Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012

 Wczoraj się odbyła. Ciocia jest starszą siostrą mojej Mamy. To specyficzny egzemplarz ze zbioru jednostek społecznych. Ciocia nie jest do „lubienia”, ciocia jest do tolerowania. Ma 67 lat, jest starą panną, bezdzietną, ze swoimi humorami, które ciężko się znosi.

 Ciocia od lat mieszkała ze swoją matką (moją babcią). Obie podobne charakterami zamiast się wspierać – wzajemnie się zwalczały. Po śmierci babci ciocia zaczęła przeistaczać się w ten sam typ co jej matka. W jednym ze swoich pokoi urządziła składzik. Można tam znaleźć rzeczy niezbędne, ale i całkiem zbędne, które: albo ładnie wyglądają, albo były kupione na pchlim targu za 5 zł.

 Ciocia jest palaczem. Dziennie zużywa dwie paczki pałeczek rakowych. W jej drugim pokoju panuje aura tajemniczości ukryta pod postacią smogu. Ściany pomalowane na biało szybko przybierają kolor brudu. Nie lubię długo u cioci siedzieć. Po wyjściu jestem chodzącą popielniczką.

 Ciocia niedowidzi. Ma bardzo duże problemy ze wzrokiem, ale lekarzy omija szerokim łukiem. Będąc u niej raz na jakiś czas robię za „paczacza” i pomagam jej coś przeczytać, dojrzeć, pokazać. Wczoraj wkładałam jej pojemniki do zamrażarki. Kiedy je wyjmowała do mycia nie zauważyła, że przy wkładaniu trzeba wcelować w specjalne kanaliki.

 Ciocia z racji wieku i swoich fanaberii otacza się pierdółkami. Moja Mała zawsze od niej coś dostanie podczas wizyty. Wczoraj wyszłyśmy z maskotką małego głoda, długopisem - reklamówką i lornetką z McDonalda.

 Ogólnie cioci mi żal. Nie ma z kim pogadać, jak przyjeżdżam zarzuca mnie pytaniami, opowieściami z zakresu polityki i narzekaniami na wszystko co ją otacza. Że kasjerka w sklepie krzywo się na nią patrzyła, że złodzieje ze STOENu ją okradają, że telewizja nic nie warta, że gazety kłamią, że sąsiadka głupia i ogólnie większość takich tematów.

 Ciocia mi kiedyś powiedziała, że szuka adrenaliny wśród ludzi, że wychodzi żeby się gdzieś pokłócić, szukać wrażeń. Świadomość tego mnie przeraża, bo łatwiej byłoby mi zrozumieć jej zachowanie tłumacząc sobie to jakąś chorobą.

 Ciocia potrzebuje wsparcia, ale czasem usilnie broni się przed światem zewnętrznym. Zupełnie nie wiem jak zakończyć dzisiejszy wpis. Takie wizyty u cioci totalnie mnie rozwalają.

 

Tagi: ciocia
10:14, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 sierpnia 2012

 W poniedziałek poszedł pierwszy dzień do pracy, którą załatwił sobie sam. Jakiś czas temu pisałam o człowieku, który miał zorganizować zajęcie dla mojego Młodego, ale nie wyszło. Teraz chłopak ma dużo do zrobienia i widzę, ze daje sobie radę.

 Praca nie jest trudna, polega na tworzeniu wykresów z danych, które przesyła synowi na maila zlecający. Pierwszego dnia Młody pojechał do siedziby firmy i pracował na miejscu 10 godzin. Ten zwierzchnik to nikt inny jak przełożony z harcerstwa. Znają się jak łyse konie. Teraz od wtorku syn ma już pracę „domową”.

 Wczoraj Młody pochwalił się wiadomością jaką dostał od przełożonego: „podoba mi się twoja praca, dobrze napisałeś maila, tekst taki profesjonalny, widać, że jesteś elokwentny”. Sprawa dotyczyła wysłania zrobionych częściowo wykresów do kobiety zajmującej się bezpośrednio tymi statystykami. Aż przyjemnie było czytać i widzieć zadowolenie w oczach syna.

 Po przygodach jakie Młody miał jeszcze w gimnazjum i przykrościach jakie nas oboje po tym spotkały, widzę, że spoważniał. Ma jeszcze odbicia, jak każdy (kto ich nie ma?), ale to już jest raczej krok w dorosłość i rozwój własnego ego. Dumna jestem z niego. Dla mnie jest wzorem jedynego przykładu prawdziwego mężczyzny. Może idealizuję, ale czuję się bezpieczniej i lepiej w towarzystwie własnego syna niż przy mężu. Z tych dwóch facetów to syn był dla mnie większym oparciem w momentach rozchwiania. Może dlatego, że mój mąż zawsze liczył na wsparcie z mojej strony i sam potrzebował pomocnej dłoni?

 Cieszy mnie też to, że syn jest w pełni samodzielny. Potrafi załatwić swoje sprawy, dla innych również jest pomocny. Jest zorganizowany choć czasem bywa bałaganiarzem, ale jest to raczej bałagan domowy w typie rozrzuconych ubrań. Ten szesnastolatek poradzi sobie w życiu i jeśli nie natrafi przypadkowo na pechowe wydarzenia bądź ludzi, będzie mu w życiu dobrze.

