Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Rów powiększa się i nie widzę światełka w tym głębokim jak gardło prostytutki tunelu. Raport nie będzie zawierał dobrych wiadomości więc jak kogoś nie interesują smuty i użalania może się wycofać rakiem i zaprzestać czytania.

Co do uczęszczania mojej córki do szkoły to niestety na terapię już nie chodzimy. Mania nie chciała współpracować, nie odpowiadała na żadne pytania i pani psycholog stwierdziła, że to nie ma sensu. Może to pani psycholog była bez sensu, bo powinna drążyć temat i wnikać w problem, ale odpuściła.  Odpuściłam więc i ja chodzenie po lekarzach, specjalistach i postanowiłam zaufać intuicji. Zmieniłam sobie godziny pracy na takie, które pozwalają mi kontrolować Manię rano przed wyjściem do szkoły. Ona wychodzi o 7.00 i ja wychodzę o 7.00, przedtem nas – czyli mnie i Szanownego nie było w domu już o 6.00. Sama Mańka – mogła bez nadzoru wymyślać najróżniejsze przyczyny, żeby nie iść do szkoły. Teraz ma trochę zdziwioną minę, ale nie ma możliwości decydowania samej. Chyba że wróci się z drogi do szkoły, ale Librus pokazuje, że w tej szkole jest. Eksperyment trwa krótko, ale liczę na pozytywne efekty chociaż na koniec roku szkolnego.

Pierworodny cały czas waha się czy zostać w innym mieście czy jednak wracać do stolicy. Nie ma swojego miejsca i ja mu się wcale nie dziwię, że miota się jak dziki wilk po klatce. Jest jednak tam uwiązany niepisaną umową wynajmu aż do września bieżącego roku więc i tak musi ten okres przeczekać i tak.

Odebrałam swoje wyniki badań rezonansu głowy. Osobiście jestem załamana, ale nie aż tak, żeby włosy z tej głupiej pały rwać. Mam jakieś zmiany w mózgu, o których wujek gugiel i ciocia wikipedia nie piszą dobrze, ale też są informacje, że to niekoniecznie musi być przyczyna tej choroby. I teraz ciekawostka – z wynikami badań do mojego neurologa nie mam już szans na zapis w tym roku. W przyszłym – 2019 do czerwca nie ma już miejsc, a od lipca 2019 pani doktor nie rozpisała jeszcze grafiku. Nie poddałam się jednak i zapisałam się do niej prywatnie, w innym miejscu. Musze wiedzieć, czy moje bóle głowy przestaną mnie nękać.

W pracy zaczynam się czuć źle. Wszyscy tu się integrują, spotykają, mają wspólne tajemnice, plany, wyjazdy służbowe. Ja nie chcę. Od pierwszego spotkania integracyjnego mogłam się jakoś sensownie wykręcić – był to wyjazd do teatru do Warszawy. Powiedziałam, że już widziałam ten spektakl. Jak mi później koleżanki opowiadały co się działo w zamówionym na potrzeby firmy autokarze, to wcale nie żałowałam, że nie pojechałam. Połowa osób miała ze sobą flaszki bądź inne trunki wzmacniające, a potem w teatrze robili wiochę biegając co chwilę do toalety. Ach jakie to zabawne…… Teraz jest planowana wycieczka do Łańcuta. Już kombinuję jak się wykręcić. Oczywiście nie jestem jedyna, która na takie spędy nie jeździ, ale jednak 95% załogi zalicza się do tych integracyjnie aktywnych.

Mieliśmy wszyscy w dziale propozycję od naszego szefa sekcyjnego wykonania sobie takich samych kubków, z tym że miały różnic się imionami. Myślałam początkowo, że będzie to opłacone z jakiegoś funduszu reprezentacyjnego… Okazało się, że mieliśmy zapłacić z własnej kieszeni. A może mnie się nie podobał ten kubek? A może jestem totalny odszczepieniec i sama nie wiem czego chcę? U Was też się tak wszyscy integrują? Też sobie zaglądacie do misek co macie na obiad czy śniadanie? Też zwierzacie się koleżance z przysłowiowych pryszczy na dupie? I że z mężem nie sypiacie od pół roku i jaki to on jest niedobry? Proszę pamiętać, że społeczność tutaj to w większości mieszkańcy małych miejscowości – ludzie prości, ale dobrzy i życzliwi, jednocześnie spragnieni bardzo jedności. Jak rodzina czy sąsiad zza płotu – wszystko muszą o sobie wiedzieć. Biję się jednak z myślami, bo nie chciałabym pracować w korpo, gdzie każdy na każdego wilkiem patrzy i zazdrości.

Miewam cały czas stany lękowe polegające na braku dopytania się o szczegóły spraw służbowych. Niby nikt nie ma żadnych pretensji o to i jest jakby pomocny w swojej dziedzinie, ale posiadam dużą blokadę, żeby drążyć dany temat. Ostatnio nawet myślałam, że nie nadaję się do takiej pracy tylko powinnam być pracownikiem Biedronki, czy Lidla i wykładać towar na półki. Myślę sobie, że taka praca nie jest zobowiązująca, ale każda praca polega na jakiejś odpowiedzialności, bo nawet jak sprzątasz to musisz wykonywać to rzetelnie.

