Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 25 października 2016

Dużo pracy, dużo zajęć, mało czasu, wszystko w biegu, ale tak ma być, ja to lubię. Zasadniczo wpis ma być o mojej córce, która rozwija się jak motyl, szukając nowych zainteresowań i hobby, które ją pochłonie.

Od miesiąca chodzi na zajęcia nauki gry na gitarze. Spotkania są raz w tygodniu w jej szkole, zaraz po zakończeniu godzin lekcyjnych. Początkowo na lekcje zaproszone były wszystkie chętne dzieci i było ich mnóstwo. Pierwsze dwie lekcje były darmowe. Ale kiedy pan prowadzący rozdał umowy do podpisania przez rodziców, liczba dzieci drastycznie się zmieniła. No bo przecież nie ma nic za darmo ;-) Ja zapłaciłam, bo zobaczyłam w Mani siebie. Swoją pierwszą i jedyną gitarę kupiłam sobie z oszczędności od rosjan, kiedy w Warszawie, na stadionie kwitł jeszcze niezły handel ;-) Gry uczyła mnie koleżanka mniej więcej kiedy miałam 16-17 lat. Obgryzałam wtedy pazury i było to niezwykle wygodne, kiedy uczyłam się cisnąć struny do progów. Potem doszły papierochy i tanie piwo. Na podwórku kamienicy, w której mieszkałam, wśród dobrych znajomych i ze swoim pierwszym chłopakiem urządzaliśmy wieczorki muzyczne, które krytykowane były przez sąsiadów. Potem w wieku 21 lat urodziłam Pierworodnego i moje ręce zaczęły obejmować małego chłopca, a nie gryf gitary.

Gitara była przeze mnie malowana, ozdabiana wypalaniem wzorów lutownicą ;-) aż nastał jej kres, kiedy to gryf pękł i z żalem oddałam ją Szanownemu na opał :-(

Mój Syn miłość do gitary poczuł w harcerstwie. Mimo tego, że słoń mu na ucho nadepnął ;-) radził sobie nieźle i nauczył się wygrywać parę drobnych akordów. W zeszłym roku pożyczył od kumpla gitarę, z której ten pierwszy nie korzystał w ogóle i za "opiekę" nad sprzętem pozwolił mojemu Synowi potrzymać ją dłużej ;-) Teraz Mania ćwiczy na niej swoje pierwsze kroki gitarowe. Jest podobno w tym niezła, pan ją chwali i ja mogę się pochwalić, że ma słuch. Nie śpiewa, bo się wstydzi, ale czasem gdzieś tam w tle, słyszę jak nuci cichutko swoje ulubione utwory... Ładnie to robi.

W planach mam kupienie jej używanej, taniej gitary, żeby poczuła to na 100%. Kiedy zobaczę, że zajęcia stają się jej pasją zainwestuję w nowy, dobry sprzęt. Na razie obserwuję jak rośnie mi mała, domowa Lita Ford ;-) Długie blond włosy już ma, gitarę ćwiczy, tylko partnera do śpiewania jej brak :-)

wtorek, 18 października 2016

Cały zeszły tydzień poświęciłam szkoleniu, na koniec i tak zdałam, ale nie było innej możliwości. W ogóle nie widzę sensu przeprowadzaniu takiego szkolenia, gdzie ma być tylko sztuka dla sztuki, a efekt finalny i tak nie powala na nogi. Żadne z nas tak do końca nie zrozumiało działania samego SAPa. Żadne z nas nie będzie miało z tego ani satysfakcji, ani premii, ani awansu. Program ma być wprowadzony z początkiem nowego roku, ale pozostaje fraza "ma być". Tak więc ukończenie szkolenia z pozytywną oceną było jak gdyby wliczone w koszty. A dziś wracam na stary, resortowy program, w którym czekają na mnie realizacje umów.