 

Tagi: praca syn
08:55, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012

 Korzystając z wolnego dnia postanowiłam zadzwonić do swojej „opiekunki” z OPSu w sprawie dofinansowania książek dla dzieci. Kiedy pani M była na urlopie osoba ją zastępująca narobiła mi nadziei, że istnieje możliwość skorzystania z państwowych środków przy zakupie podręczników szkolnych. Miałam tylko zrobić zestawienie kosztów i z tym arkuszem przyjść do nich aby wypełnić wniosek. Niestety, po rozmowie z panią M moja radość została ostudzona – nie nadaję się na dofinansowanie ponieważ przekraczam dochód, który jest wykładnikiem przyznawania pomocy.

 Nie wiem jak biednym trzeba być, żeby zmieścić się w urzędowych widełkach. Mamy długi w rachunkach, gaz płacony na raty, energia też, że też jeszcze nie przychodzą wyłączyć liczników…. Na jedzenie wydaję bardzo skromnie, w codziennym menu przewijają się wciąż: placki ziemniaczane, naleśniki, zupa pomidorowa, makaronem już wszyscy rzygamy, bo taniej jest zrobić do niego codziennie jakiś inny sos. O jogurcikach mogę zapomnieć, owoce rzadko – tylko jak są banany w promocji w Kauflandzie. Nikt mnie nie zrozumie jeśli sam tego nie przeżył. Jaki trzeba mieć kwadratowy łeb, żeby z takiego dochodu jakim my obecnie dysponujemy wyżyć cały miesiąc?

 Książki dla moich dzieci w sumie będą kosztować ok. 750,00 zł. Już z ćwiczeniami i technicznymi pozycjami dla syna. Nie ruszyłam alimentów, które dostałam od Byłego w tym miesiącu, ale to tylko 500,00 zł. Mąż przyniesie pół wypłaty 25.08. Z tego opłacimy co się da, a resztę będę musiała skrupulatnie dzielić. A gdzie inne potrzeby? Buty na zmianę dla jednego i drugiego? Jakieś składki na pewno się pojawią, ubezpieczenie, szlag mnie trafia jak zaczynam o tym wszystkim myśleć.

 Wczoraj tak mi się dobrze myślało i planowało, a dzisiaj już jestem podłamana. Wiem, ze to minie, ale jednak człowiek ma jakieś pokłady wrażliwości i ta odpowiedzialność za moją rodzinę zaczyna mnie przerastać.

Tagi: pieniądze
09:16, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2012

 Wypadałoby coś napisać. W końcu nikt nie uwierzy, że przez kilka dni z rzędu nic się nie dzieje. Tak to czasem bywa, że z pozoru monotonne dni przynoszą jakieś niespodzianki.

 Taką niespodzianką była niedzielna wizyta Scareface’a. Nie było to absolutnie stresowe, jak wskazuje tytuł wpisu, ale nader przyjemne. Lubimy z mężem jak ten chłopak do domu przyjeżdża. Moja Mała też się cieszy na jego widok, mówi, że to oprócz mojego Młodego jej „ulubiony brat”. Jak się czasem Uszak zjawi w pobliżu to też staje się „ulubionym bratem”, tak to już jest z tymi najmłodszymi siostrami.

 Scareface miał zabrać list polecony, który przyszedł do Golasa z Urzędu Pracy. Zadzwonił przy nas do brata i usłyszał, że tamtemu się nie chce spotykać w sprawie jednego listu – niech starszy brat przeczyta za niego zawartość. Okazało się (o czym później poinformował nas Scareface), że UP wykreślił pana Golasa z szeregów osób zarejestrowanych. Przyczyną było nie stawienie się na wyznaczoną wizytę. Teraz Golas będzie musiał czekać 120 dni na odnowienie się jego statusu osoby bezrobotnej. Na dzień dzisiejszy musi pozostawać w „niebycie”.

 Komentować nie będę, nie warto, po co pisać: „ja wiedziałam, że tak będzie, yhy, yhy”.

 Wrócę może do tytułu wątku, bo mam tak skłębione myśli, ze sama nie wiem już o czym informowałam. Stres otaczał mnie ostatnimi czasy z powodu egzaminu poprawkowego z matematyki. Tak, jak zapewne wiele osób pamięta – mam skończone L.O. bez zaliczonego egzaminu maturalnego. Nigdy do niego nie podeszłam. O szczegółach swojej „kariery szkolnej” pisałam jeszcze na starym, zielonym blogu. Nie uważałam się nigdy za kogoś głupszego od Iksińskiej ani Kociubińskiej, ale na studia nigdy nie miałam parcia, chociaż mojej Mamie marzyła się córka – nauczycielka, wychowawczyni przedszkolna. Teraz po prostu życie wymusiło na mnie uzupełnienia wykształcenia. I jak dobrze pójdzie to znajdą się jeszcze zaoczne studia dofinansowane z UE. Żeby cały ten projekt zakończyć Wielkim Sukcesem.