Jebie mi się w tym łbie jakbym innych problemów nie miała. Sypiam nieregularnie, nie mam ochoty na nic; nie chce mi się sprzątać, gotować, martwić się o innych, dzwonić, pytać o samopoczucie, składać życzenia, bywać, witać się, żegnać, współżyć, myśleć o zapłaceniu rachunków… Nie daję rady przeczytać nawet jednej strony w książce, nie mówiąc o szydełkowaniu. Mam rozbabraną robótkę, której nie mogę skończyć - nie mam weny twórczej. To jakieś cykliczne, albo uwarunkowane od pogody lub leków.

Znowu rozbolała mnie głowa. Czasami próbuję się sama rozśmieszać i mówić na głos: „taa, znowu pomyliłaś szafkę z lodówką szukając masła. To na pewno przez te zmiany w mózgu”.

Prócz osobistych spraw, które kopią mnie na każdym kroku, mieszkam w kraju, w którym nie dzieje się dobrze. To tez jest dobijająco – dołujące. To wszechobecne chamstwo i buta niektórych ludzi, którym pozwolono bez żadnych zahamowań obrażać innych, zwyczajnie mnie przeraża. Nigdy nie przypuszczałam, że mając spojrzenie na świat różniące się od większości, będę zwyczajnie bała się o nim mówić. Bo mogę np. za to dostać w łeb.

Jestem silna, ale jednak słaba. Coś się we mnie co jakiś czas kruszy i powoduje, że nie bywam sobą. Albo właśnie jestem sobą – wariatką z kilkoma osobowościami.

15:42, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 07 marca 2018

Może to ta nieuchronnie zbliżająca się cholerna wiosna, a może wiele innych czynników, które dzieją się wokół mnie, ale od dłuższego czasu mój nastrój wygląda jak rów mariański. Tak się chyba dzieje regularnie co roku. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale muszę zaznaczyć.

W pracy czuję się dziwnie. Niby wszystko mi pasuje, wszyscy są mili i pomocni, a ja się gdzieś dopatruję jakichś podtekstów. I po co? Zaprzątam sobie niepotrzebnie głowę swoimi kompleksami. Nawet wśród tak hermetycznej społeczności (moja praca znajduje się w małej, gminnej miejscowości) ludzie akceptują moją inność. To znaczy ja te cechy traktuję jak „inne” bo większość zachowuje się i robi inaczej. Ja jednak nadal jestem w mniejszości.

Rozmowy na temat mojego ateizmu i posiadania nieochrzczonego dziecka są zawsze miłe ale pełne pytań. Ludzie pytając mnie o inne niż ich zwyczaje wpuszczają do swego świata rzeczy, o których nie mieli pojęcia. Np. że można mieć świecki pogrzeb, bez udziału księdza, że dziecko nie musi chodzić na religię, ani na wychowanie do życia w rodzinie. Jednak ja też dowiaduję się, że na wsiach dziecko, które nie chodziłoby na te przedmioty byłoby piętnowane przez inne, a rodzice wzywani do szkoły po wyjaśnienia (!).

Koleżanki, z którymi współpracuję to typowe kobietki, które gadają o sukienkach, szpilkach i szminkach. Co oczywiście nie znajduje u mnie zrozumienia i nie jestem dobrym rozmówcą, ale w sprawach np. wypieków domowych chleba czy ciast już należę do grona dyskusyjnego. Jestem też osobą, którą wypytują o sprawy rodzinne: większość tutejszych bowiem, jak powychodziła za mąż „naście” lat temu, tak nie wyobrażają sobie zmiany, nawet gdy mąż nie jest ideałem. A słyszałam nawet, że jedna z koleżanek ma w domu damskiego boksera. Ja z Szanownym (partnerem nr 2) jestem tutaj ewenementem. A co to jest rodzina patchworkowa dowiedziały się właśnie ode mnie.

Moje uwielbienie chłodniejszych temperatur również spotyka się ze zdziwieniem. Jak to można nie lubić wakacji nad morzem? Ano można. I czy jak teraz chodzę w krótkim rękawku to latem chodzę nago???

Ale najbardziej irytuje mnie zaglądanie sobie do misek i szklanek. Co mam dziś do jedzenia? A chcesz spróbować mojego? Nie lubisz? Takie wymuszanie wewnętrznej integracji. Bronię się oczywiście dyplomatycznie do posiadania własnego świata, ale z trudem mi to przychodzi.

