Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014

Siedzę w jakimś gównie. Dosłownie i w przenośni, Bezcielesna zna szczegóły, ja szamba publicznie wylewać nie będę. Pisząc o przyjemniejszych sprawach wspomnę o początku roku szkolnego, który już jutro ;) Z Młodą pójdę na 9.00, już się na mopie umówiłam, że do roboty podjadę później. Młody sam jedzie do szkoły, w końcu to już prawie pełnoletni facet, noska chusteczką nie trzeba wycierać ;) W zeszłym tygodniu wyrabiał sobie zdjęcia dowodowe. Po 5 września będzie mógł już złożyć wniosek o dowód.

W domu bajzel remontowy, taki trochę naciągany, bo ja mam ostatnio wisielczy humor i żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce... Wszyscy się chwalą więc i ja to uczynię. Otóż Szanowny zbudował szafę dla córki, bo Mała już wybłagała od niego kapkę czasu na wykonanie tego mebla. Poza tym wierciłam Szanownemu dziurę w brzuchu o ten mebel. 

Szafa prezentuje się tak:

Brakuje tylko drążka na wieszaki i drzwi, które mają być niebieskie na zlecenie Młodej, ale niestety fundusz reprezentacyjny rodziców aktualnie się skurczył. Czekają mnie jeszcze pewnie wydatki związane z początkiem roku szkolnego, ale o tym wolę nie myśleć, wszak gnębi mnie co miesiąc wizja 10ego ;)

Dodam, że szafa jest przerobiona z innego mebla, co uważam za trudniejszą jazdę bez trzymanki, ale fundusze nas ograniczały i Szanowny musiał wykorzystać materiał z odzysku. W ogóle ten mój chłop to i łózko dziecku zbudował i grilla na podwórku buduje (takiego z wędzarką razem) i cały regał na starym mieszkaniu był jego dziełem i potrójne łóżko dla swoich synów kiedyś zrobił i webasto w swoim samochodzie sam wykonał i garnek do gotowania mielonki sam zrobił i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność... 

A na koniec kolejna dawka z pozytywnych obrazków:


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Mulilady chce nauczyć mnie wstawiania aktywnych linków,o takich. Zobaczymy co to z tego wyjdzie?

Działa!!! Tylko otwiera się w tym samym okienku, mimo ustawienia opcji "otwórz w nowym oknie". 

Multi - jesteś WIELKA, bardzo Ci dziękuję!

 

16:15, sokramka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 24 sierpnia 2014

Albo z domu, żeby nie pozabijać wzrokiem innych. Dziś przekroczyłam dawno nieprzekraczaną przeze mnie granicę. Myślałam, że uduszę z rana wszystkich domowników, albo poćwiartuję, albo wydłubię oczy, albo dokonam innej zbrodni, która doprowadziłaby mnie do wirtualnego kicia. Wystarczyło jedno słowo, zapalnik, żeby wywołać u mnie pożar emocji. Tak więc o 9.00 założyłam swoje piękne, wygodne, szare kaloszki kupione za 30 zł w jednym z supermarketów i wyszłam z domu. Takie coś zdarza mi się raz na jakiś czas. Mówię innym, że tak mam i mają mnie zostawić w spokoju póki nie przejdzie.

Po drodze lałam łzy, a z nieba lał się deszcz. Dobrze, że nikt mnie nie widział. Wybrałam podróż komunikacją miejską, bo z takim bagażem emocji wolałam nie wsiadać za kierownicę. Poza tym, tam gdzie jechałam nie miałabym nawet gdzie zaparkować.

Spacerowałam w deszczu i rozmyślałam. Wstąpiłam do księgarni, takiej która otwarta jest w niedzielę. Kupiłam sobie na pocieszkę biografię mojego guru radiowego, Marka Niedźwieckiego. Książkę już przeczytałam. Polecam. Dla kogoś kto zna tę niezwykłą postać, biografia pisana w pierwszej osobie będzie smacznym kąskiem. Czyta się książkę tak, jakby Marek siedział obok i opowiadał o swoim życiu.

Po wyjściu z księgarni zobaczyłam przez szybę pozycję, na którą również miałam ochotę. Ale ta kasa…. Przeszłam się po centrum handlowym i wróciłam się do księgarni. Nie mogłam sobie darować nowej książki Kinga „Pan Mercedes”. W sumie wydalam ponad 70 zł. A w moim przypadku to poważne nadszarpnięcie budżetu. Trudno. Miałam chandrę i musiałam z niej jakoś wyjść. Kinga już czytam. Zapowiada się ekscytująco.