 W maju mi nie poszło, dwóch punktów zabrakło, żeby wskoczyć na podium. Dość bolesne, ale i dość ciekawe przeżycie tym bardziej, że nie chodziłam na żadne kursy, doszkalania, wykłady. Sama, z listą lektur, siedząc nad arkuszami z poprzednich lat starałam się wczuć w rolę ucznia. Język polski poszedł mi śpiewająco, ale to było proste jak budowa cepa. 80-90% mam w kieszeni. Język angielski również zaliczony na poziomie 50%. Tutaj też pozwolę sobie przyklasnąć –  poszłam na egzamin z wiedzą z lat szkolnych i używaniem języka tylko w postaci prywatnych projektów. No, a naukę w L.O. skończyłam dobre 17 lat temu. Matematyka była jak kara. Ponieważ ja nie lubię się uczyć „na blachę” tylko zawsze wszystko muszę zrozumieć, dołowało mnie patrzenie na cyferki, które nie wiadomo skąd brały się na arkuszach odpowiedzi. Nawet wspaniała strona matematyka.pisz.pl nie pomogła. Ktoś musiał mi w końcu wytłumaczyć: „dlaczego?”. No i przypadkiem znalazłam darmowe korepetycje u emerytowanej matematyczki. Rozjaśniła mi umysł i muszę jej się za to odwdzięczyć.

 Po egzaminie wróciłam do domu i od razu wrzuciłam stronę, na której mogły być dodane wyniki. Siedziałam jak na szpilkach, ale kiedy wskakiwał punkt za punktem wiedziałam, że jest lepiej niż dobrze. Wyniki 13 września. Jeśli panie z OPS pomogą mi znaleźć uczelnię, od października będę chyba studentką. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

 Moja przyjaciółka mówi, że jestem „miszczu”. Pozwolę sobie schować moją skromność do kieszeni i chyba pierwszy raz w życiu zgodzić się z tym stwierdzeniem. Jestem z siebie DUMNA, że postawiłam ten krok, że idę dalej, że robię coś dla siebie, że mimo wszystko się nie poddaję, że CHCĘ. Nie skończyłam studiów za młodu, to skończę je teraz, na naukę nigdy nie jest za późno. Tym bardziej, że strasznie wierzy we mnie mój Młody i przyznam, że jak nikt wspierał mnie przez cały ten czas. Bo ja, tak naprawdę robiłam z tego wielką tajemnicę, wstydziłam się, że nie mam matury, o braku tego egzaminu wiedzieli nieliczni. Mama, brat, mąż, syn, najbliższe przyjaciółki. Podchodząc do niego wiedziałam, ze idę w paszczę lwa. Liczyłam się z porażką, ale mimo potknięcia znalazłam jakąś drogę przejścia przez dżunglę.

  Dziś mam ochotę lenić się do późnego wieczora. Do pracy idę dopiero w czwartek więc jutro śpię do oporu, dopóki mnie córka nie obudzi.

Tagi: nauka pasierb
18:04, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Nuda. Każdy dzień ostatnio taki sam. Pracuję dwa razy w tygodniu, reszta należy do mopa, odkurzacza, książek, spraw urzędowych.  

 Mąż posprzątał podwórko po bałaganie Golasowym. Jak kopciuszek oddzielał śmiecie od ubrań. Zapakował wszystkie rzeczy syna do dwóch worków i postanowił wywieźć je SS przy najbliższej okazji. Chłopak honorowo nic nie chciał zabrać, ale ojciec pomyślał, że przecież syn w czymś musi chodzić. Nie wiemy gdzie aktualnie rezyduje Golas, wiemy tylko, że do najbliższej niedzieli jest z matką i jej partnerem na działce.

 Ja postanowiłam posprzątać w części kuchni zajmowanej przez chłopaka. Umyłam okno, uprałam firanki, zasłonki (nic nie robione od ponad trzech lat!)podłogę szorowałam druciakiem, bo nie dało się inaczej. Ścianki są do rozebrania, to tylko karton-gips. No i pojawia się zawsze pytanie: co dalej? Najwięcej wątpliwości ma mój mąż, to zrozumiałe, że martwi się o syna, ja już nawet nie próbuję rozmawiać z Szanownym na te tematy. Za dużo się chłop denerwuje. Moim zdaniem to powinno go czegoś nauczyć – konsekwencji wobec życia. Przecież jego syn jest dorosły, ojciec nie wyrzucił go z domu, wyrzucił jego rzeczy, żeby posprzątać, bo smród był nie do wytrzymania. Tak można pisać w nieskończoność. Czas pokaże jak ta sprawa się dalej potoczy.

 Oficjalnie otrzymaliśmy pismo z Urzędu o wymeldowaniu Byłej. Pisałam o tym jakiś czas temu, ale dopiero teraz nadeszło potwierdzenie słów pani urzędniczki.

 Zapisałam dziś mojego Młodego do biblioteki. Wypożyczał książki na moje konto i zawsze musiałam chodzić razem z nim. „Duży chłopczyk” już jest, niech ma swoją kartę. Konto w banku ma osobiste na alimenty to i karta biblioteczna osobista mu się należy :)

 Zaczytuję się ostatnio w biografiach. Pożyczyłam od przyjaciółki „Oskarżoną Wierę Gran” Agaty Tuszyńskiej, wcześniej zaliczyłam „Dziewczyny wojenne” Łukasza Modelskiego, a dzisiaj przy rejestracji syna zakupiłam w bibliotece za całe 4 zł dwa tomy historii Polski autorstwa Pawła Jasienicy. Wydanie z 1988r. Czasem można znaleźć na wyprzedażach ciekawe publikacje.

