Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 26 września 2014

Tyle lat kończy dziś Szanowny.

I mimo mojego ciętego języka i warczącej paszczy - kocham Go już 13 rok. 

I mimo burdelu, który zostawia po sobie za każdym krokiem postawionym - cenię Jego pracowitość. 

I mimo ukrytej w Nim łatwowierności szanuję Go za życzliwość i wrodzoną dobroć.

I mimo przemycanych w podtekstach szowinistycznych poglądów; kobieta to przy dzieciach, garach i takie tam duperele, potrafię Go skutecznie zgasić swoją silną pozycją domową ;)

I uśmiecham się zawsze jak wymyśli nowy gadżet do zbudowania. 

I tęsknię jak pracuje długo. Za długo. 

I cieszę się, że jest takim ojcem a nie innym, choć pewnie bardziej na komika by się nadawał, a nie do spełniania w poważnych rolach. 

No i w ogóle.

 

Byłam dziś u fryzjera, obcięłam się na krótko, będzie niezadowolony,ale jakoś to przełknie. Pomyślałam, że muszę dorównać Mu wiekiem, zdejmując z głowy ten wieczny koński ogon. Ale wczoraj kupiłam Mu chałwę. Uwielbia się nią zajadać. 

Nie da się ukryć, że to moja lepsza połówka tego pikantnego związku.

Wszystkiego NAJ Kochanie...

 


 

niedziela, 21 września 2014

Nigdy nie miałam problemów z obsługą kuchni, a co za tym idzie z przyrządami i przeróbką produktów spożywczych. Nie chodziłam do przedszkola i w związku z tym spędzałam z Mamą całe dni. Wiązało się to z towarzyszeniem jej przy pichceniu; domowym makaronie, coniedzielnym cieście, zupach i innych. Sama będąc matką nie za bardzo miałam parcie na kurę domową. Wolałam z Pierworodnym pójść na pizze, być razem w kinie i zajadać się popcornem, a w domu szybko przyrządzić jakieś jedno garnkowe danie.

Teraz mam czas. Odkąd nie pracuję zawodowo zrobiła się ze mnie przykładna kura domowa. Zupki, kopytka, placki, naleśniki, pierogi oczywiście wszystko to co wymaga małych nakładów finansowych, a dużych wkładów pracy rąk własnych.  

Ostatnio mam fazę na dogadzanie moim na słodko. Ciasta niedzielne, roladki, ciasteczka, wszystko znika zanim się obejrzę. Wałkuję dwa przepisy, które robi się szybko i sprawnie oraz nie wymagają one większego wysiłku.

Serowe ślimaki

100 gr masła

250 gr chudego twarogu

50 gr cukru

1 jajko

szczypta soli

Wszystko ucieramy na krem, masło musi być w miarę miękkie.

250 gr mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

Sypkie produkty dodać do masy maślanej i szybko zagnieść ciasto. Odłożyć do lodówki na jakieś 20 min.

100 g siekanych migdałów

50 gr rodzynek (ja dodałam wiórki kokosowe, bo moja córka rodzynek nie lubi)

100 gr cukru

1 łyżka likieru pomarańczowego (ja zamieniłam likier na mleko)

Powyższe produkty wymieszać, a w międzyczasie odłożyć 60 gr masła, aby zmiękło. 

Serowe ciasto rozwałkować na posypanym mąką podłożu na placek prostokątny. Posmarować placek miękkim masłem, posypać masą migdałową i zwinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Koniecznie schłodzić przez ok. 30 min.

Nagrzać piekarnik do 190 st. Rolkę serową pokroić w centymetrowe plastry i ułożyć w pewnej odległości na posmarowanej tłuszczem blasze lub na papierze do pieczenia. Piec ok 15 min na jasnozłoty kolor. 

Ślimaki można po upieczeniu polać domowym lukrem. Ja podawałam bez. 

Smacznego!