Wczoraj miałam wolny poniedziałek, wykorzystałam go służbowo, prywatnie i... szyciowo. Odkąd mam nowe elementy w maszynie, sprzęt śmiga jak nowy.  Z czasem pokażę co się stworzyło ;-) 

Zdążyłam po drodze wpaść do kina z Manią na bajkę pt. "Sekretne życie domowych zwierzaków". Przyznam szczerze: dupy mi nie urwało ;-) ale moja Mania była zachwycona, co przecież jest w tym wszystkim najważniejsze. Dodam tylko jeszcze jedno: nie dajcie się zwieść tytułowi filmu i zapowiedziom, bo bajka wcale nie opowiada dokładnie o tym, co przedstawiają zajawki. W zasadzie stwierdziłam, że trailery zawierają najlepsze sceny całego filmu, a reszta to nudny, jałowy film dla grzecznych dzieci. Ale to moje prywatne zdanie.

Nauka na uczelni wciąż trwa. To już ostatni rok i pisanie pracy magisterskiej przede mną. Rany jak ten czas zleciał! Dopiero pisałam o wątpliwościach, o demonach i strachach, a tu już pięć lat za mną! Cholercia! Wybrałam już sobie temat pracy, mianowicie będzie to: "Analiza porównawcza kompetencji Prezydenta II i III RP". Już mam spis treści, już mam przygotowany początkowy spis literatury przedmiotowej i czas powoli zabierać się do pisania.

A tym czasem: miłego tygodnia!

09:06, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 12 października 2016

Od poniedziałku bywam na szkoleniu z SAPa. Nie ma mnie cały dzień w pokoju - się szkolę ;-) O SAPie wiem tyle, co nic. Natomiast po tych dwóch dniach moja wiedza powiększyła się o obrzydzenie do tego programu. Zresztą nie tylko moja, bo większość osób, które już zostały przeszkolone mówią to samo. Cały resort ma zostać od nowego roku objęty tym programem i każdy pracownik ma się go nauczyć.

Wrzuciłam sobie w internet zapytanie na temat SAPa i 90% opinii na jego temat jest negatywnych :-) Nie wiem, nie znam się. W piatek mam mieć egzamin i tyle z tego szkolenia.

SAP jest cholernie rozbudowanym modułowo programem. Istnieją różne jego wersje więc wypowiadanie się tylko na temat jednego rodzaju jest mało obiektywne. Nie wiem czy będziemy aż tak często z niego korzystać jako logistyka, ale widzę, że pewne ruchy są nawet wskazane do wykonywania przez nasz dział planowania. Oczywiście najwięcej pracy będą miały panie z księgowości i to one są przerażone obiegiem dokumentów w SAPie.

Tak więc zaraz śmigam na kolejne zmagania programowe :-)

Miłego dnia!

Tagi: praca
07:37, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 października 2016

Jak zwykle raport z kilku pozycji, jakie ostatnio wpadły w moje ręce. Od pewnego czasu korzystam z zakupów książkowych na stronie Aros.pl - dyskont książkowy (bardzo dobre ceny! polecam) oraz, jeśli mam sprecyzowane potrzeby, zaglądam na olx.pl. Nie zdajecie sobie sprawy ile ludzi wyprzedaje swoje księgozbiory!

Aktualnie czytam biografię Polaka, o którym dość głośno jest w kraju za oceanem, mianowicie w USA. Człowiekiem tym jest Tadeusz Kościuszko - mąż stanu, inżynier, wybitny strateg oraz książę tolerancji. I to mnie właśnie najbardziej urzekło w tym mężczyźnie. Kościuszko zasłynął jako wybawiciel niewolników amerykańskich, polskich chłopów, był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Biografię napisał Alex Storożyński, amerykański dziennikarz polskiego pochodzenia. Na chwilę obecną pochłonęłam dopiero 73 strony z 387 więc nic wielkiego nie mam do powiedzenia poza tym, że książkę czyta się bardzo dobrze, luźno, a język i styl autora nie odstrasza.


"Historia prześladowań religijnych" Jonathana Kirsch'a to ostatnia "zaliczona" pozycja. Książkę wydało wydawnictwo Bellona (jedno z moich "najulubieńszych") i kupiłam ją sobie właśnie na olx za... 8 zł + przesyłka.

Książka opisuje dzieje inkwizycji od początku jej istnienia, aż po czasy zaniku. Autor zaznacza jednak, że inkwizycja nie została zlikwidowana do końca ponieważ istnieje do dziś pod nazwą: Kongregacja nauki wiary. To bardzo ciekawe jak Kościół katolicki czujnie pilnuje, aby wiara katolicka nie została stłamszona przez innowierców czy ateistów ;-) Mamy jednak na tyle cywilizowane czasy, że lud nie daje się już tak ogłupiać i zastraszać jak bywało to w czasach średniowiecznych i latach długo po.