Ze spraw domowych: Mania będzie chodziła na terapię socjalizującą. Zaczynamy już 10 marca i tak co tydzień. Byłam u psychologa w rejonowej poradni. Dostałam cynk, że jest nowa pani, młoda, pełna werwy, z chęcią niesienia pomocy innym. Do tego zaczynam robić Młodej badania w kierunku hormonalnym ponieważ tyje w zastraszającym tempie. Sama nie jestem jakimś okazem na wybieg modelek, ale moja córka ma w biodrach już więcej ode mnie. Myślę, że zajada kłopoty, albo je z nudów, bo mało wychodzi z domu.

Pierworodny myśli o powrocie do stolicy. To jest kolejny mój myślowy problem, bo jako matka chciałabym, żeby mojemu synowi dobrze się układało. On twierdzi, że wciąż nie może się odnaleźć w tym mieście, że zadziałał na spontanie i teraz zaczyna tego żałować. Ale ponieważ ma niepisane zobowiązanie wobec kolegi na wspólny wynajem mieszkania, musi wytrzymać do września b.r. Dodam jeszcze, że dawno nie słyszałam, żeby płakał. Ostatnio jak był dzieckiem.

Szanowny chorował, chodził na rehabilitację i już jest lepiej. Ale mimo jego chęci do życia, wewnętrznej energii i siły widzę, że wchodzenie w przedział 50-60 lat robi swoje. On się oczywiście nie poddaje, ale już musi na stałe przyjmować leki na obniżenie ciśnienia, co ma przełożenie na inne aspekty prywatnego życia…

Dom się rozsypuje i pomału zapędza nas w skarbonkę. Oczywiście o inwestowaniu nikt nie myśli – ani dziadek, ani pasierb zza ściany, tylko my z Szanownym. Rachunki za gaz, za ogrzewanie są bardzo wysokie, a i tak nie dajemy rady tak nagrzać pomieszczeń jak to było, gdy stała koza. Powietrze jest wilgotne i takie… „grzybowe”, a to wszystko przez brak ocieplenia, stare, ceglane mury i wysokie izby.

Tak więc wszystko mnie jakoś dołuje, przerasta. Nic mi się nie chce i na nic nie mam ochoty. Mam ochotę ciągle spać. Jak nie ja. Znowu zapętlam się w bałagan, lenistwo nie daje mi nawet obsługiwać zmywarki. W trakcie roboty mam projekt, którego nijak nie mogę dalej ruszyć. Dodam tylko, że to będzie kocyk dla nowonarodzonego, który przyszedł na świat pod Londynem, u mojej dobrej koleżanki.

Może to tylko chwilowe… Tym bardziej, że dziś nie wolno mi się smucić.

09:40, sokramka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 18 lutego 2018

Przed rozpoczęciem weekendu odbyłam dwudniowe szkolenie z zakresu moich obowiązków, które aktualnie wykonuję. Ze szkolenia wyszłam niezmiernie zadowolona albowiem prowadził je człowiek specjalizujący się w zamówieniach publicznych oraz z wykształcenia był prawnikiem. Brał więc niejednokrotnie czynny udział w sprawach sądowych dotyczących sporów pomiędzy wykonawcami a zamawiającymi. Co chwilę sypał z rękawa przykładami. Ze szkolenia otrzymałam certyfikat, który jutro powędruje do mojej teczki personalnej. Szkolenie bowiem zostało sfinalizowane przez mojego pracodawcę, a wysłana zostałam bezpośrednio przez mojego aktualnego szefa. 

W sobotę potrzebował detoksu. A ponieważ wcześniej zorganizowałam spotkanie z koleżankami ze studiów, zebrałyśmy się w gruzińskiej knajpie, popijając piwo lub wino oraz zajadając się gruzińskimi potrawami. Bardzo mi brakowało towarzystwa tych akurat osób ponieważ w ich towarzystwie zawsze czułam się... normalnie. To kobiety, które: nie zazdroszczą, nie oceniają, nie doradzają na siłę, słuchają i same mają wiele rzeczy do opowiadania. Spotkanie trwało kilka ładnych godzin ;-) 

W domu zaś Szanowny szykował kiełbaski "chorizo", coś na wzór hiszpańskich tradycyjnych kiełbasek leżakujących w suchym i chłodnym miejscu. Wiadomo, że zawsze rodzime potrawy będą smakować inaczej, ale biorąc chyba najlepszy, dostępny przepis spróbuje się chociaż znaleźć blisko oryginału. Kupiłam bowiem w piątek półtuszkę wieprzową, którą zamówiłam kilka dni wcześniej. Wracając z pracy zgarnęłam świnkę po drodze ze sobą. Miałam w bagażniku niezły towar :-D Już w sobotę z samego rana mój kochany chłop rozprawił się z mięsem, dzieląc na odpowiednie porcje. Co zostało - zmieliłam bądź pokroiłam na gulaszowe porcje i znowu zamrażarka jest pełna. W razie wojny mamy jeszcze słoiki smalcu ze skwarkami, leżakujące w piwnicy ;-) 

A dziś z samego rana znowu wskoczyłam na rower i zrobiłam rundkę po niedalekim terenie. Potem pojechaliśmy na zakupy i w domu każdy zajął się własną robotą. Mam w planach nowe "dziergadełka", kilka zrobionych do dnia dzisiejszego na pewno zamieszczę w najbliższym wpisie. Pojawiają się regularnie na Insta. 

