Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 30 listopada 2017

Już mi jest mega wstyd. Za nieporadność, za to, że nie umiem wychowywać dzieci, za to, że nie umiem znaleźć rozwiązania i za to, że już mi ręce opadają i zwyczajnie mi się nie chce. 

Proszę sobie nie myśleć, że Mańka już wspaniale chodzi codziennie do szkoły. Ten problem trwa i trwa niezmiennie, a ja już nie mam pomysłów jak pomóc mojemu dziecku. No i przede wszystkim - jak znaleźć przyczynę. Choć wczoraj pomyśleliśmy z Szanownym, że Mania może nie mieć konkretnej przyczyny, a w okresie dojrzewania nie ma chęci na życie i wszystko może jej się wydawać strasznym kłopotem. Wszystko. 

Nie ma tygodnia, który byłby w 100% zapełniony jej obecnością w szkole. A to w jednym tygodniu nie pójdzie w poniedziałek, bo ją boli brzuch, a to w drugim tygodniu we wtorek, bo wyskoczyła jej krosta na czole, a w czwartek następnego tygodnia znowu zepsuł się suwak w kurtce. Spytana czy pojedzie ze mną do sklepu po nową (popołudniu) nagle okazuje się, że suwak się naprawił. Jak nie pójdzie w jednym tygodniu w środę to nieobecność w czwartek spowodowana jest tym, że zapomniała odrobić lekcji z poprzedniego dnia, którego nie była. Doszło do tego, że skończyły mi się pomysły - straszenie, że zapłacimy karę, że może nam sąd ją zabrać do internatu, że może nie zdać do następnej klasy - nie pomagają. Tłumaczenie, że szkoła jest ważna tak jak praca dla mamy i taty, nagradzanie za oceny, wspólne odrabianie lekcji, nawet czytanie przeze mnie jej lektury (!) - nie działa. Jestem wybuchowa, co córka wiele razy mi sygnalizowała, od kilkunastu dni staram się nad sobą mocno panować - nie krzyczę, staram się nie podnosić głosu. Mówię jej - zobacz: ja się staram, żeby było wszystko ok. Ona to widzi i docenia. Ale to też nie pomaga. 

Wczoraj już puściły mi nerwy kompletnie. Mańki nie ma w szkole od poniedziałku. Jutro jest piątek. Ona siedzi w domu i nakryta kołdrą ogląda telewizję, odcięliśmy jej bowiem dostęp do internetu za karę. Wczoraj na moje wielokrotnie powtarzane pytanie: czy odrobiłaś z dziś lekcje? i czy w czymś ci pomóc? wciąż słyszałam: nie, nie chcę, zaraz. W pewnym momencie doprowadziło to moje nerwy na skraj szaleństwa i wykrzyczałam jej całą moją złość, po czym poryczałam się jak bóbr. Ona zresztą też. 

Szanowny jest wspaniałym wsparciem, albowiem jest z niego anioł spokoju. Jednak i on wczoraj nie wytrzymał i podniesionym głosem (co się rzadko u niego zdarza) wypytał Manię o powody takiego zachowania. A może to my - rodzice - robimy coś źle, o czym nie wiemy, a co nam córka nie umie wyartykułować? Poprosił o napisanie na kartce żalów dziecięcych. Tak to jest, że jedni mają dzieci wylewne, inni mają żółwie w skorupie..

Po otrzymaniu kartki okazało się, że znowu nie ma przyczyny głównej, a napisane było: "jutro i tak nie pójdę do szkoły, bo mnie mama tak zdenerwowała, że chcę odpocząć. I zrobić jej na złość". 

Ot słowa dwunastoletniej dziewczynki. 

Dziś nie odzywam się do niej ani jednym słówkiem. Rano nawet jej nie budziłam, skoro powiedziała tacie, że i tak nie pójdzie do szkoły. Jutro jestem umówiona w szkole z panią pedagog. To kolejna osoba uwikłana w kłopotliwy problem nie radzenia sobie z uczęszczaniem do szkoły mojego młodszego dziecka. 