Opisy tortur jakie zawarte są w książce występują raptem w kilku akapitach, jednakże potrafią wstrząsnąć wyobraźnią człowieka i dać do zrozumienia czym było sprzeciwienie się władzy kościoła i "woli boskiej". W książce możemy również przeczytać o procesach zmarłych jakie były wykonywane z powodu heretyckiej przeszłości trupa oraz klątwom jakie mógł rzucić na żywych ;-) Przesądy, zabobony oraz stereotypy wszechobecne, były również powodem do przeprowadzenia śledztwa inkwizycyjnego, a co za tym szło - wydaniem wyroku i najczęściej spaleniem na stosie heretyka.

Inkwizycja wytępiła przedstawicieli chrześcijaństwa zwanych katarami. Rozprawiła się również z waldensami, gdzie przy lekturze ich poczynań oraz obrządków, niejednokrotnie zastanawiałam się kto bardziej pasuje do interpretowania słów biblijnych. Okazało się, że przedstawiciele inkwizycyjni, papieże i inni księża zazdrościli katarom i waldensom ich skromności, pokory, prawdziwego oddania drugiemu człowiekowi. Katarzy i waldensi szczerze przestrzegali postu, prawdziwie wierzyli w Boga opisanego w Biblii. Zazwyczaj po aresztowaniu heretyka inkwizycja w ramach kary przejmowała majątek oskarżonego, co wiązało się z przyszłą nędzą rodziny heretyka, a co za tym szło: wzbogaceniem się przedstawicieli kościoła.

Źródłem nienawiści inkwizycyjnej byli też Żydzi. Prześladowani i zmuszani do przejścia na jedyny i słuszny katolicyzm często emigrowali do innych, przyjaznych krajów (np. Polski). Instytucja inkwizycji była najgorsza w krajach takich jak Hiszpania oraz Francja.

Książka bardzo, bardzo ciekawa, wciągająca, zaskakująca i na pewno wnosząca do wiedzy czytelnika bardzo dużo cennych informacji. Osobiście polecam:

Na koniec zdanie o "kryminale", który wpadł mi w ręce po przypadkowo ujrzanym tytule w rękach pani w autobusie ;-) Remigiusz Mróz napisał cykl kryminalny o bohaterach z kancelarii adwokackiej. Temat fajny, dość ciekawy, po przeczytaniu recenzji na różnych portalach stwierdziłam, że to może być dobry zakup. Niestety - pomyliłam się.

Nie dotarłam do końca książki, bo .... tego się nie da czytać. Serio. Wczoraj wieczorem rozmawiałam z moim Pierworodnym, czy to może ja jestem jakaś dziwna i wybrzydzam wśród książek, którymi zachwycają się miliony czytelników. Otóż nie - mój syn ma podobne zdanie na temat pozycji jaka ma być przez niego czytana. To jest właśnie styl pisarza. Nie wiem jak to opisać profesjonalnie, bo ani nie kończyłam studiów filologicznych, ani nigdzie nie znalazłam recenzji skupiającej się na tym właśnie aspekcie. A to przecież jest tak bardzo ważne, jak książka jest napisana. Sam pomysł i treść nie wystarczą. Na marginesie dodam, że lubiana przeze mnie Bonda (polska królowa kryminałów) ostatnio też coś zaczęła psuć swój język na poczet krótkich zdań, opisów równoważnikowych oraz dialogów bez ładu i składu. Taka jest też "Kasacja" pana Remigiusza. Nie podobali mi się od początku główni bohaterowie - pani adwokat chamska, ordynarna, pyskata. Wszystko byłoby ok, przecież i tacy bohaterowie muszą istnieć, ale właśnie język jakim ta pani została opisana pozostawia wiele do życzenia. Jej partner - młody, ciapkowaty, spokojny adwokacik to znowu próba skrajnego opisu mężczyzny, który jada krewetki i nie bywa w knajpie Hard Rock Cafe. To pozycja dla młodzieży. Zdecydowanie. Pełno tu równoważników zdań, a dialogi są tak skonstruowane, jakby pan Mróz stał na osiedlu i notował rozmowy dresiarzy. Szczerze nie polecam.