Potem postanowiłam wsiąść w jakiś autobus komunikacji miejskiej i w celu przeczytania biografii Niedźwiedzia pojeździć trochę po Mieście. Głupie, co? Ale jak ma się nieugiętą potrzebę bycia sam na sam ze sobą, to jest to najlepsze wyjście. Skierowałam się więc na pętlę. Byłam w dzielnicy, w której spędziłam większą część swojego życia. O dziwo po drodze, niechcący spotkałam koleżankę. Była z psem na spacerze. Młoda wdowa, która zna moją sytuację życiową zaciągnęła mnie na kawę do siebie, choć ja nie bardzo chciałam. Do tego zaczynałam mieć objawy migreny. Ta franca jak mnie dopada, to nie daje mi żyć. Migrena oczywiście, nie koleżanka.

Wypiłam kawę, zjadłam na raz dwa prochy przeciwbólowe, pogadałam, aż w końcu poszłam. Miałam zamiar przeczytać wreszcie tę biografię. Zaczęło mi się kręcić w głowie i powoli czułam, że mam mroczki przed oczami, aha, znaczy się aura idzie. Popędziłam więc do sklepu po tabliczkę czekolady i zeżarłam ją na środku ulicy. Przeszło.

Potem jeszcze dostałam smsa od koleżanki z miejsca, w którym mopuję. Sms był miły, sympatyczny i przewidywał dobry czas przyszły. Zobaczymy. W ogóle ta koleżanka to taki chodzący anioł stróż, choć ja w anioły nie wierzę, ta kobieta jest wcieleniem dobra.

W końcu zrobiła się godzina 15.00 i postanowiłam wrócić do domu, który moim domem nie jest i nie lubię go tak nazywać. To miejsce mojego meldunku, hotel i przechowalnia ubrań. Szanowny dzwonił do mnie w międzyczasie, ale odrzucałam jego połączenia.

Opowieść Marka udało mi się przeczytać w domu, przy pieczeniu chleba. Obiadu żadnego nie było, bo przecież MNIE nie było, a co za tym idzie – kucharka zastrajkowała. Starszy syn jechał na kanapkach, a małż żywił córkę piątkową pomidorówką z ogrodowych pomidorów. Musiał tylko dogotować makaron. Przeżyli.

Ból głowy trochę odpuścił, ale mimo wieczoru wciąż czuję jego obecność. Oczy mam spuchnięte. Nie wiem, czy od płaczu, czy od aury, czy od pogody. Zaraz idę spać. Jutro poniedziałek, bardzo dobrze, wezmę się za pracę, po pracy mam do załatwienia parę urzędowych spraw. To poprawnie wpłynie na moje samopoczucie. A w międzyczasie będę czytać „Pana Mercedesa”.

 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Moja córka ma kurzajki. Jest już na krańcu leczenia, bo korzenie zlikwidowane i z pięciu lokatorek pozostała tylko jedna, ale i tak Mała swoje przeszła, a ja nie umiałam jej pomóc bardziej niż mogłam.

Zacząć muszę od tego, że przeciągnęłam chorobę, bo nigdy nie miałam styczności z kurzajkami. Nie wiedziałam jak wyglądają i początkowo myślałam, że ma zwyczajne odciski. Od złych butów czy jak. Jak jej się to świństwo zaczęło rozmnażać i czernieć poleciałam natychmiast do lekarza. Na szczęście specyfik zadziałał i już dziś po kilku tygodniach zaczynamy widzieć światełko w tunelu.

W ogóle odporność mojej córki jest znikoma. Robią jej się jęczmienie, opryszczki, miewała ginekologiczne problemy. W zasadzie nie wiem od czego to zależy, bo ze starszym synem nigdy nie miałam takich kłopotów. Jak to harcerz wielokrotnie obrastał brudem leśno-obozowym. Nigdy nie miał jęczmienia, żadnej kurzajki ani opryszczki.  Zresztą ja sama również nigdy nie zetknęłam się z różnymi formami gości bakteryjno-wirusowych.