Tagi: córka
18:06, sokramka
Link Komentarze (9) »
wtorek, 28 listopada 2017

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o pracy może być dla niektórych nieprzyjemne, a nawet wkurzające, ale może niech nie czytają, niech się nadmiernie nie stresują, ja opisać muszę...

Otóż złożyłam już wypowiedzenie w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Od bardzo długiego czasu nie czułam już takiego komfortu psychicznego jakim jest możliwość samodzielnego odejścia z pracy, a nie przeżywanie stresu związanego ze zwolnieniem. Sama byłam zdziwiona jak szybko szef wszystkich szefów podpisał mój wniosek, ale biorąc pod uwagę zmiany jakie dokonują się w tym miejscu, szybkie tempo składania przez niego podpisów jest chyba nieuniknione. 

Teraz czas obejrzeć się za samochodem, albowiem dojazd do nowego miejsca pracy będzie mnie wynosić 30 km w jedną stronę. Ale nie ma tego złego - droga jest prosta jak strzała i do tego będę jeździć pod prąd - kiedy wszycy będą mknąć do pracy, do miasta, w korkach, ja z tego miasta będę wyjeżdżać. 

Nowe miejsce pracy położone jest w środku lasu. Dojazd bez samochodu jest tam raczej niemożliwy, lub możliwy za pośrednictwem kolei miejskiej, która kursuje...raz na godzinę. Auto musi więc być sprawne, inaczej grozić będzie pobranie urlopu na żądanie ;-) Dlatego też skorzystałam z dobrodziejstw mojego banku, wyrobionych znajomości i pobrałam (jeszcze przed zwolnieniem się) kredyt gotówkowy na preferencyjnych warunkach, który aktualnie czeka sobie na koncie na uruchomienie. Znowu usiądę za kierownicą! 

Uciekam stąd ponieważ "źle się dzieje w państwie duńskim" i nie widać perspektyw na poprawę. Tak niestety bywa, że w związku z przeformatowaniem się jednostek służbowych jedni na tym skorzystają, a inni stracą. Ja tracić nie chcę, wolałam zyskać przez wcześniejszy ruch. Tak się złożyło, że zbiegiem okoliczności w moim nowym miejscu pracy potrzebowano dwóch osób na zastępstwo. Jedna będzie zatrudniona od pierwszego grudnia, a ja od stycznia nowego roku. Potem zrobi się z tego umowę na czas nieokreślony. Zostałam o tym zapewniona - moim kierownikiem będzie mój kolega ze starego (jeszcze obecnego) miejsca pracy. 

Zmiany uwielbiam - przemeblowania, remonty, ruchy wewnątrzspołeczne, tak więc cieszę się. Zapewne zdążę jeszcze wykorzystać zaległy urlop i może pojadę na wystawę do Poznania ;-) ale pójdę pewnie tez na L4, żeby spokojnie przygotować się do nowych obowiązków. Ale o tym na pewno wspomnę kiedy indziej...

Tagi: praca
19:58, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 listopada 2017

Dzieje się. I nie tylko w moim najbliższym otoczeniu, ale i u znajomych i znajomych znajomych. Najpierw więc zacznę od siebie:

Brat mój dopiero dziś został wypisany ze szpitala po niefortunnym wycięciu zwykłego, wydawać by się mogło, wyrostka. Miał jakieś komplikacje, przetrzymali go w sumie dwa tygodnie. Dobrze, że już jest w domu. Bywało już tak, że pisał mi dołujące wiadomości oraz przesyłał kody i piny do swoich tajnych sekretów. Ale teraz dodatkowo posiedzi jeszcze w domu trzy tygodnie na zwolnieniu. Ma dobry humor i to jest najlepsze.  

