Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016

Poniedziałki chyba na stałe już będą objęte wizytami w Muzeum Domków dla Lalek ;-) Wczorajszy wieczór również spędziłyśmy z Manią na warsztatach rodzinnych. Tym razem do uszycia był śpiworek dla lalki. Pięknie to mojej córce szło! Igłę sama nawlekała, tylko supełków nie potrafiła robić, ale od tego byłam ja :-)

Jej dzieła plastyczne z warsztatów znajdują się na honorowym miejscu, na półce u niej w pokoju. Jest to też dodatkowa motywacja do utrzymania porządku na półce - musi ją wycierać, żeby rzeczy się nie zakurzyły ;-)

Od września tematyka warsztatów będzie miesięczna. Ale zajęcia będą odbywać się raz w tygodniu, tak więc kto nie zdąży w jednym terminie będzie mógł przyjść sobie w innym. I tak co miesiąc.

Oto śpiworek wykonany rękami mojej dziesięcioletniej córki:

A moje dziergadełka z ostatnich dni prezentują się w taki sposób:

Kurtka jest ze skrawków skórki, rękawy i obłożenie ze zwykłego materiału.

Eksperymentowałam jeszcze z butami. Tym razem wybrałam korek od wina, paseczki skórki i klej butapren :-)

I to by było tyle.A teraz czas wracać do pracy, wnioski czekają ;-)

Miłego!!

środa, 24 sierpnia 2016

Takimi słowami kończyła się niemalże każda moja rozmowa z Mamą, kiedy dyskutowałyśmy o babci, o jej Alzheimerze, o jej dziwactwach i zagrożeniach dla innych oraz siebie.

Ale nie miało być o mojej babci. Będzie o moim teściu. Gdybym nagle straciła dach nad głową z powodu jakiegoś wybuchu bądź pożaru, zapewne się o tym dowiecie szybko.

Parę dni temu siedzieliśmy wieczorem w swoim pokoju, Szanowny, Mania i ja. Córka bawiła się w domek zbudowany z koców, chłop grzebał w internecie, a ja jak zwykle coś tam dziergałam. W pewnym momencie mnie olśniło, bo od kilkunastu minut słyszalny był gwizdek czajnika z mieszkania dziadka. Wspomniałam o tym Szanownemu, a wtedy i Mania włączyła się do rozmowy mówiąc, że słyszy ten gwizdek już od czasu budowania swojego domku. Szanowny wstał, poszedł na stronę ojca, żeby sprawdzić co się dzieje. Po powrocie opowiedział, że dziadek zasnął oglądając mecz i nie słyszał jak gwiżdże mu czajnik (!)

Wczoraj Scareface miał telefon w ciągu dnia od dziadka, żeby z łaski swojej zajrzał do jego mieszkania, bo dziadek chyba zostawił na gazie gulasz. Scareface był na spacerze więc musiał wrócić się z drogi do chałupy. Zastał spalony garnek, bo gulasz dawno już wykipiał. Gaz z kuchenki ulatniał się, bo płomień został zduszony przez kipiący gulasz. W chałupie śmierdziało gazem i wystarczyła iskra.... Aż mi się nie chce tego pisać.

Kiedy teść wrócił wieczorem do domu był już tak napruty, że ledwo trzymał się na nogach. A gdy Szanowny wrócił z pracy poszedł do ojca spróbować z nim pogadać. Nie było mowy. Dziadek siedział na schodach do swojego mieszkania i burczał pod nosem: "przecież ja nie piłem, ja tylko tak... wietrzę się".

Jesteśmy przerażeni, bo dzieje się coraz gorzej. Narzeczona dziadka nie chce i nie może z nim zamieszkać, a w dni kiedy wyczuje, że teść zaczyna tankować po prostu do niego nie dzwoni. Byli teraz razem dwa tygodnie w sanatorium, dziadek nie wypił ani kropelki więc teraz musi sobie ten "stracony czas" odbić.

Strasznie.

Będę dziś dzwonić do ubezpieczyciela w sprawie odnowienia polisy. Dom jest niby stary, postawiony w 1935r, lepiej byłoby go zburzyć i postawić coś na nowo, ale jednak mieszkać gdzieś trzeba...

wtorek, 23 sierpnia 2016

Przedstawię pisemną relację z wczorajszej wizyty w Muzeum Domków dla Lalek, którą odbyłam wraz z moją Manią. Po obejrzeniu wystawy miałyśmy zarezerwowane miejsce na warsztatach plastycznych, na których wykonywany był miniaturowy latawiec ;-) \

Warsztaty jak już wspominałam we wpisie o walizeczce, odbywają się w Muzeum w każdy poniedziałek wakacji. Tak więc została nam z Manią jeszcze jedna wizyta. Wczoraj było mało osób, zainteresowanie niewielkie. Przed warsztatami postanowiłyśmy zwiedzić salę wystawową, bo to wstyd być tam i TEGO nie zobaczyć.

