już poza mną.

W piątek profesora - siekierę pokonałam na 4, w sobotę następny z mało sympatycznych wykładowców dał nam 4 pojęcia do opisania, na które było nie dość wiele czasu, ale z drugiej strony: wiesz - piszesz, nie wiesz - nic nie wymyślisz. Byli owszem tacy, którzy po przeczytaniu poleceń oddawali za chwilę puste kartki i wychodzili z egzaminu. Na wyniki mieliśmy zaczekać do wczoraj. Ach ta niepewność... ale zdałam!

Niedziela była mniej stresująca, poranny egzamin poszedł gładko - 5. Następne zaliczenie to formalność; parę tygodni wstecz wygłoszony z koleżankami referat pozwolił na bardzo dobry wpis w indeksie. Ćwiczenia też zaliczone, ech mam II semestr z głowy.

Jednak angielski pozostawił niechlubną plamę w moich wynikach, otóż lektorka wstawiła mi 2. Będę mieć poprawkę we wrześniu. Zbytnio się tym nie przejęłam, bo to język, zawsze coś w głowie zostanie. Poza tym postawiła bardzo wysoki poziom: trzeba było mieć 60% zaliczonego testu, żeby w ogóle przejść semestr. Potem lektorka decydowała jaką ocenę wystawi. Oprócz mnie oblała jeszcze dwie inne osoby. Bardzo, bardzo ambitny nauczyciel.

Na koniec komentarz do jednego z egzaminów, który odbył się w sobotę. Profesor lat ok 70 z hakiem, postanowił najpierw zorganizować nam egzamin. Potem mu się odwidziało i powiedział, że zaliczy na ocenę wygłoszone referaty, ale w grupach nie więcej niż 2 osoby. Następnie okazało się, że nie wszyscy zdążą te swoje prace wygłosić. Wreszcie zobaczyliśmy, że profesor nie radzi sobie logistycznie z całym tym bałaganem, wciąż miał pretensje do naszej starościny, że go nie pilnuje (!) i finalnie wszyscy mieliśmy donieść mu prace wytworzone w dowolnej ilości grup.

Wynikiem profesorskiego braku organizacji większość tłuków i debili (inne słowa nie mieszczą mi się w czaszce) podopisywała się RĘCZNIE na wydrukowanych referatach u kolegów i koleżanek. Z drugiej strony to frajerstwo pozwoliło na taki proceder, co dało wyraz nie zaliczeniu przez wykładowcę tych prac. Jacy ludzie byli zdziwieni...

Czasem zastanawiam się po co młodzi ludzie ciągną na studia zaoczne, kiedy ich ambicjami nie jest włożenie jakiejkolwiek wiedzy,tylko odfajkowanie zaliczeń nie chodząc nawet na zajęcia i odebranie na koniec papierka? Z drugiej znów strony - poziom nauczania niektórych wykładowców rodzi wiele do życzenia. Często profesorowie/doktorzy traktują masę studencką jak papkę bezmózgowej młodzieży, którą należy zmieszać z błotem.

Nie jest prestiżowa ta moja uczelnia, ale była najtańsza i wydaje mi się, że chodzę tam, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, już nie mówię tu o samej nauce, bo po roku studiów widzę jak system leży. Niektórzy z młodych ludzi, podkreślam: młodych, wydają się być niebieskimi ptakami na tej uczelni - na wykłady nie chodzą, potem na egzaminach zastanawiamy się: kto to taki? Im się wydaje, że wszystko ściągną, zaliczą dzięki komuś, jakoś się uda. Poraża mnie to młode pokolenie, bo sama mam siedemnastoletniego syna, który zaraz wejdzie na wyższy poziom edukacji.    

 

Tagi: studia
13:59, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Będzie o kotach. Ci którzy znają mnie z FB już zapewne wiedzą, że nie ma z nami Tygryska, tego buraska, który tak lansował się z Pumą na zdjęciach. W sobotę potrącił go samochód, prawdopodobnie śmierć na miejscu, bo gdy zabieraliśmy go wieczorem z ulicy układ ciała na to wskazywał.