Służbowo nie dzieje się dobrze albowiem nadeszła w moim zakładzie pracy restrukturyzacja, która poniesie ze sobą brzydkie konsekwencje m.in. zwolnień ludzi, którzy moim zdaniem powinni na stanowiskach zostać. Jednak co kraj to obyczaj, co szef to inne decyzje. 

W związku z tymi ruchami kadrowo-sekcyjnymi, postanowiłam uciec z tego bałaganu i znowu rozsyłałam swoje CV w celu poprawienia sobie samopoczucia i być może znalezienia świętego spokoju. Nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać ;-) Może z końcem tygodnia okaże się, że nastąpią zmiany, według których będę musiała prędko zakupić jakiś samochód, bo dojazd do nowej pracy nie będzie komfortem komunikacyjnym. Ale o tym na pewno napiszę w odrębnym wpisie. 

Dobrej, wtorkowo-środowej nocy...

Tagi: brat praca
20:51, sokramka
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 listopada 2017

Dziś mam wolne. Wzięłam dzień urlopu ponieważ Mańka się rozchorowała, a zwolnienia nie chciałam brać. "Spotkał katar Katarzynę, Katarzyna pod pierzynę" i dalej już jak w tym wierszyku - Mania musiała dwa dni zostać w domu i się podkurować. Na szczęście to nic groźnego, bo po pierwszej dobie już zaczyna normalnie mówić bez chrypki i nadmiernych gilów z nosa ;-) 

Choroba za to dopadła mojego Brata i to na poważnie. We wtorek wylądował na ostrym dyżurze z powodu koszmarnych bólów brzucha. Alarmował mnie już w nocy, że sobie nie może z tym poradzić i dopiero o 7.00 we wtorek zdecydował się na przyjazd do szpitala. Okazało się, że ma atak wyrostka robaczkowego i trzeba mu było wyciąć te ślepą kiszkę. Latałam więc przez kilka dni do niego na oddział będąc donosicielem czystych rzeczy, owocków, gazetek do czytania i robiąc za wypełniacz nudy. Dziś Brata mogą wypuścić. Zwolnienia dostanie zapewne trzy tygodnie albo i więcej. A pomyśleć, że niedawno był na... miesięcznym urlopie :-)))) Niedługo jego współpracownicy zapomną jak on wygląda. 

Szanowny też po tygodniowym katarze, tylko ja się trzymam. Wiadomo - złego licho nie bierze ;-) 

W międzyczasie powstaje prezent dla Pierworodnego.... Jak mi wyjdzie, to będę z tego MEGA dumna, albowiem kosztuje mnie dużo pracy i cierpliwości. A tę ćwiczę u siebie z największą starannością. Oczywiście nie omieszkam się pochwalić, choć najprędzej znajdzie się wśród fotek na Instagramie ;-)  

 

Tagi: brat córka
14:37, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 01 listopada 2017

Kaleo odkryłam w tym roku dzięki mojej ulubionej stacji radiowej. Ten islandzki zespół podbił moje muzyczne serce kilkoma mocnymi utworami, ale w tym Julius Son śpiewa tak, że włącza mi się wciąż replay. Poza tym ta gitara... moje palce same grają pod stołem "na pusto" ;-) 

Muszę się tym podzielić:


Tagi: muzyka
20:32, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 października 2017

Jak wspominałam - wczoraj weszliśmy do mieszkania, w którym do końca swoich dni mieszkał nasz ojciec. I rzeczywiście wejście do lokalu wyglądało jak przedwojenny szaber - z łomem, który należał do panów ślusarzy. Do składu "komisji" wchodziła jeszcze pani administratorka oraz pan "techniczny", który spisał stan lokalu. Dostaliśmy z Bratem do dyspozycji kilka godzin na przejrzenie samemu ojca rzeczy, znalezienie ewentualnych dokumentów, pamiątek czy zdjęć. Był z nami również i Szanowny. We trójkę znaleźliśmy kupę kurzu, smrodu i bałaganu, który umocnił nas w tym, że nasz rodzic był diabłem wcielonym, łobuzem, oszustem, bandytą i wyalienowanym społecznie samotnikiem.

