Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 26 października 2017

Jak wspominałam - wczoraj weszliśmy do mieszkania, w którym do końca swoich dni mieszkał nasz ojciec. I rzeczywiście wejście do lokalu wyglądało jak przedwojenny szaber - z łomem, który należał do panów ślusarzy. Do składu "komisji" wchodziła jeszcze pani administratorka oraz pan "techniczny", który spisał stan lokalu. Dostaliśmy z Bratem do dyspozycji kilka godzin na przejrzenie samemu ojca rzeczy, znalezienie ewentualnych dokumentów, pamiątek czy zdjęć. Był z nami również i Szanowny. We trójkę znaleźliśmy kupę kurzu, smrodu i bałaganu, który umocnił nas w tym, że nasz rodzic był diabłem wcielonym, łobuzem, oszustem, bandytą i wyalienowanym społecznie samotnikiem.

Wejście do mieszkania przywróciło mi bolesne wspomnienia, albowiem nic, absolutnie nic nie zmieniło się od dnia, w którym nasza Mama wyprowadziła się z niego. Nawet łóżeczko dziecięce mojego brata było złożone i związane sznurem tak, jakby trzyletnie dziecko właśnie wczoraj wyniosło się z lokalu.

Na szczęście książki wszystkie były. Nie zostało nic wyrzucone, tylko popakowane w kartony i piętrzyło się pod sufit.

W dokumentach nie odnaleźliśmy żadnych aktów własności, żadnych zdjęć z potencjalnie nową kobietą, ani zdjęć z przeszłości. Ot kilka czarno-białych fotek, na których jesteśmy we czwórkę szczęśliwą rodzinką. Znaleźliśmy zaś mnóstwo kartek z życzeniami świątecznymi od braci i siostry naszego ojca, w których to regularnie od 2012 roku pojawiały się prośby o kontakt z powodu "nieodbierania telefonów". Jak widać więc i pewnie moja kartka świąteczna jaką kiedyś chciałam ojcu posłać byłaby rzucona w kąt i nie wywołałaby reakcji zwrotnej.

Z rzeczy materialnych wzięliśmy tylko telewizor oraz laptop, które to przedmioty stanowią jakiś tam majątek trwały po spadkodawcy. W większe szczegóły nie będę wnikać z racji osobistych doznań, ale mogę tylko przyznać, że mój ojciec głodem nie przymierał na pewno i stać go było na zapewnienie sobie godnego życia w samotności.

Z dokumentacji lekarskiej dowiedzieliśmy się, że zmarł na guza płuca, był po zawale oraz miał POChP. Do zeszłego roku aktywnie pracował i dopiero w tym przeszedł na emeryturę.

Kiedy stałam tam przed drzwiami, przed samym wyważeniem drzwi miałam ciarki na plecach. Kiedy uderzył mnie smród starości, kurzu i tytoniu, ciarki trochę zeszły, ale kiedy weszłam do środka i zobaczyłam, że na tej samej wersalce, która stoi, mój ojciec tłukł naszą Mamę, aż złamał jej oczodół i rękę, zaszkliły mi się oczy. Nieokrzesana - to były chyba właśnie te łzy, o których Ty pisałaś... A potem działałam już jak w amoku - szukać, szperać, przekładać, wyrzucać, grzebać, mój Brat był bardziej rozbawiony i w każdym najmniejszym elemencie znajdował punkt żartobliwy. Może to i lepiej. Lepiej dla niego, bo nie zeżarł tyle stresu co ja. Jego bolały tylko nogi i kręgosłup, a mnie puchł mózg od wspomnień.

Nie życzę nikomu takiego zetknięcia z przeszłością. Przeszłość powinna być przyjemna, wesoła, szczęśliwa, kolorowa, moja w tamtym mieszkaniu zrobiła się brunatna, wulgarna i mało przyjemna.

Dziś ciąg dalszy grzebania w papierach. Mamy do przebrania stertę dokumentów, których nie mieliśmy czasu przebierać na miejscu. Szybciej załatwimy sprawę - szybciej zakończymy pewien rozdział w naszym życiu.

Tagi: ojciec
14:42, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 października 2017

Nad usunięciem drugiego, wspominkowego bloga. Sama nie wiem po co go stworzyłam, czy obdzieranie się publiczne ze wspomnień ma jakiś głębszy cel? Zatrzymałam się na pewnym etapie życie i dalej blokuje mnie masa bardzo przykrych wspomnień.

