Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 28 lipca 2013

Moja córka dostała zaproszenie na urodziny do swojej koleżanki z klasy. Impreza odbyła się wczoraj. Pogoda z jednej strony dopisała, bo deszcz nam nie dokuczał, ale za to dokuczały nam saharyjskie upały. Dobrze, że koleżanka zorganizowała party w podmiejskim lesie, na placu zabaw, w cieniu sosenek i w otoczeniu hamaków do użytku publicznego.

Koleżanka mojej córki zaprosiła „najwierniejszych” przyjaciół, ale i tak było dziesięcioro dzieci w sumie. Rodziców, którzy przyjechali razem ze swoimi pociechami było tylko troje (łącznie ze mną) no i mama i tata solenizantki. Do jedzenia dzieciaki dostały same „najzdrowsze”, ale i najlepsze rzeczy: chipsy, żelki, chrupki, cukierki, paluszki, do picia była woda, soki różnej maści (dobrze, że nie było coli ;)) No i tort. Miał być lodowy, ale mama-organizatorka powiedziała, że w żadnej cukierni nie spotkała lodowego tortu. W sumie się nie dziwię, przy takim upale…

Po poczęstunku, po zabawie w hamakach i na karuzelach/huśtawkach, dzieci zostały zaproszone na pobliski basen. Moja Mała naszykowała sobie w domu kółko wspomagające (bo jeszcze pływać sama nie potrafi) i aż piszczała z radości na samą myśl o pluskaniu. Na placu zabaw zostałam tylko ja i mama-organizatorka. Należę do typu ludzi, którzy na sam widok basenu i sam zapach wody chlorowanej dostają gęsiej skórki. No i nie umiem pływać. Koleżanka jest również świeżo upieczoną mamą drugi raz, tak więc została ze mną przy wózku i na cycu. Pilnowałyśmy też żarcia na stolikach ;)

Czas spędzony z mamą-organizatorką upłynął mi niezwykle miło. To są właśnie te chwile, które nabijają mi bateryjki. Spotykanie się z ludźmi, którzy są „normalni”, nie kadzą, nie doradzają, nie krytykują, nie użalają się nad swoim życiem jest dla mnie jak miód na serce. Poza tym (wspominam to w prawie każdym wpisie) – to, o czym ma się do porozmawiania z drugą osobą jest połową sukcesu. Mama-organizatorka jest w moim wieku i o podobnych zainteresowaniach, czas z nią spędzony przeleciał mi „pędzikiem”.

Córka z basenu wróciła rozanielona. Imprezę zaczęliśmy ok. 15.00, a rozeszliśmy się po 18.00. Było kameralnie, ale też nie odczuwało się nudy. Do ludzi mi trza, do normalnych ludzi, żeby nawet dla robienia dobrej miny do złej gry, zmuszać swoją gębę do uśmiechów ;)

wtorek, 23 lipca 2013

Nie wiem co robię źle, próbowałam już wszystkiego, bo się zaparłam na te aktywne linki, CHCĘ umieć je wstawiać i wychodzi mi wielka DUPA :(

<a href="http://gazeta.pl">strona gazety</a>

<a href="http://www.gazeta.pl">strona gazety</a>

<a href="http://http://www.gazeta.pl/0,0.html">strona gazety</a>

A może do bloxa wymagana jest inna formułka? Cholera wie. No blondynka jestem i już ;)

20:27, sokramka
Link Komentarze (3) »

Uwierzyć w siebie, tak bardzo chciałabym więcej w siebie wierzyć. Że jestem mądra, ładna, inteligentna, bystra (jak woda w kibelku, wiem) no i takie tam, że się znam na wielu rzeczach. Skromność cenną cechą jest, ale w przypadku samokrytyki ja popadam w skrajną skromność, a inni potrafią przesadzać w drugą stronę.

Zmierzam do tego, że aktualnie, mimowolnie cofam się w rozwoju intelektualnym. Nie mówię, że chciałabym rozmawiać tylko o filozofii, czy najnowszych trendach w muzyce, albo o sytuacji ekonomicznej w kraju. Jednak nie mogę dostosować się do moich nowych dwóch koleżanek z  nowego mopa. I w tym jest szkopuł. Nie rozwijam się, nie czytam nic nowego, nie uczę się w tej pracy, ba; nawet zapominam, bo nie siedzę przed komputerem i nie praktykuję na żadnym programie, który znałam.