Wejście do mieszkania przywróciło mi bolesne wspomnienia, albowiem nic, absolutnie nic nie zmieniło się od dnia, w którym nasza Mama wyprowadziła się z niego. Nawet łóżeczko dziecięce mojego brata było złożone i związane sznurem tak, jakby trzyletnie dziecko właśnie wczoraj wyniosło się z lokalu.

Na szczęście książki wszystkie były. Nie zostało nic wyrzucone, tylko popakowane w kartony i piętrzyło się pod sufit.

W dokumentach nie odnaleźliśmy żadnych aktów własności, żadnych zdjęć z potencjalnie nową kobietą, ani zdjęć z przeszłości. Ot kilka czarno-białych fotek, na których jesteśmy we czwórkę szczęśliwą rodzinką. Znaleźliśmy zaś mnóstwo kartek z życzeniami świątecznymi od braci i siostry naszego ojca, w których to regularnie od 2012 roku pojawiały się prośby o kontakt z powodu "nieodbierania telefonów". Jak widać więc i pewnie moja kartka świąteczna jaką kiedyś chciałam ojcu posłać byłaby rzucona w kąt i nie wywołałaby reakcji zwrotnej.

Z rzeczy materialnych wzięliśmy tylko telewizor oraz laptop, które to przedmioty stanowią jakiś tam majątek trwały po spadkodawcy. W większe szczegóły nie będę wnikać z racji osobistych doznań, ale mogę tylko przyznać, że mój ojciec głodem nie przymierał na pewno i stać go było na zapewnienie sobie godnego życia w samotności.

Z dokumentacji lekarskiej dowiedzieliśmy się, że zmarł na guza płuca, był po zawale oraz miał POChP. Do zeszłego roku aktywnie pracował i dopiero w tym przeszedł na emeryturę.

Kiedy stałam tam przed drzwiami, przed samym wyważeniem drzwi miałam ciarki na plecach. Kiedy uderzył mnie smród starości, kurzu i tytoniu, ciarki trochę zeszły, ale kiedy weszłam do środka i zobaczyłam, że na tej samej wersalce, która stoi, mój ojciec tłukł naszą Mamę, aż złamał jej oczodół i rękę, zaszkliły mi się oczy. Nieokrzesana - to były chyba właśnie te łzy, o których Ty pisałaś... A potem działałam już jak w amoku - szukać, szperać, przekładać, wyrzucać, grzebać, mój Brat był bardziej rozbawiony i w każdym najmniejszym elemencie znajdował punkt żartobliwy. Może to i lepiej. Lepiej dla niego, bo nie zeżarł tyle stresu co ja. Jego bolały tylko nogi i kręgosłup, a mnie puchł mózg od wspomnień.

Nie życzę nikomu takiego zetknięcia z przeszłością. Przeszłość powinna być przyjemna, wesoła, szczęśliwa, kolorowa, moja w tamtym mieszkaniu zrobiła się brunatna, wulgarna i mało przyjemna.

Dziś ciąg dalszy grzebania w papierach. Mamy do przebrania stertę dokumentów, których nie mieliśmy czasu przebierać na miejscu. Szybciej załatwimy sprawę - szybciej zakończymy pewien rozdział w naszym życiu.

Tagi: ojciec
14:42, sokramka
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 października 2017

Nad usunięciem drugiego, wspominkowego bloga. Sama nie wiem po co go stworzyłam, czy obdzieranie się publiczne ze wspomnień ma jakiś głębszy cel? Zatrzymałam się na pewnym etapie życie i dalej blokuje mnie masa bardzo przykrych wspomnień.