Pojechałam do koleżanek-aptekarek, które poleciły mi suplementy diety na odporność. Daję córce te wspomagacze, choć osobiście jestem przeciwna faszerowaniu dziecka jakimiś specyfikami. No chyba, że zachoruje i wtedy wspomagacz niezbędny. Wolałabym dawać więcej owoców, warzyw, ale cóż zrobić jak bachor ;) na pomidory nie chce patrzeć, maliny mają włosy, cebula śmierdzi, a papryka szczypie w język. Winogrona mają pestki, a te bezpestkowe niedobrą skórkę. Brzoskwinie mam „golić”, a marchewka  i sałata jest dla królików. Mała ogólnie nie ma problemów z jedzeniem, ale jako gatunek mięsożerny wybiera: schabowe, mielone, klopsy, gołąbki, karkówkę (najlepiej z grilla), kiełbasę smażoną, kurczaka pieczonego, smażonego, skrzydełka, nóżki, piersi, wszystko jedno. Z uwielbieniem zajada się makaronem z utartym serem żółtym, ryżem z masłem, kaszą gryczaną, kaszą perłową i innymi mącznymi kluskami. Mając lat 8 i pół waży 40 kg i wzrostu ma prawie 140 cm. Wygląda na 11 lat. Tylko co z tą odpornością? Jak zainteresować rozumne dziewczę przecież, pomidorem czy sałatą? Oszukać się jej nie da, bo to nie niemowlę. Na razie pofaszeruję ją suplementem diety, a kurzajkom mówimy grzecznie pa pa.

 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Niestety, nie będzie relacji z maratonu, albo inszego wyścigu ;) odwaliliśmy tylko z Szanownym kawał remontu, który dotyczył kuchni. Przedpokój chłop kazał mi zostawić i nie rwać się do tego jak Reksio do kości, posłuchałam więc małża i pomogłam mu w kuchni. Wspominałam już, że koleżanka dala mi w spadku komplet szafek. Są białe, chyba mają ze 20 lat, ale są w bardzo dobrym stanie. Po doczyszczeniu z wielomiesięcznego brudu wyglądają bosko. Stary wziął się za ściany w jednej części kuchni, walcząc z bazgrołami swojego najmłodszego syna, Golasa. Pozostawione przez chłopaka obrzydliwe graffiti już drugi rok z kolei skutecznie psuło mi humor. Teraz mam na ścianie kolor "lawendowy zapach" i komplet białych szafek. Bomba dobrego nastroju! Co do drugiej części kuchni pomyślimy w przypływie większej gotówki. Zainspirowała mnie farba do glazury, którą podejrzałam na blogu niejakiej Bożeny, która odwalając remont takąż sobie zanabyła...

Stary buduje też wędzarko-grill. Takie dwa w jednym. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić efektem końcowym, no i nikt takiego bajeru na osiedlu mieć nie będzie. To tak jak w przypadku hulajnogi dla Małej ;) Ale mam, kurde, zdolnego chłopa!

W międzyczasie porobiłam zapasy ze zbiorów ogródkowych; ogórki konserwowe, paprykę konserwową (z tym, że ją akurat musiałam kupić, promocja była, a mamy za małą działkę na większe uprawy). Pozbierałam pomidory z krzaków, skrzynki pełne, Bezcielesna chcesz trochę? Kręgosłup pęka mi w szwach, chłopu nogi miękną, ale jest bosko. Doszliśmy do wniosku, że będziemy oboje nakładać klosz i zamykać uszy na dziadka utyskiwania. Starość nie radość, a alkoholizm to choroba. 

Do tego, po trzech tygodniach wrócił mój Pierworodny z obozu harcerskiego. Trzy prania musiałam zrobić jedno za drugim. Od jutra Szanowny wraca do pracy, ja mam listę spraw do załatwienia, jak zawsze. A w Warszawie gra Patti Smith...

 

czwartek, 14 sierpnia 2014

A bywają takie, kurwa, jak rów mariański. Musze gdzieś to odreagować, bo negatywne pokłady energii trzeba usuwać jak toksyny. Wczoraj trzymałam telefon, chciałam dzwonić, pogadać, ale odpuściłam. Po co zarażać innych mało pozytywnie brzmiącym tembrem głosu? Lepiej dzwonić z informacjami „ku pokrzepieniu serc”.

Nie ogarniam tej kuwety. Czasem mam dość tego gówna, które wokół mnie narasta. I to z różnych dziedzin. Dziadek ma już kłopoty z głową/pamięcią. Chla codziennie 5-6 piw, do tego zawsze znajdzie się jakaś flaszka z kolegami obalona lub z samym sobą – do lusterka. Mówi, że nie jest alkoholikiem, a który alkoholik do tego się przyzna? Mówi też, że nie ma pieniędzy, my mamy płacić  jego rachunki, bo zawsze dzieci pomagają rodzicom. Dzwoni do tych swoich panienek i na doładowania tez wydaje masę pieniędzy, a emeryturka cienka. On w związku z tym ciągle nie ma pieniędzy…

Na pocieszenie mam poprawę stosunków mężowsko-żońskich. Wróciłam do spania z chrapaczem (jakkolwiek to zabrzmiało – interpretacja dowolna). Córka powiedziała, że ona nie może spać z tatusiem, bo on tak chrapie, że Mała ma potem koszmary ;) Teraz to znowu moje zmartwienie.

