Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 31 października 2012

 Jak co roku, od czterech lat, odkąd nie żyje moja Mama postanowiłam pojechać na cmentarz ciut wcześniej niż to przewiduje kalendarz. Po pierwsze – Mama również tak robiła: unikała nadrzędnych dat świąt wszelakich na odwiedziny, jazdy i spotkania. Po drugie: zawsze były swoje dzieci na pierwszym miejscu, a dopiero potem dalsza rodzina i tłok na ulicach. Ja podtrzymuję tę tradycję. Po trzecie – nie chciałam gnieździć się w komunikacji miejskiej z innymi „śledziami”. I miałam rację.

 Po zaprowadzeniu Małej do szkoły wyjechałam o 8.00 do centrum mojego miasta naładować sobie kartę komunikacji miejskiej. Opieka Społeczna pozwoli mi jeździć aż do 2014 r! Też byłam tym faktem zdziwiona, ale taki okres obejmuje mój kontrakt socjalny podpisany z OPS.

 Potem zaczęła się przygoda wycieczkowa do celu zwanego cmentarzem. Na początku było w miarę dobrze. W moim mieście komunikacja ma dość wygodne połączenia, a przejazd z mojego miejsca zamieszkania na cmentarz, to wyprawa z jednego krańca miasta na drugi. Najgorsze się zaczęło gdy zbliżałam się do przystanku autobusu jadącego bezpośrednio do celu. Zbliżający się pojazd napawał mnie optymizmem (tym bardziej, że ta linia kursuje co pół godziny), jednak gdy go zobaczyłam kiedy podjechał – mina mi zrzedła. Autobus był wypchany do granic możliwości. Ludzie z przystanku chcieli wcisnąć się na siłę, ale ci, którzy byli już w środku nie byli w stanie bardziej się ugnieść. Osobiście zrezygnowałam. Przeraziłam się, ze nie dojadę do Mamy i zadzwoniłam do brata, żeby znalazł mi w necie inne połączenie. Sama skierowałam się na pętlę tegoż autobusu, czyli cofnęłam się o jeden przystanek. Jakież było moje zdziwienie kiedy ujrzałam podobny tłum ludzi co na przystanku poprzednim. Ale teraz pomyślałam, że nie odpuszczę. Przyjechał pusty autobus i wszyscy jak szarańcze rzucili się do drzwi. Tu mała dygresja: średnia wieku pasażerów owego autobusu równała się 65 (!) Jechałam więc geriatryczną puszką na sardynki.

 Na pętli – wiadomo – pan kierowca musiał swoje odstać. W tym czasie pasażerów przybywało. Jedni pchali się na siłę, inni czekali chyba na następny kurs. W końcu kierowca odpalił silnik i pojechaliśmy. Wtedy również dostałam wiadomość od brata o innym połączeniu, ale już mi się nie chciało wysiadać. Stałam dość daleko od drzwi czując starczy oddech na plecach i z każdej innej strony.

 Po drodze były przystanki, wiadomo kierowca miał obowiązek się na nich zatrzymywać, ale nikt nie był w stanie wsiąść do autobusu. Byli tacy, co rzucali mięsem w stronę kierowcy za taki stan rzeczy. Najczęściej moherowe babcie. Podjechaliśmy również na przystanek, na którym stał dziki tłum geriatrycznych sardynek. Dwie harde babcie próbowały wepchać się nie bacząc na uwagi pasażerów. Jedna z nich krzyknęła:

- Dalej ludzie, no dajcie wejść!

- Gdzie pani się pcha! Tu nie ma miejsca,

- To pani przejdzie tam dalej, tam jest miejsce! (to ta jedna z moherowych sardynek)

- Nie mam się gdzie przesunąć, tu stoją wózki, mamy sobie nogi połamać? (takie wózki bagażowe, nie dziecięce)

 W tym momencie widzę jak moher łapie się za poręcze drzwi i całą swoja masą (a miała jej trochę) wciska tłum do środka autobusu. Słychać – auuuuuuuuu! – za chwilę – rusz tę dupę! – potem – ty stara żmijo!

