Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 29 września 2013

W piątek dostałam maila od mojej lektorki, że mam przyjechać w poniedziałek na uczelnię po wpis do indeksu. Poprawka zaliczona. Jak poszło innym - nie wiem. 

07:08, sokramka
Link Komentarze (5) »

Mijamy się. Kryzys trwa już bardzo długo. Ociera się o lata. Mięsa domowego nie będę wywlekać na publiczne forum. Nie wiem czy to małżeństwo można opisać już statusem toksycznego. Nigdzie razem nie wychodzimy (nie chodzimy), nic razem nie robimy. Jedyny wspólny temat do rozmowy to zachowania naszych kotów. Ja się czepiam, a Szanowny chciałby mojego perlistego uśmiechu i życia pomidorowym oddechem z jego ogródkowych plonów. Od codziennych obowiązków mam już kwadratowy łeb, a Szanowny niczym się nie przejmuje. Oddaje mi swoje pobory co do złotówki, zostawiając sobie 40-50 zł. Nie obchodzą go ani rachunki, ani codzienne zakupy. Nie chce mi się walczyć o to małżeństwo. Nie chce mi się wiedząc, że każdy dzień będzie taki sam, nudny, jałowy. Z męskiej strony tego związku nie widać żadnej, własnej inicjatywy. Taka sytuacja przeradza się w ogólne moje zniechęcenie do wszystkiego.  

Tagi: Mąż
07:06, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 21 września 2013

O 12.00 zjawiłam się na uczelni, jak grzeczna uczennica w celu poprawienia oceny niedostatecznej z angielskiego. Byłam w szoku, kiedy zobaczyłam ilość osób do poprawki!  Z mojej grupy lektorka usadziła również chłopaka, który biegle włada rzeczonym językiem, a wakacje spędza w Irlandii. Brakowało mu 2% w sesji czerwcowej, żeby zaliczył semestr. Z tego co mi opowiadał, robił błędy literowe. Z mojej grupy do poprawki były cztery osoby (dwie nie przyszły), a w sumie osiem „niezdaluchów”.

Ze wszystkich wykładowców ta lektorka to najgorsza siekiera jaką miałam okazję spotkać, choć bardzo rzeczowa i sympatyczna. Jednak w moim mniemaniu zbyt surowa. 

Wyniki do końca tygodnia.

 

17:45, sokramka
Link Komentarze (3) »

Nie tych starych, zramolałych dziadkach ;) ale o tych rosnących w lasach. Sezon w pełni, bo kiedy było zbyt dużo słońca i mało deszczu, grzyby nie chciały rosnąć. Ale łudzi się ten, kto myśli, ze jestem grzybiarą. Nic z tych rzeczy. Nie przepadam za nimi, w zasadzie z grzybów lubię tylko popularne pieczarki i marynowane kurki. Moja Mama nie chodziła na grzyby więc nie miał mnie kto tego nauczyć.  Mama mojej Mamy, babcia, też grzybiarą nie była, uznawała to za zajęcie „wieśniaków”, pretendowała do tytułu „damy”. Wstydzę się za podejście życiowe mojej babci. Może kiedyś mocniej je opiszę.

Kiedyś Mama kupiła grzyby na targu. Był czas świąteczny, chciała na zupę bądź do kapusty, nie ważne. Włożyła je do gara i zaczęła gotować. Przykryła pokrywką. Po pewnym czasie postanowiła zajrzeć do garnka. Uchyliła pokrywkę i oczom Jej (moim również) ukazała się warstwa białych robaczków. Było ich „na grubo”. Mama nie znała się na grzybach, zaufała handlarce. Od tamtej pory mieliśmy w domu już tylko pieczarki, a na święta susz kupiony w sklepie. Zresztą grzyby nie mają żadnych wartości odżywczych i nie są mi do szczęścia potrzebne. Nie muszę ich jeść.