Brak mi słów, żeby opisać zachwyt w jaki wpadłam. Młoda jakby mniej zachwycona była, ale również podobała jej się sama wystawa. Domki - zabawki z lalkami z różnych epok, przedstawiające różne sytuacje życiowe. Był gabinet weterynarza, był sklep wędliniarski, była apteka, był domek piętrowy, w którym widać było wszystkie pokoje na przestrzał. I te widoczne szczegóły, szczególiki, drobiażdżki przykuwające wzrok... Nawet na poddaszu jednego z domków znajdowały się zwinięte w ruloniki materiały, jakieś bambetle, domowe szpargały :-)

Kocham to Muzeum. Szkoda, że takie małe i eksponatów jest niewiele. Naszą uwagę przykuło też nietypowe wejście na samą salkę muzealną. Drzwi do Narnii - to najlepsze porównanie dla tego zjawiska :-)

Po obejrzeniu wystawy powędrowałyśmy na warsztaty, aby wykonać z patyczków, bibułki i sznureczków muliny mini latawiec. Na Fb na stronie Muzeum powinna pojawić się foto relacja. Już zapisałam nas na następny tydzień, kiedy to będzie szyty (ręcznie!) śpiwór dla lalki. Mania szczęśliwa, a ja tym bardziej. Do tego dowiedziałyśmy się, że na tym warsztaty się nie kończą, że Muzeum planuje nowe spotkania od września, ale w innej oprawie. Też będą skupiać się na samodzielnym wykonywaniu mini rzeczy :-)

Po wyjściu nie mogłyśmy się oprzeć ofercie i kupiłyśmy sobie mini mebelki do samodzielnego złożenia. Dostałyśmy klej Wikol dla wzmocnienia elementów, a ja już mam w głowie projekty pościeli do mini łóżeczka i serwety na szydełku na mini stolik, który Mania wczoraj wieczorem sama złożyła.

sobota, 20 sierpnia 2016

:-) Jeszcze przed wyjazdem musiałam coś "spłodzić" bo moje ręce wciąż chcą coś tworzyć. Dobrze, że mnie jeszcze reumatyzm nie dopadł, bo bym była wtedy bardzo nieszczęśliwa :-( 

Ale jak w temacie:

Torba ze starych dżinsowych nogawek. Oczywiście to prezent. Uszy są przymocowane do "tułowia" torby za pomocą kółek od karnisza. Analogicznie pomysł ten wykorzystałam w przypadku szycia torby osobistej ;-) 

Na wyjazd musiałam mieć porządną kosmetyczkę, taką, do której włożę szampon, żel pod prysznic. Musiała być spora. Zakup nie wchodził w grę - przypominam, że jestem finansowym ściubigroszem ;-) Tak więc powstało takie coś. Środek uszyłam ze starego płaszczyka przeciwdeszczowego ze wzorem Hello Kitty, który kiedyś kupiłam Mani na ciuchach, chyba za ok 5 zł ;-) 

Po powrocie już miałam pomysły na ubranka dla małej modelki. I tak oto powstał sweterek na chłodniejsze dni:

Pssst... dżinsowa spódniczka powstała tak... przy okazji ;-) 

Przyznam się szczerze, że jakiś czas temu eksperymentowałam z modeliną fimo. To taka masa plastyczna, która w obróbce jest początkowo twarda jak kamień, ale w miarę "kulgania" staje się miękka jak plastelina. Po uformowaniu danego kształtu wypieka się ją w piekarniku. Tak zrodził się w mojej głowie pomysł tworzenia butów dla lalek. Pierwsza para poszła do kosza. Niestety nie nadawały się do pokazania ;-) ale trening czyni mistrza i za drugim razem wymodelowałam takie coś:

Nie ukrywam, że najtrudniejsze jest zachowanie bliźniaczego wzoru na obu butach oraz obcas. Wszak lalki typu Barbie maja specjalnie wyprofilowane stopy na buty z podwyższeniem :-)

A na koniec szara kurteczka na chłodniejsze dni:

A teraz lecę grzać śliwki na kolejne dżemiki :-) 

Miłego weekendu!