Kruche zawijaski

Bardzo proste i równie szybko się rozchodzą.

300 gr miękkiego masła

250 gr cukru pudru

szczypta soli

1 łyżeczka otartej skórki z cytryny (ja dałam więcej, 2-3)

Powyższe produkty ucieramy na gładką masę.

125 gr mąki ziemniaczanej

500 gr mąki pszennej

filiżanka mleka

Do maślanej masy dodajemy stopniowo mleko, mąkę ziemniaczaną i pszenną. Mleko dodawać łyżką dopóki ciasto nie uzyska odpowiedniej konsystencji.

W przepisie jest napisane, żeby za pomocą rękawa cukierniczego wyciskać wianuszki bezpośrednio na blachę. Ja jednak formowałam palcami "wężyki" i zwijałam je w "ślimaczki". Taki zwierzyniec ;)

Piekarnik nagrzać do 190 st i piec ślimaczki przez ok. 12 min (u mnie było to nawet 10, bo dobrze nagrzałam sprzęt ;)

Ciacha są pyszne nawet do popołudniowej herbatki.

Smacznego! 


Tagi: przepis
17:38, sokramka
Link Komentarze (6) »
sobota, 20 września 2014

Dlaczego nie lubię tego domu? Bo panuje w nim zagęszczenie i nie zanosi się, żeby to się zmieniło. Poza tym ten dom nigdy nie będzie mój (nasz) i nie będę miała żadnej mocy władczej, aby decydować o tej chałupie.

Dziadek remontuje swoje mieszkanie. To dobrze, bo ma zajęcie, wydaje swoje pieniądze na farby, wykładziny, a nie na wódę. Remont jest kompleksowy. W pokoju jest podwieszany sufit, a w nim zamontowane punktowe oświetlenie. Kuchnia – generalny remont z malowaniem i przestawianiem szafek włącznie. Łazienka – malowanie, odświeżanie glazury, podwieszany sufit. Przedpokój podobnie. Tak naprawdę dziadek jest tylko bankomatem, a całą robotę odwala jego zięć ze swoja ekipą. Szanowny nie może niestety – całymi dniami pracuje, a szwagier jest budowlańcem więc dodatkowo dobrze powinien znać swój fach. Powinien, ale nie zna. Partaczy robotę i wyciąga kasę od teścia. Oszukuje go na każdym kroku – kupuje 20 szt profili, montuje u dziadka 12, a 8 nagle znika. Potem okazuje się, że zostały zabrane przez szwagra. Rachunek oczywiście przedstawiony jest teściowi za całość zakupu. Ale to nie mój problem. Mnie szwagier nie oszukuje i nie okrada.

Natomiast mój problem rozwiązał się sam. Mianowicie dziadek okazyjnie kupił parę używanych mebli: 2 fotele, wersalkę, stare graty wyrzucił i postanowił przy okazji remontu pokój przemeblować. Szafę postawił sobie na drzwiach do naszego pokoju. Szanowny powiedział mi, że teraz może nawet te drzwi zasilikonować, żeby nam dym papierosowy nie wlatywał. Ot i po problemie. Chyba.

Uszak również się remontuje. W końcu w styczniu zostanie ojcem. Musi się więc spieszyć. Okularnica nadal mieszka z rodzicami i przyjeżdża do nas tylko na weekendy. Pasierb wziął kredyt i już zakupił sobie okno balkonowe (nie ukrywam, że mu pomogłam – mam jeszcze dużo kontaktów ze starymi kumplami z firm okiennych). Dziś po pracy jedzie po profile, cegły i inne akcesoria związane z poważną budowlanką. Będzie sobie szykował garaż na powiększenie mieszkania. Potem tylko zamuruje przejście z naszej kuchni do swojego pokoju i będzie kolejne osobne mieszkanie.

