Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 29 września 2015

Powinnam zmienić nick z Sokramki na Niewidoczną, bo bardzo bym chciała taką pozostać. 

Nic od nikogo nie chcę. 

Niczego nie oczekuję. 

Nie chcę się angażować w żadne relacje. 

Mam dość wszystkiego.

Mleko wykipiało. 

Mam dość uzależnienia finansowego. Mam dość swojej bezradności zawodowej. Mam dość tych wszystkich rad i dobrych słówek. Mam dość integracji z osobami, które wg mnie wydzielają toksyny. Nie chcę uśmiechać się do wrogów, bo: "nic ich bardziej nie wkurza". Dość mam spijania sztucznej pianki z rodzinnej kawki. 

Nic nie muszę. 

Syty nie zrozumie głodnego. 

Nie radź mi jak postępować z mężem, skoro sama nie umiesz znaleźć się w stabilnym związku. 

Nie radź mi jak wychowywać dzieci i podchodzić do ich spraw, skoro sama/sam ich nie masz. 

Nie radź mi jak rozwiązywać problemy finansowe, skoro nigdy nie miałaś/miałeś komornika na karku.

Nie radź mi w sprawach codziennych, skoro sama/sam jesteś cipą życiową i decyzje za ciebie często podejmuje rodzic/współmałżonek/rodzeństwo.

Nie radź mi jak zorganizować sobie większą ilość gotówki, skoro tobie wszystko zawsze podawano na tacy i twoje ręce nie skalały się ciężką pracą. Dostałaś/dostałeś domek na działce od rodziców, samochód od babci, mieszkanie od ciotki, a pracę załatwił ci współmałżonek? Więc nie wchodź mi w drogę. 

Każdy niech pilnuje swojego tyłka. 

Chyba nadchodzi regres. 

13:31, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 września 2015

Ostatnie lato wpisze się chyba na karty historii jako najbardziej gorące, co niestety nie wywołuje u mnie entuzjazmu, bowiem wiadomo, że zwolenniczką tak wysokich temperatur nie jestem. 

Cóż, jeden lubi kapustę, inny pomidory. Ja od plaży i palącego (parzącego, bo takie ono ostatnio było) słońca wolę zacienione lasy i skłębione chmury na niebie. Jestem jasnowłosa, jasnocera i nie w smak mi palenie skóry na piachu :-P 

Od poniedziałku czacha mi dymi. We wtorek wstałam z tak potwornym bólem głowy, myśląc, że będę chodzić na rzęsach. Niestety, nie dało się, bo oczy mi na wierzch wychodziły. Spojrzałam wczoraj wieczorem na internetowy biomet i wraz z rosnącą temperaturą ciśnienie spadało na łeb, na szyję. To nie dla mnie. Tym bardziej, że dziś w stolicy wskaźniki termometrów oscylują w okolicach 30st C! Jest 17 września. 

Rano wyciągnęłam na powrót sandałki, nie myśląc, że po tak gorącym lecie i kilku deszczowych dniach jeszcze je założę :-P Były nawet takie dwa dni, kiedy padający deszcz zmusił mnie do rozpalenia w kozie :-D Już miałam smarować wpis o rozpoczętym sezonie grzewczym ;-) Ale złowrogie upały wróciły....

Tymczasem Mania chora. Gardło czerwone, obolałe, do końca tygodnia posiedzi w domu. Tak to zawsze jest na początku roku szkolnego, że dzieciaki muszą wakacje odchorować ;-) 

A ja z utęsknieniem oczekuję spadku temperatur i nadejścia tej prawdziwej, polskiej jesieni, no bo przecież nawet mój chłop nie ma po co do lasu chadzać - grzybów "ni ma", nawet purchawki nie uświadczysz, a co dopiero innego grzybka. Zboże przesuszone, bydło paszy będzie mieć mniej. Natury się nie da oszukać ;-) Woda tez potrzebna i to nawet bardzo. Może jakieś zaklęcia poczynię, co by chmury nawiać deszczowe? ;-)

14:06, sokramka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 września 2015

