Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 30 października 2014

Na koniec listopada jesteśmy zapisane z Mańką do psychologa. Być może dla każdej z nas ta wizyta będzie miała jakieś znaczenie. Ja tracę już cierpliwość, bo córka odwala mi numer ze szkołą średnio raz w tygodniu. Nie piszę, bo nie ma o czym pisać, a poza tym -czym tu się chwalić...? Powody do absencji szkolnej są różne: ból stopy, ból kręgosłupa, awersja do lekcji angielskiego, do lekcji w-fu, zmęczenia, katar, brak ołówka, jednym słowem: wszystko.

Dziś przekroczyła granice mojej cierpliwości. Mówi się, że spokój może załatwić wszystko, ale moja spokojna stanowczość przybrała dziś twarz potwora. Pod szkołą Mania zaczęła ryczeć, tupać nogą, że do szkoły nie pójdzie i już. A mój potwór powiedział, że jak nie pójdzie to ją osobiście rozszarpię. Uparłam się, że nie odprowadzę jej do domu, ani nie wezmę do pracy. Już raz tak zrobiłam, uległam jej i to był mój wielki błąd. 

Zaryczana stała jak kołek i tylko mijające ją koleżanki zapuszczały żurawia na tę całą obciachową sytuację. W końcu postanowiłam pójść po panią wychowawczynię. Traf chciał, że akurat szła do szkoły. Na moją prośbę o pomoc powiedziała: - no to musi pani iść do psychologa, - jesteśmy już zapisane - odparłam.

Po wymianie zdań z córką pani wzięła ją za rękę i weszła do budynku. Mania pożegnała się ze mną tradycyjnym buziakiem, powiedzonkiem: miłego dnia, do zobaczenia po południu i takie tam. Zdążyłam krzyknąć: - dziękuję pani! Usłyszałam tylko: - nic się nie stało. Może dla pani nic się nie stało, bo takich dzieci przewinęło się przez jej karierę tysiące. Ale dla mnie to potworne przeżywać dziecięcy strach nie wiadomo czym uzasadniony. Może psycholog wyciągnie z córki złożoność problemu i pomoże mi go rozwiązać.

Dodając pikanterii tej całej sytuacji wspomnę, że wczoraj Mania bawiła się na naszym podwórku z koleżanką. Wróciła do domu w brudnej kurtce, skorupie na głowie i sypało się z niej dziwne "coś". To "coś" to był popiół wyciągany z naszego pieca i składowany w wielkiej beczce na podwórku. Dziewczynki postanowiły umyć mi samochód i "maczały" papier w popiele smarując następnie wszystko co popadnie; karoserię, szyby, nawet na fotelu nie dało się usiąść oraz dotknąć kierownicy.

Młoda ode mnie dostała karę - dziś nie wychodzi na dwór. Na dodatek dostała odkurzacz i posprzątała całe wnętrze samochodu. 

poniedziałek, 27 października 2014

Albo nie chcę zrozumieć, albo jeszcze inaczej - ja jestem z księżyca a inni są z Ziemi i dlatego nie kumam pewnych sytuacji.

Mojemu pasierbowi urodzi się w styczniu dziecko. Pisałam, że będę Babcochą. Do dnia dzisiejszego Uszak nie zrobił nic, co w moim mniemaniu miałoby przygotować Malucha na przyjście na ten świat. Okularnica przyjeżdża prawie w każdą sobotę i nocuje do niedzieli. W pokoju chłopak nie zrobił do tej pory nic z tematu remontu. Dziewczyna mieszka z rodzicami i rodzeństwem w małym mieszkaniu. Młodzi nie mieli do tej pory możliwości zamieszkania razem, bo co innego "być" na dochodne, a co innego razem mieszkać. Nie wyobrażam sobie wspólnego przebywania w kołchozie z synem mojego męża, dziewczyną syna mojego męża i dzieckiem syna mojego męża. Może jestem nietolerancyjna, a może z kosmosu?

Oni tez wiedzą, że najlepiej być na swoim. Tłumaczyłam im od zarania dziejów. Oboje zgodni są co do tego, że muszą mieć własna kuchnię i łazienkę. Ale... Uszak nic w tej kwestii nie robi. Na co czeka? Wiem, że problem pieniędzy u niego akurat nie istnieje, więc o co chodzi? Za oknem aura nie sprzyja już remontom i tak został przeze mnie zmuszony do jednej roboty, a mianowicie wymiany okna balkonowego, które zakupił po preferencyjnej cenie od mojego znajomego okniarza (dawne czasy firmy budowlanej).  