Praca idzie dość szybko, jesteśmy we trzy więc jedna zbiera śmiecie, druga ściera kurze, a trzecia odkurza, albo mopuje. Kiedy pracujemy razem to wszystko jakoś tak ładnie płynie. Potem okazuje się, że od 10.00 do 12.00 mamy czas wolny. No i wtedy się zaczyna… Schodzimy do takiej kanciapy w piwnicy, tam robimy sobie herbatę, kawę, która chce je śniadanie, ale nie ma radia, telewizji, trzeba zatem czymś tę nudę zabić. Na początku znajomości wywoływało się rozmowy na temat rodziny: czy masz męża, dzieci, koty, psy, mieszkasz w domku, bloku. Staram się nie spoufalać mocno z osobami, których dobrze nie znam, ale z drugiej strony nie będę siedziała jak trusia i gęby nie otwierała. Mówić coś trzeba. No to mówię, niewiele, ale mówię. Najgorsze dopiero przede mną, bo dziewczyny zaczynają wchodzić na sprawy czysto osobiste. Jedna nawet się chwaliła jak bolesne i krwiste ma miesiączki. OMG. Do tego słownictwo i wiadomości mnie rażą i kłują w uszy. „Nie zdanżam, noszę pieżamę, pies Pic Bul”, „anomalie pogodowe są przez to, że ludzie grzebią w kosmosie, bo satelity tam wypuszczają, a facet jest dorosły jak ma 21 lat”.

Czasem swędzi mnie język, ale nie chcę wcinać się i niepotrzebnie „wymundrzać”. Poza tym, mam tam przyjść, zrobić swoje i wyjść. Nie staram się nawet zawiązywać wielkich przyjaźni. Ale po wyjściu z roboty jestem tak przepełniona życiem innych, podłym życiem innych, bo te panie gorzej narzekają niż ja; na mężów, na dzieci, na rząd, na sąsiadki, na seriale, na aktorów, na cieciów, nie mogę tego słuchać. Do tego zaczynają mnie traktować jak odmieńca, bo nie palę, trudno jest też siedzieć i nic nie mówić, choć potrafię asertywnie odpowiedzieć, że ten temat mnie nie interesuje i nie chcę się wypowiadać.

Codziennie nachodzi mnie refleksja, że powinniśmy jednak otaczać się ludźmi, z którymi nadajemy na podobnych falach. Bo jeśli nie interesują mnie dyskoteki i muzyka tany-tany, to po prostu nie włóczę się po klubach o takim klimacie.

Mam wąskie grono znajomych, z którymi ciężko mi jest spotykać się regularnie. To osoby najczęściej zapracowane, albo z innego miasta. Kontakt smsowy, lub mailowy jest często jedynym źródłem naładowania bateryjek, kiedy chce się „usłyszeć” coś normalnego. A mnie takich impulsów brakuje. Czasem zastanawiam się co by było, gdybym jednak te „naście” lat temu wybrała liceum plastyczne i poszła w kierunku artyzmu. Znam siebie i wiem, że jestem podatna na różne zewnętrzne sugestie, choć jako już prawie czterdziestka mam trochę więcej oliwy w głowie. Kto wie, może byłabym dziś alkoholiczką, albo narkomanką? ;)

Ludzie prości zazwyczaj tak bardzo nie zastanawiają się nad swoim życiem, nie analizują swojego postępowania; tak ma być, to tak, nie to nie. A ja drążę. Po cholerę? Sama nie wiem. Czy wypada, czy nie wypada, właściwe czy nie właściwe, takie tam rozważania egzystencjalne. Wstając rano na mopa czasami gadam do siebie, czy ma sens chodzenie do tej lichej pracy, ale zaraz sobie muszę sama odpowiedzieć, że jednak ma sens, bo nie będzie z czego żyć, bo mąż dobry, ale kokosów nie zarabia, bo mam syna, córkę, bo trzeba kupić książki, buty…

Nie chcę żeby świat kręcił się wokół pieniądza, ale widać tak już musi być, że raz na wozie, raz pod wozem. Kiedyś miałam siedem lat tłustych. Odkąd mam pod górkę mija mi piąty rok, tak sobie rozważam, że za dwa lata, kiedy skończę studia, akuratnie minie siedem lat od początku „górki”. I to będzie siedem lat chudych i nadejdą już dobre czasy. Oby.