Niby to wszystko cieszy, ale jednak niepokoi. Dziadek ślepo słucha się rad zięcia, choć do Szanownego mówi, że to złodziej i krętacz. Szwagier pewnie myśli, że po śmierci dziadka dla nich będzie pół domu, ale to nie tak, to bardziej skomplikowane, aniżeli by się wydawało.

Boję się właśnie jednego – śmierci teścia i problemów z tym związanych. Bo gdzie pojawia się więcej niż jedna gęba do podziału majątku, tam nie może zaistnieć zgoda. Chociaż…jak się chce to wszystko można.

Dobrze, że mam z Szanownym rozdzielność. 

 

wtorek, 16 września 2014

W szpitalu nie leży się zbyt często, no chyba że wymaga tego przewlekła choroba. Leżąc na urologii zauważyłam dziwną zmianę obyczajów wśród pielęgniarek. Każdy przyzwyczajony jest mówić do kobiet zajmujących się powyższą profesją „siostro”. Otóż moi drodzy, jak będziecie niechcący w szpitalu, nie mówcie już tak. No chyba że natraficie na „siostrę” starej daty, która rewolucji pielęgniarskich nie przyswaja. Jak zatem mówić do dzisiejszej pielęgniarki?

Otóż zastanawiałam się jeszcze na sali chorych. Rozmawiałam o tym z paniami przebywającymi na tej samej sali, one stwierdziły, że to musi mieć związek z nagminnym dokształcaniem pielęgniarek, wysyłaniem ich na przymusowe studia i wymogami studiów magisterskich. Ponadto usłyszałam, jak sam ordynator w czasie obchodu tłumaczył pacjentce: „a o takich rzeczach to już pani powie pani magister” i tu spojrzał na stojącą obok pielęgniarkę.

Sama raz zawołałam „siostro” kiedy po założeniu cewnika było mi cholernie niedobrze i miałam odruchy wymiotne. Pielęgniarka powiedziała mi z surową miną: „my nie jesteśmy s i o s t r a m i, taka młoda, a nie wie jak się odzywać”. Zgłupiałam. Ale przy następnej okazji chcąc o coś poprosić tę właśnie pielęgniarkę powiedziałam: „pani magister….”

Po powrocie do domu opowiadałam Szanownemu o dziwnych przygodach szpitalnych. Mąż porozmawiał o tym z własna siostrą. Szwagierka jest bowiem pielęgniarką w państwowym szpitalu. Wyjaśniła mojemu mężowi, że „siostry” to były kiedyś i to zakonne, bo pielęgniarkami były zakonnice i właśnie stąd wziął się  zwrot „siostro”. A teraz już te czasy minęły i trzeba mówić najlepiej po imieniu: pani Małgosiu, pani Krysiu, bo magistra nie każda pielęgniarka ma.

Ciekawość jednak była silniejsza i ja zadzwoniłam do swojej kuzynki, również pielęgniarki, która licencjat robiła zaocznie i to z ekonomii. Teraz jest przełożoną pielęgniarek w prywatnej klinice. O zarobkach nie wspomnę ;) Kuzynka powiedziała mi, że nie słyszała o rewolucji, ale zdarzają się „siostry”, które mają wysokie ambicje być „paniami MGR”. Są tez takie, którym uwiera zwrot „siostro” ze względu na poglądy religijne. I tu potwierdziła się wersja szwagierki, która de facto jest świadkiem Jehowy.

Słyszałam, że pielęgniarki – „magistry” są marnymi pracownicami, bo głowę mają nabitą teorią, a nie potrafią zwykłego wenflonu założyć, że liczą się umiejętności praktyczne, a nie mądrości książkowe, ale nie mnie wyrokować, bo nie pochodzę z tego środowiska.

A czy Wam zdarzyło się zetknąć z „obrazą majestatu” mówiąc do pielęgniarki: „siostro”?

