Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 27 lipca 2017

Na przekór gnidzie muszę jakoś funkcjonować. Próbuję coś dłubać, aby czas nie był przeze mnie stracony wlepianiem się w sufit. Walczę ze sobą jak tylko mogę. Nakładanie masek strasznie mnie męczy i w miejscach gdzie muszę udawać (np. w miejscu pracy) czuję się okropnie.

Ci, którzy znają mnie z Insta, wiedzą, że co jakiś czas wstawiam to, co wyszło spod moich palców. Dla tych, którzy nie mogą tam zaglądać parę fotek:

Lato jest więc ubranka zgodne z obowiązującą porą roku ;-)

Jak się zrobi chłodniej zawsze można zarzucić coś bardziej przykrywającego:

Na modelce prezentuje się tak oto:

Sprawiłam też niespodziankę córce mojego pasierba, dłubiąc myszkę według instrukcji pewnej zdolnej Rosjanki, której kanał na YT mam już zasubskrybowany ;-) 

Myszkę trzeba było ubrać, co będzie z gołym dupskiem latać? ;-)

No i odezwały się u mnie oczywiście instynkty rozdawnicze, bo prócz myszki powstała podkładka pod kubek:

A niedawno poświęciłam swój czas na... wózek. Mały, szydełkowy wózeczek. Na początku była to inspiracja rosyjskimi stronami z rękodziełem, a później pomysł przerodził się w prezent dla koleżanki, która niedługo będzie mamą.

Wózek mieści się w dłoni. Mojej dłoni.

W sumie to nie wiem po co to dziergam. Biznesu z tego żadnego nie ma. Jest satysfakcja, bo lubię to robić. Uwielbiam, gdy mi się udaje, gdy się komuś podoba. Sama nie umiem przyjmować prezentów. Czuję się wtedy zażenowana i jest mi głupio, że ktoś, coś dla mnie... Nawet Szanowny nic mi nie kupuje, bo wie, że ciężko mi dogodzić. Na muzyce się nie zna, płyt mi nie kupi. Komiksów, książek nie czyta, nie rysuje, nie dzierga i nie szyje...

Koleżanka zaproponowała mi współpracę (na zasadzie wolontariatu) z punktem, który nosi podarunki do zaprzyjaźnionych szpitali. Prezenty są maleńkimi ubrankami, kocykami, maskotkami dla bardzo małych wcześniaków, które zazwyczaj rodzą się martwe. Ciuszków dla takich maleństw w sklepach nie ma. Ludzie dziergają i szyją dla nich. Chyba spróbuję, ale najpierw trzeba napisać maila, a ja mam ostatnio fobię społeczną, nawet w zakresie rozmowy pisanej. Choć jedna osoba, z którą ostatnio wymieniam myśli bardzo mnie buduje i wspiera. Po prostu rozumie.

Jest lato a ja już myślę o ręcznie dzierganych Mikołajkach, nie takich jak w zeszłym roku - bo musi być coś innego. Nie może być to samo, bo będzie nudno, a ja się będę pogłębiać w gnidzie. Musi być urozmaicenie...    

 

Tagi: moje hobby
18:17, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 26 lipca 2017

Zagląda mi przez dziurkę od klucza... Sprawdza mnie ile bez niej wytrzymam... Czujna jest cholera, a ja nie mam siły z nią walczyć. Nie umiem się skupić. Liczę rzeczy po dwa, trzy razy, czytam bardzo uważnie i wolno, do tego muszę być sama i musi być cicho. Czytanie w komunikacji miejskiej odpada. W ogóle ostatnio lubię być sama...

Nakładam maski i pozornie się uśmiecham, bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Wszystko płynie tak smętnie, brakuje mi adrenaliny, a nie mam bodźców do jej wyprodukowania...

Wstydzę się iść do mojej dr, bo boję się jak zareaguje. Po ostatniej, zeszłorocznej wizycie, mimo ustaleń z nią, że zmniejszamy dawkę leku, sama po kilku tygodniach odstawiłam go całkiem. Bo było super! Bo była nowa praca, bo były motyle w małżeństwie. Bo myślałam, że sobie ze wszystkim poradzę i już nie będzie problemów. A teraz jest wielkie NIC.

Przychodzę po pracy do domu i kładę się z otwartymi oczami, a moja córka pyta czy mi coś dolega. Mało mówię, nic mnie nie cieszy. Urlop mam od 7 sierpnia. Nie bawi mnie on wcale, nie mam pomysłów na spędzenie tego wolnego czasu. A pomysł Szanownego już mnie drażni.

Nie wiem co mam robić. I proszę mi nie pisać rad w stylu: "idź do swojego lekarza". To musi samo...  Czasem też wystarczy samo wyrzucenie z siebie, a czasem wymiana maili z kimś kto taki stan przeżywał. Czasem też nic nie pomaga.

06:57, sokramka
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 lipca 2017

O nieee... chcielibyście pikantne szczegóły z historii łóżkowych ;-) A to tylko taki kontrowersyjny tytuł, ha ha :-) 

Otóż będę się więc chwalić w końcu dziełem Szanownego jakim jest łóżko Mani, które robił jej od dłuższego czasu. Legowisko gotowe jest od dwóch tygodni ale jakoś nie miałam weny, żeby się nim pochwalić. Łóżko jest wykonane z płyty w kolorze niebieskim - na zamówienie naszej córki ;-) ma dwie szuflady na pościel oraz wymiary 200 x 120. To oczywiście wymiary materaca, bo łóżko ma ciut więcej. W planach jest jeszcze uszycie przeze mnie poduch pod plecy, ale nie mam czasu i nie widzę nigdzie żadnego ładnego materiału (oczywiście w odcieniach niebieskiego), żeby sprostać wymaganiom córki ;-) Materiał do wyłożenia dna szuflad jest porządny, ze sztywnej płyty, a nie tak jak robią w tych beznadziejnych Ikeowskich meblach - "że się wygina". Szyny do szuflad mają wysuw pełny co umożliwia dokładną penetrację ich wnętrza np w celu odkurzenia ;-) 

Po obliczeniu kosztów jakie włożyliśmy w wyrko wyszło nam: ok. 1300 zł z materacem. Oczywiście robocizna Szanownego nie jest wliczona, ale zostało mu to wynagrodzone w inny sposób ;-)

Oto i Maniutkowy barłóg, w poszczególnych etapach budowy. Prześcieradło zostało też uszyte - przez mnie. Jest z dwóch mniejszych, dziecięcych i ma gumkę. Deska pod materac jest dodatkowo obciągnięta materiałem, aby ewentualne zadziorki nie zniszczyły w przyszłości materaca, jest on bowiem z tą matą kokosową, na której się śpi wyśmienicie! Przetestowałam osobiście.