To jest tak, że życia się nie wybiera, życie trzeba przeżyć godnie i w miarę spokojnie. Oczywiście człowiek sam kowalem swojego losu jest, ale do czasu usamodzielnienia się, bywa skazany na wzloty i upadki swojej najbliższej rodziny. Tak więc jeśli urodziłabym się w rodzinie znanych piosenkarzy, byłabym skazana na obserwację przez czujne oko paparazzi ;-) A tak jestem tylko potomkiem robotników, bez żadnego wkładu intelektualnego ;-)

Z drugiej znów strony obdzieranie się ze wspomnień traktuję jako formę psychoterapii, a być może wołanie o zrozumienie moich dzisiejszych czynów i nie krytykowanie mnie. Niestety bowiem często zdarza się tak, że niektóre osoby nie traktują jako normalne zachowanie, moją alienację względem rodziny, moją awersję do imprez (śluby, pogrzeby, imieniny), słyszę często, że jestem co najmniej głupia w tym zakresie i powinnam się jednak przekonać do rodzinnych spotkań.

Często też szukam na ślepo sprzymierzeńca, z którym mogłabym pogadać tak jak gadałam z moja Mamą - o wszystkim i o niczym, ale bez zbędnych gadek umoralniających, bez wskazywania co powinnam, a czego nie, a niestety i tutaj spotkałam się z "dobrymi radami" oraz próbowaniem na siłę zrobienia ze mnie osoby "rodzinnej".

Nie mam do nikogo pretensji, bo każdy inaczej i na swój sposób odczuwa otaczający go świat. Ale jest przykro, że wśród ludzi są tacy, którzy nie rozumiejąc problemu próbują go zmienić/zlikwidować.

Jesień wpływa na mnie bardzo pozytywnie. Mam ostatnio wiele energii i pozytywnych myśli w głowie. Nie chce mi się pisać, chce mi się dziergać, czytać... Czy mój drugi blog pozostawię? nie wiem. Mam też obawy, czy taka publiczna "spowiedź" nie nakieruje kogoś, kto mnie zna. Kogoś kto z poufnych, osobistych wynurzeń będzie mógł zrobić zły użytek.

Na tę chwilę - miłego dnia Wam życzę!

P.S. W tym tygodniu będziemy z Bratem wchodzić do mieszkania po naszym ojcu. Odbędzie się to komisyjnie wraz z przedstawicielką administracji. Powiedziała, że i tak idzie nam na rękę biorąc nas ze sobą. O wrażeniach z wejścia do groty smoka zapewne powstanie jakiś wpis.

13:41, sokramka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 23 października 2017

Aby uszczęśliwić własne dziecko często poświęcamy się czemuś lub w imię czegoś. Takim poświęceniem wykazałam się w minioną niedzielę. Moja córka zachwyca się modną ostatnio dziedziną jaką jest "jutuberstwo". To moja autorska nazwa, która odnosi się do młodych ludzi zakładających swoje kanały na YT i prezentujących różne tematy, opowiadających o nowościach gadżetowych, o grach komputerowych, o stosowaniu makijażu itepe.

Pewna jutuberka rozdawała autografy w niedzielę w nowo otwartej galerii handlowej na drugim końcu mojego miasta. Mania już od jakiegoś czasu pytała się czy z nią pojadę więc nie mając większych obowiązków w domu przejechałam pół Warszawy i stanęłam z własną córką w gigantycznej kolejce po autograf...

Nawet nie wiecie jaką popularnością cieszą się teraz jutuberzy... Stałyśmy po autograf ponad dwie godziny! Jak do piosenkarza lub autora słynnych kryminałów. A gdzie tam! Pisarze nie mają takiego wzięcia jak młodzi jutuberzy. Moja córka dostała plakat podpisany przez bohaterkę spotkania, zrobiła sobie sweet focię (selfie) obowiązkowo, a ja nagrałam krótki filmik o tym dwuminutowym przeżyciu. Faktycznie Mania przeżywała to wydarzenie jak mrówka okres, wracając miała takie wypieki na twarzy, że myślałam, że mi zemdleje ;-) Ale szczęście w oczach było widoczne.