Tu gdzie mieszkam jest mnóstwo lasów dokoła. Teściowa moja wychowała się wśród darów lasu. Między innymi zbierała grzyby. Znała się na tym jak mało kto. Szanowny też lubił chodzić i zbierać, ale nie jest aż tak dobrym znawcą jak jego matka. Co roku mąż mój próbuje zgromadzić dary lasu. Koncentruje się głównie na kurkach, bo mówi, że najlepiej je rozpoznaje. Ale potrafi też nazbierać maślaków, borowików, koźlaków, podgrzybków. Ostatnio mieliśmy nawet opieńki w ogrodzie. Długo rosła wierzba karłowata, którą Szanowny ściął dwa lata temu. W tym roku pieniek pokrył się grzybnią.

Nie robię żadnych przetworów z grzybów. Mąż sam się tym zajmuje o co ma skrytą pretensję do mnie. Słoiczki z marynowanymi grzybkami są wszystkie jego autorstwa. Susz już wisi nad kozą. Do świąt będzie jak znalazł. 

Tagi: grzyby
08:15, sokramka
Link Komentarze (2) »
środa, 18 września 2013

Niemożność korzystania z własnego sprzętu komputerowego zmusza mnie do korzystania z mężowskiego i płodzenia kilku wpisów ;)

Jak wiadomo na początku każdego roku szkolnego trzeba odbębnić spotkanie na zebraniu rodziców. W zeszłym tygodniu byłam na takim zjeździe u Małej. Ponieważ to druga klasa, znaliśmy się już z rodzicami z poprzedniego roku. Zażyłości zakwitły oraz porobiły się grupy adoracji wzajemnej. Pani jak gdyby śmielsza, bo z zeszłego roku doszły mnie słuchy, że wychowawczyni szaleńczo bała się sześciolatków w swojej grupie (pani 50+, a sześciolatkiem w pierwszej klasie była m.in. moja Mała). Nieco więc ośmielona dobrą sytuacją swoich uczniów pani rozpoczęła koncert życzeń dla II klasy.

Otóż absolwent II klasy powinien:

·         Napisać list, znać jego budowę, wiedzieć, że istnieje wpis na datę,          miejsce, podpis,

·         Napisać zaproszenie, zawiadomienie, ogłoszenie,

·         Znać tabliczkę mnożenia do 50, tak w zakresie mnożenia jak i                dzielenia.

W sumie nie usłyszałam nic nowego od 10 lat, odkąd Młody wyszedł ze szkoły podstawowej. Zakres wiedzy na tym poziomie ten sam. Zresztą pani sama podkreśliła, że II klasa jest często przez podstawy programowe traktowana po macoszemu.

Potem usłyszeliśmy, że niestety będzie mało czasu na zrealizowanie kilku wycieczek i w programie pozostają tylko dwa wyjazdy. Dla mnie to i lepiej – funduszy nie trzeba będzie skubać, ale z drugiej strony dziecko mogłoby z takiej wycieczki, np. na warsztaty dłubania w drewnie, wiele skorzystać. Czas pokaże jak to będzie wyglądać.

Zostałam wybrana do Trójki Klasowej. Przyznam szczerze, że ostatnio pełniłam tę „zaszczytną” funkcję w szkole zawodowej Scareface’a. Przedtem zgłaszałam się też do trójki u mojego Młodego, ale to też była podstawówka. Funkcja żadna, z tym że dobrze komunikuję się z „przewodniczącą” i po prostu będę jej dzielnie pomagać w obowiązkach.

U Młodego natomiast zmiana wychowawcy. Pani od polskiego odebrano etat, a co za tym idzie wychowawstwo i godziny spędzane w szkole. Syn mój cieszy się tylko, że pani nadal będzie ich uczyć polskiego. Nowa wychowawczyni jakaś taka nijaka, trzeba się jej poprzyglądać, jak zwykle przy czymś nowym. Oczywiście była masa deklaracji do wypełnienia: a to o religię, a to o WDŻ, a to o zgodę na przetwarzanie danych osobowych. Dobrze, że Młody zapłacił ubezpieczenie na samym początku września, bo i tak w sumie wydałam mnóstwo pieniędzy. Składki, fluoryzacja, koncerty muzyczne, basen u Małej. Do 25 września mam w portfelu do dyspozycji 275 zł.