Z pozdrowieniami dla Wszystkich!

poniedziałek, 12 lutego 2018

W nowych miejscach pracy poznajemy nowych ludzi. Widzimy bliżej ich spojrzenie na świat, na otaczających innych ludzi. Mamy prawo do oceny. Jeśli nie chcemy przebywać/kontaktować się z osobami, które nas denerwują/irytują/drażnią lub inaczej wpływają na nasze samopoczucie to staramy się ich omijać. Przynajmniej ja tak robię. Gorzej gdy z taką osobą trzeba współpracować i narzuca nam ona swój światopogląd, nie zawsze zgodny z własnym.

Na szczęście ja trafiłam na kogoś, kto ma inne zupełnie spojrzenie na otaczający go świat, współpracuję z tym kimś, ba – siedzę w jednym pokoju, ale nie jestem tłamszona i przekonywana do „jednej tylko racji” ;-) Prowadzimy dość dobre konwersacje.

A myśl pojawiła się w związku z informacją, jaką moja wspomniana koleżanka przeczytała na Fb, że jakaś kobieta wyrzuciła dziecko na śmietnik, bo obawiała się męża, a mąż dzieci więcej nie chciał. Próbowałam z nią dyskutować, ale w miarę rozwoju tematu jej argumentacja powaliła mnie z nóg. Powiedziałam: że to się pewnie stało z powodu braku edukacji seksualnej w jej domu, na co usłyszałam: „co ty opowiadasz! To nie ma nic wspólnego z edukacją seksualną”. Wtedy podałam argument depresji poporodowej. Usłyszałam: „co? Nie ma czegoś takiego jak depresja poporodowa. To są wymysły rozkapryszonych panienek. Mogła usunąć ciążę jak jej nie chciała.” Wtedy odparłam, że może nie miała pieniędzy na zabieg, bo przecież aborcja jest u nas zabroniona. No i ten argument rozwalił mnie na kawałki: „to mogła wziąć pożyczkę.” Potem już była fala hejtu: „co to za baba! Ja nie mogę takich rzeczy czytać. Mogła oddać do adopcji, a nie wyrzucać na śmietnik”.  Kiedy próbowałam forsować jej zdanie, że nie można tak potępiać człowieka nie znając go osobiście, usłyszałam, że ona przecież nigdzie o niej nie wypisuje, nic nie komentuje publicznie, po prostu ma takie zdanie. Doszłam do wniosku, że tu się z nią zgodzę: na hejt mojej koleżanki chciałam ją równie mocno shejtować. Tak samo było w przypadku wyprawy Tomka i Eli na Nangę. Koleżanka „zjechała” równo Tomasza za „brak odpowiedzialności”, że „zostawił dzieci”, i „kim on jest, żeby sobie realizować tak niebezpieczne hobby”. Całość jej wypowiedzi była napełniona nienawiścią do Tomka i ocenianiem go jako „nienormalnego”, jakby mało było jego rodzinie hejtu z zewnątrz…

Pomyślałam sobie dziś: kim jesteśmy, że oceniamy w tak brutalny sposób? Kiedy zadałam to pytanie mojej koleżance, przerwała mi wywód i zaczęła mówić z innej strony zagadnienia. Bardzo ją lubię, tak jak lubię większość osób, które mają inne spojrzenie na ludzi niż ja, ale potrafimy bez awantury wymienić się swoimi poglądami, ale dojrzałam chyba do momentu, kiedy lata leczonej depresji i posiadanie bardzo złożonego charakteru doprowadziło mnie do nieoceniania w tak brutalny sposób. Kiedyś potrafiłam oficjalnie i głośno zazdrościć wypowiadając (np. w rozmowie z Bratem) słowa: „po chuj im ten samochód? Nie mają na co pieniędzy wydawać?” albo równie mocno skrytykować znajomego lub potępić koleżankę za czyn, jaki popełnili, a w sumie do końca nie znałam przyczyn tego czynu.

Teraz myślę inaczej, ale ludzie się zmieniają. Przeraża mnie tylko, że ta „wolność wypowiedzi” idzie za daleko. Wystarczy spojrzeć na rozrastające się hordy narodowców. Przecież im wolno. Mają zapewnioną konstytucyjnie wolność wypowiedzi, ale jednocześnie konstytucja zabrania propagowania faszyzmu lub innego ustroju totalitarnego, a już nie wspominając o mowie nienawiści. Gdzie jest ta granica? W którym momencie nam wolno oceniać, a w którym lepiej powstrzymać się od powiedzenia, że „był/była głupia”? Przecież pisząc ten tekst sama oceniłam i shejtowałam swoją koleżankę z pracy ;-)

Tagi: ludzie życie
17:05, sokramka
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 lutego 2018

Uważam za otwarty! Czy nie za wcześnie? Ja sądzę, że za późno ;-) Siedząc teraz od początku roku za sterami auta, dziennie pokonując ok. 70 km, potem spędzając 8 godzin przed ekranem komputera (a roboty mam mnóstwo i jeszcze trochę), poczułam jak zanikają mi wszelkie mięśnie, jak twardnieją mi ścięgna pod kolanami i się na siebie wściekłam. Bo zawsze lubiłam ruch, a w szczególności rowerowy więc postanowiłam coś dla siebie w tej materii zrobić. 

