Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 29 sierpnia 2013

Z tego wszystkiego zapomniałam wspomnieć o wyprowadzce mojego środkowego pasierba. Od dwóch tygodni nie ma go w rodzinnym domu. Wynajmuje wraz z niedawno poznaną dziewczyną pokój w mieszkaniu w innej dzielnicy. Drugi pokój zajmuje para znajomych mojej przyszłej synochy. Mała dygresja - czy ktoś słyszał o tak dziwnych sformułowaniach jak "teściocha", "synocha", "babcocha"? Odkąd zostałam macochą dla moich chłopaków, powymyślaliśmy te określenia dla ujednolicenia funkcji w rodzinie ;) Być może nie są to słówka nowe, a być może powinnam je jednak opatentować ;)

Tak więc chłopak przyjeżdżał początkowo jakieś dwa razy w tygodniu zmienić bieliznę i przeprać sobie trochę ciuchów. Około dwóch tygodni temu powiedział, że "związek jest poważny" i przeprowadza się do swojej Blondyny. (Mam już synochę - Okularnicę, teraz mam synochę - Blondynę). Dziś miał dzień wolny. Wpadł ok. 14.00 do domu, zrobił kupę, przebrał resztę swoich ciuchów, pobawił się z Małą i powiedział, że możemy malować jego pokój na różowo czy fioletowo, żeby był z przeznaczeniem dla jego przyrodniej siostry. Miało to znaczyć w skrócie "wyprowadzam się na dłużej, róbcie z moim pokojem co chcecie". 

Oczywiście pomysł z wyprowadzką Małej do JEJ własnego pokoju był planowany od dawna. Ale po pierwsze nie mieliśmy wolnego pomieszczenia, a po drugie nie mieliśmy kasy. Teraz pomieszczenie się znalazło, ale kasy wciąż brak. Można przenieść Małej łózko, ale ściany są w fatalnym stanie, poza tym brak podstawowych mebli ogranicza jakiekolwiek ruchy. Przecież córka nie będzie trzymała ciuchów na podłodze. 

W każdym razie Scareface po raz drugi opuścił rodzinne gniazdo. Na jak długo? nie wiemy. Ważne, że sam tego chciał i że jest mu dobrze. Oby mnie tylko szybko nie zrobił babcochą ;)

Tagi: pasierb
18:02, sokramka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 sierpnia 2013

Widziałam się wczoraj z Bezcielesną. Wybrałyśmy się na wykład o historii mojej Dzielnicy, miejscu w którym spędziłam prawie 30 lat. Oprócz kwestii historycznej autor wykładu poruszał tematy statystyczne - dawne liczby ludności, gęstość zaludnienia, rodzaje zawodów, wielkie osobistości. Szczególnie w pamięć zapadła mi niska procentowo liczba duchowieństwa (tylko 0,7% całej populacji mojej Dzielnicy) ;) oraz zaintrygował mnie zawód zwany "trakierka". Za cholerę nie wiem cóż to była za profesja, nawet autor wykładu odsyłał nas do źródeł, bo sam nie miał pojęcia. Internet milczy w tym temacie i trzeba by chyba zajrzeć do biblioteki i poszperać w starych publikacjach dotyczących zajęć przedwojennych i dawnych.