 Szkoła za pasem, a ja nie mam jeszcze butów na zmianę dla Małej, trampek do Technikum dla Młodego, chociaż w jego przypadku podejrzewam, że przez najbliższe miesiące będzie chodził po szkole w tym, w czym po ulicy. Większość młodzieży tak robi, ja sama byłam z tych co nie lubiła zmieniać obuwia.

 Dla Małej plecak może uszyję, mam kawał dżinsu, jakieś skrawki skóry, sztruks, coś wymyślę. Niedawno dostałam od koleżanki z drugiego końca Polski paczkę ciuchów po swojej córce. Jestem jej za to wdzięczna, sweterki, spodnie, bluzki, można się ubierać jak na razie.

 No i jeszcze wspomnę o „robótkach ręcznych”, tym razem męża. Zbudował naszym kotom nowego drapaka. Tamten zrobił się mało funkcjonalny, bo budowany był z myślą o kociakach. Teraz koty mają prawie po dwa lata więc i ich potrzeby się zmieniły. Drapak jest wyższy i ma spanko dla każdego zwierzaka z osobna. Robótki ręczne będzie miał chłop również przy zleceniu jakie otrzymał od mojej dobrej koleżanki: regalik na książki. Zarobek na boku się zapewne przyda. Tym bardziej, że mąż sprzedał część swojego urlopu, żeby zwiększyć domowy budżet.

 Jest ciężko, tragicznie, beznadziejnie w kwestii finansowej, ale przecież nie może być już gorzej…

sobota, 11 sierpnia 2012

 Zacznę od sukcesów, zawsze to przyjemniej. Udało mi się sprzedać uszytą przez siebie torbę zakupową. Oczywiście była robiona na zamówienie, ale ja i tak jestem z siebie dumna, że ktoś chciał mój handmade. Za mało jeszcze mam wiary w siebie. Torba była dla siedmioletniej dziewczynki, różowa z aplikacją jej imienia. Od siebie dodałam własnoręcznie zrobiony kwiatuszek materiałowy. Szyłam z tego, co miałam w domu, tak więc znalezienie czegoś różowego graniczyło z cudem, ale się udało.

 Z przyjemnych rzeczy jest jeszcze wczorajszy przyjazd Scareface’a. Przyjechał z prezentami dla Młodej. Kupił siostrze trochę z wyprawki do I klasy; kilka zeszytów, ołówki, nożyczki, plastelinę, farby. Mała cieszyła się z jego wizyty, a mnie było miło, nie ukrywałam, że pomógł trochę w wydatkach szkolnych.

 Scareface ostatnio dość często bywa z wizytą w swoim rodzinnym domu, ale mnie to cieszy. Chłopak mówi, że dobrze mu na swoim, uczy się życia. Każdemu chyba potrzeba trochę samodzielności i odpowiedzialności za swoje postępowanie. Pod tym względem myślę tutaj tez o Golasie, bo kiedy miał dach nad głową, darmowy prysznic i jedzenie, które sobie albo ukradł, albo wyżebrał od mamy lub dziewczyny, albo nawet kupił, nie przejmował się niczym. Nie chciał żyć z rodziną, nie przyjmował propozycji współpracy, robił co chciał, bo wiedział, że nie poniesie żadnych konsekwencji. Może teraz to się zmieni.

 Miałam również domową wizytę pani z opieki społecznej. Zostałam wciągnięta do programu „Małe kroki do sukcesu”. Tak naprawdę nie wiem jakie korzyści będę mieć z uczestnictwa w tym programie, bo: warsztaty aktywizacyjne już zaliczyłam, osoby niepełnosprawnej w rodzinie nie mam, żebym korzystała z wizytatora medycznego, ale ponoć pani stwierdziła, że gdy zobaczyła mnie w OPSie stwierdziła, że muszę być ich kandydatką. Dobrze, mogę być tym królikiem doświadczalnym. Projekt finansowany jest ze środków UE.

 Pani w ogóle przy rozmowie ze mną chwaliła mnie na każdym kroku. Dziwiła się, że z taką osobowością nie mogę znaleźć pracy, że daję radę na stanowisku macochy, że mimo wszystko uśmiecham się, że chcę iść na studia. Potem uświadomiłam sobie, że jest młoda i dlatego nie zna jeszcze życia. Mówiąc, że ona mnie podziwia tak naprawdę sama niczego jeszcze w życiu nie doświadczyła. Być może będąc w moim wieku nabierze dystansu do świata?