Oczywiście płakaliśmy po nim jak bobry. Ja i mąż najbardziej. Małej trochę było smutno, nie widziała zdechłego zwierzaka więc może nie przeżyła tego tak jak my. Zakopaliśmy go na naszym podwórku. Niech mu ziemia lekką...

To są właśnie realne zagrożenia kotów wychodzących. Liczyliśmy się z tym, tym bardziej, że Tygrys był łazęgą i wcale mu nie przeszkadzało, że jest wykastrowany - jak zdrowy, rasowy kocur toczył walki, polował na ptaszki, przynosił myszki. Pił wodę z kranu bo ta z miseczki była niedobra i jak Szanowny wracał pracy, zawsze musiał mu najpierw wskoczyć na kolana i poprosić o pieszczoty. We wrześniu Tygrys skończyłby 3 lata.

Puma chyba coś wyczuwa. Siedzi od soboty na murku podwórkowym i wypatruje swojego kompana. On zawsze wracał w nocy z polowania i lizał ją po głowie. Spali razem, byli jak nierozłączna para. Szkoda. Zwierzę to też członek rodziny.

Wspólnie jednak doszliśmy z mężem do wniosku, że możemy dać dom innemu kocurkowi. Po pierwsze, żeby Puma nie była sama, a po drugie, bo cała nasza rodzina to kociarskie nasienie :) Na początku chcieliśmy jeszcze tego samego dnia -  w sobotę wziąć kocura 10 tygodniowego od sąsiadki. Miała ich wiele bo przybłąkała się jej kotna panienka. Ale kocury nie dały się złapać - poza tym od urodzenia chowane były na podwórku, były dzikie, nieoswojone w ogóle z człowiekiem i zachodziło podejrzenie, że maja świerzbiaka, albo inne paskudztwo (sąsiadka taka nie teges trochę). Odsapnęliśmy dzień i w niedzielę wieczorem pojechaliśmy do młodego małżeństwa, którym właśnie kotka 8 kwietnia wydała na świat 6 maluchów. Znaleźliśmy ich w internecie. Tak nam się tam spodobało, że zabraliśmy parkę; mamy więc teraz trzy koty: Puma, jako gospodyni i najważniejsza królowa oraz Urwis i Aszka. dziś już je odrobaczyłam, a za tydzień pierwsze szczepienia. Kotki są zdrowe, zadbane, nic im nie dolega, a i u nas będzie im dobrze. 

Martwimy się tylko zachowaniem Pumy - niewiele je, nie ma ochoty przychodzić do domu - to zrozumiałe - państwo coś nowego, ruszającego się, sprowadziło do jej domu. A gdzie Tygrys? Wróci czy nie wróci? Tak wygląda nasza kotka. Wnioskujemy po jej zachowaniu. Nie atakuje małych, jest obserwatorką, myślimy, że z czasem na pewno się zaprzyjaźnią. 

Zdjęcia będą wkrótce. A w następnych wpisach o weekendowej sesji i zmianie miejsca mopowania. 

Tagi: koty
10:13, sokramka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 czerwca 2013

Sesja. Wrrrrrrrrr… W zeszłym semestrze miałam dość fajnie rozłożone egzaminy w różnych terminach. Teraz mam maraton. Zaczynam dziś o 16.00 jednym – ustnym. Już mnie brzuch boli na samą myśl – czasami sobie myślę, że zachowuję się jak uczeń szkoły średniej. A tym bardziej, że profesor, u którego będę dziś zdawać to prawdziwa siekiera.

Na mopa będę więc musiała się spóźnić.

Jutro od 8.00 zaczynam pisemnie, potem angielski, który słabo mi poszedł ostatnio i już przestałam liczyć na stypendium naukowe w przyszłym roku – średnia chyba przez to spadnie. A na koniec jeszcze jeden przedmiot i o 18.30 można iść do domu.