Po spędzeniu godzinki w małej salce poszłyśmy "zrobić sobie dobrze" ;) Jedna skosztowała gofra na full wypas, a druga zakupiła sobie loda też na full wypas. W tak dobrym nastroju przyjechałam do domu przed 21.00, ale zaraz po przekroczeniu progu rozbolała mnie głowa. Z Bezcielesną w czasie spaceru poruszyłyśmy temat mojej "nad-odpowiedzialności". Moja droga koleżanka powiedziała mi, że to graniczy z obsesją, bo nie mogę przeżyć bez kontroli nad rodziną. No ale jak tu żyć bez tej kontroli kiedy ma się w domu zupełnie nieodpowiedzialny egzemplarz? Rzeczywiście lubię żyć według ustalonych reguł i zasad. Schematy i rytm, to coś co mnie kręci. A mój Szanowny małżonek nawet nie zawołał naszej córki do domu tuż po 20.00. Weszłam razem z nią, bo zgarnęłam ją z podwórka. W pokoju, w ciągu dnia dzieci bawiły się w domy, budowały szałasy, robiły piknik (zestaw do gotowania porozwalany po całej podłodze). Żeby nie było - nie jestem zwolenniczką mieszkań "muzeów". Ale ani się ruszyć, ani pójść spać, jeszcze do tego kultywuję co wieczorny prysznic Małej. No i zaczęło się; Mała mnie zobaczyła i wszystko było na raz: chcę pić, jestem głodna, pomóż mi sprzątać, jestem zmęczona. A gdzie był TATUŚ? Ja się pytam. Tatuś po przyjściu z pracy zaczął oglądać filmiki na swoim telefonie. Ech, szkoda gadać. 

Miałam się relaksować i odprężać. Właściciel worka dał mi namiary na swój adres zamieszkania, jutro idę więc na pocztę wysłać gotowy produkt. Najchętniej dałabym wora w prezencie, bo to dla dziecka i w ogóle, ale właściciel chciał zapłacić, a ja nawet nie wiedziałam jak wycenić swój hand-made. 

Teraz będę się przymierzać do kolekcji mini ubranek dla laleczek córki Bezcielesnej. Powinno pójść gładko. 

A gdzie nauka angielskiego do poprawki wrześniowej???? 

Tagi: Spotkanie
17:16, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 sierpnia 2013

Mieszkam w Dużym Mieście. Każdy inteligentny Czytacz, który mnie nie zna na pewno domyśla się w jakim. Nie lubię swojego Miasta, przyznaje się do tego bez bicia. Nigdy nie lubiłam. Mieszkałam w różnych dzielnicach i praktycznie mało z nich zauroczyło mnie swoim klimatem. 

Jako dziecko i później na nowo jako dorosły spędziłam wiele lat mieszkając w dzielnicy, która kiedyś, dawno, dawno temu była odrębnym miastem. Potem dzielnica ta w większości należała do Żydów, których spadkobiercy współcześnie zaczęli dopominać się o kamienice należące niegdyś do ich dziadów. Mieszkałam w takiej kamienicy już jako dorosła osoba, matka. Dostałam eksmisję, wyprowadziłam się. Dzielnica owa wzbudza we mnie nieopisany sentyment - po pierwsze wspomnienia dzieciństwa, po drugie klimat minimalizmu w poszczególnych enklawach, po trzecie bliskość komunikacji, sklepów, wszystko na wyciągnięcie ręki. No i ten urok starych kamieniczek... Murowane schody, kręcone, często drewniane, zdobione poręcze, wysokie mieszkania, tajemnice i historie dawne...

Kiedy moja Mama rozwodziła się, przemieszczaliśmy się po Mieście szukając swojego miejsca. Kiedyś o tym pisałam: przebywanie u ciotek, w domu samotnej matki, to były różne dzielnice. Najgorsze były blokowiska. Choć z jednego mam miłe wspomnienia towarzyskie, gdzie do dziś utrzymuję kontakt z rówieśnikami. W pewnym momencie mojego życia pojawiło się marzenie posiadania własnego pokoju, właśnie w takim blokowisku. Być może było to zapatrzenie na sytuacje lokalowe kolegów i koleżanek? Nigdy swojego pokoju nie miałam :) 

Mieszkając w blokowisku wszędzie było daleko: do autobusu, tramwaju, sklepu,dojeżdżając do szkoły musiałam dużo wcześniej wychodzić z domu, żeby mieć czas na dojście do przystanku. Tylko plac zabaw był pod blokiem, piaskownica, huśtawki i zabawa z przyjaciółmi. 