Tagi: moje hobby
17:54, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Od zeszłej środy mamy nowego członka rodziny. A właściwie członkinię klanu :-) Kicia przyszła do nas od mojej zaprzyjaźnionej koleżanki, której trafiła się znajdka akurat w stanie wskazującym na skorzystaniu z życia ;-)

Nasza kicia to trikolorka. Podobno bardzo trudny charakter i ciężki do opanowania, ale akurat ja lubię ciężkie przypadki, bo sama do lekkich nie należę ;-)

Już pierwszego dnia zdołała poznać wszystkie nasze trzy pokoje, łazienkę i kuchnię. Wdrapała się bez większego problemu na dwumetrowy drapak, czym wprawiła w osłupienie naszego dorosłego juz Urwiska. Niestety, jak to w przypadku wprowadzania nowego zwierza do stada, Urwis się jeszcze oswaja z nowym nabytkiem. Obrażony nocuje na ganku i tylko na żarcie przychodzi o ustalonych porach. Ale nie ma tego złego - akceptuje małą i nawet kilka razy ją liznął. Ona oczywiście chciałaby wejść z nim w układ zabawowo - rozrywkowy; zaczepia go bowiem, trącając łapką jego ogon naznaczony na czubku małą, białą "diodką". Ale Kocisko się nie daje, odchodzi śmiertelnie poważny jakby chciał powiedzieć: "z gówniarzami się nie zadaję" :-)

Psota zdążyła już zwalić ze stołu nasze smartfony, w nocy pospadały książki z regału, po którym spacerowała, a kuwetka jest też dobrym miejscem do zabawy - te ziarenka tak fajnie wyskakują jak się je trąca ;-)

Tak więc mamy żywy telewizor i jeśli kotka nie śpi humory nam dopisują od samego patrzenia. Oczywiście Urwiska głaszczemy kiedy tylko możemy, choć on i tak spaceruje naburmuszony, że jakiś sraluch mu się krząta po jego terytorium ;-) Jeszcze niedawno bawił się tasiemką, gałązką z drzewa, a teraz się taki śmiertelnie poważny zrobił :-) Ale do czasu. Jeszcze się zaprzyjaźnią. Nie przechodzimy tego pierwszy raz.

Bardzo trudno uchwycić ją na foto, jest tak szybka i sprytna, że trzeba poczekać, aż zacznie układać się do spania.

Tagi: koty
11:13, sokramka
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Jak miło być w domu! Byle jakim, ale W DOMU. Spać we własnym łóżku, na własnej podusi, jadać na własnych talerzach, kąpać się we własnym brodziku. Ech...

No dobrze, czas na relację, która będzie bardzo podzielona. Proszę nie spodziewać się ani zachwytów, ochów, achów, ani żalów, pretensji i rozgoryczenia. Wrażenia po urlopie mamy.. nijakie takie. Wiemy jedno - nad morzem byliśmy dwa razy - pierwszy i ostatni ;-) 

Będzie o złych rzeczach, niewygodnych, nieodpowiednich dla nas i nie sprawiających radości oraz komfortu wypoczywania ;-) Ale będą też dobre wspomnienia :-) 

Po pierwsze w miejscu gdzie pojechaliśmy były bardzo niewygodne łóżka. Dla naszych zbolałych kręgosłupów spanie na sprężynowym, falującym materacu powodowało codzienne jęki i stęki dopóki organizm nie naprawił boleści sam. Po drugie - turyści. Ten temat wałkowany był w tym roku bardzo często. Wypowiadała się i Młynarska i Zawadzka, że buraki - cebulaki, że noszą sandały i skarpety, że chodzą w strojach kąpielowych po mieście i w sklepach przy plażach, że piją piwo na plaży, że śmiecą petami na piasku... Niestety, ale my to wszystko potwierdzamy. Choć ostatnio koleżanka była na plaży w kraju europejskim i stwierdziła, że buractwo tam gorsze jak u nas w Pl ;-) Także nie dajmy się zwariować, ale ogólnie z kulturą plażową u nas na bakier. 

Na plaży morświnów nie brakowało. Przepraszam wszystkich puszystych - sama do miss polonia nie należę, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby zakładać dwuczęściowy kostium przy wylewających się boczkach i sflaczałym brzuszku ;-) Tak samo nie pozwoliłabym Szanownemu założyć krótkich slipek kąpielowych przy lekkiej ciąży spożywczej jaką posiada. Kupiłam mu specjalnie na wyjazd dłuższe bokserki. Poza tym nasze wizyty na plaży ograniczały się do wieczornych spacerów po jeździe rowerowej. Na opalanie i kocing z parawaningiem się nie nadajemy. Okazało się, że i Mania nie jest zwolenniczką słonecznych kąpieli, a morze ją przeraża - dowodem jest to, że ani razu nie założyła swojego kostiumu na wypad na plażę. Moczyła tylko stopy. 