18:31, sokramka
Link Komentarze (9) »
piątek, 12 września 2014

Tak, tak, moje dziecko w zeszłym tygodniu obchodziło 18 urodziny. Tak ten czas leci. Niestety nic więcej się nie zmieniło; ani Synowi nie wyrosło trzecie ucho, ani mu się w głowie bardziej nie poukładało. No dzień jak co dzień.

Niestety nie było czasu, aby te urodziny świętować. Obiecałam mu tort i ten tort będzie chyba w najbliższy weekend. Nie ma tego złego, bo przyjaciele z drużyny zorganizowali mu imprezę na działce jednego z nich. Kupili mu cztery książki, złożyli życzenia i chyba było fajnie, bo wrócił po weekendzie bardzo zadowolony.

Sam sobie zbierał na czytnik e-booków. Ponieważ moje dziecko pożera książki, wydawało nam się, że taki prezent będzie najbardziej odpowiedni. Mam kumpla w UK i chciałam synowi prezent sprowadzić, najlepszy bowiem miał być Kindle. Jednak okazało się, że wśród oferty tabletów, dostępnych w naszych, polskich sklepach, znalazł się taki, którym zainteresował się mój Pełnoletni. Prezent oczywiście kupił sobie sam. On w ogóle jest bardzo samodzielny i nie potrzebuje mamusi do towarzystwa, co mnie bardzo cieszy. Jestem mamusią, która raczej przygotowuje pisklę do wyfrunięcia z gniazda i cieszy się, jak sobie pisklę potem radzi.

Z perspektywy czasu widzę, że Pełnoletni to totalna kopia mnie samej. Stąd często się sprzeczamy, ale jako już starsza i mądrzejsza ;) ustępuję. Wiem, że na pewno poradzi sobie w życiu i nie muszę się o niego martwić. Gorzej z Małą, ale to temat na inny wpis.

W każdym razie w tym roku na zebrania chodzić już nie muszę. Złożyłam tylko podpis w dzienniczku na wzór, Pełnoletni podał wychowawcy wszystkie niezbędne dane i niech sobie radzi sam. Wiem, że i tak będzie się spowiadał co w szkole, bo widzę, że czuł i czuje potrzebę rozmowy ze mną. To miłe. Słyszę czasem jak koleżanki opowiadają, że ich dorosłe dzieci nie mają z nimi żadnego kontaktu. Ja usłyszałam kiedyś od Pełnoletniego taki tekst (odbierałam go z obozu):

- wiesz mamo, koledzy mi powiedzieli, że moja mama to mnie tak kocha, że w domku będzie pewnie czekał upieczony chlebek, jakieś ciasto i te sprawy, a ja im powiedziałem, że moja mama to mnie tak kocha, że mnie po głupiemu nie rozpieszcza.

;) 

Tagi: syn urodziny
15:55, sokramka
Link Komentarze (5) »

Trzeba nadrobić zaległości. W środę byłam umówiona na konsultację z lekarzem urologiem. Wizytę umówiła moja kuzynka, która w tamtejszej, prywatnej lecznicy jest oddziałową. Chciałam dowiedzieć się jaka była przyczyna kolki, która mnie spotkała i jak wyglądają wyniki badań.

Okazało się, że badania mam jak najbardziej w porządku, czyli krótko mówiąc - jestem zdrowa jak koń ;) Skąd zatem ta kolka? I tu również się okazało, że sytuacja mogła być incydentalna, czasem mogą mieć wpływ czynniki zewnętrzne, mógł mieć również wpływ mój styl "wysuszania" organizmu, czyli braku nawyku picia. Co nie znaczy, że od dziś będę wlewać w siebie szklankę za szklanką ;) Zaczęłam tylko nosić przy sobie wodę i co i raz popijać, żeby przepływ w organizmie stabilny był. Teraz też sobie gulgam :)

Ja już dawno wiedziałam, że na mnie i we mnie wszystko goi się jak na psie, b o przecież złego licho nie bierze ;) Ale tak na poważnie: cieszę się ogromnie, że już praktycznie żadnych dolegliwości nie odczuwam, spodnie od kilku dni normalnie zapinam i wcale nie mam 30 kg do przodu :)