Wstałam jak zwykle w okolicach 7.00, odsłoniłam zasłonki i zobaczyłam jak mgła woła mnie z lasu. Mania jeszcze spała, Szanowny poszedł skoro świt do pracy więc naciągnęłam dresy, czapkę i wystawiłam rower ze schowka. Miałam trochę za cienkie rękawiczki, ale po przejechaniu kilku kilometrów zrobiło mi się w nich ciepło ;-) 

Na początek pokonałam zaledwie 12 kilometrów. Ale to i tak napełniło mnie pozytywną dawką energii i dobrego zmęczenia. To jak ten dobry cholesterol ;-) Temperatura około zera stopni to tak naprawdę żaden mróz, a dobre powietrze wprost do płuc. 

Teraz piję kawkę, a w pokoju, w ciepłym miejscu rośnie mi zaczyn z zakwasu na chleb. Zaraz wezmę prysznic, a potem wezmę się za robotę. 

Miłego weekendu!


Tagi: rower
09:24, sokramka
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 stycznia 2018

Wiele lat wmawiałam sobie, że jestem do niczego, że być może mam coś z głową (w sensie, że nie jestem zbyt normalna ;-)) ale od pewnego, dłuższego czasu odczuwam satysfakcję z życia. Uczę się żyć, można powiedzieć – egoistycznie. To znaczy próbuje dostrzegać walory mojej osobowości, ale nie żeby wykorzystywać nimi inne osoby (bo wiem, że siedzi we mnie taki potencjał), ale żeby czerpać radość z życia. Żeby wierzyć w siebie, umieć kochać świat, dawać z siebie jeszcze więcej i może też nauczyć się brać.

Po pierwsze praca: od początku roku odczuwam ogromną radość z podjętego kroku w postaci zmiany miejsca pracy. Zespół jest fantastyczny pod każdym względem. Mam mądrego, dobrze rządzącego bezpośredniego szefa, a i głównodowodzący szef wszystkich szefów ma też coś mądrego zawsze do powiedzenia. Placówka kręci się w dobrym kierunku. Jest jeszcze logistyka do ogarnięcia, ale z tego co wiem, co „doniósł” mi mój szef – pracować będzie tam nasz wspólny znajomy z poprzedniego miejsca pracy, który ma zamiar zrobić tam porządek.

Jestem już obładowana robotą i dobrze sobie z nią radzę. Koleżanka, z którą siedzę w pokoju powiedziała mi, że ona czuje się tak, jakbym z nimi pracowała od dawna. To dodaje skrzydeł. Zostałam także już skierowana na dwudniowe szkolenie z zakresu obowiązków, które wykonuję. Są to zamówienie publiczne – zgodne z kierunkiem moich studiów i pracą jaką przez większość lat wykonywałam. W poprzednim miejscu zatrudnienia nigdy nie było pieniędzy na szkolenia, a i szef wszystkich szefów mówił, że nam się szkolenia nie należą.

Po drugie rodzina: mam przewspaniałego męża, który jest dobrym człowiekiem, niezmiernie pracowitym, zdolnym, z poczuciem humoru i mimo jego drobnych wad (bo kto ich nie ma), będę go kochać do końca świata. Syn mój jest mega samodzielny, ogarnięty życiowo, mądry, zorganizowany i wiem na pewno, że ustawi się dobrze w życiu. Ma we Wrocławiu stałą pracę, ma gdzie mieszkać i co jeść. Upierze sobie sam, pozmywa, nie narzeka i też cieszy się z podjętego kroku jakim była wyprowadzka ze stolicy. Córka kocha zwierzęta, ludzi, jest uczynna, nie włóczy się jak inne nastoletnie koleżanki po osiedlach i nie mam powodów do większych narzekań. Odkryłam radość z kontaktów z nowym/starym wujkiem. Zawsze z niecierpliwością czekam na jakąkolwiek wiadomość od niego. Cieszę się gdy napisze smsa. Ach – mała dygresja i pytanie zarazem: spróbujcie sobie wyobrazić tę sytuację. Czy jeśli znaleźlibyście się w tym samym położeniu jak ja, to czy czekalibyście na telefon od wujka, czy sami spróbowalibyście zadzwonić? Przyznaję się, że mam ogromną na to ochotę, ale i pietra. Nie wiem czy wujek też tak myśli. Czy boi się zadzwonić jak ja. Co sądzicie? Jak byście postąpili?