Nie lubię blokowisk, wysokiej zabudowy. Teraz chodzę na mopa do dzielnicy, która również nie tak dawno została przyłączona do Miasta. Kiedyś była odrębnym miasteczkiem. Czasem pokuszę się o przepuszczenie jednego autobusu, żeby wracać do domu parę przystanków piechotą. Urzeka mnie minimalizm; niska zabudowa, praktycznie w każdym domku jakiś sklepik, wąskie uliczki, tylko ratusz jest budynkiem, który wyrasta jak rakieta ponad wszystko inne. 

Obserwuję tę dzielnicę. Zauważyłam, że tak jak w Mieście wyburza się stare domy. Nie wiem czy są zagrożeniem budowlanym, czy to jakieś akcje nielegalne. Szkoda mi tego uroku. Zdaję sobie sprawę, że przeszłość umiera i budynek ponad stuletni może nie przetrwać próby czasu, ale mamy w Polsce tyle zabytków wiekowych, że chyba warto czasem wyłożyć trochę pieniędzy z budżetu, żeby ratować te cuda architektoniczne... Mnie osobiście wszystko co szklane, metalowe i wielkie zbytnio się nie podoba. Nie kręci mnie urok Nowego Jorku, nie kusi mnie swoim widokiem żadna inna metropolia. 

Teraz mieszkam w dzielnicy, która w większości jest kompleksem domków jednorodzinnych. Oczywiście jest i blokowisko, w obrębie którego stoi szkoła Małej, ale my do tej szkoły mamy prawie trzy kilometry. Niedaleko nas jest las. Trochę narzekam na dużą odległość sklepów, ale jak jest ciepło to podjeżdża się rowerami. No i co najważniejsze oprócz blowiska i sosenek leśnych, nie widać tu żadnych drapaczy chmur ;) 

Tagi: miasto
07:19, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 sierpnia 2013

Banan na twarzy pojawia się zawsze kiedy mogę podziwiać swoje twory szyciowe. Dostałam zamówienie na uszycie worka na kapcie. Wczoraj zakupiłam w pasmanterii niezbędne dodatki. Byłam nawet w szmateksie, żeby wyszukać odpowiedni materiał do aplikacji. Udało się. 

Zdjęć na razie nie wstawię. Szanownego notebook nie posiada programu do obróbki fotek. Może uda mi się przemycić gdzieś, kiedyś. Worek pojedzie sobie za Miasto. 

Do tego dostałam zlecenie podszycia zasłonek do klasy mojej córki. Koleżanka zakupiła materiał, a ja mam pociąć go na cztery, obszyć i zaopatrzyć w taśmę. Znowu banan na twarzy. Maszyna do szycia furka. 

No i na koniec niespodzianka dla samej siebie - szyję sobie torbę z dżinsu, materiał w spadku po teściu, który już aktywnym krawcem nie jest. Co mi wyjdzie z tego - zobaczymy. Robię to pierwszy raz: i pomysł i wykrój i wykonanie. Mam nadzieję, że torba będzie wyględna. 

Do tego Mała zadała mi bobu - wpadła na pomysł stroju karnawałowego (dopiero wakacje, a ona już o lutym myśli )))) Otóż marzy jej się strój Draculary, z modnego ostatnio serialu animowanego dla dziewczynek Monster High. Bohaterów znam, bo obejrzałam z córką kilka odcinków i wiem jak wygląda owa postać. Zobaczymy - do karnawału daleko, jeszcze czas. 

W ramach terapii antydepresyjnej powinnam się chyba zapisać na kurs kroju i szycia ;)))))