 Wywiązała się pyskówka ugniatanych moherów. W końcu kierowca nie wytrzymał i wyłączył silnik na znak protestu, że nie jedzie dalej z takimi awanturującymi się babciami. Geriatryczne sardynki rozpoczęły polemikę:

- No widzi pani, przez panią kierowca nie pojedzie dalej,

- Przez mnie? Jakby się pani posunęła dalej to by nie było problemu,

- Oszalała pani? To mamy sobie tu nogi połamać bo pani chce jechać tym kursem???? Wysiądź pani z tego autobusu!

- Ani mi się śni! – i z impetem pchnęła się do przodu powodując wstrząs w środkowym wejściu. Ale skutek był taki, że znalazło się miejsce na domknięcie drzwi autobusowych. Kierowca odpalił ponownie silnik, zamknął drzwi i ruszyliśmy. Po drodze usłyszałam równie śmieszący mnie komentarz:

- Kierowca jak widzi, że ma pełno ludzi to w ogóle nie powinien się zatrzymywać na przystankach, przecież my tu i tak wszyscy na cmentarz jedziemy.

 Po dojechaniu na miejsce w pojeździe zostały może dwie osoby. Gapą byłam bo nie wzięłam zapałek ani niczego co mogłoby rozpalić knot w moim zniczu dla Mamy, a że ja niepaląca jestem to nawet nic w zanadrzu nie miałam. Wczoraj zdążyłam kupić sobie niezbędne akcesoria taniej w supermarkecie i tylko ognia mi było brak. Zdziwiona zaczęłam szukać jakiegoś kiosku – zapomnij – wszędzie stoiska z chryzantemami, zniczami, obwarzankami i pańską skórką. W końcu kupiłam paczkę zapałek za 30 gr. od handlarza zniczami.

 Posiedziałam chwilkę u Mamy, uprzątnęłam niewielki grób (mama spopielona, prochy w urnie) i zaczęłam wracać do domu. Z powrotem już takich przygód nie miałam, ale obliczając całość czasu, który poświęciłam na odwiedziny u Mamy wyszły mi cztery godziny.

 Wracając już byłam myślami na wieczorze umówionym z Maliną. Jedyna taka okazja, gdzie mogę przyjemnie spędzić wieczór na fajnym spotkaniu z historią, a tu taki zonk: Pierworodny mi oświadcza, że on ma harcerskie spotkanie pod kryptonimem: „akcja znicz”, Szanowny pracuje do 18.00, w domu będzie pewnie przed 20.00, Uszak pojechał do swojej panny, Scareface do pracy na 17.00, a ja wśród tylu domowników nie mam komu zostawić Małej pod opieką. Ostatnia myśl – dziadek! Ale i tu niestety myśl ta legła w gruzach, bowiem teść mój już od rana zapijał smutki i nie bardzo wiedział, czy to już czwartek, czy jeszcze środa.

 O byciu samotną matka wśród masy ludzi będzie kiedyś osobny wpis.

Tagi: ludzie mama
17:39, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 października 2012

 Czasami odnoszę wrażenie, że otaczam się samymi imbecylami, półmózgami, snobami i leniami. Ale po jakimś czasie nachodzi mnie myśl, że jednak wśród ludzi są „ludzcy ludzie”, tacy empatyczni, skromni, uśmiechnięci mimo wszystko, kulturalni. Człowiek by pragnął, żeby wszyscy tacy byli, ale niestety – świat wtedy byłby nudny ;) Do niedawna wydawało mi się, że tylko moja Mama była taką osobą; kochaną, jedyną w swoim rodzaju.

 Dlaczego takie refleksje? Ano dlatego, że ostatnio spotykają mnie różne, dziwne (przyjemne) rzeczy. Mimo sytuacji w jakiej się znajduję i mojego niezbyt sympatycznego nastawienia do świata w związku z tym. Jest mi nawet czasem głupio, że puszczają mi nerwy, a ktoś obok mnie gestem przyjaznym daje do zrozumienia: „wyluzuj”.