Czegoś więc tu nie rozumiem. Gdy ja byłam młoda bardzo chciałam być razem czy to z ojcem Młodego, a później z ojcem Mani. Być razem, coś tworzyć wspólnie, spróbować pobawić się w rodzinę. To, że życie pokazuje potem inne scenariusze to już inna sprawa, ale początki zawsze są budujące, inspirujące, dlatego nie rozumiem na czym polega związek Uszaka i Okularnicy...

W zasadzie to nie moja sprawa, bo to nie mój dom i nie mój syn, ale powtórzę, że nie wyobrażam sobie wspólnego gospodarzenia na jednych garach i jednym kiblu przy takiej ilości dorosłych wszak osób. Co innego mieć na wychowaniu troje dzieci, a co innego kisić się jak ogóry w słoju na jednej kuchence. 

Nawet nie umiem tego zakończyć jakąś sensowną konkluzją. Po prostu nie wiem jak to wszystko będzie wyglądać...

poniedziałek, 20 października 2014

W końcu bez cewnika. Jestem już w domowym zaciszu, chałupka pusta, a ja sobie siedzę, sączę soczek i odwiedzam świat internetu.

I teraz takie małe spostrzeżenie: każdy ma inną granicę bólu fizycznego i jego wytrzymałości. Koleżanka z pracy nastraszyła mnie, że wyjęcie cewnika to taka straszna sprawa, że cewka boli, że nera szarpie i w ogóle koniec świata. W internecie też czytałam różne opinie forumowiczów, a sama przekonałam się, że nie taki diabeł straszny. Owszem jest to zabieg nieprzyjemny polegający na włożeniu przez cewkę moczową cienkiego istrumentu, za pomocą którego lekarz wyjmuje cewnik. Ale: cała okolica sromu pacykowana jest jakimś płynem, który fajnie ogrzewa skórę, wprowadzenia żelu znieczulającego tak naprawdę wcale się nie czuje. Lekarz zajmuje człowiekowi ok minuty jego życia. A ulga jest nie do opisania.

To tak jak z porodami. Jedna będzie krzyczeć, że nigdy w życiu, że to taki ból straszny, rozrywający i w ogóle, że najchętniej to cesarkę na życzenie i takie tam pierdalamenty. A ja urodziłam oboje swoich dzieci dwoma pierdnięciami i gdybym mogła, rodziłabym za inne ;)

Mam tatuaże na obu ramionach, bólu się chyba nie boje i wiele potrafię znieść. Oczywiście w granicach dopuszczalnych, tylko każdy sobie tę granicę sam wyznacza. Nie ma się co słuchać innych, tylko samemu wszystko należy zbadać, zmierzyć i przeżyć ;) Wtedy dopiero można wyrokować.

Szanowny na ten przykład jest osobą niesamowicie wrażliwą i nigdy nie patrzy na krew, nawet jak mu pobierają. A ja nie dość, że to mi się podoba, to jeszcze wystawiam łapy z lepszą żyłą i patrzę jak ścieka ta zła ;)

Najważniejsze, że już bez rurki chodzę i teraz musze się dobrze nawadniać, żeby ta cholera - kolka - nie chciała znowu mnie odwiedzić. Tak sobie pomyślałam, że za jakiś miesiąc może USG nerki sobie zrobię?

Tagi: zdrowie
13:28, sokramka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 19 października 2014

Od kilku dni obserwuję informacje na temat powrotu Miasteczka Twin Peaks na ekrany telewizji. Przyznam, że jestem tym pomysłem zachwycona. Jako fanka serialu z lat 90ych czekam niecierpliwie jak zostanie przedstawiony schemat dziewięciu odcinków, planowany na rok 2016. Wiadomym jest, że część aktorów z głównej serii nie ma już wśród żywych, ale pozostała część żyje.

„Sowy nie są tym czym się wydają” wisiało u mnie na prowizorycznej tablicy „korkowej”, wykonanej z tafli styropianu, który załatwiła mi Mama, wiedząc, że nie mam żadnego miejsca na przyczepianie plakatów, sentencji, moich rysunków itepe. Mama serial oglądała razem ze mną, w ten sposób strach, który wynikał ze scen z udziałem np. Boba znikał, gdyż razem z Mamą tłumaczyłyśmy sobie ich sens.