Szkoła, szkoła, szkoła, moja też się niedługo zacznie. Na razie w najbliższą sobotę mam egzamin poprawkowy z angielskiego. Nie boję się, dlaczego? O tym w innym wpisie ;)

 

15:25, sokramka
Link Komentarze (2) »

Nie myślałam, że prostota ludzi i płytkość umysłu może doprowadzać do wielkiego zacietrzewiania. Owszem, istniały i istnieją różnice światopoglądowe i tego się nie da usunąć z kontaktów międzyludzkich, ale w przypadku jednej z moich „koleżanek” to już chyba jest przekroczona granica.

Bez względu na to, cóż ona takiego twierdzi i przy czym się upiera oraz jak traktuje drugiego człowieka, ja zachowuję zimną krew i najzwyczajniej robię swoje ze szmatą i mopem za pan brat. Wnikać w szczegóły nie będę, bo podobno zdenerwowanie jest zemstą na swoim zdrowiu za głupotę innych.

Jakoś człowiek z drugim człowiekiem musi żyć, tym bardziej jeśli z nim pracuje, lub dzieli łoże małżeńskie, albo spotyka się na innej płaszczyźnie. Jak to wyśpiewał kiedyś Młynarski:  „róbmy swoje, może to coś da, kto wie?”

14:53, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 września 2013

II klasa szkoły podstawowej to zazwyczaj czas spotkań na basenie. Odkąd pamiętam w każdej chyba szkole polskiej są to zajęcia obowiązkowe. Jeśli ktoś miał inaczej, niech mnie uświadomi. Dziś były pierwsze zajęcia. Jako mama pracująca do godz. 12.00 zgłosiłam się do opieki i pomocy przy suszeniu mokrych łepków. Właściwie najwięcej roboty jest przy długowłosych dziewczynkach: większość szykowała się do tegorocznej komunii. I tu mała dygresja: komunii w tym roku dzieci mieć nie będą. Kuria przeniosła ten sakrament na przyszły rok biorąc pod uwagę dużą liczbę sześciolatków w pierwszych klasach. Na szczęście ja i moja Mała nie będziemy się tym w ogóle przejmować. O prawdziwej, głębokiej wierze, moim ateizmie, hipokryzji, obłudzie i indoktrynacji może kiedyś popełnię wpis. 

Na zajęcia pojechały dwie klasy drugie. Tylko tyle jest latorośli w naszej szkole. Podobno panuje niż demograficzny. Dzieciaków i tak było prawie 40. Instruktorów trzech, ratowników dwóch. Sami faceci. Na początku podzielili dzieci na te umiejące pływać i te dopiero zaczynające. Moja wpadła do tej drugiej grupy. Potem ta druga grupa podzielona została jeszcze na całkowitych laików i tych, którzy są obeznani z wodą. I tym razem moja Mała również znalazła się w tej drugiej grupie. To dzięki temu, że Szanowny zabierał ją czasami w niedzielę na basen ze zjeżdżalnią. 

Już na pierwszych zajęciach dzieci dostały deski, nowicjusze chodzili w torze, gdzie woda sięgała im do pach, a potem uczyli się machania nogami w wodzie. Moja córka zaczęła pływać z deską, na szczęście wiedziała jak się macha nogami ;) Pierwsza, najlepsza grupa dostała makarony i ćwiczyli pływanie na plecach. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem, przesłałam koleżance, której dzieckiem zaoferowałam się zająć i po 45 min czas zabawy minął. 