Trochę mi się tylko pokomplikowała sytuacja zawodowa. Jeszcze niedawno pisałam, że idzie nowe. To nowe miało być etatem w budżetówce, za psie pieniądze, ale zawsze etat. Koleżanka pomagała. Odmówiłam nawet współpracy pewnej milej osobie, mówiąc, że dostałam propozycję innego zajęcia. Pech chciał, że kadry dzwoniły do mnie kiedym leżała obłożnie na sali pozabiegowej. No cóż. Widać takie jest życie i może niepisana mi była ta praca. W zasadzie sama stwierdziłam, że w tym roku będę się skupiać na pracy licencjackiej, więc wyniknie potrzeba gromadzenia większej ilości wolnego czasu.

Myślę, że się jakoś wszystko poukłada. Cierpliwość jest podobno nagradzana. I chociaż mam się za cholerę, co to diabłu (w którego nie wierzę ;)) duszę sprzedała, to w końcu wypłynę z tego bagna na powierzchnię :)   

Tagi: zdrowie
15:39, sokramka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 września 2014

Ależ one obrodziły w tym roku! Pomidory jemy na śniadanie, do obiadu, na kolację, jako przekąskę, pomidorami dzielę się z koleżankami, a z jednego gatunku (bo Szanowny posadził trzy) mam już 15 słoików przecierów, a kolejne owoce czekają na przetarcie w skrzynkach. 

W związku z tym mam pytanie: czy znacie jakieś dobre, sprawdzone przepisy na przecier pomidorowy? Bo zupa pewnie nam się po pewnym czasie znudzi. Szanowny zrobił w zeszłym roku keczup z jakiegoś internetowego przepisu, ale nie byl za specjalny. Po cichu liczę na kulinarne zdolności Gusi i Fischerwoman ;) Sprzedajcie jakieś polecone przepisy. A może ktoś inny z Was bawił się kiedyś w pomidorowego potentata? ;)

Aha: Szanowny skonstruował urządzenie do przecierania kilogramów pomidorów, bo byśmy nic innego nie robili tylko ślęczeli nad sitkiem perlonowym całą noc. Urządzenie jest maszynką do nabijania kiełbas z przerobionym tylko wylotem na przecierak. 

I mała anegdotka kuchenna: stoimy razem w kuchni, przecieramy pomidory. Rozmowa:

Szanowny: ja wiem, że jestem samowystarczalny, mógłbym sobie nasadzić warzyw, obrobiłbym wszystko sam, nie umarłbym z głodu,

Ja: yhmm..

Szanowny: tylko jednak do tego wszystkiego chyba potrzebowałbym takiej Zośki (tu się uśmiecha i wymienia moje imię)

Ja: a po co?!

Szanowny: no przecież musiałbym jeść mięso, a żeby je jeść to ktoś by mi musiał je upolować ;)

I tu wychodzi, kto w tym domu ma więcej testosteronu :)

09:18, sokramka
Link Komentarze (6) »
piątek, 05 września 2014

Już w domu, jak dobrze. Mimo tego, że chałupa jest przechowalnią moich ciuchów i miejscem meldunku, to jednak śpi się na własnej poduszce, pod własną kołdrą, pije się z własnych szklanek i można się normalnie wykąpać.