 A porażki? Chyba to, że nie udała się praca mojemu Młodemu. Facet, z którym kontaktowałam się od czerwca zwodził mnie, mówiąc, że robota będzie, ale dopiero od 10 sierpnia. 9 sierpnia zadzwoniłam do niego i usłyszałam, że nie ma czasu ze mną rozmawiać. Poprosiłam zatem o zwrotny kontakt w wolnej chwili. Nie oddzwonił. Próbowałam się ja z nim połączyć, ale już nie odbierał ode mnie telefonów. Nie wiem co się mogło stać. Wiem tylko, że Młody wcześniej odrzucił inną propozycję pracy wakacyjnej bo wiedział, że tu ma ją zagwarantowaną. Tak przynajmniej obiecywał ten facet. Mam jednak dobre dziecko, bo po tym wszystkim powiedział: „mama, nie martw się, będą następne wakacje i potem następne, a teraz jakoś damy radę, żal mi tylko, że będziesz musiała sama wybulić tyle kasy na moje książki”.

 No właśnie – książki. To kolejna porażka. Po wyszukaniu w internetowych sklepach wydawnictw potrzebnych mi pozycji, wyszło mi, że dla dwójki dzieci muszę szykować ok. 600,00 zł na książki. Koszmar jakiś. Kiedyś pamiętam były tzw. „książki przechodnie” jak to ładnie określiła moja koleżanka. Pakowało się co roku komplet do biblioteki szkolnej w czerwcu, a we wrześniu odbierało się na nowy rok. Teraz do wyboru, do koloru. Aby tylko kasę wyciągać. Nie podoba mi się to. Nawet gdy byłam forsiasta, kiedy Młody chodził do podstawówki, byłam przeciwna temu systemowi, bo jest to mało ekonomiczne – kupować co roku nowe egzemplarze, marnować papier, nie dawać szans tym biedniejszym. Bezsens.

 I jeszcze jedno: odwiedziłam wczoraj wieczorem swoją przyjaciółkę, która uświadomiła mi coś, co wiedziałam, ale nie byłam do tego przekonana. Mianowicie chodzi o mojego męża. Niby tak na niego psioczę, ględzę i marudzę, ale zawsze bronię. I mam cywilną odwagę powiedzieć, że go jednak kocham, mimo wszystko. Że inna zostawiłaby takiego ciapę i nie przejmowała się jego losem. Mam też tą świadomość, że potrafiłam stworzyć namiastkę rodziny moim pasierbom, że mój Pierworodny i dwóch synów mojego męża lubią się jak bracia. Że moja córka kocha wszystkich swoich przyrodnich braci, że mimo ciętego czasem języka, uczę moich bliskich szacunku do siebie. I to jest kolejny mój „mały sukces”.

 

 

poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Chciałabym odnieść się do momentu, w którym były pakowane rzeczy Golasa. Takie działanie nie miało na celu e k s m i s j i chłopaka, tylko zwrócenie uwagi na panujący smród i bałagan, który nie był ogarniany od kilku dobrych lat. Ojciec najpierw zadzwonił do syna z pytaniem: "kiedy będzie to posprzątane?" kiedy usłyszał odpowiedź, że może sobie sam z tym zrobić co chce, wpadł w szał sprzątania. Golas miał z tych worków wybrać swoje rzeczy, a resztę po prostu wyrzucić na śmietnik.

Co do kasy i portfela: na rzucanie oskarżeń o kradzież trzeba mieć jakieś dowody, takie jak mieliśmy my: nagrania, czy złapanie na gorącym uczynku. Zostaliśmy nazwani "złodziejami" przez złodzieja. Nigdy nikogo nie okradłam, ani mój mąż. A wychowanie dziecka rzeczywiście tkwi w pierwotnym dzieciństwie. Chłopak miał 8 lat kiedy go poznałam, rodzice nigdy nie potrafili znaleźć odpowiedniego kompromisu. Widać było już wtedy, że w przyszłości będą wielkie kłopoty z tym dzieckiem. Ale przecież to nie były moje małpy, ani nie mój cyrk...

Tagi: pasierb
13:54, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 sierpnia 2012

 Kiedy do rodzinnych kłótni zaczyna wkraczać policja, wtedy wiadomo, że mamy do czynienia z patologią. Takie jest moje zdanie i nikt nie musi się ze mną zgadzać. Jestem właśnie świeżo po wydarzeniach domowych, jeszcze trzęsą mi się ręce, a mój mąż wsiadł na rower i pognał do lasu ochłonąć w strugach deszczu.

 Zaczęło się jak zwykle rano, kiedy to Golas opuścił mieszkanie nic nikomu nie mówiąc i nikomu się nie pokazując. Szanowny wrócił z grzybobrania ok. 10.00 i zaczęło go nosić. Smród z Golasowego „apartamentu” już zaczynał wyziewać na podwórko nawet po otwarciu okna kuchennego. Przebrawszy się w inne ciuchy spytał czy mu pomogę i gdzie schowałam te wielkie 120 litrowe worki? Na początku ogarnęła mnie konsternacja, ale jak później sobie uświadomiłam mężowi chodziło o „zrobienie” porządku w pokoju Golasa. Wreszcie.