To jest tak, że życia się nie wybiera, życie trzeba przeżyć godnie i w miarę spokojnie. Oczywiście człowiek sam kowalem swojego losu jest, ale do czasu usamodzielnienia się, bywa skazany na wzloty i upadki swojej najbliższej rodziny. Tak więc jeśli urodziłabym się w rodzinie znanych piosenkarzy, byłabym skazana na obserwację przez czujne oko paparazzi ;-) A tak jestem tylko potomkiem robotników, bez żadnego wkładu intelektualnego ;-)

Z drugiej znów strony obdzieranie się ze wspomnień traktuję jako formę psychoterapii, a być może wołanie o zrozumienie moich dzisiejszych czynów i nie krytykowanie mnie. Niestety bowiem często zdarza się tak, że niektóre osoby nie traktują jako normalne zachowanie, moją alienację względem rodziny, moją awersję do imprez (śluby, pogrzeby, imieniny), słyszę często, że jestem co najmniej głupia w tym zakresie i powinnam się jednak przekonać do rodzinnych spotkań.

Często też szukam na ślepo sprzymierzeńca, z którym mogłabym pogadać tak jak gadałam z moja Mamą - o wszystkim i o niczym, ale bez zbędnych gadek umoralniających, bez wskazywania co powinnam, a czego nie, a niestety i tutaj spotkałam się z "dobrymi radami" oraz próbowaniem na siłę zrobienia ze mnie osoby "rodzinnej".

Nie mam do nikogo pretensji, bo każdy inaczej i na swój sposób odczuwa otaczający go świat. Ale jest przykro, że wśród ludzi są tacy, którzy nie rozumiejąc problemu próbują go zmienić/zlikwidować.

Jesień wpływa na mnie bardzo pozytywnie. Mam ostatnio wiele energii i pozytywnych myśli w głowie. Nie chce mi się pisać, chce mi się dziergać, czytać... Czy mój drugi blog pozostawię? nie wiem. Mam też obawy, czy taka publiczna "spowiedź" nie nakieruje kogoś, kto mnie zna. Kogoś kto z poufnych, osobistych wynurzeń będzie mógł zrobić zły użytek.

Na tę chwilę - miłego dnia Wam życzę!

P.S. W tym tygodniu będziemy z Bratem wchodzić do mieszkania po naszym ojcu. Odbędzie się to komisyjnie wraz z przedstawicielką administracji. Powiedziała, że i tak idzie nam na rękę biorąc nas ze sobą. O wrażeniach z wejścia do groty smoka zapewne powstanie jakiś wpis.

13:41, sokramka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 23 października 2017

Aby uszczęśliwić własne dziecko często poświęcamy się czemuś lub w imię czegoś. Takim poświęceniem wykazałam się w minioną niedzielę. Moja córka zachwyca się modną ostatnio dziedziną jaką jest "jutuberstwo". To moja autorska nazwa, która odnosi się do młodych ludzi zakładających swoje kanały na YT i prezentujących różne tematy, opowiadających o nowościach gadżetowych, o grach komputerowych, o stosowaniu makijażu itepe.

Pewna jutuberka rozdawała autografy w niedzielę w nowo otwartej galerii handlowej na drugim końcu mojego miasta. Mania już od jakiegoś czasu pytała się czy z nią pojadę więc nie mając większych obowiązków w domu przejechałam pół Warszawy i stanęłam z własną córką w gigantycznej kolejce po autograf...

Nawet nie wiecie jaką popularnością cieszą się teraz jutuberzy... Stałyśmy po autograf ponad dwie godziny! Jak do piosenkarza lub autora słynnych kryminałów. A gdzie tam! Pisarze nie mają takiego wzięcia jak młodzi jutuberzy. Moja córka dostała plakat podpisany przez bohaterkę spotkania, zrobiła sobie sweet focię (selfie) obowiązkowo, a ja nagrałam krótki filmik o tym dwuminutowym przeżyciu. Faktycznie Mania przeżywała to wydarzenie jak mrówka okres, wracając miała takie wypieki na twarzy, że myślałam, że mi zemdleje ;-) Ale szczęście w oczach było widoczne.