Generalnie przyjęli mnie z kolką nerkową. Ból był taki, że szkoda gadać, kto miał ten wie, kto nie miał, niech się nie dopytuje. Z izby przyjęć zostałam przeniesiona na oddział urologiczny. Kroplówka z przeciwbólowymi, antybiotykami, te sprawy. Z samego rana USG, RTG, badania takie, siakie, owakie i inne. Po uretrografii rzygałam jak kot. Podaje się bowiem kontrast. Kamieni nie stwierdzono, piasku brak, no cholera, budować się nie mogę ;)

Następnego dnia założono mi cewnik DJ. Kto wie co to, ten jest mądry, kto chce być mądrzejszy niech sobie wygoogla. Cewnik zakłada się pod narkozą, ale fajna sprawa, mówię wam ;) Z jednej strony zaczynam rozumieć narkomanów; być na haju. Ale tak poważnie, wiele razy słyszałam o przypadkach pacjentów, którzy nie wybudzili się z narkozy. Cewnik DJ będę nosić do 17 października, wtedy znowu pojadę otrzymać dawkę narkozy i będę na haju.

Z epikryzy wyczytałam, że mam niewielki zastój UKM prawego (UKM-układ kielichowo-miedniczkowy) oraz obrzęk ujścia prawego moczowodu. Stąd cewnik. Mój nowy przyjaciel, Lulek ma mi pomóc w unormowaniu przepływu moczu. Jednak Lulek jest troszkę dokuczliwy. Np. nie mogę dopiąć wszystkich spodni. W ogóle nie czuję się dobrze w spodniach. Zacząć trzeba od tego, że czuje się jak nadmuchany balon. Mimo tego, że przez te trzy dni prawie nic nie jadłam, czuję się jakbym przytyła ze 30 kg. Ponieważ spódnic nie noszę wypadałoby nosić dresy, a ponieważ drugie ponieważ – dresów nie mam, po domu chodzę więc w piżamie. Wychodząc na zewnątrz, tak jak np. dziś po Małą do szkoły, spodnie „zapinam” na gumkę ;) Da się przeżyć. Lulka czuję tez za każdym razem kiedy oddaje mocz, ale podobno to normalne.

Wyostrzyły mi się zmysły smaku i węchu ;) wszystko mi śmierdzi, zwykła woda ma smak najbardziej gatunkowego wina, a gotując dziś zupę sól dodawałam z niebywałą ostrożnością.

Choroba nie wybiera. Dziś możesz czuć się rewelacyjnie, a jutro możesz leżeć na szpitalnym łóżku. I zaczęły bawić mnie te reklamy suplementów diety; na porost włosów, na wzmocnienie serca, na poprawę przemiany materii, na skurcze i na inne gówna, żeby tylko wyciągnąć od człowieka kasę. Jeśli nie będziemy sami, rozsądnie o siebie dbać, żaden suplement nie pomoże.

Co do sytuacji domowej, to chłopaki nawet się spięli i postarali. Młody zaprowadzał siostrę do szkoły, a odbierała córka szwagierki. Dziadek tylko zaczął ględzić, że nareszcie jestem, „bo ten twój mąż to tu się prawie zapłakał”, no takie farmazony słyszałam, że mi się chciało wracać do szpitala ;) Ale prawdę mówiąc Szanowny też przeżywał. Dzisiejszą noc przespał jak dziecko, wczoraj normalnie zjadł, a dziś dzwonił do mnie często. Będzie dobrze.

Aha no i nie mogę zapomnieć o Was. Tak wiele znaczy miłe słowo dla chorego. Czy to napisane w smsie, czy napisane tutaj. Strasznie dziękuję za wsparcie. Dzięki temu jeszcze pomarudzę i powarczę na ten świat cały ;)

16:17, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 02 września 2014

Pisze z telefonu,ale jak to powiedziała Bezcielesna: internet mam w krwioobiegu ;)

Od 4.00 koczuje w szptalu. W nocy dopadł mnie ból kolki nerkowej. Miałam robione jakieś badania, nerka jest przyblokowana. Jutro kolejna seria badan. Nie ukrywam, ze bycie pacjentem szpitala jest mało komfortowe. No i ten brak kontroli nad domem-dzis Mala nie poszła do szkoły, bo nie miał jej kto zaprowadzić.

Chce do domu, ale muszę dokończyć leczenie. Kilka dni będę nieobecna.

18:15, sokramka
Link Komentarze (7) »