Byłam wtedy nastolatką. Każdy odcinek serialu wzbudzał u mnie ciekawość i podziw dla kunsztu Davida Lyncha. Zresztą będąc starszą starałam się oglądać większość jego filmów. Widzieliście „Mulholland Drive”? Dla mnie bomba. „Blue Velvet”, „Dzikość serca” no i fenomenalna „Diuna”. Pożyczyłam kiedyś od koleżanki „Sekretny dziennik Laury Palmer” do przeczytania, napisany został przez córkę Davida Lyncha. Niestety nie mam w zbiorach, ale jako informacja książkowa wnosi trochę wartości dla fanów serii.


Laura Palmer powiedziała do Agenta Coopera: „widzimy się za 25 lat”. Te 25 lat właśnie mija i ciekawa jestem gdzie się spotkają? Może to czas, aby Cooper w końcu wydostał się z Czarnej Chaty? W końcu Bob w ostatnim odcinku opanował jego ciało ;)


sobota, 18 października 2014

Jestem zła. Złość też uczucie ludzkie. A nic co ludzkie nie jest nam obce. Wczoraj, zgodnie z zaplanowanymi zabiegami miałam mieć usunięty cewnik DJ. Jako porządny, nie lubiący się spóźniać obywatel/pacjent, zjawiłam się o 7.00 na planowej izbie przyjęć. Oczywiście musiałam swoje odczekać w kolejce, to normalne. Zdołałam się już przyzwyczaić do szpitalnych kolejek. Po zarejestrowaniu się i otrzymaniu opaski identyfikacyjnej, przebrałam się grzecznie w piżamkę i powędrowałam na oddział.

Na oddziale okazało się, że....muszę poczekać na korytarzu, bo nie ma wolnego łóżka, żeby mnie gdzieś położyć. Między słowami dodam, że zabieg wyjęcia cewnika z pęcherza trwa ok dwóch minut. Łóżko zwolniło się ok 10.30. Dobrze, że zabrana książka ratowała przedłużające się minuty nudy korytarzowej.

Po zainstalowaniu się na szpitalnym łóżku poznałam swoją współlokatorkę, która tak jak ja była planowo przyjęta na wyjęcie cewnika DJ. Dodam, że taki zabieg trwa ok dwóch minut. W trakcie oczekiwania na wolne łóżko miałam pobraną krew do badania oraz mocz. Wyniki bardzo długo schodziły z laboratorium. O godz. 13.00 jeszcze nie było mojej próby ciążowej. Salowa śmiała się, że chyba będę mamą. No, niedoczekanie! Jeszcze tego brakowało, żebym była w ciąży. Na szczęście okazało się, że zlecenie nie zostało zarejestrowane w komputerze laboratorium i stąd to oczekiwanie.

Obie z moją współlokatorką byłyśmy na czczo. Pacjentom podawano śniadanie, potem obiad, a my wciąż czekałyśmy na zabieg wyjęcia cewnika DJ. Przypominam, że trwa on ok dwóch minut. Po obiedzie, kiedy nasze wyniki badań dotarły już na miejsce skierowano nas na rtg okolicy nerki. Pomimo kompletu wszystkich badań i nadwyrężonej naszej cierpliwości zabiegu nie wykonano. Blok operacyjny o 15.00 już nie funkcjonuje, a ordynator na obchodzie o 15.11 poinformował nas, że musimy przyjść w poniedziałek.

Jasna cholera!

Z potwornym bólem głowy, głodna, śpiąca i wymęczona nudą szpitalną wyszłam z oddziału o 15.30. Robiąc dobrą minę do złej gry potrafiłam się jeszcze uśmiechnąć do pielęgniarek, bo przecież czemu one winne?

Dziś boli mnie kręgosłup bardziej niż zwykle (nie wiem - brak ruchu, wysiłku fizycznego?). Dla dwóch minut zabiegu straciłam cały dzień, stracę też poniedziałek. Ja wiem, że nie mam prawa mieć pretensji do konkretnych osób, bo różne rzeczy się przytrafiają w służbie zdrowia, ale ta sytuacja dobiła mnie psychicznie.

Bo żeby chorować to trzeba mieć końskie zdrowie.  