 Szanowny powoli acz stanowczo zaczął wkładać do worków wszystko co mu wpadło w ręce. Były to więc ciuchy z ziemi, ze śmierdzącymi skarpetkami, zasuszonym chlebem, puszkami po piwie, pustymi pudełkami po papierosach, folijkami po parówkach, słowem – wszystko co zalegało na podłodze, a dało się spakować. Po drodze odnajdywały się zaginione widelce, talerzyki, szklanki z pleśnią na dnie, miseczki z resztkami jedzenia sprzed miesięcy, aż trudno opisać to zbiorowisko. A potem zrobiło się na zmianę dziwnie i wesoło. Otóż znaleźliśmy pięć butelek po coca-coli wypełnionych… moczem. Nie znając przyczyny takiego zachowania zaczęliśmy domyślać się, że Golas nie chcąc konfrontacji z żadnym z domowników po prostu po przyjściu do pokoju zaszywał się u siebie i nie wychodził przez dłuższy czas.

 Kiedy już zbliżaliśmy się do końca operacji w ręce mojego męża wpadło potwierdzenie sprzedaży złotej biżuterii. Szanowny chciał być uczciwy i wykonał telefon do Byłej z zapytaniem, czy nie zginęła jej jakaś biżuteria? Od tego się wszystko zaczęło, cała awantura, bo SS zadzwoniła do swojego syna, Golasa i powiedziała, że „ojciec znowu oskarża cię o kradzież”. Żałosna reakcja. Tak na marginesie warto wspomnieć, że jeszcze kilka lat temu, kiedy SS rezydowała w tym domu na prawach matki dzieciom, dzwoniła kilka razy do swojego byłego męża, żeby zrobił porządek z syneczkiem, bo jej wszystko ginie. Musi spać z torebką przy głowie, co cenniejsze rzeczy chowa, albo wywozi do rodziny. Teraz nagle stronniczość zmieniła się na korzyść syna – złodzieja? Uszak wtrącił później podczas wspólnej narady, że „mama trzyma solidarnie z Golasem, bo w ten sposób może mścić się na byłym mężu.”

 Czas mijał, siedziałam w pokoju kiedy nagle zobaczyłam dwie postaci krążące po naszym domu. Była to SS z Golasem. Przeszukiwali dom w celu znalezienia mojego męża. Zdębiałam. Oczywiście wstałam do nich i próbowałam rozmowy, Golas wyskoczył do mnie z pytaniem: „gdzie jest ojciec?!”. Powiedziałam spokojnie, że poszedł na spacer ze Scareface’m (bo właśnie do nas przyjechał). Kiedy Szanowny wrócił wywiązała się awantura, właściwie nie wiem kto zaczął, bo wszyscy mieliśmy zszarpane nerwy. Golas oskarżył ojca o to, że „ukradł mu pieniądze i ma je t e r a z oddać”. Matka wtórowała: „ty złodzieju, okradłeś swojego syna!”. Jakiś koszmar. Po pierwsze nie widzieliśmy w tym bałaganie żadnych pieniędzy, a po drugie SS poniosło i zaczęła na wszystkich, w obronie Golasa wykrzykiwać swoje żale. Mnie się oberwało od dziwek, kurew, brudasów, leni bezrobotnych, że buntuję męża przeciwko własnym dzieciom. W międzyczasie chłop mój zaczął wynosić butelki z moczem. SS powiedziała, że to dlatego, że „nie pozwalamy Golasowi korzystać z łazienki”. Tylko, że łazienka jest do dyspozycji, a po za tym chłopaka całymi dniami nie ma oprócz godzin nocnych. Potem wymyśliła sobie, ze na pewno ten mocz jest nasz, żeby pogrążyć Golasa nasikaliśmy do butelek i mu je podłożyliśmy. Wtedy Szanowny chciał podstawić SS butlę pod nos z pytaniem: „chcesz się przekonać, że to naszego syna?” Ona machnęła rękami i część zawartości wylała się na nią i jego. Doszło nawet do tego, że broniącego bezstronniczo sytuacji mojego Młodego zaczęła wypytywać „gdzie masz swojego ojca” ?????? Dlaczego się „wpieprzasz”???? Że „nie masz tu nic do gadania”. Jak dla mnie sytuacja nie do ogarnięcia. Nie ukrywam, że nie byłam święta, kiedy zaczęła mi wytykać bałagan, odpysknęłam, że to nie jej sprawa, żeby pilnowała swojego porządku i nie panoszyła się jak u siebie. W odwecie usłyszałam, ze ona „była u siebie dopóki ja się nie zjawiłam”. Że „dziwka zawsze będzie dziwką”, że ona ”dużo o mnie wie i może to wykorzystać”. Najgorsze było to, że według Byłej zachowanie Golasa to nasza wina, że ma bałagan to też nasza wina bo powinniśmy pomóc mu sprzątać (19 lat chłopak) że kradł to też jest nasza wina, że szkół nie pokończył tak samo. Ech, już mi się nie chce wracać do wydarzeń sprzed kilku lat kiedy załatwiałam Golasowi wizyty u psychologa, bo SS płakała, że sobie z nim nie radzi, jak pomagałam mu w lekcjach kiedy potrzebował właśnie pomocy matki, a nie obcej baby. Kiedy przeprowadziliśmy się do teścia i zobaczyliśmy pokój chłopców w stanie przejścia tornada, a u Byłej w pokoju zastaliśmy stan jak w muzeum. Dzieciom nie było wolno wstępować do jej pokoju, bo jej „nabrudzą i naświnią, okruchy zostawią”. Nie mogę o tym pisać, to jest jak wizja dwóch światów.