Po trzecie: moje zdolności. Zaczynam powoli w siebie wierzyć. Mimo tego, że wiem, że są ludzie dziergający i szyjący lepiej ode mnie, ale wiem też, że są tacy, którzy tego nie potrafią. Nie wykorzystam na pewno tego na zarobek, bo jednak pewnych rzeczy nie przeskoczę, ale prezenty będę wciąż robić, bo sprawia mi to niezwykłą frajdę. Mnie prezent jest zrobić trudno, ale dawanie jest fajne!

Nie mam więc powodów do zmartwień i narzekań. Nawet jeśli łupnie mnie w kręgosłupie czasem podczas szydełkowania czy w trakcie porannego wstawania, to nie ma w ogóle przełożenia na pozostałe aspekty życia. Mam normalnych znajomych, mądrych, dobrych, wyrozumiałych, mam normalną najbliższą rodzinę, mam normalne, ludzkie pasje i zainteresowania, mam też normalną pracę, która mnie satysfakcjonuje i uszlachetnia. Tak – ta praca mnie uszlachetnia. Mam w końcu normalne życie.

09:10, sokramka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 stycznia 2018

Za oknem pora, którą lubię bardzo. Ale jak się to przełoży na życie codzienne – aura ta nie jest przyjazna na przykład kierowcom ;-) Odkąd dojeżdżam do pracy ponad 30 km w jedną stronę, zaczynam tęsknić za wiosną lub w miarę chłodnym latem. Z wielu powodów: po pierwsze jazda w środku nocy nie należy do komfortu prowadzenia samochodu, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i astygmatykiem. Obraz dalszy niż 50 m zwyczajnie staje się dla mnie niewyraźny. Po drugie: zimową porą, kiedy sypnie śnieg, wiejskie drogi, lub międzyleśne szlaki (a takimi zdarza mi się jeździć do pracy) nie są tak odśnieżane jak drogi miejskie. Zdejmuje się wtedy nogę z gazu i trzeba wyjść wcześniej z domu, żeby na 7.00 zdążyć do roboty.

Ale zimowa aura w takim miejscu gdzie obecnie pracuje ma również swoje plusy. Otóż ta miejscowość, która według mnie powinna nazywać się Wypiździewo ;-) urzeka mnie swoim leśnym malowaniem. Już nie mogę się doczekać jak zobaczę ten las wiosną. Na jesieni podobno pracownicy zbierają tu grzyby! Takie miejsce pracy ma swój urok. Z daleka od smogu miasta i ryku samochodów.


Taki mam widok z okna (aktualnie), a poniżej miejscowy futrzak, którego wszyscy dokarmiają przynosząc pani sprzątającej saszetki i puszki dla sędziwego sierściucha. Ja już oczywiście też zdążyłam się wkupić w łaski czworonoga, przyniosłam bowiem zestaw kocich saszetek.


Moja córka też cieszy się z zimowej aury, a w dniu kiedy sypnął pierwszy, większy śnieg, ulepiła przed domem ogromnego bałwana. Po drodze miała dwunaste urodziny, na które zaprosiła sobie trzy koleżanki. Parę dni wcześniej zorganizowała sobie „piżama party”, po którym cztery koleżanki zostały na noc. Oczywiście po wcześniejszym umówieniu się z ich rodzicami. Wierzcie mi – pięć nastolatek pozostałych na noc jest gorsze niż stado bawołów przelatujących przez sawannę. Z racji przeżywania opieki nad męską częścią ludzkości – zdecydowanie wolałam trzech nastoletnich pasierbów i mojego osobistego syna niż niewinne (wydawałoby się) dziewczęta ;-)


Tort urodzinowy był mojego autorstwa (jak zwykle), smakował tak jak wyglądał czyli chyba dobrze ;-)

A w międzyczasie powstał prezent urodzinowy dla mojej wieloletniej koleżanki, z którą kiedyś pracowałam. Miałam liczyć sobie czas jaki poświęciłam tej serwetce, ale okazało się, że o tym zapomniałam. Jednakże licząc od dnia rozpoczęcia i biorąc pod uwagę wolne wieczorne godzinki po powrocie z pracy, zajęło mi to tydzień.

Wuala:

Serwetka ma 63 cm średnicy, robiłam ją szydełkiem nr 2 i zużyłam prawie cały motek kordonka Aria 5 w kolorze naturalnym. 

A pamiętacie rękawiczki pięciopalczaste, takie z wełenki melanżowej w szarych odcieniach? Otóż zostały mi skonfiskowane i aktualnie należą do mojej córki ;-) Powiedziała, że są takie ciepłe (wełna 60% + akryl 40%), że ona musi je mieć. Wychodzi na to, że muszę udziergać sobie nową parę ;-)

Czas leci, my coraz starsi, ale upodobania wciąż pozostają te same ;-) 

wtorek, 09 stycznia 2018

Wiecie co? Wysłałam do nowego/starego wujka przed świętami kartkę zrobioną własnoręcznie. Napisałam w niej życzenia wierszowane (własnomyślnie) i uśmiechałam się z dobrze popełnionego uczynku. 