Trzymamy z Szanownym sztamę przeciw ojcu. Chłop mój przeciera oczy ze zdziwienia co się dzieje, ale nic zdziałać nie może, bo teść nie przyznaje się do choroby. Któregoś dnia może się okazać, że dziadek zamknie oczy na zawsze. Może nawet być tak, że nie będziemy mieli za co go pochować, bo wszystko przepija i rozdaje kolegom.

Dobrze, że pogoda się unormowała na życzliwszą mojemu organizmowi – w końcu mam czym oddychać. Pomidory czerwienieją jak wariaty, ogórki rosną – będą przeciery, przetwory, już mam w swoich zbiorach dżemy z truskawek, śliwek, wiśni, lubię to… Mogę tez poprawiać sobie nastrój słuchając Lipy, Archive lub Lenny’ego. Lenny teraz będzie koncertował w Polsce. Kurczę – odwieczny problem braku kasy. Kiedyś biegałam na koncerty do Stodoły, nawet Młodego zaczęłam w to wciągać. Ech dawne czasy…

Jutro będzie lepiej…

 

sobota, 09 sierpnia 2014

Lato w pełni, dziecko w domu, chłop na urlopie też w domu, nie próżnuje, pracuje, ale miał już dość. Wymyśliliśmy sobie, że wezmę „nielegalny” dzień wolnego i wyjedziemy gdzieś poza granice naszego zasmrodzonego Miasta. Padło na Farmę Iluzji w Trojanowie.

Mam o tyle dobre układy w miejscu, w którym używam mopa służbowo, że bez problemu powiedziano mi, że mogę sobie jeden dzień pracy odpuścić. Gdyby dowiedzieli się o nieobecności w biurze firmy, która zleca sprzątanie, miałabym obciętą dniówkę. Tak więc z samego rana w piątek, wyszykowaliśmy się do wyjazdu, aby być na miejscu na godzinę otwarcia parku edukacji. Od nas to ok godzina jazdy więc i podróż nie była nudna. Trochę padało na początku, ale później się wypogodziło.

W zasadzie pojechaliśmy tam głównie ze względu na naszą córkę. Nie ma dziewczyna żadnych wakacji, tylko dom, dom, huśtawka na podwórku, ewentualnie jakieś wyjście z mamą, lub zabawa z tatą. Wszystkie jej koleżanki z okolicy wyjechały albo na kolonie, albo do rodziny na wieś, szkoda nam było, żeby Mała nie miała żadnych wspomnień.

Wykosztowaliśmy się z lekka, bo bilety wcale nie takie tanie. Choć dla jednego taki koszt może być „panem pikusiem”. Gdybym jechała na farmę 5-6 lat temu, dla mnie wtedy też byłby to „pikuś”. Ale czego się nie robi dla dziecka ;)

Po opłaceniu wejściówki Mała dostała opaskę uprawniającą ją do korzystania ze wszystkich atrakcji parku. Korzystała z mini tyrolki, grała w mini golfa, z nami w big chińczyka, były też ogromne szachy i meble olbrzyma. Potem obie strzelałyśmy z łuku na strzelicy (jak dla mnie – bomba!), poszliśmy we trójkę do grobowca faraona, zwiedziliśmy zatokę piratów i tam obie zrobiłyśmy sobie zdjęcie jako syrenka. Potem zachwycił nas trójwymiarowy domek, który „obracał się” zawsze w naszym kierunku, następnie przepłynęliśmy tratwą „napędzaną” własnymi rękami, zobaczyliśmy lewitujący kran i Mała z ojcem weszła do krzywego domku. Ja nie dałam rady – błędnik wysiadał. Później była sala luster, stół z dziurawym blatem, gdzie można było od spodu wejść i położyć głowę na talerzu. Wyglądało się jak porcja jadła. My jednak zjedliśmy gofry, pooglądaliśmy różne iluzje, a nogi nas bolały, że hej. Był jeszcze labirynt wiklinowy, lasek trapera i zjeżdżalnia pontonowa, ale Mała zjeżdżać nie chciała.