 W końcu po przepychankach słownych Golas wyskoczył wprost: „oddawaj mi moje pieniądze!” Podobno były w portfelu schowane i ukryte wśród innych rzeczy. Złość osiągnęła apogeum i chłopak złapał się za bary z ojcem. Wywiązała się bójka. Złapałam za telefon i zadzwoniłam na policję. Pani policjantka niewiele pomogła, bo tak naprawdę nie było strat w ludziach. Spisali nas i poradzili porozmawiać spokojnie o problemie. Najlepiej byłym małżonkom w cztery oczy. Przyznałam rację, ale utkwiła mi jeszcze kwestia wypowiedziana przez funkcjonariuszkę, że na wychowanie syna jest już za późno, że trzeba było to robić z 15 lat wstecz. Patrzyła się na mojego męża. Nie bronię go, bo wiem jaki jest, ale czy to jest taki stereotyp, że wychowaniu syna przede wszystkim ma czynny udział ojciec? Czy matka jest tylko biologiczną rodzicielką? Znam wiele przykładów samotnych matek, które doskonale wychowały swoich synów. To, że mój mąż lubi przyrodę, nie skrzywdzi muchy i uważa, że dobro wraca nie może mieć wielkiego wpływu na całokształt wychowania dzieci.

 Zaczęło wreszcie padać, policja odjechała, a Golas uparł się na zwrot tych pieniędzy. Powiedział: ”oddaj mi to co ukradłeś, fiucie, a już nigdy więcej mnie nie zobaczysz”. Mąż pożyczył od swojego ojca pieniądze, dał synowi, poprosił o klucze od mieszkania i chłopak oddalił się wraz ze swoją matką i jej facetem, który ją przywiózł. W trakcie opróżniania „pokoju”, przy przesuwaniu łóżka znalazł się rzeczony portfel. Będzie zwrócony, ale już bez zawartości pieniężnej – trzeba oddać dziadkowi. Po wykonaniu telefonu do chłopaka okazało się, że mąż mój jest „niezłym krętaczem” i wszystko sobie zaplanował, żeby wyrzucić syna z domu. Portfela ponoć szukał z matką za łóżkiem i nie było.

 Wiele dzisiaj padło niepotrzebnych słów, do których nie chcę wracać. I tak wszystkiego nie opisałam. Nawet facet SS stojąc za furtką krzyczał w obronie Golasa. Nikt nie widział, albo większość nie chciała się przyznać jak naprawdę wyglądały sytuacje w domu z tym chłopakiem w roli głównej. Czy do tego musiało dojść? Czy naprawdę nie można było załatwić tego inaczej? Ano nie można było. Za każdym razem, kiedy mąż próbował spokojnie rozmawiać z synem i zaproponować jakieś rozwiązanie, chłopak unikał konfrontacji, zaszywał się gdzieś, obrażał się na cały świat. I jeszcze ta jego matka, znająca problem, a nie potrafiąca nawiązać współpracy. No i wyszło, że ja jestem ta najgorsza dziwka.

 

piątek, 03 sierpnia 2012

 Chłopak od wczoraj na budowie pracuje. Wszyscy jesteśmy z tego powodu zadowoleni, nawet sam pracujący, bo nadchodziły takie chwile, że jego półka w lodówce zaczynała przypominać pustynię.

 Jako wykwalifikowany cukiernik wykłada ocieplinę na rurach, które znajdują się na wspomnianej budowie. Musiał być naprawdę zdesperowany, że podjął się takiego zadania. Opowiada, że jest ciężko, ale da się przeżyć. Nosi z innymi ocieplinę po piętrach. W czasie upału, na otwartym terenie rozładowuje samochody z dostarczonym towarem. Mimo tego, że nie jest to szczyt jego marzeń, pracuje, mając nadzieję na ochłodzenie.

 Najważniejsze to wpaść w rytm pracy. Cieszę się, że chłopak w końcu ruszył tyłek sprzed konsoli bo to i dla niego lepsze doświadczenie, znowu zacznie być „na swoim”.

 A ja dzisiaj znów złożyłam kolejne CV w kilku miejscach. Ten upał mnie dobija, wróciłam do domu po czterech godzinach załatwiania spraw na mieście i nie wiedziałam jak się nazywam. Nie cierpię tak gorącego lata. Nie chce mi się nawet stukać w klawiaturę.

 

Tagi: pasierb praca
11:55, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2012

 Jest okropna i trudna do zniesienia, ale jakoś sobie z tym dajemy radę. Teść ma 71 lat, od 4 jest wdowcem. Prowadzi maleńki sklepik, który założył jeszcze z żoną w domu, w którym mieszkamy. Sklepik upada, ale dziadek jest niereformowalny; nawet mleka czy kawy nie da przestawić na inną półkę, bo „klient się przyzwyczaja”.

 Teść ma jedną przypadłość: lubi sobie wypić. W ciągu dnia jest to zazwyczaj piwko, wieczorem – flaszeczka z kolegami. Tata jest cukrzykiem, pijący tryb życia nie wpływa dobrze na jego stan zdrowia. Do tego dochodzi chyba pierwsze stadium demencji starczej. I o tym chcę dziś napisać posługując się kilkoma przykładami.