 Czasem wystarczy jedno słowo, krótkie zdanie, żeby poczuć, że jutro będzie lepiej. Paradoksalnie takie słowa nie płyną od moich najbliższych (no, może czasem z ust Pierworodnego) ale od zupełnie obcych, których gucio powinno obchodzić co się ze mną dzieje. Wczoraj spokojnie przeprowadziłam rozmowę z moim Szanownym. Przyniósł półmiesięczną część wypłaty, okrojoną o 100 zł. Szef zaczął cięcia. Usiedliśmy nad rachunkami, zapytałam się męża JAK mam rozdzielić tę kasę, którą mi przyniósł. Muszę kupić Małej buty – idą mrozy, a ona biega w sportowych bucikach. Muszę zrobić zakupy chemiczne – trzeba w czymś prać, zmywać, to takie oczywiste. Szanowny trochę zdębiał kiedy zobaczył, że to co daje nie wystarcza, ale postanowiliśmy RAZEM pokombinować jak rozłożyć finanse domowe.

 Udało się. Przynajmniej na jakiś czas. Niedługo dołoży się Uszak, Scareface, jakoś przetrwamy. Wczoraj byłam mocno przepełniona słowami właśnie od „ludzkich ludzi”. To były smsy, wiadomości na skrzynce, również rozmowa – internetowa oraz naturalna. Może dlatego nie rozniosły mnie emocje, może właśnie dlatego umiałam spokojnie poruszyć problem.

 Dlatego uważam, że nie przestanę być ufna i mimo wszystko czuję, że mam szczęście w życiu, tylko czasem trzeba się spaść na dno, żeby się od niego odbić ;) jak mawiał taki jeden z serialu.

 Uwierzcie, że ludzie bywają wspaniali.

Tagi: ludzie
09:11, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 października 2012

 Wczoraj byłam za bardzo rozpięta ;) ale dziś już lepiej, tak więc śmiało mogę powiedzieć, że gnida mnie nie odwiedzi. Któż nie miał chwil załamania? Będzie dobrze bo gorzej już być nie może! Nie te oferty to inne się znajdą. Dziś i jutro mam dyżur na zmywaku. Rano przejrzę trochę ogłoszeń, jutro też. Kto nic nie robi ten nic nie ma.

08:53, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2012

 Najgorsze są oczekiwania. Na egzamin, na wyniki tegoż egzaminu, na męża trzeźwego – jeśli się go kocha jest radość witania, jeśli jest alkoholikiem jest strach przed awanturą. Najgorsze jest oczekiwanie na poród, tuż przed samym rozwiązaniem. Oczekuję się na dziecko, które obiecało być o 20.00, a spóźnia się godzinę i nie odbiera telefonu. Różne są oczekiwania. Moje dzisiaj dotyczyło wiadomości o potencjalnym stanowisku pracy. Nawet konsultowałam się z koleżanką, że chyba nie zadzwonią, że to wszystko do kitu, na co dostałam odpowiedź: „oj przestań! widziałaś firmę, która dzwoni w terminie?” Trochę mnie pocieszyła.

 Pojechałam dziś również na kolejną rozmowę kwalifikacyjną, na której posiedziałam z panią Szefową całe 20 min. Kobieta mówiła więcej niż ja, opowiadała o swoich dzieciach, podróżach i przez chwilę zastanawiałam się po co ja tu w ogóle przyszłam?

 Praca na umowę zlecenie, za 9,50 na godzinę, od 9.00 do 19.00, w soboty również, na zmiany. Mam czekać na ewentualny telefon. Wróciłam do domu, odpaliłam kompa. Odebrałam pocztę, a w niej wiadomość: „Szanowna Pani, w imieniu komisji rekrutacyjnej serdecznie dziękuję za złożenie swojej aplikacji. Jednakże w toku przeprowadzonej rekrutacji wyłoniona została inna osoba na wolne stanowisko.” Załamka. To ta odpowiedź, na którą czekałam od zeszłego tygodnia, niestety nie wesoła.