Siedząc na ławce obserwatorów prowadziłam skromną rozmowę z koleżanką, mamą kolegi mojej córki, o naszych szkolnych wspomnieniach basenu. Przyznaję się bez bicia, że mam traumatyczne wspomnienia. Po pierwsze moją instruktorką była stara, zrzędliwa baba, która nie uznawała płaks, jęczybół i maminsynków. Jej wredota objawiała się terroryzowaniem małolatów w sposób niezwykle okrutny. Oczywiście wyolbrzymiam i być może chcę okrasić swoje wspomnienia nutką żartobliwości, ale gdzieś ziarenko prawdy jest. Otóż moja pani instruktorka chodziła z długim kijem (dziś widziałam, ze nadal z nim chodzą, ale w pozytywnym celu) i odpychała niesfornych uczniów od barierek znajdujących się w torach basenu. Tym oto sposobem ja i dwie moje koleżanki nie zdałyśmy egzaminu końcowego. Płynąc ostatni basen zaliczeniowy na plecach, mimowolnie chwyciłam się owej poręczy bojąc się, czy się aby nie utopię (do dziś nie znoszę wszelkiego rodzaju akwenów i unikam głębokich wód - jezior, rzek, basenów). Pani Potworzasta kijem właśnie odepchnęła moją rękę od barierki nie zaliczając mi egzaminu. Dziś na widok takiego kija mam ciarki na plecach ;)

Potem będąc już mamą Młodego pomyślałam sobie, ze zrobię wszystko, żeby moje dzieci nie bały się wody. Od jego czwartych urodzin chodziłam z nim na basen, na gimnastykę korekcyjną w wodzie. Tym oto sposobem mój syn jest dziś wspaniałym pływakiem - nurkuje, żegluje, ma patent żeglarza jachtowego i kto wie czy z czasem nie będzie zdawał na ratownika wodnego. 

W`każdym razie czasy się zmieniły - i mojej córce się podobało. Za tydzień kolejne zajęcia i kolejne suszenie długich włosów. Chłopcy mają łatwiej - większość z nich jest strzyżona "na jeża".  

Tagi: basen córka
18:59, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 08 września 2013

Najpierw mini moda dla córki Bezcielesnej. Robi się szybko, w ręku machu-machu, rozmiary tych lalek mają tak ok. 9 cm.  

I mini modelka w ubranku:

Wielkopolski worek przedszkolaka:

A to będzie łapówka. Oczywiście duży żart, ale chcę podarować Izie torbę w zamian za coś, czyli jednym, brzydkim słowem "łapówka" ;)

No to jak się już chwalę, to pochwalę się dziełem Szanownego. Koty u nas nigdy nie miały drapaków kupnych, zawsze staraliśmy się robić je sami. Mąż zbudował, ja obszyłam :)

Nad drzwiami jest kocia sypialnia :)

Widać od razu, że brakuje mi mebli na książki ;)

czwartek, 05 września 2013

Mam od kilku dni wisielczy humor - jak to u mnie bywa, klasyczna sinusoida. Będzie zbiorczo,ale zacznę chorobowo. Kto nigdy nie miał rwy kulszowej niech nie czyta dalszych wywodów, bo nie zrozumie. Skończyły mi się leki, silne przeciwbólowe na bazie diklofenaku. Do lekarza pierwszego kontaktu trudno się u mnie dostać, bo trzeba danego dnia albo wystać w kilometrowej kolejce od 7.00 rano (wtedy mopuję), albo wisieć na telefonie również od 7.00 do uzyskania połączenia. Czasem jest to 20 min trwania na łączach. Wizyty nie można zamówić sobie dzień, dwa na przód. Kręgosłup mi woła o pomoc. Kładę się z myślą o pełnej, przespanej nocy. Z wtorku na środę wyłam z bólu. O 4.00 nad ranem obudziła mnie odrętwiała lewa noga, jakby ktoś od uda przez kolano do kostki przywalił mnie stutonowym ciężarem. Wstałam z ledwością, bo kręgi dały znać o swoim istnieniu. Leciały mi autentyczne łzy. Jakoś przechodziłam. Położyłam się znowu, ale o 5.00 trzeba było wstać do roboty. Za przeproszeniem, ale gacie zakładałam na stojąco, podciągając je stopami. Istna woltyżerka. Do godziny ok. 6.30 chodzę jakbym co najmniej kij połknęła. Nie schylę się, nie kichnę, nie kaszlnę, żadnych gwałtownych ruchów, bo nerwy między kręgami dają o sobie znać. Kurwica mnie strzela. 