...od dwóch lat, odkąd czyszczę kible tym szmatławcom w mundurach, odwarknęłam jednemu takiemu. Kiedyś, ktoś próbował zgadywać cóż to za służby, które odbierają usługi firmy sprzątającej, w której się znajduję, ale ja nadal będę trzymać buzię na kłódkę ;-)

Otóż więc, jeden taki, karypel ledwo podrośnięty, metr dwadzieścia w kapeluszu był dziś świadkiem mojej rozmowy z zaprzyjaźnioną koleżanką, która to umartwiona moim brakiem codziennego uśmiechu spytała o co chodzi. A chodzi o to, że szarpnęłam się znowu na dodatkowego mopa. Latam jak kot z pęcherzem, z jednego obiektu na drugi. Fakt jest faktem, że z kwoty zarobionej w jednym miejscu, która jest poniżej najniższej krajowej, mogę wskoczyć na kwotę podwojoną. Miejsce niby jest ohydne, obskurne, prawie same śmierdzące szatnie i męskie kible, ale zawsze jakiś grosz. 

No więc gadam sobie na lajcie, próbuję wyciągnąć zza zasłony mroku uśmiech, gdy moja kumpela normalnie, żartobliwie zadała pytanie: "no to po co sobie to sprzątanie wzięłaś, jak się tak męczysz?". Odpowiedziałam: "bo zwyczajnie potrzebowska jestem". Na co mój kolega-karypel odparł z westchnieniem: "no a któż dziś nie jest potrzebowski?" A mnie jakby się zapalnik odpalił, wrzód pękł, albo bomba wybuchła. Z błyskawicą w oku odpysknęłam mu następująco: "ty mi nie porównuj swoich zarobków, z wszelkimi przywilejami z moją "jałmużną" i w ogóle, weź i mnie nie denerwuj!" Po czym wyszłam trzaskając drzwiami. 

Ech.

Kolega-konus zapewne kwestii tej nie wypowiedział celowo i aby mnie upokorzyć, ale dla mojego ego to było jak iskra. No bo tak: siedzi taki na dupie, w mundurze, palcem w bucie kiwa, nie ma żadnych obowiązków i cztery tysie przytuli. Na zwolnienie idzie z katarkiem, urlopu ma miesiąc i pół, a żonka (pracująca w tej samej instytucji) przytula ze dwa i pół tysia. Dla mnie to i może dziesięć tysi przytulać, ale niech nie mówi, że jest potrzebowski. No chyba, że są "potrzeby" i POTRZEBY. 

W sumie to śmiać mi się potem chciało, bo kolega-karypel poszedł skarżyć się do żonki ;-) Ja mu oczywiście powiedziałam, że nic do niego osobiście nie mam, tylko jestem na tyle szczera, żeby mówić, co mi wisi na języku. A jeszcze jak to dotyka bolesnych, finansowych spraw, to juz w ogóle. 

A będąc bliżej spraw służbowych, to wcale może mi się nie udać przebywanie dłużej na drugim mopie. Coś się nie zgadza na płaszczyźnie czasowej. Jedni chcą sprzątaczki od rana i drudzy. No nie rozerwę się. Poza tym, w pierwotnym miejscu też jakieś krzywe kluchy się dzieją i okazać się może, że nagle zostanę i bez tego mopa. 

To będzie tragedia.

Zmieniłam sobie CV, zmieniłam formę listu motywacyjnego na bardziej rozrywkowo-niekonwencjonalny. Chodzę na rozmowy (nie ma ich dużo, ale średnio jedna w tygodniu wypada) i nadal nic. Koleżanka powiedziała, że mam głowę. Gdybym miała plecy zamiast głowy ;-) na pewno praca by się szybko znalazła. Ale to nieprawda. Mam mądre koleżanki, które znalazły pracę i to bez protekcji, bez pleców i do tego z ogłoszeń lokalnych. Jakoś może i mnie coś trafi. 

Byle nie szlag.

Finansowe, sztywne przemyślenia rekompensuje sobie czytadłami. Tego sobie nigdy nie mogę odmówić. Ten świat - tam - na kartkach papieru jest przynajmniej niezobowiązujący ;-)