Średnia wieku kolejki wynosiła jakieś 12 lat ;-) Rodzice równie cierpliwie stali i wspierali swoje pociechy w uzyskaniu autografu od "gwiazdy". Jestem pełna podziwu dla cierpliwości tej młodej osóbki, która z przyklejonym uśmiechem fotografowała się z każdym dzieckiem po kolei. Zresztą w domu (chcąc być na bieżąco z zainteresowaniami mojej córki) obejrzałam sobie kilka filmików tej jutuberki. Całkiem miła i inteligentna osóbka, nagrywająca filmiki dość profesjonalnie. 

Dziś Mania zabrała zeszyt z autografem do szkoły. Selfie z jutuberką ma w telefonie i już zapowiedziała, że będzie się chwalić. Trzeba będzie teraz zrobić miejsce na ścianie jej pokoju, aby przykleić plakat ;-)

Tagi: córka
08:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 października 2017

Poniedziałek zaczęłam od odrobienia godzin, które ujęłam sobie w zeszłym tygodniu. Zaczęłam tez od rehabilitacji mojego kręgosłupa, na którą tutaj, gdzie pracuję, czekałam zaledwie dwa tygodnie. Zaczęłam też poniedziałek od przyjęcia informacji o śmierci pewnej osoby, która powinna mi być bliska, a jednak nie była. Otóż w czasie ostatniego lata zmarł mój ojciec. Wiadomość tę przekazał mi dziś mój Brat, do którego zadzwoniła pani z administracji pytając czy Brat wciąż szuka kontaktu z rodzicem. Bowiem kilka lat temu mój Brat postanowił odnowić kontakty z ojcem, myśląc, że i jak on sam i tamten sam - dojdą do jakiegoś porozumienia. Niestety nie zdążyli się porozumieć. Szukał informacji wśród sąsiadów, w administracji bloku, w którym mieszkał ojciec. Nikt nie umiał nic konkretnego powiedzieć. 

Za śmiercią naszego ojca prawdopodobnie popłynie lawina spraw do załatwienia. Okazało się bowiem, że rodzica (jeśli w ogóle można go tak tytułować) pochowała opieka społeczna. Leżał też w hospicjum dla chorych na nowotwory. Możemy tylko domniemywać, że śmierć była następstwem nałogowego palenia papierosów, a co za tym idzie skutkowało to rakiem np. płuc, czy krtani. 

Z załatwianiem wszelkich urzędowych spraw musimy się jednak z Bratem domówić i na spokojnie spróbować to pozałatwiać. Mieszkanie niestety przejdzie na skarb państwa, albowiem był to lokal komunalny nie podlegający dziedziczeniu spadkowemu. Jednak przemiła pani administratorka zaprosiła mojego Brata na komisyjne otwarcie lokalu i zezwoliła na zabezpieczenie rzeczy, które zostały po naszym ojcu, a uważamy, że możemy je przejąć (np. zdjęcia, dokumenty, pamiątki). Ja będę rada kiedy uda mi się przejąć cały księgozbiór, jaki nasza Mama zostawiła ojcu w tym mieszkaniu przy rozwodzie. Uginała się szafa od ilości woluminów i tylko o tym marzę wchodząc do tamtego lokalu. Nic mnie więcej nie będzie interesować, bo zbyt dużo złych wspomnień kołacze mi się po głowie. 

Na jutro umówiliśmy się z Bratem na rozmowę. Jesteśmy dobrej myśli, że ojciec, powszechnie znany jako kutwa finansowa i ściubigrosz, żadnych długów na w spadku nie zostawił. Podobno w opłatach czynszowych jest nawet nadpłata. W każdym razie od dziś wiem już, że do tej pory głoszona przeze mnie plotka o "niebycie" mojego ojca stała się faktem. 

Nie uroniłam ani jednej łzy, bo dla mnie ta śmierć była wiadomością dnia codziennego. Ot umarł człowiek. Nic dla mnie nie znaczący. Zastanawia mnie jednak fakt, jak bardzo musiał się wyalienować, że nawet jego rodzona siostra i brat nie wiedzieli o zgonie. Albo wiedzieli tylko nic nie chcieli zrobić...

Po wrzuceniu na moim blogu tagu "ojciec" zobaczyłam, że nawet ja kiedyś miałam przebłysk odnowienia kontaktów z moim rodzicem. Nie udało się.  

Tagi: ojciec
20:25, sokramka
Link Komentarze (8) »