08:32, sokramka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 października 2014

Żegnam się z Lulkiem. Mam nadzieję, że na zawsze. O 7.00 rano mam być na czczo na oddziale urologii. Jak mniemam, to "czczo" jest po to, że będę mieć cewnik wyjmowany pod narkozą.

Logistycznie jestem przygotowana na tip-top. Rano Małą do szkoły zaprowadza Młody, po południu odbierze koleżanka, a od koleżanki córkę zabierze Szanowny wracając z pracy. Potem pozostaję do odbioru ja, bo nie sądzę, żeby mnie trzymali na oddziale. W razie jakichś kataklizmów wrócić tez mogę sama. Nóg mi tam nie poobcinają ;) 

Rozkazy i polecenia wydane, dom ogarnięty więc ja się mogę spokojnie relaksować dziergając czapkę dla Mani. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić efektem końcowym ;) 

Do miłego!

Tagi: zdrowie
14:01, sokramka
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 października 2014

Kiedy się stresuję, to albo szyję, albo sprzątam, albo piekę ;)

Przepis na te bułki to zlepek kilku receptur, dopasowany do mojego smaku. Bułki są puchate, ale sycące. Nie takie "puste" jak wiele bułek sklepowych. 

Potrzebujemy:

* 550 gr mąki pszennej

* 1 łyżeczka soli

* 50 gr drożdży

* 250 ml wody (1 szklanka) 

* 1 łyżeczka cukru

* 1 jajko (jak małe to dwa)

* 3 łyżki oleju

Do miski wsypujemy odmierzona mąkę. Dodajemy sól, jajko i olej. W międzyczasie rozkruszamy drożdże do większego kubka, zasypujemy cukrem i zalewamy wodą. Trzeba odczekać parę minut, żeby drożdże się rozpuściły i "nabrały mocy". Następnie wlewamy je do mąki i mieszamy. Konsystencja jest na początku rzadka, ale potem wychodzi nam ładne ciasto do zagniecenia rękami. Odstawiamy wyrobione ciasto w ciepłe miejsce na ok. 1 godzinę. Ma podwoić swoją objętość. Następnie wykładamy je na blat i ja formuję gruby wałek, a z tego wałka odrywam kule, które formuję w bułeczki o dowolnym kształcie. Bułki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia w pewnej odległości. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 210 st i pieczemy ok 5 min, następnie zmniejszamy temperaturę do 190 st i pieczemy ok 15-20 min. Ja zastosowałam termoobieg i zmniejszyłam pierwszą temperaturę do 200 st (5 min pieczenia) a następnie piekłam w 180 st ok 12-15 min. Też się sprawdziło :) 

Do tych bułeczek dodałam do ciasta trochę ziaren słonecznika, można posypać makiem, sezamem, posmarować rozkłóconym jajem, co kto lubi ;) Z tego przepisu wychodzi mi 18 bułeczek powyższego kształtu.

Smacznego!

Tagi: przepis
10:01, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 października 2014

To już wiedzieli starożytni. Ale nie żyjemy w starożytności, tylko chyba w cywilizowanym świecie.

Szafa już nie stoi na drzwiach do naszego pokoju. Jest przestawiona, bo dziadek „nie mógł otwierać drzwi”. Dziś miałam tego dowód, do czego te drzwi służą. Jakiś czas temu Szanowny na moją prośbę zamontował skobelek, który nie pozwalał otwierać drzwi do nas od dziadka strony. Dziś teść chciał wejść. Najpierw nacisnął klamkę, potem otworzył swój zamek podklamkowy. Później zaczął szarpać klamką i w złości krzyczał: zamykają wszystko, a ja mam tu tylko pokój z kuchnią.

To oczywiście zasłyszane przeze mnie słowa wyrwane z jakiegoś większego kontekstu. Może chodziło o to, że zajmujemy AŻ cztery pokoje (Szanowny, ja, Młody, Mańka i Uszak) w JEGO domu, wielokrotnie to podkreślał. A może chodziło o to, że złości się jak dziecko, bo zabraniamy mu wejść  tam gdzie nie trzeba. Udałam, że mnie nie ma. Nie otworzyłam. Cholera, zaczynam wpadać w jakieś schizy i fobie.

Zawsze chciałam żyć w oazie spokoju. Nigdy nie miałam własnego pokoju, ani własnego mieszkania. Mama po rozwodzie zmieniała lokale jak skarpety, dopiero przed moimi osiemnastymi urodzinami udało się jej otrzymać lokal. Potem pracowałam na własny rachunek i wydawało się, że nawet będzie mnie stać na własne mieszkanie. Dobrze, że nie pozaciągałam kredytów, bo dziś byłoby strasznie krucho.