Brommbie; dziękuję za miłe słowa, to są te impulsy, które ładują moje bateryjki ;)

15:11, sokramka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 lipca 2013

Osobiście różowego koloru nie lubię, ale córka tak. Dla złapania relaksujących chwil, uszyłam dla lali różowe wdzianko. Nie twierdzę, że było łatwo, o nie, miałam trochę prucia, a przez to czas pracy wydłużył się do kilku godzin. Wizja moja, żadnego wykroju. Przypominam, że nie jestem żadną krawcową, moja Mama była. Nie mam warsztatu teoretycznego, stąd wiele prób i błędów, które szwy najpierw, a które na końcu. Ratują mnie często gotowe wykończenia: jakieś tasiemki, lamówki, dobrze, że mam w spadku takich pierdół ;) Chłop podsypiał w dzień, od wczoraj ma urlop, cisza w domu bo koleżanki Małej pojechały do rodzin, a ja z córką mogłyśmy poszaleć ;)  

Lala Róż musiała się odpowiednio ubrać: założyła okulary, stylową torebkę i poszła na huśtawkę ;)


Ponieważ mam problemy z wykończeniem takich sukienek od strony zapięcia, tutaj też musiałam improwizować. Wykorzystałam dziurki w tasiemce do przewleczenia cienkiego sznureczka. Sukienka zawiązuje się jak przedwojenny gorset ;)

 

Tagi: moje hobby
20:05, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 17 lipca 2013

Wyszperałam w necie jak tworzy się szablony blogowe. Potem ze ściągawki próbowałam edytować swój szablon. Na początek zmieniłam kolor czcionki. Fajna sprawa. Trzeba tylko znać kody do odpowiednich kolorów. Wszystko w języku HTML. Obrazki też można zmieniać, układ graficzny, no w ogóle wszystko można zmienić. Grafikiem komputerowym nie jestem, totalny laik ze mnie, ale podoba mi się to zajęcie. No i jeszcze jedno: podziwiam twórców szablonów oraz innych stron www i zazdroszczę wyuczonych umiejętności. 

17:50, sokramka
Link Komentarze (2) »

Efekt mojej pracy wygląda tak:

Kotowata torba ma w środku małą kieszonkę, na przykład na prezerwatywę ;)

No i jeszcze widok z profilu:

A teraz torba poleci sobie w Polskę, mam nadzieję, że jej właściciel będzie zadowolony ;)

I na koniec trochę kociej miłości ;)

 


 

poniedziałek, 15 lipca 2013

Moja córka ma kilka koleżanek. U nas na osiedlu domków jednorodzinnych naprawdę trudno o znajomości dziecięce. Większość to ludzie starzy, albo młodzież  w wieku mojego Młodego. Z moją córką do szkoły chodzą dwie siostry, pomiędzy którymi jest rok różnicy. Nazwijmy je Zosia i Antosia. Zosia jest starsza, rozsądniejsza, będzie teraz w czwartej klasie, Antosia to taka mała aparatka, złośnik, buntownik i prowokator. Zosia siostrze często ustępuje. Wśród znajomych mojej córki jest też rodzynek płci męskiej, będzie się nazywał Maciek. Maciek zdał teraz do trzeciej klasy, razem z Antosią siedzą w ławce. Mała ma też koleżankę, która nie chodzi z pozostałymi dziećmi do tej samej szkoły. Chodzi do szkoły, która nie jest jej rejonem, ale ponoć ma lepszą opinię pod względem poziomu edukacji. Jest w wieku Macka i Antosi. Rodzice są dojrzali. Tata ma prawie 60 lat, mama jest po 40. I to o obserwacji tej własnie dziewczynki chciałabym napisać. 


Nazwijmy ją Emilką. Widać, że Emilce niczego nie brakuje - tata pracuje zawodowo, mama siedzi w domu i zajmuje się domem. Dziewczynka nie chodzi na świetlicę, mamę ma zawsze pod ręką, ubrana jest w najlepsze, markowe ciuchy, ma modny plecak z Monster High, jest grzeczna, mówi zawsze "dzień dobry, dziękuję", tylko chwalić. 


Wchodzę z dzieckiem w taki wiek, kiedy za dużo zakazów może uczynić więcej krzywd aniżeli korzyści. Moja córka chciała w sobotę iść z koleżankami na plac zabaw położony daleko od naszych domów. Będzie jakoś dwa kilometry do przejścia. Jedna główna ulica, przejście dla pieszych i już jesteś na miejscu. Jest tam stadionik, plac do jazdy na deskorolkach, duże huśtawki, mnóstwo dzieciaków. Na początku bardzo sceptycznie odnosiłam się do tego pomysłu, ale Mała strasznie mnie prosiła. Poza tym Zosia utwierdziła mnie, że im rodzice pozwalają i dziewczynki na pewno będą na moją Małą uważać. No i Zosia ma telefon, zawsze można do niej zadzwonić. Do tego Maciek tez się wybierał, więc uznałam, że zaufam swojemu dziecku i puszczę. W końcu był środek dnia a dzieciaków było w kupie czworo. 