Dziś odebrałam na poczcie przesyłkę, której się nie spodziewałam. Miała kształt tuby, a po rozpakowaniu z szarego papieru zobaczyłam prezent w postaci kalendarza na cały rok z rysunkami zwierząt. Są tam lisy, sowy, myszy polne i inne leśne stworzenia. Wszystkie te rysunki są autorstwa mojego nowego/starego wujka. 

Doznałam miłego szoku.

Nie wiem czy ktoś z Was kiedyś przeżywał coś podobnego. Ja się bowiem czuję dziwnie. Odkrywam jakąś część siebie, której nie znałam do tej pory. Odnajduje cechy rodzinne, których się dotąd bałam/wstydziłam/nie lubiłam (niepotrzebne skreślić). Z wujkiem jesteśmy w kontakcie smsowym. Chyba żadne z nas nie ma jeszcze odwagi, żeby zadzwonić i usłyszeć swój głos. Na razie wiemy jak wyglądamy :-) Wymieniliśmy się mailowo zdjęciami, a dodatkowo wujek jest sfotografowany na kalendarzu, który od niego otrzymałam. To kalendarz ze starostwa powiatowego, w którym wujek pracuje. 

Jest piękny. Te rysunki są piękne. Sowy jak żywe. 

Nie wiem jak się potoczy dalej ta nasza znajomość. Nie wiem co wujek sobie myśli o mnie i o całej tej sytuacji. Nie wiem czy z kimś rozmawia o tym. Ja opowiadając Szanownemu o tym co się dzieje mam ognie w oczach. Tak mnie to cieszy i sprawia mi radość, że czasem chce mi się płakać ze szczęścia. Wierzcie mi! Idąc dalej: widzę cały ogrom zmarnowanych lat, które przeleciały jak strzała. Widzę też ogromną przepaść pomiędzy siostrami mojej Mamy, które swoim charakterem i zachowaniem napełniły mnie jakąś wrogością do rodzinnych rozmów, spotkań, a wielką kulturą osobistą wujka. Choć nie chcę wpadać w euforię i zachwycać się wyimaginowanymi spotkaniami z rodziną mojego ojca... Może byłoby jeszcze gorzej... Ale chodzi mi o postrzeganie świata jednostronnie. Że nie widziałam alternatywy, innej opcji, tylko trzy starsze siostry musztrujące swoją najmłodszą siostrę jak ma żyć. Jak ma wychowywać swoje dzieci, co jeść, w co się ubierać, jak postępować, mimo dorosłości. Uzależnienie od innych i parcie na wolność w oczach mojej Mamy. Tę wolność noszę w sobie i ja i może dlatego gdzieś w środku nie dopuszczałam do procesów wychowawczych ojców moich dzieci. Czułam tę wielką odpowiedzialność, że tylko ja podołam temu zadaniu, że nie można mieć zaufania do innych, że trzeba wszystko samemu. 

Nie umiem sklecić porządnie swoich myśli, ale muszę je gdzieś wyrzucić. Na klawiaturze pisze się szybciej niż długopisem w pamiętniku. Potrzebuję się wypowiedzieć. Potrzebuję akceptacji. 

O dalszym rozwoju rodzinnej znajomości zapewne jeszcze będę pisać...

Tagi: rodzina wujek
21:22, sokramka
Link Komentarze (9) »
sobota, 06 stycznia 2018

Witaj nowy 2018 roku! 

Od września 2017 wśród moich tworów pojawiło się wiele nowych. Starałam się wrzucać regularnie na Insta, ale teraz sobie uświadomiłam, że nie wszystko. W czasie jesiennych wieczorów oraz weekendów wolnych od służbowej pracy, powstawały rękawiczki dla mnie i nie tylko oraz inne, różne dziwoty ;-)

Rękawiczek z pięcioma palcami nauczyłam się robić szybko i prędko tę umiejętność wykorzystałam robiąc komplet dla siebie: 

Oraz dla Pierworodnego:

Powstały też rękawiczki z jednym palcem dla znajomej "na zamówienie". 

Nie lubię robić na zlecenie, bo strasznie się stresuję, że produkt nie będzie spełniał oczekiwań zamawiającego, ale koleżanka była bardzo wyrozumiała i zakazała mi się denerwować ;-) Powiedziała, że z dumą będzie nosić to, co wydziergam.

W grudniu zaczęłam szaleć ze świątecznymi ozdobami. Powstał Mikołajek, który wyjechał do UK, do koleżanki, która będzie niedługo mamą. Mikuś ma jeszcze złotą klamrę na pasku, ale zdjęcie zrobiłam przed wymyśleniem tego ozdobnika ;-) 

Jak szaleć to szaleć i na tzw. "rozdawnictwo" udziergałam podkładki pod kubki, które rozdałam koleżankom w starej pracy na pożegnanie oraz wysłałam koledze mieszkającemu w UK. 