Teraz mieszkam w jakimś kołchozie, gdzie nienawidzę pokoju, w którym sypiam i drażni mnie ciekawość i wścibskość teścia. Pocieszam się faktem, że mam po swojej stronie Szanownego. To wielkie wsparcie. Mąż nie rozumie dlaczego jego ojciec ma prawo do intymności, ma prawo do zamykania swojego pokoju, ma prawo oskarżać nas o złodziejstwo, ale w druga stronę to nie może działać. My nie możemy mieć prawa do intymności, nie możemy mieć własnego życia, nie możemy chronić się przed bandą zapijaczonych mord, które właśnie nas mogą okradać podczas naszej nieobecności.

To wszystko jest chore, ale nie zamierzam zmieniać pozycji bojowej. Nie stykamy się z teściem, ale jak do tego czasem dochodzi traktuję go służbowo. I tak już jestem „kukułczym jajem”. Wisi mi jego opinia o mnie, to dla mnie obcy człowiek.

 

Tagi: dom teść
17:34, sokramka
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 października 2014

Ponieważ pojawiło się wiele komentarzy odpowiem zbiorczo:

 

Bezcielesna: Z pewnością charakter córka ma po tatusiu. Rzeczywiście czasem mam problem z akceptacją jej usposobienia, ale staram się tego nie okazywać. Za dużą mam świadomość skutków niespełnionych ambicji rodziców ;)

Bożena: Mania kocha basen. Na tych zajęciach spina się i daje z siebie wszystko. Jest bardzo ambitna. Chwalę  ją tak osobiście jak i przy innych (tacie, braciach). Na tablicy korkowej przyczepiam jej różne chwalebne teksty „Super Mania”, „Wielka Mania”, „Mania rządzi”. Najchętniej pływałaby codziennie, ale nie ma takich zajęć. Mamy szkołę sportową, gimnazjum i to nawet rejonowe, ale jest nastawione bardziej na koszykówkę i siatkówkę. Odpada, bo Mańka nie lubi W-Fu. Chyba że jej się coś odmieni do czasów gimnazjum. Muszę wypytać gdzieś o szkółkę pływacką.

Myszka: zakupy moja córka lubi robić, ale ze mną ;) może jak dorośnie to się zmieni ;)

Brommba: po analizie swojego postepowania stwierdziłam, że nie ma różnic w wychowaniu moich dzieci. Nadopiekuńcza na pewno nie jestem, nigdy nie byłam. Tu obawiam się raczej o zbytnią surowość, suchość. Choć mam problemy z okazywaniem uczuć, to mówić się o tym nie boję. Co wieczór jest: dobranoc królewno, śpij dobrze, kocham cię, kolorowych snów. U Młodego „wojskowe” wychowanie wyszło mu na dobre. U Mani chyba nie tędy droga. Szanowny jest ucieleśnieniem spokoju, on nawet nie tłumaczy córce kiedy popełni jakiś błąd. Nie stosuje żadnych granic, ani zasad.

Fischerwoman: Kiedy córka się sprzeciwia niestety brzydko mówiąc olewam temat. Potem jak chcę skorzystać  ze stołu zawalonego puzzlami bądź talerzykami sama to sprzątam, bo mnie wkurza. Faktem jest, że Szanowny mi nie pomaga. Jego bałaganiarstwo przekracza wszelkie granice. To dobry człowiek, ale jego już nie wychowam. Kiedyś usłyszałam od córki: a dlaczego ja mam to wynosić, jak to tatuś zostawił?

Na razie postawiłam na pracę wokół swojej osoby. To znaczy chcę uważniej słuchać córki, przyklejać więcej pochwał i może wymyślę jej jakiś nowy obowiązek nagradzany jakąś przyjemnością ;)  

 

wtorek, 07 października 2014

Postanowiłam podzielić się swoimi przemyśleniami nt ostatnich zachowań mojej córki. Obserwuję ją od dłuższego czasu i boje się, że może być coraz gorzej.