Kiedy w niedzielę Emilka dowiedziała się o sobotniej wyprawie swoich koleżanek (i kolegi) tez chciała iść - dzieciaki zrobiły sobie powtórkę z rozrywki. Ale niestety, mama Emilki jej nie pozwoliła. Dziewczynka smutna wróciła do domu, ale w chwili kiedy dzieciaki szykowały się do wyjścia z naszego podwórka Emilka wróciła i powiedziała, że mama jej pozwoli kiedy pójdzie jakiś dorosły. Wtedy dzieciaki zaczęły licytację. 


Maciek: "moja mama nie pójdzie bo jej nie ma w domu, a tata jest w pracy" (przypomnę - była niedziela)

Zosia: "a nasza mama śpi, bo wróciła z pracy z nocy, a tata leży na kanapie przed telewizorem"

Moja córka: "spytam mojej mamy, na pewno pójdzie"

Podsłuchiwałam rozmowę dzieciaków i rzeczywiście przyszła potem do mnie grupa szkrabów po prośbie. Gdyby nie fakt, że miałam zawaloną kuchnię garami i byłam w środku roboty - poszłabym. Niestety musiałam odmówić. Ale zaskoczył mnie Scareface; zobligował się pójść z dzieciakami jako przyzwoitka ;) Emilka ucieszona pobiegła do mamy powiadomić ją o tym fakcie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że mimo tego, że szedł dorosły opiekun, mama Emilce nie pozwoliła pójść na ten plac zabaw. 

Dziewczynka z wielkim rykiem znowu wróciła do domu. Było nam jej żal, ale najlepsze miało nadejść, bo wiadomym jest, że dzieciaki są szczere i nie owijają w bawełnę. Zaczęła Zosia: "nie chciałabym mieć takiej mamy jaką ma Emilka", Antosia: "a ja, jak przychodzę do Emilki to jej mama zawsze leży na kanapie i seriale ogląda", Maciek: "ja kiedyś słyszałem, jak mama bije Emilkę" wtrąciłam się: "eee, chyba przesadzasz, to nie może być prawda", Maciek: "prawda, prawda, bo ja mam okno ze swojego pokoju na jej podwórko i słyszałem wszystko". 

Zatkało mnie. Nie złapałam nikogo za rękę jak bije dziecko, ale ta dziewczynka rzeczywiście jest taka przygaszona i wydaje mi się, że usilnie chce na siebie zwrócić uwagę. Często wychodzi przed szereg, by potem usunąć się szybko w cień. Taki słomiany ogień. Kiedyś usłyszałam od niej, że mama z nią nie chodzi na place zabaw bo "tam się nudzi". Ta kobieta nie pracuje, mąż utrzymuje dom, je dwie, dwa samochody, a ona nie ma czasu na zajęcia z własna córką? I jeszcze to trzymanie pod kloszem. Okropność. Rozumiem, że można drżeć, martwić się o dziecko, ale przesada w tym działaniu zawsze kojarzyła mi się z zerwaną krową z łańcucha. Przywiązana do palika chodziła po polu i żuła trawę. Kiedy łańcuch się zerwał taka krowa potrafiła pójść z cug daleko na cudze pola. 


Tak może być i z takimi dziećmi trzymanymi za krótko "na uwięzi". Nie wiem jakie panują warunki rodzinne w domu Emilki, ale szkoda mi tego dzieciaka, mimo tego, że czasem jej zachowanie wzbudza wiele kontrowersji. Dziewczynka jest bardzo skrajna w emocjach i zauważyłam, ze kiedy się do niej mówi słucha oczami, tzn patrzy jak ciele na moją twarz, jakby nie wiedziała o co chodzi. 
Podobno dziewczynki łatwiej się chowa, ale to wszystko zależy od jednostki. 

Tagi: dzieci
18:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 lipca 2013

Maszyna śmiga jak igiełka. Dzięki własnej inicjatywie i zdolnościom manualnym męża. Zakupiłam potrzebne elementy, a Szanowny tylko je wymienił. Potem wymieniłam igłę na nówkę sztukę i postanowiłam trochę się zrelaksować. 

Mam do przyszycia trzy kieszonki do naszych pracowniczych fartuchów. Wdzianka są obrzydliwe do noszenia, ze sztucznego materiału, pocimy się w nich niemiłosiernie, ale co zrobić? Kieszonki są dwie, przydałaby się trzecia. Wzięłam więc robotę do domu. 