Koleżanka, o której wspomniałam - ta z UK, będzie mamą, a więc wraz z Mikusiem posłałam jej buciki dla noworodka. O takie: 

Zdjęcie nie oddaje całej słodkości tych pantofelków, bo aparat zamiast złapać ostrość bucików wolał upajać się naturą w tle :-P

Na bazie wzoru na buciki już w tym roku wyprodukowałam następne, dla młodego mężczyzny, który niebawem pojawi się na świecie:

Rosyjskie strony internetowe oraz ichnie filmiki na YT zawierają wiele pożytecznych instrukcji oraz wzorów ;-)

Nie byłabym sobą gdybym nie pochwaliła się Szanownym! On także produkował, ale w swoim zakresie robótek ręcznych. Powstał piec do centralnego na olej opałowy (chcemy przyoszczędzić gazu) oraz domek na rowery i sprzęt podwórkowy:

A koty się lenią i cieszą nasze oczy swoim beztroskim zachowaniem:

Wszystkiego najlepszego na co czekacie w nowym, 2018 roku!

:-*

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Dzieje się. Lubię jak się coś dzieje, bo mój umysł nie zaprząta sobie wtedy szarych komórek głupotami. W piątek pożegnałam się oficjalnie z moimi koleżankami i kolegami z pracy. Dostałam prze-pię-kny prezent w postaci kubków z kotami, w komplecie z pieprzniczką i solniczką, oczywiście tez w kształcie kotów ;-) O takie cudo razy 4:

Dziś zamierzam iść do lekarza i poprosić o L4 do końca tygodnia. W tym wolnym czasie nadrobię zaległości szydełkowe oraz powysyłam resztę kartek świątecznych. Przyznam, że w dobie internetyzowania wszystkiego jak popadnie, klasyczne wysyłanie listów sprawia mi ogromną radość i nie zaprzestanę tego, póki będę miała do kogo ;-) A ostatnio pojawiła się dodatkowa osoba.

W związku ze śmiercią mojego ojca postanowiłam poinformować o tym wydarzeniu jego najmłodszego brata, z którym miałam jako dziecko najlepsze stosunki. Najbardziej go lubiłam i widziałam w nim najmądrzejszą część rodziny mojego ojca. Bardzo bałam się napisać do wujka, ale w końcu przemogłam się, bo jeśli by mnie odrzucił, wtedy wiedziałabym, że nie ma co ciągnąć dalej tej sprawy.

Wujek jednak mi odpisał. I bardzo mnie zaskoczył, bo mimo otrzymania ode mnie złej wiadomości o śmierci jego brata, chce znajomość utrzymać. Będzie to oczywiście proces długi, albowiem budowanie relacji rodzinnych to nie pstryknięcie palcami, tym bardziej, że mamy „w plecy” około 30 lat… Cieszę się niezmiernie, bo zaczynam widzieć jak bardzo skrzywiona jest moja psychika przez to, że utrzymywałam kontakt tylko z jedną stroną rodzica, a i tak siostry mojej Mamy to płytkie, pozbawione wyobraźni, proste osoby. Już kiedyś pisałam, że wstydzę się sióstr swojej Mamy, bo w zasadzie nawet nie ma o czym z nimi rozmawiać. A jeśli już rozpoczęło się jakiś temat, to zazwyczaj i tak kończyło się na wypominkach z ich strony. Dlatego też ograniczyłam do minimum z nimi kontakty już dawno.  

Wujek ze strony mojego zmarłego ojca miał 16 lat, kiedy ja się urodziłam. Postanowili zrobić go moim chrzestnym. Pamiętam wakacje u niego, pamiętam jego nauki przyrody (wujek kocha ptaki, jest leśnikiem, rysownikiem, nauczycielem), pamiętam jego łagodny głos i sposób bycia. Totalne przeciwieństwo mojego ojca – agresora. Najważniejsze jest jednak, że zaczynamy coś budować, a właściwie odbudowywać, bo mimo mojej alienacji i niechęci do bywania na rodzinnych zjazdach, gdzieś tam, w środku czegoś zawsze mi brakowało. Być może gdybym widziała zwyczaje panujące w rodzinie mojego ojca, mój stosunek do rodzinnych zjazdów byłby inny. Ale to tylko gdybania i przypuszczenia. Na pewno wątek rodzinny po stronie miecza rozwinie się z czasem.

A tym czasem ;-) muszę wstawić drugie pranie i pojechać dziś do lekarza po L4. Pojechać mogę już swoim nowym autkiem! Bowiem w sobotę pojechałam z Szanownym kupić (moją już) niebieską strzałę! W tym tygodniu staruszek będzie mi montował instalację gazową i od nowego roku, do nowej pracy będę śmigać jak się patrzy ;-) Kupiony został Peugeot 206, taki mniej więcej jak na foci i nawet w takim kolorze.

Jeździ się bombowo. Samochód został sprawdzony i dokładnie obejrzany przez mój „autoryzowany serwis domowy”, czyli Szanownego – mechanika z zawodu.

Z nowym tygodniem – czas się brać za robotę! Miłego!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61