Z atrakcji poza plażowych było Akwarium Gdyńskie, które chciała bardzo zobaczyć Mania. Jako zapalona wielbicielka zwierza wszelkiego rodzaju, fauną morską zachwycała się na każdym kroku. Dobre i to, bo Gdynia jak każde większe miasto swoje wady ma: korki, problemy z parkowaniem i inne ;-) Ale ogólnie wycieczka nam się podobała. 

Generalnie byliśmy zanudzeni. Nuda, nuda, nuda i jeszcze raz - nuda. Jako zadeklarowani zwolennicy ruchu i aktywności nie mogliśmy znieść, że nad morzem bierze się kocyk, parawan i leży plackiem sześć godzin w słońcu. Nie - i jeszcze raz nie! No bo co można zwiedzić na plaży? Dupy morświnów?? :-D

Ale z dobrych rzeczy mieliśmy na szczęście gdzie jeździć rowerami. Dużo ścieżek rowerowych, fajnie pokręconych, dawało nam trochę radości. Musieliśmy coś wykombinować, bo po trzech dniach zdążyliśmy się już z Szanownym pokłócić ;-) Mania poznała koleżankę, która przyjechała dwa dni po nas i przynajmniej miała zajęcie przez część dnia. Koleżanka z mamą były wielbicielkami smażingu plażowego :-P 

Dzień nasz wyglądał bardzo poprawnie. Mogę się założyć, że znajdą się tacy, którzy będą zaraz się pukać w głowę ze zdziwienia, ale kawę piliśmy juz o 7.00 i kilka razy udało nam się zobaczyć wschód słońca na pustej plaży :-) Tylko rybacy zawzięcie wyciągali kutry z wody i handlowali rybami. 

Odnośnie ryb: jako zatwardziała przeciwniczka ryb i owoców morza nie chciałam jeść niczego co z morza wyszło. Zresztą gotowałam sama we wspólnej kuchni (tam i tak większość letników stołowała się na mieście). Aż w końcu Szanowny powiedział - jesteś nad morzem, no weź chociaż spróbuj tej ryby. I kupiłam sobie wędzonego pstrąga i wędzonego jakiegoś innego diabła co nazwy nie pamiętam - powiem szczerze: dupy mi nie urwało ;-) Ale trzeba przyznać, że przyległe jadłodajnie drogie nie były. Słysząc od znajomych, że cena obiadu dla trzech osób to stówka niewyjęta, łapaliśmy się za głowę! A potem okazało się, że możemy zjeść obiad nawet za 45 zł na trzy osoby :-) Ha!

W pewnym momencie przypomniały mi się wspomnienia kolonijne, na jakie jeździłam w dzieciństwie, kiedy Mamie udało się coś załatwić dla dziecka ;-) To takie wspomnienia, gdzie w listach pisałam słowa: zabierz mnie stąd, ja nie chcę tu być :-P Szanowny czuł się podobnie. W końcu postanowiliśmy wrócić dzień wcześniej, choć doba "hotelowa" trwała tam od 13.00 do 10.00. Stwierdziliśmy wszyscy troje, że wolimy tę noc spędzić już w naszych łóżkach. 

W sumie z Szanownym zrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów rowerowych, z Manią trochę mniej. Zamiast 9 dni byliśmy 8 i nasza przygoda z morzem w tym roku chyba się już skończyła ;-) 

Rezerwat kormoranów, który zachwycił nas suchymi, badylowatymi pniami drzew. Wrażenie niesamowite. Drzewa usychają ponieważ odchody ptaków są tak silne, że roślinność nie wytrzymuje z przenawożenia. 

No i niezmiennie wzbudzające we mnie zachwyt elektrownie wiatrowe. Zdjęcie nie odda tego monumentalizmu i dostojności wiatraka. Z nimi nie chce się walczyć - wiatraki chce się podziwiać ;-) 

I wspaniała kolejka wąskotorowa, której prędkość nie przekraczała 30-40 km/h. Miała okna bez szyb, można było poczuć wiatr we włosach i to było w niej najfajniejsze :-)

A na koniec mam wiadomość o nowej lokatorce - Psotce. Ale o niej będzie w osobnym wpisie :-)

Tagi: urlop
16:50, sokramka
Link Komentarze (8) »