Niedziela przywita mnie testem z samego rana, następnie kwestia zadania paru pytań z kolejnego przedmiotu, i trzy ostatnie godziny to zaliczenia ustne i test. W sumie mam przed sobą 8 zaliczeń. Umrę chyba psychicznie, a jeśli nie, to się w poniedziałek upiję do nieprzytomności. Chociaż zbytnio nie mogę, bo we wtorek muszę być trzeźwa – jadę z moją Małą i jej klasą na wycieczkę, pani wychowawczyni mnie namówiła do pojechania jako drugie wsparcie. Jedzie jeszcze moja koleżanka – mama takiego chłopca. Poza tym moja córka zbytnio nie chciała się zabrać na tę wycieczkę i wychowawczyni stwierdziła, że trochę taki dzikusek z niej rośnie. Moja osoba miała Małą zdopingować do integracji.

Znikam więc na cały weekend. Jak przeżyję po sesji to oczywiście streszczę przygód kilka.

O mamo, jak ja się denerwuję – brzuch mam już wywrócony na lewą stronę…

Tagi: studia
08:59, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 czerwca 2013

Wczoraj długo siedzieliśmy z mężem i gadaliśmy. Temat rozpoczął się od mojej opowieści spotkania na ulicy koleżanki z roku, która dała mi namiary na hotel w naszym mieście. W hotelowej pralni podobno szukają do pracy. „Lepiej sprzątać za 1.600 niż za 600, prawda?” – zapytała koleżanka. Potem opowiedziałam Szanownemu, że koleżanka jest 10 lat ode mnie młodsza i pracuje… na kasie w Biedronce. Rozmawiając z koleżanką dowiedziałam się, że ów pracodawca chyba jako jedyny płaci dosyć dobre pieniądze pracownikom samego sklepu. Z tym, że koleżanka ma już uraz kręgosłupa od dźwigania i ciągania palet i nie widzi siebie dalej w tym charakterze.

Mąż zaczął również snuć opowieści ze swojej branży – samochodowej. Jest bowiem mechanikiem w prywatnym warsztacie. Jakiś czas temu ich szef poszukiwał do kompletu pracowników jednej osoby – wypuścił ogłoszenia, gdzie jasno i klarownie określił „parametry” przyszłego kandydata. Okazało się, że na zamieszczone ogłoszenie dzwonili i przychodzili w prawie 100% mężczyźni po studiach. Inżynierowie – po kierunkach technicznych, mechanicznych, którzy nie chcieli sobie rączek pobrudzić smarem i olejem, tylko tacy, którzy pragnęli być menadżerami, kierownikami zmiany itepe. Mąż mówił mi, że ich szef długo czekał na odpowiednią osobę. Już zaczął kląć na politykę pracy w kraju – bo niby takie bezrobocie, ludzie głodują, a on nie może odpowiedniego człowieka do pracy znaleźć. On zarejestruje, on zapłaci tylko sami bumelanci wokół. Szanowny przytoczył mi również opinię jego szefa na temat polskiego wykształcenia: znaniem starszego pana, nie dyplom się liczy, nie papier, a to, co sobą reprezentujesz, co umiesz zrobić, jak długo ćwiczyłeś praktykę, a nie jak wiele włożyłeś pustej teorii do głowy. Narzekał też, że Polska płodzi absolwentów idiotycznych studiów, którzy po licencjacie mają niesamowicie wielkie wymagania. „Skończyłem takie i takie studia, chcę teraz 5 tysięcy do ręki, natychmiast!”. To takie pokolenie Y, o którym się ostatnio dość często wspomina, na różnego rodzajach forach lub w różnego rodzajach artykułach. Nie pójdzie taki do pracy za 1.500 zł (nawet na rok, nawet na staż) bo on „nie po to się uczył”.

I cóż z tego, że starszy szef mojego męża ma tak logiczne podejście do sprawy, kiedy nie mógł długo znaleźć odpowiedniego człowieka na właściwe miejsce. Aż w końcu od zeszłego tygodnia jest ktoś. Wiekowo podchodzi do rocznika mojego męża (’64), zawodowo: podobno 20 lat pracował PRZY samochodach, czyli mechanik z prawdziwego zdarzenia. Jeśli nie będzie pijakiem, to szef zgodzi się go zostawić na dłużej.