Jak wiadomo jest typową córeczką tatusia. Tatuś to, tatuś tamto, ale mama też jest ważna, powiedziałabym, że nawet ważniejsza. Mania w styczniu skończy 9 lat (ma na imię inaczej, ale ja tak na nią mówię w domu), wydawałoby się, że to duża dziewczynka, rozsądna, samodzielna. A jednak. Czasem odnoszę wrażenie, że gdybym kupiła wózek spacerówkę chętnie by jeszcze do niego wsiadła.

Po pierwsze nie jest w ogóle samodzielna. Nie żebym piętnowała córkę, obserwuję tylko, że w jej wieku w zasadzie powinna już zacząć dbać o swoje własne interesy. Mała nie kupuje sobie sama żadnych, nawet drobnych rzeczy, mówi, że się wstydzi, że ja mam to zrobić. W szkole nigdy nie podnosi palca na lekcji, nie zgłasza się samodzielnie, ale wywołana odpowiada zgodnie z poleceniem i ma dużą wiedzę. Szkoła ją ogólnie przeraża. Nie lubi świetlicy, mówi, że tam jest za głośno. Bywają takie dni, że rankiem nie chce w ogóle iść do szkoły. Mówi, że boli ja brzuch. To już podejrzewam jest na tle nerwowym. Po delikatnym wywiadzie i obserwacji córki przez dłuższy czas nie stwierdziłam negatywnej ingerencji koleżanek, wręcz przeciwnie Mania jest lubiana przez dziewczynki, tylko nie zawsze ona sama chce z nimi przebywać.

Łatwo się poddaje. Bardzo dołują ją zdobyte słabe oceny, nie motywują. Boi się wielu rzeczy. Ostatnio w supermarkecie weszłyśmy na dział napojów, powiedziałam do niej, żeby poszła sobie wybrać napój do szkoły na następny dzień. Dodałam, że będę przy warzywach. Mój błąd polegał na tym, że nie upewniłam się, czy Mańka tę kwestię dokładnie przyswoiła. Nabrawszy warzyw do koszyka poszłam kontrolnie sprawdzić co się dzieje z moim dzieckiem. Ona stała miedzy regałami i płakała: „bo ciebie nigdzie nie było”. Zaufałam. Za mocno.

Wiecznie jest znudzona, a propozycje wspólnego działania tylko ją do tego bardziej zniechęcają. Poodkurzamy? Nie. Może ty odkurzysz w swoim pokoju? Nie. Zabierz swoje talerze ze stołu do zmywarki. Nie. Powkładaj sobie skarpety czyste do szuflady. Nie.

Obgryza paznokcie. To z pewnością na tle nerwowym.

Gdzie popełniłam błąd? Czy jestem za bardzo wymagająca? A może odwrotnie? Może zbyt mało wymagam? Może jestem zbyt surowa w okazywaniu uczuć? To bardzo prawdopodobne. Mam problemy z przytulaniem. Nie sprawia mi to przyjemności. Tu może być dużo mojej winy. Nie ganię jej, nie krytykuję, choć czasem mam ochotę potrząchnąć ja i wyraźnie dać do zrozumienia, żeby się obudziła. Ale nie mogę tego zrobić.

Boje się o nią, bo to jednak dziewczę. Jak pokonać jej własnego lwa? Mańka ma do mnie dużo zaufania, wierzy we mnie i wciąż chce bym przy niej była. Ostatnio rozmawiałam z nią, że mogłabym mieć pracę zmianową, dużo bym zarabiała, ale wtedy wracałabym późno i nie odbierałabym jej ze szkoły. Natychmiast wyraziła swoje negatywne zdanie w tym temacie. Ona woli żeby było mało pieniędzy w domu, ale żebym przychodziła po nią zaraz po lekcjach. Nie brat, nie tata, nie sąsiadka, mam być JA.

Mam również siedzieć w łazience podczas gdy ona bierze prysznic. Zawsze się pyta: czy będziesz tu siedzieć? Staram się kiedy mogę, kiedy jednak muszę iść do swoich zajęć ona jest wtedy przytłumiona, zgaszona, a czasem nawet obrażona.

Może jest na sali jakiś psycholog? Albo ktoś kto przeżywał takie lub podobne rozterki? Nie miałam takich problemów z Młodym. Udało mi się wystrugać z niego odpowiedzialnego, samodzielnego faceta, z którym były może inne kłopoty, ale na pewno nie był on dzieckiem zamkniętym i niedostępnym. A może coś zmienić w swoim zachowaniu? No i jak ukierunkować tak wrażliwe dziecko na dalszą drogę w życiu?

 
1 , 2