Oprócz kurwicy strzelił mi komputer, ale o tym już pisałam. Próbowałam odpalić go na nowo, owszem zaczął chodzić, ale najpierw nie odwzajemniał moich uczuć - nie było dźwięków i nie było dostępu do ikonki "dźwięki", a gdy już zaczął się do mnie odzywać, jego okienka traciły na zmianę swoją aktywność. Wyglądało to mniej więcej tak, że klikając kursorem w dane miejsce w internecie, wpisywałam powiedzmy jakiś tekst, ale po dwóch wyrazach mogłam sobie pisać i pisać w powietrzu. Musiałam znowu kursorem wskazać miejsce pisania i kontynuować myśl. I tak w koło macieju. 

Do tego te moje nowe "kuleżanki"; zaczynam być postrzegana jako ewenement. Nie chodzę na papierosa, nie oglądam ich ulubionych seriali, nie chodzę do kościoła, a co gorsza - jestem ateistką! A gdy nie mają ze mną o czym rozmawiać i wyciągam sobie książkę lub gazetę, jedna z nich potrafi mi powiedzieć, żebym nie czytała w ich towarzystwie, tylko "gadała". Do tego obie "nie zdANżają" na autobusy/pociągi. Nie mogę... nie mogę... pochlastam się przez nie kiedyś szarym mydłem. Dupę ratują mi konszachty z prawą ręką mojej szefowej, to dzięki znajomości z tą "ręką", a moją dobrą koleżanką mam tę robotę. I te dwie "kuleżanki" o tym wiedzą. W zasadzie to mogą mi naskoczyć, ja i tak robię swoje i nie wdaję się w żadne, większe, jak dla mnie zbędne dyskusje. 

Moje starsze dziecko ma dziś 17 urodziny. Jak ten czas leci. Dopiero mu pieluchy zmienialam i do żłobka prowadzałam. Chciałabym móc mu dać tyle ile mogę, a mogłam tylko 50 zł. Mam wyrozumiałego syna, poklepał mnie po ramieniu mówiąc: mama, zobaczysz, będzie jeszcze kiedyś nam lepiej. 

Kiedy jestem zła i mnie nosi, wtedy sprzątam w domu. Kibel można u mnie lizać i obiad z niego jeść. Zła, że Uszak co rano gąbkowym zmywakiem obciera brudny nóż i zostawia tę gąbkę na wieczne zasmrodzenie i zgnicie, od kilku dni ją chowam pod zlewozmywak. Jestem zołza i nic nie mówię, a spiskuję. Przywiązałam w kuchni cienkim sznurkiem nożyczki do półki. Do tej pory nigdzie ich znaleźć nie mogłam - "same wychodziły". Potem znajdowałam je u chłopa w narzędziach, na podwórku, na parapecie, bo mój Szanowny zawsze ich do czegoś potrzebował. Teraz nagle znalazł sobie inne do użytku własnego, a ja nie szczekam, że zginęły mi moje. W ogóle nasze relacje są od dłuższego czasu żałośniejsze niż ustawa przewiduje. Śpimy na waleta pod osobnymi kołdrami, ja na południe on na północ ;) Nie mówię mu nic ponad podstawę, a Szanowny nie pyta. Nie mam pretensji o nic, ale też i nie angażuję się w nic co nosi określenie "razem". Jeśli chłop nie zapyta się Małej co było w szkole, to ja mu nic nie opowiadam, a tym bardziej ona. Jedyny temat jaki może nas oboje poruszyć to temat kotów. Stary ostatnio zmodernizował dla nich drapak. Wrzuciłabym focie, ale chwilowo nie mam jak. 

Kiedy to się wszystko skończy? Ta zła passa. Mówi się "żyj tu i teraz", ale ja kocham planować, marzyć, budować świat na zasadach, przemyślanych działaniach. Jak mi się zmiękcza grunt pod nogami, to wtedy emocjonalnie tonę.