Do tego postanowiłam komuś podziękować, kogoś przeprosić i dlatego wyrosły mi w głowie pewne projekty. Oto jeden z nich:

Oczywiście nie omieszkam "pochwalić się" produktami końcowymi. Rany, jak mnie to relaksuje ;)

Tagi: moje hobby
08:53, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lipca 2013

Głupia, zalękniona, pozbawiona krzty odwagi cywilnej, przejawiająca jakieś dziwne fobie. Pozornie przekazuję innym pozytywne wibracje, nie potrafiąc uporać się ze swoimi demonami. Błąkam się po omacku po życiowych ścieżkach. Łatwo jest dawać rady i nieść pomoc innych innym, ale trudniej jest wziąć się za mordę i przekonać do działania. Jestem dryfującym po opiniach innych idiotą. Idę się przejść. 

13:03, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 lipca 2013

Upały nie odpuszczają, choć przyznam szczerze, że zbliża się jakiś przyjemny front, bo wieje chłodniejszym wiaterkiem. Mam za sobą weekend, podczas którego nie musiałam martwić się o zaliczenia, obecności na wykładach, porządek w domu. W sobotę mieliśmy iść z Małą na lody, na spacer, ale był taki skwar, że szwendaliśmy się po domu i zbijaliśmy bąki. Trochę graliśmy w domino, warcaby, obserwowaliśmy zachowanie kotów i nic poza tym.

Niedziela była zdecydowanie milsza i chłodniejsza. Poza tym chłopina mój zreperował mi nareszcie maszynę! Zakupiłam przez Internet brakujące części, a on je tylko zamontował. Wypróbowałam więc sprzęt na przyszyciu kilkunastu tasiemek do ręczników i ściereczek. Działa. W wolnej chwili zapewne znowu zacznę z niej korzystać.

Ponieważ kasy w portfelu przed dziesiątym mam zawsze mało, zrobiliśmy sobie bardzo skromnego grilla z sześciu kawałków kiełbaski. Nawet musztardy nie miałam w domu. Ale był chleb ;) to najważniejsze. Na wieczór zrobiłam jakieś wygrzebane z zasobów domowych galaretki i dzieci były zadowolone. W czasie grilla obejrzałam sobie z mężem „Pokłosie” Pasikowskiego, na które kiedyś chciałam go zabrać do kina. W skali od 1 do 10 dałam temu filmowi 9. Dlaczego? Po pierwsze za odważne poruszenie tematu, które wywołało głośne dyskusje wokół tego filmu. Po drugie – za bardzo dobrą grę aktorską. Czytałam gdzieś, ze rolę jednego z braci Kalina miał grać Boguś Linda, tego bym nie zniosła. Szaflarska wspaniała jak zwykle, choć grająca epizod, ale jakże istotny. Irek Czop i Maciek Stuhr zagrali swoje role rewelacyjnie. Czytałam również, że Maciej został za swoją sceniczną postawę prawie zlinczowany, no bo jak można zagrać Polaka broniącego żydowskiej przeszłości? Tylko, że my – Polacy tak już mamy, że podchodzimy do każdego tematu zbyt serio. Amerykanie w swoim Hollywood kręcą o psycholach, zombie, potrafią śmiać się z siebie (Obama przykleja sobie wirtualnie grzywkę żony) i nikt z tego nie robi tragedii. A u nas jest przekonanie, że wszystko co kręci się wokół jakiejś martyrologii musi być święte i nienaruszalne. Po trzecie nie twierdzę, że film był łatwy i przyjemny, ale powinien wzbudzić zdrową dyskusję, a nie rozrywanie szat i bluzgi wobec ekipy filmowej. Przecież obraz został tylko oparty na kanwie zdarzeń wojennych i jego treść niewątpliwie została przerysowana. Mnie osobiście scena końcowa powaliła z nóg. Wielki szacun.

Późnym wieczorem Młody szykował się na obozowy wyjazd. Zauważyłam, że w dorosłość wchodzi się niespodziewanie szybko i tak jak jeszcze w zeszłym roku chciał mojej pomocy, tak w tym wszystko szykował sobie sam. Widziałam karteczki z listą rzeczy potrzebnych, podejrzałam jak pakuje się do plecaka, jak składa bieliznę, koszulki, spodnie, cholera, wszystko moje nauki ;) nie poszły w las. Dziś rano o 8.00 wyjechał. Oby mieli pogodę.

I od poniedziałku znowu pobudka o 5.00, ale za to od 13.00 jestem już w domu. Dziś chłodniej – może upiorę firanki?

Tagi: dom film syn
14:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2