Kim dziś trzeba być, żeby z pełną świadomością powiedzieć – mnie nic nie grozi, ja sobie zawsze pracę znajdę. Nauczycielem? Podobno zwalniają ich i obcinają godziny. Pielęgniarką? Tu już też jest wymóg wyższych studiów pielęgniarskich, na których podobno niczego dobrego nie uczą. Przykład? Z najbliższej rodziny -  siostra męża jest pielęgniarką z ponad trzydziestoletnim stażem pracy zawodowej. Na jej oddział przychodzą nowe kandydatki – dwudziestokilkuletnie blondynki po studiach pielęgniarskich. Podobno nawet nie potrafią założyć wenflonu (fachowo zwanego kaniulą dożylną) nie potrafią zająć się starym, chorym pacjentem, a na wieść o tym, że mają wymienić basen lub posprzątać – obruszają się strasznie mówiąc, że one się uczyły być pielęgniarką, a nie salową.

Wbrew obiegowej opinii, że dziecko po szkole podstawowej trzeba posłać do liceum, bardzo się z moim Młodym cieszymy, że on akurat jest w Technikum. Już w trzeciej klasie będzie miał płatne praktyki, już wtedy nabierze doświadczenia, które śmiało będzie mógł sobie wpisać do papierów. A na studia, jak będzie chciał, zawsze zdąży pójść. Musi się tylko uniezależnić finansowo ode mnie.   

10:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 czerwca 2013

No i znowu wyjdzie, że jestem malkontentem, bo będę narzekać ;) ale co mi tam – od tego mam blog, żeby sobie poużywać. Może kiedyś nastąpią wpisy o tematyce rozwojowej bądź śmiesznej, ale dziś pokrytykuję sobie.

Szanowny wziął w piątek wypłatę. Ponieważ buty swoje miał już w tak tragicznym stanie, a ja akurat miałam weekend wolny od szkoły, postanowiliśmy wybrać się w sobotę „na miasto” w celu dokonania zakupu okryć wierzchnich stóp. Nie robimy tego często, zwyczajnie nas na to aktualnie nie stać. No i sklepy, które wybieramy nie należą do markowych, tylko raczej do przedziału nisko-cenowo-półkowych.

Pojechaliśmy we trójkę – Mała i my. Kiedy Szanowny mąż mój zaczął wnikliwie doszukiwać się swojego numeru wśród obuwia, a Mała dzielnie mu pomagała, ja postanowiłam rozejrzeć się trochę po sklepie i… pomarzyć. Butów ci u nas dostatek, ale żeby kupić sobie porządne i w miarę ładne (o gustach się nie dyskutuje) trzeba niestety poświęcić trochę kasy no i wybrać inny rodzaj sklepu. Doświadczyłam tego nie raz mając kiedyś dość sporo pieniędzy na to, żeby nie żałować kilku setek na but, który przetrwa ze mną co najmniej trzy sezony. Natomiast but kupiony w pospolitym sklepie za mniej niż 100 zł wytrzymywał zazwyczaj kilka miesięcy.

Kiedy więc skończyła mi się ochota na zwiedzanie półek zaczęłam obserwować ludzi. No takie zboczenie – lubię obserwować ludzi, ich zachowania, reakcje. Zauważyłam w tym sklepie jakąś dziwną kulturę kupowania obuwia, albo inaczej – jej brak. Nie wiem ile osób myśli podobnie jak ja – ale szczerze mówiąc mało mnie to obchodzi, jednak mierząc buty, a tym bardziej letnie; sandały, klapki, zawsze szukam, bądź pytam o takie cienkie, jednorazowe skarpetki. Wyobraźnię mam ogromną i jakoś nie może mi przejść przez umysł, że jeden but mogły mieć na gołej nodze setki bab. Nie twierdzę, że każda musi mieć grzybicę, ale założyć taką skarpetę nakazuje kultura. To tak jakby mi ktoś chciał sprzedać majtki, czy biustonosz zakładane i mierzone do tej pory przez pewną ilość kobiet. Fuj.