niedziela, 18 sierpnia 2013

Dosłownie i w przenośni. Ostatnio padł mi mój osobisty komputer. Kupiłam go zaraz po śmierci mojej Mamy, tak więc koleżka służył mi dobre 5 lat. Kilka miesięcy temu zdechł nam komputer stacjonarny. Oficjalnie należał do mojego Młodego, ale i tak wszyscy z niego korzystali - nikt więcej nie posiadał w domu takiego sprzętu. Teraz korzystam z internetu w telefonie, ale taki system ogranicza moje ruchy w wielu dziedzinach. Bez komputera i udostępnianych do niego możliwości bywam jak bez ręki. Takie czasy. Wpis na blog powstaje na notebooku Szanownego. Nic nie mogę kupić na raty, nie mówiąc już o żywej gotówce. Pracuję na umowę zlecenie i to mnie drastycznie ogranicza. Do tego od stycznia tego roku mam zajęcie komornicze na moim koncie bankowym. Niby nie duża jest kwota do spłacenia, ale dla kogoś kto zarabia średnią krajową to pikuś. Dla kogoś kto bierze tauzena za machanie mopem to wyrzeczenie. 


Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale nie ma gorszej nędzy jak nie ma pieniędzy. Ktoś kto nigdy nie zaznał skrajnej biedy nie zrozumie o czym piszę. To tak jak syty nie zrozumie głodnego. I bawią mnie już te teorie o podniesionym czole, o olewaniu kłopotów, o chodzeniu z wytężoną piersią i robieniu tego co się chce. Ludzie, róbta co chceta we własnym zakresie i nie uczcie mnie życia. To są moje problemy, które piętrzą mi się na łbie i których w tydzień nie rozwiążę. Musiałaby nastać rewolucja na miarę francuskiej, żebym mogła bieg zdarzeń odwrócić o 180 st.  


Mój system wewnętrzny również się zachwiał. Awaria postępuje z dnia na dzień i gdyby nie łapanie się brzytwy, jak tonący, zapewne topiłabym się w bagnie własnych kłopotów. Zaszywam się więc. I znowu dosłownie i w przenośni. Zamykam się w swoim świecie, mało rozmawiam, dużo czytam, niewiele żądam. A dosłownie chcę sobie uszyć torbę dżinsową. Już mam projekt i wykrój niektórych części. To trochę potrwa. Muszę dokupić suwak, bo w zbiorach krawieckich potrzebnego nie posiadam. Do tego dostałam zlecenie od blogowej koleżanki na uszycie worka do przedszkola dla jej córki. Cieszy mnie to, bo jestem komuś potrzebna i zrobię coś co lubię. Wykaże się. Cholernie ambicjonalnie do tego podchodzę. Na sobie mogę eksperymentować, ale dla kogoś musi być tip-top. 


Ostatnio byłam u ciotki poza Miastem. Ciotka ma 70 lat, ale wygląda na 10 mniej. Jest najstarszą siostrą mojej Mamy. Ciotka powiedziała mi, że kocha pieniądze i nie wyobraża sobie bez nich życia, albo takiego życia, w którym musiałaby sobie odmawiać czegokolwiek. Przez ostatnie 25 lat była agentem ubezpieczeniowym. Namawiała mnie na to samo zajęcie. ma znajomości. Ale do tego chyba trzeba mieć predyspozycje. Według mnie ja się do tego nie nadaję. Chociaż niektórzy twierdzą, że świetnie bym sobie poradziła i się w tym odnalazła. Widać ja siebie nie znam - dlatego chciałabym iść na indywidualna terapię poznawczą. 


Młody wrócił z tygodniowej wyprawy nad morze. Nawdychał się jodu, trafił również na dobrą pogodę. Ale jako "syn młynarza" nabawił się czerwonych placków, a skóra schodziła mu przez wiele dni. Potem nawet w Mieście, przy wysokiej temperaturze chodził już tylko w długich spodniach.


Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Miotam się jak idiota po własnych wnętrznościach. Nie mam na siebie sposobu. Na razie muszę wziąć się za naukę do egzaminu poprawkowego. Te studia to jedyny pozytywny epizod jaki mnie motywuje, choć czasem też zastanawiam się nad ich sensem. Ale są jak na razie za darmo więc będę korzystać. Głos rozsądku podpowiada mi wyjścia do ludzi, ale rozglądam się wokół i nie widzę nikogo z kim mogłabym konstruktywnie i z sensem pogadać o dupie maryni. Boję się być odebrana jako toksyczny rozmówca, który wyssie pozytywną energię zostawiając tę marudzącą. 