Wracając mieliśmy o czym dyskutować i śmiechu było co nie miara. To, co zostaje w dziecku to wspomnienia. Mam nadzieję, że choć trochę zostanie w mojej córce wspomnień ze wspólnych dni spędzonych razem z rodzicami. Tak mało jej ich dajemy.

 

Lewitujący kran. Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale chodzi o złudzenie płynącej wody z kranu, który do niczego nie jest przytwierdzony.

Do tego domku radzę wchodzić po kielichu ;)

Polecam:

http://www.farmailuzji.pl/index.html

 

Tagi: urlop
14:11, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 06 sierpnia 2014

No, do prawdziwego krewniactwa trochę mi brakuje, bo spuścili mi dopiero 450 ml krwi, ale to jest uzależniające i nie wątpię, że niedługo skoczę oddać krew następny raz!

Czytając sobie informacje nt. jak przygotować się do oddania krwi, wczoraj piłam dużo wody, co w moim przypadku nie jest normalne. Koleżanka ze studiów powiedziała mi, że mała ilość płynu w moim organiźmie może mieć wpływ na stany migrenowe. Coś w tym jest. Poza wodą (cytrynową, bo lubię) wypiłam poranną kawkę, jadłam zupkę jarzynową, bo w menu przyszłego dawcy krwi nie mogą znaleźć się produkty tłuste typu prawdziwe masło, golonka, mięcho, orzechy, śmietana, rosół, ciasta kremowe. Na ograniczenie takiego jadła dodatkowo wpłynął fakt, że mamy lato i człowiek po prostu takich rzeczy nie ma ochoty jeść ;) Można (i trzeba) pić soki i na dzień przed oddaniem krwi, tych płynów ma być w siebie wlanych 2 litry.

Dziś rano zjadłam serek wiejski, grahamkę i kontynuowałam wlewanie w siebie wody ;) Niech to nie zabrzmi dziwacznie, albowiem picie w moim przypadku występuje wtedy gdy mi się chce. Tak więc w robocie obaliłam 0,5 litra wody cytrynowej, wysiusiałam się. W autobusie w czasie jazdy dolałam jeszcze 0,5 litra i jak dochodziłam do punktu docelowego, czułam się jak cysterna, z której zaraz się coś uleje.

Na miejscu dostałam kwestionariusz do wypełnienia, czy aby nie jestem zagrożona jakąś ebolą, albo inną cholerą dżumiastą. Potem nałożyli mi na rękę opaskę identyfikacyjną i przez chwilę czułam się jak więzień twierdzy. Potem w gabinecie pobrano ode mnie próbkę krwi do badania ogólnego oraz na grupę. Nie interesowało ich, że mam przy sobie od lat noszone zaświadczenie potwierdzające moją grupę – oni muszą wiedzieć sami. I dobrze. Po wyjściu z małego gabinetu czekałam na korytarzu na wezwanie z głośnika, po którym skierowałam się do gabinetu lekarskiego. Tam: krótki wywiad, badanie ciśnienia, potwierdzenie gotowości bycia dawcą, osłuchanie płuc i do widzenia, następny proszę.

Potem dostałam karteczkę na ekwiwalent żywieniowy oraz jednorazowy fartuszek. Był to batonik, który musiałam niezwłocznie zjeść i kartonik soczku. Do poboru krwi też czekałam, ale wszystkie te oczekiwania mieściły się w 10 minutach. Sam pobór krwi trwał może 4, może 6 minut. Natrafiłam dodatkowo na pielęgniarkę, która tak jak ja posiadała tatuaże i tak jak ja lubowała się w bransoletkach. Pogadałyśmy trochę.

I teraz uwaga wrażliwcy: igła do poboru krwi jest gruba jak groszówka krawiecka, a może i grubsza. Mnie to nie przeszkadzało, ale inni mogą się na moment wkłucia odwrócić ;)

I na koniec otrzymałam 8 tabliczek czekolady i darmową wejściówkę do ZOO, ale fajnie! Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mam ochotę na jeszcze. To jest jakby uzależniające. Powiedziałam sobie, że następnym razem pójdę z Pierworodnym, bo to on mnie usilnie namawiał i nie może się doczekać kiedy skończy 18 lat, żeby sam oddał swoją krew.

P.S. Następnym razem poproszę, żeby upuściły jeszcze więcej i zapiszę się do banku dawców szpiku.

Tagi: dawca krwi
13:34, sokramka
Link Komentarze (7) »