Nie wiem dlaczego, ale taki ohydny zwyczaj przymiarek zdarza się nagminnie. Podczas tego czasu spędzonego z moją rodziną w sklepie, zdążyłam naliczyć sześć kobiet zakładających buty na bose stopy. Tylko jedna (i do tego starsza) pani wyciągnęła z pudełeczka jednorazowe skarpety.

Miałam ochotę wziąć z półki takie pudełeczko i zwyczajnie „poczęstować” jedną z klientek sklepu, ale mi się odechciało. Po pierwsze – zniknęła gdzieś moja odwaga życiowa, wolę jeszcze być anonimowa i schowana za tzw. filarem. I tu mała dygresja – znając swoje aktualne reakcje i zachowania, wiem, że chyba bym nie zareagowała gdyby kogoś okradali na ulicy. Gnida potrafi zniszczyć w organizmie człowieka wszelkie odruchy ludzkie. A po drugie – bałam się reakcji kobiety kupującej. Coś mnie jednak gniotło w środku, że jak tak można? I ulżyłam sobie przy płaceniu za buty męża. Zwyczajną, sympatyczną rozmową z kasjerką doszłam do wniosku, że te baby to po prostu buraczanki ze wsi (nie obrażając wsi ;)). Pani sprzedająca potwierdziła moją reakcję na mierzenie buta na gołą stopę. Powiedziała, że kiedyś próbowały zwracać klientkom na to uwagę, ale dużo kobiet podobno obrażało się na to i wręcz pytały: a po co to zakładać?

Wspólnie jednak doszłyśmy do wniosku, że dyplomatycznym wyjściem byłoby zawieszenie kartek nad półkami z butami o treści: „przed przymierzeniem buta uprzejmie prosimy o założenie jednorazowej skarpetki, dostępne w pudełkach na każdej półce”. I słowo „uprzejmie” i słowo „prosimy” nikogo by nie uraziło, a może te głupie baby zastanowiłyby się ile potu z ilu stóp przelewa się przez te buty.

Ale nie tylko to mnie poraziło w tym jednym sklepie (pisałam, że będzie dużo narzekania ;)) otóż równie sympatyczna rodzinka: mama, tata i kilkuletnia córka, dokonywali przymiarek butów. Obiektem zainteresowanym była dziewczynka. Tak na oko w wieku mojej Małej. Posadzona została na środkowej (z trzech) pufie do mierzenia, na lewej pufie mamusia położyła swoją torebkę i sweterek, a na prawej tatuś ułożył trzy pudełka z butami, które dziewczynka zaraz miała mierzyć. No a inny człowiek już miejsca dla siebie nie miał. Paranoja. Do tego poraziło mnie zachowanie tych rodziców, którzy wręcz skakali nad dziewczynką donosząc co i raz nowe modele butów, zakładając jej i zdejmując, wręcz decydując, które będą najlepsze. Dziecko nie było niepełnosprawne, potrafiło wstać, przejść się, na pewno potrafiło też samo założyć i zdjąć buty i na pewno potrafiło też zadecydować, który model będzie najlepszy.

Ludzie chowają kaleki życiowe, tak: „chowają” nie „wychowują”. Już kiedyś wspominałam o noszeniu za pierwszoklasistów plecaków, o zakładaniu im kapci, o nadmiernym wyręczaniu, o przerażeniu w oczach innych kiedy mówię, że moja córka (7,5) potrafi odkurzyć całe mieszkanie, załadować zmywarkę i mieszać w garnku z zupą. Nie uważam się za idealną matkę, ale jedno z czego jestem dumna to to, że moje dzieci są samodzielne i oczytane. Może to nie są zalety na dzisiejsze czasy, ale przynajmniej ja mam czyste sumienie, że nie mają postaw roszczeniowych.  

 

Tagi: ludzie sklepy
09:38, sokramka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2