Ostatnio czytałam artykuł o sprężystości emocjonalnej, o tym, że tego można się nauczyć, że można być odpornym na depresje, cierpienia, agresje, stany lękowe.  Siła wewnętrzna to przekonanie o własnej wartości, o tym, że jesteśmy i reżyserem i aktorem własnego życia. Podobno płaksy, grymaśnicy, obrażalscy, smutasy i maruderzy w dzieciństwie, to kandydaci do wczesnego treningu emocjonalnej sprężystości. Ja byłam obrażalska i wciąż nosiłam na ustach zdanie: "dziękuję, mam u mamy w domu".


Jutro, tj. w poniedziałek muszę podskoczyć do pasmanterii. Chciałabym się tez zobaczyć z Bratem, mam dla niego ogórkową z ukwaszonych przez siebie ogórków. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo Brat może być w pracy. Do tego rwie mnie w kostce śródstopia. Coś jakby halluks, ale przecież butów na obcasie nie noszę, wąskich i ciasnych tym bardziej.  Ogólnie posrany ten świat. 


sobota, 03 sierpnia 2013

Czas urlopów. Jedni wyjeżdżają do ciepłych krajów, inni wolą wakacje nad polskim morzem, a jeszcze inni spędzają wolny czas z kielnią. To tak jak w tym ironicznym obrazku: Niemiec na wakacjach, Rusek na wakacjach i Polak na wakacjach. Mój mąż od dwóch tygodni spędza właśnie czas z kielnią. Buduje wiatrołap, żeby nam mróz zimą tak szybko do chałupy nie wchodził i żebym ja nie musiała wieszać tej obrzydliwej kotary, co mi przypomina mieszkania z opowieści kuratora (blog „na marginesie”).

Kasy nie ma za wiele, no bo nic takiego się nie wydarzyło żebyśmy nagle stali się Carringtonami dzielnicy. Materiały chłop ma częściowo z odzysku (gres dostaliśmy od znajomej, drzwi zewnętrzne chłop ma od szefa, trochę cementu było w piwnicy), resztę materiału trzeba było dokupić – cegły, profile, a w następnym miesiącu dojdzie poliwęglan komorowy na część „przeszkloną”. Do tego Szanowny w poprzednim tygodniu urlopu został na dwa dni wezwany do pracy „na dyżur”. Wyjęte dwa dni z bycia w domu, ale za to szef ekstra zapłacił. Mąż za te pieniądze wymienił mi szybę przednią w moim samochodzie. Strach był już jeździć. Szanowny już w poniedziałek wraca do normalnego trybu pracy.

Młody z trzytygodniowego obozu harcerskiego wrócił w niedzielę. Odebrałam go osobiście i w domu zaczęliśmy od razu wszystko prać. Pogoda taka, że kilka wrzutów można zrobić, a i tak wszystko wyschnie. Z jednej strony dobrze – bo Młody jutro wyjeżdża na kolejny tydzień; do Prezesa nad morze. Będzie mu tam pomagał w pracy (jak to przy wolontariacie) ale i nawdycha się innego powietrza, no i Prezes obiecał zwrot kosztów podróży. Z drugiej strony mnie taka pogoda strasznie dobija. Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce… Słońce praży, wiatru praktycznie żadnego, żar leje się z nieba. Nawet odkurzać mi się nie chce.

Córki też się pozbyłam. Taka mamusia jestem ;) W środę zawiozłam Małą do ciotki, siostry mojej Mamy. Podmiejska mieścina, która słynie ze zdrowej wody nie jest dla mojej córki wymarzonym miejscem na wakacje. Dziś mamy sobotę, a Mała dzwoniła już cztery razy, kiedy ją zabierzemy? Nudzi się z ciotką, dzieciaków do zabawy tam nie ma, a ciotka chciałaby ciągać Małą po koncertach i swoich znajomych – damach w kapeluszach. No cóż – dziecko miało zostać na tydzień, ale odbierzemy ją chyba jutro.