 Trudno, walczę dalej, ale czy ja się nie umiem sprzedać? Czy moja gęba na żywo wygląda gorzej niż na zdjęciu z CV? Przecież nie jestem pryszczata, nie seplenię, umiem się wysłowić, nawet zbytnio się nie stresuję, nie pocą mi się ręce, jestem już tak zdegustowana tym poszukiwaniem pracy, że boję się nawrotu gnidy. Nie daję się, ale jest bardzo ciężko, cholernie ciężko.

 Położyłam niedawno wszystkie nasze rachunki na kuchennym stole, widoczne, nikt nie przejdzie obojętny. Chcę, żeby każdy z chłopów miał świadomość ile nerw kosztuje mnie każdorazowe zetknięcie się z tym zwierzem. Jak bardzo musze mieć kwadratowy łeb, żeby pogodzić opłacenie rachunków i świadomość, że musimy też jeść.

 W głowach moich dorosłych panów tej świadomości brak i po części czuję się temu winna ponieważ zawsze i we wszystkim przewodziłam, nadzorowałam. Panów nigdy nic nie obchodziło. Wszystko znajdowało się w jednym worku, którym ja zarządzałam. I było git. Teraz chłopcy rzucając po 300 zł nie zdają sobie sprawy, że ja też bym chciała mieć „na swoje wydatki” TYLKO 1.200 zł, jak oni to mówią, bo tak im zostaje. Oni nie mają dzieci, kładą na stół kasę i odchodzą, NIC ich nie obchodzi. Dlatego w ten sposób postąpiłam. Chcę pozbyć się odpowiedzialności za całość tego domu, świadomie, bo mam już dość. Nikt mnie nie wspiera i chyba czas najwyższy, żeby któryś z panów zobaczył jak gospodaruje się domem.

 Słowa mojego syna: „gdybym pracował oddałbym ci całą wypłatę, bo nie chciałbym, żeby nam wyłączyli prąd, gdzie ja bym wtedy galę oglądał?” I tu pojawił się uśmiech. Żarty żartami, ale sytuacja jest podbramkowa.

sobota, 20 października 2012

 Tytuł zapożyczony od dobrej koleżanki. Dzięki Malina! Rozpoczęłam dzisiaj naukę na Wyższej Uczelni, tak jak planowałam. Od 8.00 rano wzmożona praca umysłowa, ale nie za długo. Zdążyłam się bowiem zorientować jakie będą panować zasady i czego mogę się nauczyć przez te trzy lata.

 Ilość studentów w auli wynosiła mniej więcej 100. Każdy z wykładowców (z „dr” przed nazwiskiem) poinformował nas na początku jaki istnieje system egzaminowania. Od pierwszego pana dostaniemy tematy na prezentację pisemną. Druga pani zrobi nam test jednokrotnego wyboru podając zakres przykładowych pytań dużo wcześniej. Trzeci wykładowca również zorganizuje nam test, podał ilość pytań oraz ilość punktów jaką trzeba będzie zdobyć „na zaliczenie”.

 Kurczę, zawsze i wszędzie tak jest? Było też? Czy za moich czasów studiowanie również oznaczało: ślizganie na „zaliczeniach”? Jestem w szoku. Żadnych egzaminów ustnych, żadnego rzetelnego sprawdzenia wiedzy studentów. Aby odbębnić i zaliczyć.

 Nie ukrywam też, że nie wszystkie wykłady były ciekawe i porywające, ale to nie oznacza, że nie należy się przyuczyć, choćby dla merytorycznego ogarnięcia tematu z jakim przyjdzie się zmierzyć w przyszłej pracy. Takich to oto absolwentów kształtuje nasz kraj – pustaków na zaliczeniach. Nie chcę nikogo obrażać, może blog czyta jakaś studentka i poczuje się takim „pustakiem”, ale ja nie generalizuję. Byli wśród nas tacy, którzy jak ja robili notatki, słuchali wykładowcy i oglądali slajdy. Na pewno są i w Polsce takiego pokroju studenci, którzy na serio chcą się uczyć i jakąś wiedzę wyciągnąć. Mądry studencie – nie obrażaj się ;)

 Ale byli też tacy, którzy wg mnie w ogóle nie powinni znaleźć się na sali wykładowej; nie powinni nawet znaleźć się na liście studiujących. Otóż podczas wykładu o źródłach prawa pan wykładowca zamieścił slajd przedstawiający fragment Konstytucji, dokładnie podany artykuł z cząstką treści. Kiedy człowiek ów chciał slajd zmienić po omówieniu go, z końca sali dało się słyszeć: pan zaczeka! Wykładowca zdziwiony spytał: czy państwo to przepisują? A po co? Przecież to jest fragment Konstytucji, która jeśli nie jest u każdego z państwa w domach, to znajduje się w Internecie. Ludzie ci byli mocno zszokowani. Ja też, ich głupotą.

 Robienie notatek przez większość młodych ludzi również wzbudziła u mnie zażenowanie. Nienadążająca za wypowiedziami wykładowców młodzież skutecznie opóźniała resztę grupy. Jeśli młody człowiek nie umie pisać szybko może posługiwać się skrótami bądź równoważnikami zdań. Czy ja zbyt wiele wymagam od dzisiejszej młodzieży?!

 Podobała mi się postawa dwóch młodych chłopaków, którzy przyszli z własnymi laptopami/notebookami (nie wiem do końca czym się różni nazewnictwo tych sprzętów). Każde wypowiedziane słowo wykładowcy, chłopcy notowali w arkuszu Worda. Sprytne i szybkie.

 W czasie przerw czytałam książkę. Tak ich było wiele, że ją skończyłam ;) Wróciłam do domu i zastałam armagedon. Tak to jest jak się zostawia chałupę na cały dzień pod opieką samych facetów ;) W łazience, na podłodze piaskownica – pewnie wchodzili w butach na sikanie, kuchenka cała zachlapana jakąś potrawą, którą przygotowywał Uszak – Okularnica przyjechała, trzeba było ja ugościć. W naszym pokoju Mała siedziała wśród stosu najróżniejszych zabawek, które z nudów sobie nawyciągała – puzzle, książki, pluszaki, pacynki. Pokój Scareface’a wyglądał jak po tornadzie – skarpety brudne z czystymi, łóżko nie zaścielone, ech… szkoda pisać. Szanowny leżał pod samochodem na podwórku – widać, że jakąś robotę sobie przygruchał, a to oznacza, że jakby go nie było. Totalna anarchia, gdybym wczoraj asekuracyjnie nie kupiła dużej pizzy, to moje dwa ananasy jadłyby bułki z masłem (bo lodówka świeci pustymi półkami). No, może moja córka zdążyła pomyśleć i po zmroku zasłoniła zasłonki w naszym pokoju, bo tak ją uczyłam. Pierworodny też nie zawiódł – wstawił pranie do zmywarki, przynajmniej nie miałam wylewających się garów ze zlewu. Ale mój mąż i jego synowie przekraczają czasem wszelkie granice podstawowego dbania o swoje cztery kąty. Z tym, że to już nie jest do naprawienia, chłop za stary, a pasierbki też już mają wyrobioną ideologię nt sprzątania, a raczej jego braku ;)

 Wróciłam do domu, zajrzałam na FB, zjadłam bułkę z masłem ;) a teraz idę spać. Jutro ciąg dalszy fascynujących nauk ;)

Tagi: ludzie studia
21:41, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 października 2012

 Całe spotkanie rekrutacyjne trwało może 4 i pół minuty. Atmosfera luźna, w komisji trzy kobitki. Klasyczne pytania, a wśród nich: „proszę nam pokrótce przedstawić swoją motywację do pracy u nas”. Wczoraj wieczorem toczyła się zażarta dyskusja z moim Szanownym o tego typu pytaniach, ale to wiadomości na inny wpis ;)

 Do przyszłego wtorku mam czekać na telefon potwierdzający chęć współpracy ze mną. Tego dnia mam także wyznaczone spotkanie w sprawie kolejnej pracy, z tym, że wieczorem. Zobaczymy. Osobiście lubię jak wokół mnie coś się dzieje.

 A teraz biegnę z Małą na zbiórkę zuchową. Harcerstwo zaszczepił siostrze brat, czyli mój Pierworodny. Sam ma dziś jakieś ważne zebranie kadry i nie może z nią osobiście jechać. Korzystam z darowanego biletu miesięcznego i samochód w dalszym ciągu stoi na podwórku ;)

Tagi: praca
15:22, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 października 2012

 Dziś będzie optymistyczny wpis o pracy. Ilość wysyłanych przeze mnie CV niedługo osiągnie liczbę 500. Od maja b.r. nawysyłałam się tego dziadostwa i marne skutki były. Owszem, było po drodze kilka zaproszeń na rozmowy kwalifikacyjne, ale na tym się kończyło. Moi znajomi również nie zawiedli i pomagali mi w znalezieniu stałego zajęcia.

 Teraz znowu szansa – w najbliższy czwartek wybieram się na spotkanie rekrutacyjne, które odbędzie się dzięki mojej serdecznej znajomej; cynk mi sprzedała, że szukają do pracy. Za to wdzięcznam jej będę niezmiernie. Sektor budżetowy tak więc można spodziewać się stabilności, której ostatnio bardzo mi brakuje.

 Druga szansa pojawiła się pod koniec minionego tygodnia. Pani zadzwoniła i zaprosiła mnie na rozmowę na przyszły wtorek. Praca bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania, ale firma prywatna. Ogłoszenie pojawiło się na stronie UP, o dziwo nie byłam nastawiona optymistycznie, bo jaskółki śpiewają, że urzędy pracy to takie przechowalnie bezrobotnych i za nic w świecie nie znajdzie się roboty dzięki nim, a tu taka miła niespodzianka. Pójść – pójdę, przecież o to chodzi. Wyborów będę dokonywać w chwili, kiedy obie firmy zapragną ze mną współpracować, bo przecież kandydatek na to stanowisko jest zapewne wiele.

 No i odezwała się pewna Dobra Duszyczka z drugiego końca Polski. Też przesłałam jej CV, a co. Poza tym znajomości nigdy za mało, tym bardziej, że były depresant musi sobie urozmaicać życie towarzyskie ;)

 Raz na wozie, raz pod wozem, jak zwykle sinusoida emocji i wydarzeń. Nie po raz pierwszy zacytuję moją serdeczną znajomą: „u ciebie zawsze się coś dzieje, a u nas taka szara rzeczywistość”.

 Pozdrawiam!!!!!!

Tagi: praca
08:45, sokramka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 października 2012

 Jeśli są, to połowa sukcesu gwarantowana. U mnie tych chęci jest ostatnio wiele, choć miewam chwile zwątpienia, ale któż nie wątpi? Poza tym nie znam człowieka, który nie stawałby codziennie przed wyborami i wątpliwościami go nurtującymi.

 Ale o mnie już było, a ja chciałam o swojej rodzince poplotkować, konkretnie o jednym ze swoich pasierbów – Uszaku, który wg moich obserwacji (jedenastoletnich już) w ogóle nie posiada pomysłu na życie. Ma 23 lata, a zachowuje się jak szczeniak w pieluchach. Niby nie powinno mnie to interesować, ale generalnie mieszkamy razem i każda jego decyzja, czy jej brak ma jakiś znaczący wpływ na rodzinne ognisko.

 Ot choćby jego praca – pozostawia wiele do życzenia. Chłopak stracił pracę w renomowanej piekarni mniej więcej w tym samym czasie co ja – w maju tego roku. Powodem był ponoć brak zleceń, a co za tym idzie – zajęcia dla cukiernika. Nie chciało mi się w to wierzyć, znam moich pasierbów i wiem czego można się po nich spodziewać. Jeden jest leniwy ale wymagający (od życia), drugi jest pracowity, ale naiwny, a trzeci jest zdolny tylko złodziejowaty. Uszak biegał potem przez kilka tygodni z przerwami pytać o pracę w tej piekarni, bo „tak mu kazali”. Niestety, widać nie chcieli go ponownie zatrudnić. Nie zarejestrował się w UP, nie szukał niczego na własną rękę, nawet nie przeglądał ofert w gazetach, internecie. Wstawał codziennie i siadał przed konsolą do gry.

 Dziś obawiam się najgorszego. Oto Uszak, który z zawodu jest cukiernikiem, z rurami na budowie się zbratał i od sierpnia jakaś robota mu się paliła w rękach. Fakt, że na czarno, ale pieniądze jakieś są. Wczoraj zapytałam chłopaka, czy szuka jakichś ogłoszeń w swoim zawodzie, bo perspektywa związania go umową z ta budową jest znikoma. Tym bardziej, że za chwilę nastanie zima i wszyscy pracownicy z szarej strefy zostaną odprawieni. Otrzymałam jasną odpowiedź, że „nie”. Napełniła mnie konsternacja, nabrałam wody w usta i nie skomentowałam.

 Żadnego myślenia o jutrze, żadnych perspektyw, przecież jest dorosłym człowiekiem, korzysta z udogodnień cywilizacyjnych – telefon, prąd, gaz, kto za to będzie płacił? Przyjeżdża raz w tygodniu jego dziewczyna do nas na noc, bardzo lubię tę Okularnicę, ale nie chciałabym kiedyś postawić Uszaka w niezręcznej sytuacji i po prostu zabronić (jak dziecku) przyjmowania u siebie dziewczyny.

 Jako (jeszcze) bezrobotna, zarejestrowana w UP (mam nadzieję, że już niedługo – 23.10 mam kolejna rozmowę kwalifikacyjną) dostałam masę propozycji odnośnie szkoleń, warsztatów, z propozycji niektórych skorzystałam, jestem też objęta projektem unijnym, mam darmowe bilety miesięczne, trzeba tylko CHCIEĆ. Wyjść z inicjatywą i zapytaniem o możliwości.

 Uszak depresantem nie jest, widzę to, obserwuję go, on po prostu tak został wychowany, tzn. nie został wychowany – nic nie zostało mu włożone do głowy. Żadne prawdy ludzkie, żadne zasady. On dryfuje biorąc to co samo mu wpadnie w łapki. Nie odbiera również sygnałów przekazywanych przeze mnie i ojca, tak ukrytych jak i jasnych, bezpośrednich zwrotów. Chcemy mu pomóc, podpowiadając proces szukania stabilnej pracy, czasem wiercimy dziurę w brzuchu, ale na tym etapie to się chyba już nie zmieni. Jego nastawienie do życia jest okropne. Dużo mieć, ale małym wysiłkiem no i najlepiej jakby ktoś dał.

 Ma wymagania – chciałby mieć ciepło w dupkę, chciałby mieć nowe, drogie buty, chciałby zmienić telefon, kupić sobie telewizor, dobrze zjeść, ale na to trzeba przecież zarobić. Nic nie ma w życiu za darmo.

 Jestem przerażona jego funkcjonowaniem i dryfowaniem na falach konsumpcyjności. Jeśli on w dalszym ciągu zamierza się wyprowadzić „na swoje” i zamieszkać z Okularnicą razem, to bardzo współczuję ich przyszłym dzieciom.

Tagi: pasierb
09:40, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 października 2012

 Koza. Ma cztery nogi i jest dość duża, ale nie daje mleka, bo to koza do palenia. Tak jak ja wydałam nasze ostatnie pieniądze na swoje studia, tak Szanowny wczoraj wydał nasze ostatnie pieniądze (zgromadzone przez jakiś czas) na kupno kozy. Powiedział, że ma już dość, że wszyscy marzniemy i on musiał to zrobić. Urlop przymusowy jaki miał wczoraj wykorzystał na przejazd do pobliskiej miejscowości. Tak zakupił kozę wraz z niezbędnym orurowaniem. Mamy teraz w „przedpokoju” pomiędzy pokojem Scareface’a a Młodego kotłownię ;) Jest ciepło, jest przyjemnie, da się przeżyć.

 Była też u mnie pani z OPSu. Wypełniłam kilka druczków i tym oto sposobem dostaniemy dofinansowanie do rachunku za energię elektryczną (niewielkie, zapewne jak w przypadku gazu kilka miesięcy temu) oraz drobną pomoc finansową w postaci żywej gotówki. Wciąż czuję niesmak z tego powodu, ale powtarzam sobie, że to sytuacja przejściowa, że to się w końcu musi odmienić, bo człowiek nie może leżeć w bagnie całe życie. Nie jesteśmy pijakami, menelami, bezrobotnymi „z wyboru”, chcemy kształcić nasze dzieci, czerpać z życia tyle ile można więc chwilowa pomoc Opieki Społecznej nie jest żadną zbrodnią.

 Za tydzień rozpoczynam zajęcia i bardzo się z tego powodu cieszę. Dziś krótki wpis, bez wulgaryzmów, bez zbędnych emocji. Taka to ja już jestem sinusoida emocjonalna ;)

środa, 10 października 2012

 Żyć, aby żyć. Aby przeżyć do jutra. Robić swoje i kontrolować stan psychiczny. Takie mnie ostatnio nachodzą myśli. Ale dziś rano uzmysłowiłam sobie, że człowiek spada na dno, czasami coraz głębiej i nie widać wyjścia z bagna. Mąż mój przyjechał dziś do domu chwilę po 9.00. Zdziwiona jego obecnością nie chciałam nawet pytać jaka jest tego przyczyna. Od kilku dni przebąkiwał coś, że w zakładzie nie ma roboty, nie podjeżdżają samochody (Szanowny jest mechanikiem) ale dziś szef jasno powiedział: 10% obniżki poborów. Nie dość, że ta pensja nijaka taka, to kryzys wgryza się coraz głębiej. Jeśli tak dalej pójdzie to szef zapowiada zwolnienia.

 Kurwa jego mać! Mam już tego dosyć. Jak nie urok to sraczka, albo przemarsz wojska. Jeszcze do tego mam zdrowotne problemy z Małą: wypadają jej włosy garściami (podejrzewam brak witamin) oraz posikuje majtki. Problem nie leży w moczeniu nocnym, tylko raczej w zapominaniu. Mała nie kontroluje pęcherza, wychodząc na dwór przypominam jej o zrobieniu siusiu, a i tak wraca z mokrym tyłkiem. Jestem zdruzgotana, pomimo rozmów i tłumaczeń Mała śmieje się z tego i nic sobie nie robi: ona zapomniała i już. W domu też się to zdarza, potrafi siedzieć przy lekcjach, lub oglądać film i popuścić w majtki. Mam przez to duży problem, bo córka czasem mówi, że szczypie ją pupa.

 Dziś czekam na panią z OPSu. Mam wypełnić druki związane z pomocą finansową. Czuję się jak pijak, menel, ten który żyje na koszt innych. Jak pasożyt, choć pasożytem nie jestem. Walczę o swój byt, o swoją rodzinę, o swoje dzieci. Pocieszam się jedynie myślą, że ludzi z problemami jest więcej niż ja sama.

Dziś jest "Dzień Świra" czyli światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Składam sobie (depresantce) najlepsze życzenia.


 
1 , 2