P.S. znalazłam na FB wpis jednej dziewczyny, która napisała: nie rozumiem zachwytu książkami pana Mroza? Przecież to dno. Polubiłam jej wpis i niestety zgodziłam się.


 

Tagi: książki
09:28, sokramka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 października 2016

Jakbym kiedyś w jakimś niemożliwym wypadku straciła obie ręce, chyba byłabym bardzo nieszczęśliwa. To, co pozwala mi na uspokojenie wewnętrznych burz, to są właśnie moje dziergadełka.

Poniższe wypocinki są z kilkunastu ostatnich dni. Zima idzie to w ten deseń trzeba tworzyć ;-)

 

Rękawiczki są z polaru. Uszyłam je w całości tylko w ręku, bo maszyna znowu odmówiła mi posłuszeństwa. Ale spokojnie - zamówiłam konieczne części zamienne i będzie znowu śmigać jak nowa ;-)

Tagi: moje hobby
08:39, sokramka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 03 października 2016

Zaczęło się już w piątek. Pokłóciłam się z Szanownym o... mojego Pierworodnego. Generalnie porównywanie ludzi do innych osób, to paskudny element dyskusji i dlatego moje wzburzenie rozrosło się do fali tsunami. Za własną rodziną będę stała jak lwica zawsze. Cóż, niestety Pierworodny nie jest synem Szanownego i tu mam wielokrotnie bitwę w sercu - kto jest ważniejszy, a kto jakim czynem zasłużył sobie na krytykę.

Zasadniczo moi panowie nie sprzeczają się - jest między nimi taka niewidzialna nić porozumienia i wzajemna akceptacja. Ale obaj potrafią na siebie donosić właśnie do mnie. I to mnie irytuje.Po kłótni postanowiłam noc z piątku na sobotę spędzić z córką w łóżku. Taki foch ;-)

W sobotę z chęcią pojechałam na uczelnie. Rok akademicki juz się dla nas zaczął i to na całe 9 godzin. Wieczorem, po powrocie do domu zastałam Uszaka i jego dziewczynę z małym. Ponieważ mój organizm przyzwyczajony jest do wstawania o świcie, zwyczajnie o 20.30 położyłam się spać. Wszak niedzielę też miałam przywitać na uczelni. Zamieniłam jedno (dosłownie) zdanie z Okularnicą, które potem okazało się gwoździem do trumny moich stosunków z pasierbem. Okazało się, że Uszak wypił sobie troszkę u brata, jego kobieta za bardzo wzięła sobie do serca moje zdanie o życiu z chłopem i... pokłócili się w drodze do domu. Dostałam od pasierba takiego wulgarnego smsa, że całą niedzielę miałam gniota w żołądku, który nie chciał zejść.

Co ja mu takiego zrobiłam, że mnie tak obsmarował? Nie odpisałam, nie wdawałam się w dyskusję, bo stwierdziłam, że na takim wulgarnym poziomie nie będę wdawać się w polemikę.

Po powrocie z uczelni postanowiłam pogadać z Szanownym. Wtedy też pękło coś we mnie i wylałam z siebie wiadro łez. Potrzebowałam wyrzucić z siebie zatęchłe od piątku żale i to mi dobrze zrobiło. Bałam się jednak, że tak jak ja staję murem za swoim synem, mój mąż będzie stał murem za swoim. Miło się zaskoczyłam ponieważ Szanowny powiedział, że jeśli jego syn mnie obraził - nie będzie miał w tym względzie dla niego usprawiedliwienia.

Ulżyło mi.

Sprawa z moim synem również została wyjaśniona. Na znak "pokuty" ;-) Pierworodny przekopał połowę ogródka. Atmosfera wróciła do normy, wróciłam do własnego łózka. Boli mnie tylko to, że mój nadpobudliwy pasierb pozwolił sobie bez konfrontacji używać inwektyw w moim kierunku. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia, a wyszło na to, że wypowiedziane przeze mnie jedno zdanie w rozmowie z jego dziewczyną zadziałało jak zapalnik tłumiącej się między nimi awantury.