 Dziadkowi czasem giną pieniądze z kasy. Nie są to wielkie kwoty, ale jest wtedy manko. Próbowaliśmy z mężem zaobserwować kilka takich zjawisk i doszliśmy do wniosku, że tata po prostu nie nadaje się już do prowadzenia sklepu. Owszem, na początku były to sprawki Golasa, został nawet kilka razy przyłapany na gorącym uczynku. Ale teraz chłopak znika na całe dnie, poza tym są domownicy, nie sposób ukraść czegoś bez udziału świadków.

 Przykład sprzed kilku dni doskonale nakreśla jak niebezpieczne jest dla dziadka bycie samotnym człowiekiem. Otóż mąż przeszedł na stronę taty bo czegoś od niego chciał. Dodam, że mieszkamy w bliźniaku, chodzi się z pokoju do pokoju, z jednej części do drugiej. Taty nie było ani w sklepie, ani w jego pokoju. Za to na ladzie sklepowej, w centralnym miejscu leżał dziadka portfel. Otwarty. W środku plik setek, dowód osobisty, karta emeryta i inne duperele istotne dla starszego człowieka. Mąż się zdenerwował, portfel skubnął. Celowo. Poszedł dalej szukać ojca. Okazało się, że dziadek spędzał przyjemnie czas w ogrodzie, zajmując się roślinkami. Padło pytanie: „tato, gdzie masz swój portfel?”, szukanie po kieszeniach nic nie dało, teść zdezorientowany uśmiechnął się dopiero na widok swojej osobistej rzeczy w rękach syna. Na nic się zdały tłumaczenia, żeby staruszek się pilnował, dziadek z uśmiechem stwierdził tylko, że: „każdemu się może zdarzyć”. Ale jemu zdarza się to nagminnie, niestety.

 Kolejny przykład mieliśmy wczoraj. Była prawie awantura i posądzanie wszystkich domowników, nawet Małej. Ok. 15.30 wychodziłam na zajęcia, kiedy wróciłam okazało się, że w tym czasie dziadek wyjechał do przychodni, kiedy wrócił, stwierdził, że z kasy zginęło mu kilkanaście monet 5 zł, a papużki nimfy należące do teścia znajdowały się w naszym pokoju (nie mogą – my mamy koty) Ojciec od razu wysunął swoją teorię, że: tylko pojechał do lekarza, a ktoś wszedł od nas do jego części, zapomniał zamknąć drzwi, (wtedy to musiały przefrunąć papugi), ten ktoś złapał szybko plik piątek z kasy i uciekł.

 Teoria dziadka musiała zostać przeze mnie udowodniona. Po pierwsze: nie lubię bezpodstawnych oskarżeń, a po drugie: wiele razy tata sam chował gdzieś pieniądze ze strachu, albo okradał go kumpel od kieliszka. Zrobiłam więc zebranie w domu (bo ja jestem zwolenniczką zebrań) i poprosiłam chłopców o komisyjne pokazanie zawartości kieszeni i osobistych portfeli. Już przy samej obserwacji zachowania Młodego i Uszaka zauważyłam, że robią to bez stresu, nawet nie pytając w jakim to celu. Byli czyści. Potem „przesłuchałam” Małą, oczywiście zadając jej proste, acz treściwe pytania, ale dały mi jasność, że córka też u dziadka nie była. Potem poprosiłam ojca o nakreślenie faktów i zespoliłam z faktami, które przekazali mi chłopcy.

 Dziadek pojechał do przychodni o 15.00, ja wyszłam z domu o 15.30, w tym czasie na pewno nikt na jego stronę nie chodził. Ok. 15.40 z zeznań chłopców wynikało, że dziadek przyszedł do nich i pytał, czy jest jego najmłodszy wnuczek, Golas. Zorientował się, ze brak mu tych piątek. Wchodząc do nas musiał nie domknąć drzwi, papugi za swoim panem przeleciały do naszego pokoju, ale zdezorientowane usiadły na żyrandolu. Po powrocie do siebie teść zorientował się, że brakuje jego ptaszków, przyszedł znowu na naszą stronę i zauważył je pod sufitem. Ot i cała filozofia.

 Zostaliśmy nazwani złodziejami, wszyscy, bo usłyszałam, że to nawet ja mogłam wejść i te pieniądze skubnąć. Nie dał sobie wytłumaczyć, że przecież mógł się pomylić, że ktoś jakby chciał go okraść nie brałby samych monet, ale i banknoty. Nie dał sobie powiedzieć, że nie zamyka drzwi i że za każdym razem musimy mu zwracać uwagę, żeby nasze koty nie poszły sobie na polowanko. Wszyscy wokół byli winni, dziadek nie.

 Stwierdziłam, że nie ma co dyskutować. To już galopująca starość i trzeba teraz tylko tolerować i przytakiwać. Nie ma co walczyć z wiatrakami. Moja mama zawsze mówiła: „litości dla mnie na starość, bo starość jest okropna”. Nie dożyła jej. Mam starego teścia, muszę być dla niego bardzo litościwa i wyrozumiała.

Tagi: teść
07:30, sokramka
Link Dodaj komentarz »