Nie ma pieniędzy, a ja kupiłam sobie dwa nowe czytadła. Powiedziałam sobie, że cokolwiek by się działo, na książki żałować nie będę i już. To też element mojej terapii wychodzenia ze stanu depresyjnego. Pierwsza pozycja to reklamowani „Skandaliści w koronach” Andrzeja Zielińskiego, o władcach, którzy zasłynęli nie tylko z wielkich czynów, ale byli skandalistami, zbrodniarzami i głupcami. Cóż takiego działo się na dworach królewskich, o czym podręczniki historii milczą? O tym właśnie chcę się dowiedzieć. Kolejna pozycja to „Historia brudu” Katherine Ashenburg. Wydawnictwo Bellona. Streszczać nie trzeba, bo już sam tytuł mówi o czym rzecz. Czytam w autobusie jadąc na mopa, czytam w kiblu, czytam w łóżku. Czytam bo lubię. Bardzo ciekawa pozycja od strony socjologicznej.

Z działu: praca. Po otrzymaniu kolejnej odpowiedzi treści: „dziękujemy za zainteresowanie się naszą ofertą i udział w procesie rekrutacyjnym na stanowisko bla bla bla” postanowiłam chwilowo zamknąć rozdział poszukiwania pracy i nie wysyłam już aplikacji na żadnym portalu. Usunęłam job alert, nie wchodzę na pracuj.pl, ani na gratkę, ani na gumtree. W końcu bezrobotna nie jestem, dostaję zapłatę, na chleb mam. Tylko trochę mnie mierzi, że stoję w miejscu, nie rozwijam się, zapominam tego, co do tej pory robiłam, a towarzystwo? Szkoda gadać. No i zlecenie jest; żadnego urlopu, zwolnienia, wolnego na żądanie.

Ostatnio widziałam się z Bratem. Długo nie dawał znaku życia, bo znowu zawiodła go miłość i jest poszukującym swojej drugiej połówki. Z tym, że po dogłębnej i szczerej rozmowie powiedziałam Bratu, że niestety, ale moim zdaniem jest wybredny. Chłop ma 32 lata i do tej pory kilka stałych związków. Moje przyszłe bratowe łączyło niezwykłe podobieństwo: wszystkie były długonogimi blondynkami. Ale niestety, każda z nich wykorzystała mojego Brata w sposób tylko sobie znany. Jedna zdradzała, druga oszukiwała, trzecia otwarcie powiedziała, że jest w porządku, ale nie potrafiła wybrać między uczuciem, a litością wobec innego. Wybrała życie z innym. Powiedziałam Bratu, że szuka ideału, którego świat nie nosi. Ja sama drę koty z moim chłopem, klnę na niego, ale nie wyobrażam sobie bez niego życia. Ma zalety, które niwelują jego wady powodujące u mnie codzienne wkurwy. Brat mówi, że cóż poradzi kiedy pierwsze wrażenie jest dla niego połową sukcesu? Na pewno ma rację i w jakimś stopniu się z nim zgadzam, ale to nie jest wykładnia dobrego, udanego związku.

Czas płynie, słońce świeci. Ostatnio przeleciała mi niezwykle ciekawa oferta spotkania z Bezcielesną na wykładzie o historii mojej dzielnicy, w której mieszkałam prawie 30 lat. Niestety, przez żar lejący się z nieba nie dotarłam. Ale nic straconego – mam harmonogram na następne wykłady, już nie mogę się doczekać. Kontakt z normalnymi ludźmi jest mi niezwykle potrzebny. Jutro wraca z urlopu moja koleżanka – pielęgniarka z Poradni Zdrowia Psychicznego. Pisała, że chętnie się ze mną zobaczy – oczywiście mam już zaplanowane z nią spotkanie ;)

A dla potwierdzenia mojego pierwszego akapitu, taki oto obrazek: