Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
poniedziałek, 28 października 2013

Skoro i tak w niedzielę z ledwością chodziłam, a więcej siedziałam postanowiłam wykorzystać tę pozycję w bardziej kreatywnym celu:

Lale mojej córki spodni mają mało tak więc powstała pierwsza para. Trochę wiosenna, trochę jesienna. Zapinana z tyłu na małą napkę. 

Niestety zbliża się zima, trzeba więc było uszyć cieplejsze spodenki, tym razem z polaru. Na śnieżną porę będą jak znalazł. 

Na pierś też coś trzeba założyć ;) modna, kolorowa bluzka z dwoma koralikami do ozdoby z przodu. Niestety nie jestem dobrym fotografem, bo za bardzo ich nie widać. Bluzeczka zapinana z tyłu na rzepka. 

Dla odmiany bluzka w kolorze czarnym z połyskującymi, srebrnymi nitkami. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie doszyła do bluzki spódnicy z tego samego materiału ;) Musiałam bardzo się starać, bo skrawek miałam malutki, nie było mowy o błędach. Jak się zepsuje, to drugiego takiego kompletu już nie uszyję. 

Na Sylwestra jak znalazł! 

Szkoda tylko, że pannice mojej Małej nie mają butów :( niestety - tych już im nie uszyję, no a poza tym to są cztery lalki "nie firmowe", żadne tam Barbie czy inne, wymiarowe "firmowe" obuwie zapewne by nie pasowało. Mają też poobgryzane stópki i trochę rączki. Ale bawić się można! :) 

Tagi: moje hobby
14:30, sokramka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 października 2013

W sobotę, ok 5.00 nad ranem obudził mnie potworny ból kręgosłupa. Taki jak kiedyś, który opisywałam, ale ten natarł chyba ze zdwojoną  siłą. Poczułam, że nie mogę nawet oddychać. Jakiś ucisk w okolicach płuca, czy co? Nie miałam pojęcia. Ledwo obudziłam Szanownego, który chciał mnie jakoś ratować, bo nie wiedziałam jaką pozycję miałam przyjąć, żeby nie bolało. W pewnym momencie zapadła decyzja ze strony męża, że może wezwie karetkę. Odmówiłam. Miałam w zapasie jeszcze jakieś leki na bazie tramalu. Zażyłam jedna tabletkę, a po jakiejś godzinie drugą. Nie wiem czy to dobry lek, ale po jakimś czasie ból zaczynał przechodzić.

Długo się nie podnosiłam, ale kiedy już wstałam siła nacisku na mój krzyczący kręgosłup nie pozwoliła mi normalnie funkcjonować. Do późnego popołudnia chodziłam… o kiju ;) Mała uśmiechała się do mnie, że wyglądam jak starsza pani. Musiałam się czymś podpierać. Wieczorem bałam się zasnąć. Stary zapytał przewrotnie czy dlatego, że mogę się nie obudzić? Potraktowałam te słowa jako wolny żart.

W związku z tym całym wydarzeniem nie poszłam na sobotni wykład. Będę musiała uzupełnić zaległości.

Dziś czuję się lepiej, ale ćmi mnie w tych samych okolicach co wczoraj. Do szkoły też dzisiaj nie poszłam. Dałam sobie spokój na leniwe doprowadzenie kręgosłupa do normalności. Muszę jutro zapisać się do lekarza pierwszego kontaktu. Znowu potrzebuje recept na środki przeciwbólowe. Tylko jak długo można brać je cięgiem?

Nikomu nie życzę spotkania z rwą kulszową i nikomu nie życzę sprawdzać jej konsekwencji.

Tagi: zdrowie
18:34, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 października 2013

Dzieci mają różne zdolności. Matematyczne, plastyczne, techniczne, lingwistyczne, społeczne – to też zdolność – umieć znaleźć się w grupie, tłumie, danej społeczności. Też byłam dzieckiem zdolnym. „Byłam” bo po pierwsze już nie jestem dzieckiem ;) a po drugie nie kształtowane i nie rozwijane zdolności z czasem się marnują. Moje rysunki z czasów szkolnych leżą gdzieś na strychu popakowane w segregatory. Podpisywane często ocenami, jakimi dziś szasta niejeden nauczyciel: szóstkami. Ale to przeszłość i nie ma co o niej dywagować.

Moje dzieci też są zdolne i o tym bym chciała napisać.

Córka przejawia talent rysowniczy. Zapewne po mamusi ;) ale i po najstarszym, przyrodnim bracie, który ten właśnie talent przejął po swoim wujku ze strony matki. Nie ma co rozkminiać czyje geny silniejsze są i jaka jest przyczyna zdolności Małej. W każdym razie widzę, że sobie świetnie radzi z ołówkiem, pędzlem, kredką, ma wyobraźnię i lubi ją uruchamiać. Lubi wydzieranki, naklejanki, zabawę w plastelinie, modelinie, masie solnej. Od zeszłego roku szkolnego (z przerwą spowodowaną tragicznymi dziurami finansowymi) Mała chodzi na zajęcia plastyczne do dzielnicowego domu kultury. Dwa razy w tygodniu oddaje się przyjemności kreowania swojego własnego świata. I tu mała dygresja: Uszak jako mały chłopiec też był prowadzany na te zajęcia, długo jednak nie pochodził, bo matka nie zrobiła nic, żeby zachęcić dziecko do takiej czy innej formy kształtowania swojego talentu. W wyniku czego chłopak jest dziś cukiernikiem noszącym styropian na budowie.

Moje dziecko starsze obok talentów artystycznych nawet nie leżało ;) Na ucho mu nadepnął słoń, choć lubi podśpiewywać i wielokrotnie słychać go spod prysznica. Rysowanie jest mu obce i nawet na szkolnych świadectwach widnieje opis: „prace plastyczne wykonuje niechlujnie i niestarannie”. Natomiast jest mój syn wielkim krasomówcą. Jest też przewodnikiem, orędownikiem, analitykiem, politykiem…? Moje jedno słowo przeciw jego dziesięciu. Jeśli chcesz, człowieku porozmawiać z moim synem, zaczep go najnowszą wiadomością z pierwszych stron gazet.

Ale moje starsze dziecko, oprócz zdolności społecznych przejawia również umiejętność psucia rzeczy elektronicznych ;) Pamiętam jak pożyczyłam mu (chyba) w szóstej klasie szkoły podstawowej moją MP4. Po paru dniach przywiózł ją ze zbitym ekranem, twierdząc, że to nie jego wina. Gdy dałam mu w użytkowanie swój laptop, w momencie kiedy jego komputer odmówił posłuszeństwa, wystarczyło parę dni, żeby „niechcący” spadła figurka z półki i zniszczyła literkę na klawiaturze. Dziś dowiedziałam się, że nowo kupiony telefon (w sierpniu) ma biały, niedziałający ekran, bo znowu „niechcący” spadł Młodemu z szafki w szkole. Jako człowiek radzący sobie w każdej stresującej sytuacji, wziął dowód zakupu, gwarancję i pojechał spróbować oddać go do naprawy.

Wracając do Małej, kiedyś chciałam ją wkręcić w zabawę w harcerstwo. Poprosiłam Młodego, żeby zabrał siostrę na parę zbiórek zuchowych. Niestety próba zintegrowania mojego młodszego dziecka z innymi zuchami okazała się fiaskiem. Trudno – już wiem, że woli malowanie od grupowych wygłupów.

Zastanawiam się jak można pokierować dzieckiem, żeby w życiu dorosłym radziło sobie ze stresem i nie uciekało w kąt przed nielubianymi znajomymi, albo znalazło sobie taką grupę, w której będzie się dobrze czuło. Moje dzieci ewidentnie idą różnymi ścieżkami. Młody (mówiąc brzydko) ma na wszystko wyjebane. Robi to, co chce i co lubi. Nie obchodzi go zdanie innych, nie przejmuje się krytyką. Waży bacznie wartości przejawiane przez innych ludzi i dobiera sobie towarzystwo według swoich potrzeb. Toksycznych znajomych eliminuje bądź olewa ciepłym moczem. Tego mu zazdroszczę. Kiedy jednak widzę go w domowym zaciszu, czytającego kolejną sagę (właśnie mi powiedział, że znowu nie ma co czytać) opiekującego się młodszą siostrą, jawi mi się obraz wrażliwego, uczuciowego chłopaka, który jest nad wyraz poważny i odpowiedzialny.

Mała natomiast w szkole i na zajęciach plastycznych jest szarą myszką, wgłębiającą się w świat kolorów, muzyki (jej klasa chodzi na koncerty muzyczne)  i systematyki w nauce. W domu natomiast jest wesołą, rozbawioną (rozwydrzoną) dziewuchą, której często uwagę i prośbę o spokój zwraca jej starszy brat – mój Młody.

 Chyba nie ma recepty na połączenie widoku małego dziecka, jego zdolności, aspiracji, marzeń z przyszłościowo wybraną szkołą, dającą poczucie stabilizacji. Dziwią mnie ludzie, którzy posyłają swoje pociechy na medycynę, prawo, wbrew ich predyspozycjom. I tak wiadomo, że marzenia dzieci zmieniają się z każdym rokiem i syn/córka będzie chciał zostać baletnicą, a już za rok nauczycielką. Albo przyszły pan archeolog zapragnie zostać weterynarzem.

wtorek, 22 października 2013

Wczoraj odebrałam wyniki posiewu mojej córki. Już głupieję. Bo napis wyraźnie brzmi: „drobnoustrojów nie wyhodowano”. Należy się tylko cieszyć, ale skąd zatem to swędzenie i pieczenie? No i podejrzenia ginekologa o drożdżaki. Choć przyznam szczerze, że ostatnio sytuacja się zmieniła. W zeszłym tygodniu, zaraz po wizycie u pani ginekolog, Mała zaczęła się skarżyć na swędzenie okolic odbytu. Już miałam rwać włosy z głowy – najpierw pochwa, teraz odbyt. Kiedy Mała narzekała, płakałam wewnętrznie razem z nią. Raz nawet starłam się o to z Szanownym, mówiąc: „rozrywa mnie w środku, kiedy widzę jej cierpienie, a ty nawet palcem nie kiwniesz”. Na co mąż odparł: „a myślisz, że mnie nie rozrywa?”. Tak, faceci zdecydowanie nie potrafią okazywać uczuć.

Z całą odpowiedzialnością powędrowałam z córką do pediatry, która zaczęła podejrzewać… owsiki. Zamurowało mnie,  bo przecież wiem jak wyglądają objawy i czego się można spodziewać po tym pasożycie. Jednak „dla świętego spokoju” pani doktor przepisała jednorazową tabletkę, która kosztował mnie kolejne 24 zł (jadę już na pożyczonych), a ja natychmiast zaaplikowałam ją Małej.

Miałam nawet chwilę słabości i zaczęłam powątpiewać w prawdziwość schorzenia mojej córki, ale potem szybko sobie uświadomiłam, że symulant nie byłby w stanie wylać morza łez i budzić się z płaczem w nocy.

Dziś po swędzeniu i pieczeniu właściwie śladu już nie ma. Ani z jednej strony, ani z drugiej. Już sama nie wiem co mam robić. Ginekolog prosiła o przyjście w dwa tygodnie po pierwszej wizycie. Aż mi szkoda tych 120 zł na możliwość usłyszenia, że dziecku nic nie dolega i „taka jego natura”. Nie wiem, muszę się dobrze zastanowić, bo córka nie wykazuje żadnych objawów chorobowych i wręcz mówi, że czuje się świetnie. Na basenie z klasą nie była już dwa zajęcia. Profilaktycznie chyba nie puszczę jej na trzecie, a potem? Czas pokaże. 

 

17:31, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 października 2013

Jest mi wstyd, ale nie potrafię utrzymywać tego w tajemnicy, muszę to z siebie wyrzucić. Otóż moja prawie ośmioletnia córka ma ginekologiczne problemy. Zaczęło się jakiś czas temu – pieczenie, swędzenie, płacz, czasem wrzask, że już nie wytrzyma. Domowymi sposobami próbowałam jej pomóc. Bardzo brakowało mi wtedy Mamy. Kto jak kto – ale Ona byłaby w takiej chwili moim największym wsparciem. Żadna koleżanka nie jest w stanie porozmawiać tak, jak bym chciała. Proszę mi wierzyć – próbowałam. Pojawiały się sztampowe porady w stylu – idź do lekarza, zrób badania, nie przejmuj się. To, to i ja wiedziałam.

Poszłam więc najpierw do pediatry. Nasza pani doktor obejrzała córkę i kazała zmienić nasiadówki z rumianku na Clotrimazol i moczenie w KMNO4 (nadmanganian potasu). Przyniosło to poprawę na jakiś czas, ale któregoś dnia Mała przyszła do mnie w nocy z takim płaczem i odruchami takimi jak pies „jeżdżący na swoim odwłoku”. Płakałam razem z nią, z tym że w środku, nie widziała moich łez. Czekałyśmy wtedy na wynik posiewu moczu, który pani doktor zleciła. Okazało się, że badanie nie przyniosło żadnych niepokojących wyników – wszystko w normie. Pani doktor nawet zadała mi krępujące (według niej) pytanie: „czy pani podejrzewa molestowanie dziecka?” Kategorycznie zaprzeczyłam. Dostałam więc zlecenie wizyty u dziecięcego ginekologa.

Wizyta na NFZ opierała się o jakieś cztery miesiące. Nie mogłam tyle czekać. Wydzwoniłam w całym mieście kilka przychodni i proszę mi wierzyć, nie jest to łatwo dostępna profesja. W końcu zamówiłam wizytę na dziś i jestem trochę spokojniejsza.

Małej dawno już tłumaczyłam, że trzeba iść do takiego lekarza od pupy, bo są lekarze od uszu, od głowy, od nosa, jest więc i od pupy. Nie była w ogóle przerażona. Zresztą bez żenady okazała swoje narządy pani pediatrze. Badanie było przeprowadzone profesjonalne. Pani ginekolog pobrała wymaz do analizy. Za tydzień wyniki. W każdym razie powiedziała mi, że córka jest na wyraz rozwinięta płciowo jak na swój wiek. Żeby ją obserwować, wspierać i dużo tłumaczyć. Tego mi nie trzeba wyjaśniać.

Dzielna moja córka była. Ma chwilowy zakaz chodzenia na basen przez najbliższe dwa/trzy tygodnie dopóki się wszystko nie zaleczy. Po wynikach ewentualny zakres dalszego leczenia. Wszystko dobrze by się kończyło, gdyby nie fakt, że na leki dla Malej wydałam 84 zł, sama wizyta z pobraniem wymazu kosztowała mnie 180 zł. Do 25 października mam 200 zł do dyspozycji. I niech mi nikt nie mówi o oszczędnościach na koncie, o dostępie do karty debetowej, o mężu/żonie i ich niewiadomych dochodach. Kto nigdy nie dotknął biedy, nie zrozumie jak to jest mieć wizję tych paru setek na dłuższy czas.

Ale dziecko nie będzie cierpieć. 

 

19:22, sokramka
Link Komentarze (4) »

Padając jak mucha po sobotnich umysłowych i relaksacyjnych zabiegach, w niedzielę mogłam pospać trochę dłużej. Chociaż i tak mój biologiczny zegarek budzi mnie codziennie w okolicach 5.00, to przyjemnie jest mieć świadomość, że jeszcze trzy godziny można sobie poleżeć pod kołdrą. Tak więc niedzielne wykłady zaczęliśmy o 11.30 zajęciami z logiki. Fajny temat, przystępnie wytłumaczony, choć profesor przekroczył już 80 wiosen.

Potem ćwiczenia. Moja grupa dostała akurat PR w administracji publicznej. Grupa równoległa miała nadzór i kontrolę w administracji publicznej. Osobiście uważam, że trafiłam dużo lepiej. No i zwieńczeniem mojej całodziennej walki umysłu, były wykłady z ikoną polskiego feminizmu. Nazwiska nie podam, ci którzy mnie znają wiedzą, a reszta czytelników nie musi wiedzieć, na której uczelni studiuję ;) Zresztą, rozmawiając z kilkoma osobami i podając to nazwisko, okazywało się, że wielu ludzi tej pani zwyczajnie nie zna i nigdy o niej nie słyszało. W każdym razie zapisałam się na listę chętnych, którzy kupią jej dwie publikacje. Książki nie będą drogie, bo w ilości hurtowej i bezpośrednio od wydawcy, cena nie przekroczy 20 zł. A potem pójdę po autograf. A co?!

Wieczór niedzielny zapowiadał się zabawowo ponieważ Uszak organizował w ten dzień swoją imprezę urodzinową. Jednak ja już nie miałam ochoty na napoje wyskokowe, tym bardziej, że otworzyłam tylko szerzej oczy widząc poimprezowy „ład” i „porządek”. Olałam to sikiem ozdobnym.

Poznałam za to moją drugą synochę – Blondynę. Na początku wydawała mi się taka… „dzika”, ale potem się rozkręciła i odniosłam wrażenie, że jest bardzo odpowiedzialna, rzeczowa i chyba krótko będzie trzymać Scareface’a ;)

Na koniec moje refleksje związane z sobotnim spotkaniem z dziewczynami. Naładowana pozytywnymi fluidami, postanowiłam skończyć z „przerwą wakacyjną” w szukaniu pracy. Kto jest bacznym czytaczem mojego bloga, ten wie, że dałam sobie jakiś czas temu spokój i odpuściłam. Zlikwidowałam job alerty oraz przestałam wchodzić na strony internetowe związane z publikacją ofert pracy. Teraz to się zmieniło. Mam zamiar dziarsko wziąć się do roboty i na nowo wyedytować swoje CV, nawet kosmetycznie poprawić to i owo, ale szukaniem pracy dać sobie nową pracę.

Tak więc nie ma co się zastanawiać, czy od pierwszego, czy od piętnastego – w najbliższym wolnym czasie siadam do nowego kompa mojego syna i działam.

18:36, sokramka
Link Dodaj komentarz »

Wykłady trzeciego semestru zaczęłam jak zwykle o 8.00. Przedmioty nie wzbudziły u nas szału, było wszystko to, czego zdążyliśmy się nauczyć w zeszłym roku, tylko zmieszane na nowo. Po pozytywnie zdanym egzaminie poprawkowym z angielskiego, przeniosłam się piętro niżej, na poziom niższy. Syn mój pierworodny podsumował ten ruch jednym, dobitnym stwierdzeniem: „no wiesz? Wstyd mi za ciebie, stać cię na więcej”. Oczywiście się uśmiechał, ale samo stwierdzenie mnie ukłuło. A w dupie mam jego stwierdzenia. Liczy się moje dobre samopoczucie, to nie anglistyka; mam się skupiać na innych przedmiotach.

W czasie przerw wykładowych wysłałam Uszakowi smsa urodzinowego. Chłopak skończył bowiem 24 lata. W niedzielę organizował małą imprezę, ale ja miałam drugą część wykładów.

Wieczorem, po wykładach pomknęłam pod dom Bezcielesnej, abyśmy za chwilę mogły spotkać się z Brommbą, z którą to umawiałam się już od kilku miesięcy. W końcu udało się. Za takimi spotkaniami tęsknię – za rozmowami, które mnie relaksują, ładują pozytywnie i dają wiele do myślenia. O tym co wlazło mi do głowy po tym spotkaniu w następnym wpisie. W każdym razie byłam niezmiernie zadowolona i w tym miejscu ściskam wirtualnie obie baby, za to, że po prostu są.

Po powrocie do domu padłam jak mucha, nie zwracając uwagi na domowy „ład” i „porządek”. Szczerze mówiąc było mi obojętne co się dzieje w domu. Tak mocno pozytywnie naładowane miałam bateryjki. Muszę częściej myśleć o dobrych ludziach, bo ładunki bywają ulotne. 

 

czwartek, 10 października 2013

Jest dobrze. W sumie miało tak być ponieważ kryzysy mają to do siebie, że mijają. Miałam sobie z wypłaty kupić znowu jakieś czytadła, ale przyjechała koleżanka do mnie do pracy z ręcznie wyrabianą biżu i mam trzy pary nowych kolczyków. A co? Też humor poprawia. Ja też jestem autorem rękodzieła więc dam zarobić innym.

Odnośnie rękodzieła; uszyłam Małej czapkę z polaru, ale nawet nie zdążyłam zrobić słitaśnej foci, bo dziecko zgubiło czapę następnego dnia na wycieczce. Chodziła dumna i blada, że „mama jej uszyła”, aż w końcu posiała. Strata żadna, uszyję następną, tym bardziej, że polar leży w pudle z materiałami, ale córka mi się popłakała. Do tego przysiadłam dziś do spodni z granatowego polaru. Też dla niej. Mam taki kupon tego materiału, tak to się fachowo mówi? „Kupon”. Chciałabym zrobić sobie jakiś niedrogi kurs krawiecki, bo totalny samouk jestem i obserwator. Spodnie będą uszyte z wykroju ze starych, sprutych. Wiem, że są dobre, bo po sfastrygowaniu Mała przymierzyła i pasują.

Co do wypłaty i wydawania pieniędzy to byłam dziś też z Małą „na ciuchach”. Odebrałam ją wcześnie ze szkoły i zaproponowałam spacer i wejście do szmateksu. Okazyjnie trafiłyśmy na świeżą dostawę i po przetrzepaniu wieszaków Mała wypatrzyła sobie dwie kurtki po 15 zł. każda. No 30 zł to jeszcze wydam, na to mnie jeszcze stać.

Młody w domu zaczął mnie molestować o pieniądze na fryzjera. Ponieważ jakiś czas temu obciął swoje długie, rockowe włosy na „męsko”, teraz musi je regularnie przycinać. Zaczęłam więc szukać fryzjera. W mojej okolicy, albo występują fryzjerki tylko i wyłącznie damskie, albo trzeba szukać gdzieś dalej w renomowanych salonach za 40-50 zł. Zadzwoniłam więc do dawno nie widzianej koleżanki – fryzjerki i przedstawiłam się, aby rozmówczyni na pewno sobie mnie skojarzyła. Usłyszałam zaskoczona tekst: „aaaaa pamiętam cię, „ta blondynka o niezmiennym uśmiechu”. Zjadło mnie. Fakt – uśmiech nie jest mi obcy, ale często jest to dobra mina do złej gry. Jako atut zawsze podaję swoje zdolności interpersonalne, choć lubię samotność i w znajomościach przebieram jak w ulęgałkach. Taka maska, którą noszę występuje u mnie od dzieciństwa. Nie wiem czy to dobrze, czy to źle, zapewne musiałby to ocenić psycholog. Faktem jest, że chyba dobra byłaby ze mnie aktorka. Mało kto wie kiedy kłamię, kiedy blefuję, często te chwyty stosuję na moich dzieciach, ale tylko w dobrej wierze ;)

W każdym razie humor mi dopisuje i jako blondynka z niezmiennym uśmiechem czekam na pierwszy zjazd weekendowy na uczelni oraz spotkanie, o którym nie śmiałabym jeszcze niedawno myśleć. Sobota wieczór musi być udana ;) 

 

19:13, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 07 października 2013

Zawsze mam giga doła.
Przed dziesiątym zawsze mam pusto w portfelu.
Przed dziesiątym mam mega wkurwa i proszę mi w drogę nie wchodzić.
Dziesiątego mam przelew poborów i Szanowny również dziesiątego bierze do ręki wypłatę.

Do jutra muszę zapłacić 60 zł za wycieczkę Malej w szkole. Mam 80 zł do dyspozycji do czwartku. Nie znoszę pożyczać, bo pożycza się cudze, a oddaje własne. Taki marny żart.

Szanowny miał rację – nie ma kasy, a ja miałam w niedzielę dwa i pół tysiąca w ręku i kupiłam Młodemu komputer.

Wszystko to jedno, wielkie gówno. 

niedziela, 06 października 2013

Młody mój jest wolontariuszem od 2009 r. w takiej pewnej fundacji opiekującej się dziećmi niepełnosprawnymi. Prezesem tam jest człowiek również niepełnosprawny, ruchowo. Prezes dużo pomaga innym, obcym oraz swoim wolontariuszom. Od dłuższego już czasu wie, że mamy potworne problemy finansowe i jakieś trzy tygodnie temu zaproponował pomoc.

Zadzwonił do mnie i wprost powiedział, że może pożyczyć większą sumę pieniędzy na zakup nowego komputera dla Młodego. Rozłoży mi tę pożyczkę na nieoprocentowane raty, ale będę musiała podpisać glejt. Taki prywatny dla jego i mojego bezpieczeństwa. Już kiedyś korzystałam z pomocy prezesa. Jak straciłam robotę i byłam bez środków do życia, prezes pożyczył mi 900 zł na obóz harcerski dla Młodego. Spłacałam na podobnych warunkach. Kiedyś też pożyczył mi 300 zł na zakup desantów i nowych bojówek dla syna. Teraz jednak w grę wchodziła większa kasa. Kto zna ceny laptopów, ten wie, że czasem jest to równowartość miesięcznej pensji.

Długo się wahałam, nie miałam się kogo poradzić, z mężem nie było w ogóle dyskusji. Usłyszałam tylko: „pieniędzy nie ma, a wy komputery będziecie kupować”. Przyznam szczerze, że Młody będąc w szkole geodezyjnej używał często mojego laptopa do wydruków planów i map potrzebnych mu na zajęcia. Nie wyobrażam sobie, żeby nie mógł dalej z tego korzystać. Tym bardziej, że mój sprzęt diabli wzięli. I z tego głównie powodu zdecydowałam się na przyjęcie pomocy od prezesa. Młody nie gra praktycznie w żadne gry, czasem jakaś platformówka się przyplącze, albo Poe na telefonie. Fejsbuka nie ma, na innych portalach społecznościowych się nie udziela, głównie ogląda filmy i pracuje.

Pojechaliśmy więc do Media Markt i tam dokonaliśmy zakupu. I tu mała dygresja: nie pamiętam już kiedy miałam tak dużą kwotę pieniędzy w rękach ;) Miłe to uczucie.

Uśmiech Młodemu nie znikał z twarzy. Po przyjściu do domu zaczął instalować antywirusa, odkurzacz, personalizował cały sprzęt. I uwaga: posprzątał w całym pokoju!

Umowę z prezesem podpisałam na dwa lata. Dziś zadzwonił z pytaniem czy dokonaliśmy zakupu. Powiedział również, że jeśli będę miała problemy ze spłatą którejś raty, mogę zadzwonić i przełożyć ją na przyszły miesiąc. Facet jest nieraz upierdliwy, ale uczciwy i pomocny.

Gdybym pracowała na normalnym etacie i gdyby moja pensja była większa niż 1000 zł sama mogłabym brać sprzęt na raty. Kupiłabym piekarnik, którego nie mam (mam tę funkcję w mikrofali, ale gabarytowo za mało miejsca na ciasta i mięsa), kupiłabym telewizor, bo ten kineskopowy już dziwnie brzęczy, regał na książki, bo mam księgozbiór w pudłach na strychu, a Szanowny nie zbuduje – nie ma kasy, no i szafę na ubrania dla Młodego. W końcu odmalowałabym pokój po moim środkowym pasierbie dla Małej. A tak pozostają tylko marzenia. Ale marzenia ponoć się spełniają, trzeba tylko mocno w nie wierzyć. Więc ja wierzę, że jutro, za miesiąc, za rok będę mieć lepiej. 

Tagi: marzenia
19:38, sokramka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2