Średnia wieku kolejki wynosiła jakieś 12 lat ;-) Rodzice równie cierpliwie stali i wspierali swoje pociechy w uzyskaniu autografu od "gwiazdy". Jestem pełna podziwu dla cierpliwości tej młodej osóbki, która z przyklejonym uśmiechem fotografowała się z każdym dzieckiem po kolei. Zresztą w domu (chcąc być na bieżąco z zainteresowaniami mojej córki) obejrzałam sobie kilka filmików tej jutuberki. Całkiem miła i inteligentna osóbka, nagrywająca filmiki dość profesjonalnie. 

Dziś Mania zabrała zeszyt z autografem do szkoły. Selfie z jutuberką ma w telefonie i już zapowiedziała, że będzie się chwalić. Trzeba będzie teraz zrobić miejsce na ścianie jej pokoju, aby przykleić plakat ;-)

Tagi: córka
08:19, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 października 2017

Poniedziałek zaczęłam od odrobienia godzin, które ujęłam sobie w zeszłym tygodniu. Zaczęłam tez od rehabilitacji mojego kręgosłupa, na którą tutaj, gdzie pracuję, czekałam zaledwie dwa tygodnie. Zaczęłam też poniedziałek od przyjęcia informacji o śmierci pewnej osoby, która powinna mi być bliska, a jednak nie była. Otóż w czasie ostatniego lata zmarł mój ojciec. Wiadomość tę przekazał mi dziś mój Brat, do którego zadzwoniła pani z administracji pytając czy Brat wciąż szuka kontaktu z rodzicem. Bowiem kilka lat temu mój Brat postanowił odnowić kontakty z ojcem, myśląc, że i jak on sam i tamten sam - dojdą do jakiegoś porozumienia. Niestety nie zdążyli się porozumieć. Szukał informacji wśród sąsiadów, w administracji bloku, w którym mieszkał ojciec. Nikt nie umiał nic konkretnego powiedzieć. 

Za śmiercią naszego ojca prawdopodobnie popłynie lawina spraw do załatwienia. Okazało się bowiem, że rodzica (jeśli w ogóle można go tak tytułować) pochowała opieka społeczna. Leżał też w hospicjum dla chorych na nowotwory. Możemy tylko domniemywać, że śmierć była następstwem nałogowego palenia papierosów, a co za tym idzie skutkowało to rakiem np. płuc, czy krtani. 

Z załatwianiem wszelkich urzędowych spraw musimy się jednak z Bratem domówić i na spokojnie spróbować to pozałatwiać. Mieszkanie niestety przejdzie na skarb państwa, albowiem był to lokal komunalny nie podlegający dziedziczeniu spadkowemu. Jednak przemiła pani administratorka zaprosiła mojego Brata na komisyjne otwarcie lokalu i zezwoliła na zabezpieczenie rzeczy, które zostały po naszym ojcu, a uważamy, że możemy je przejąć (np. zdjęcia, dokumenty, pamiątki). Ja będę rada kiedy uda mi się przejąć cały księgozbiór, jaki nasza Mama zostawiła ojcu w tym mieszkaniu przy rozwodzie. Uginała się szafa od ilości woluminów i tylko o tym marzę wchodząc do tamtego lokalu. Nic mnie więcej nie będzie interesować, bo zbyt dużo złych wspomnień kołacze mi się po głowie. 

Na jutro umówiliśmy się z Bratem na rozmowę. Jesteśmy dobrej myśli, że ojciec, powszechnie znany jako kutwa finansowa i ściubigrosz, żadnych długów na w spadku nie zostawił. Podobno w opłatach czynszowych jest nawet nadpłata. W każdym razie od dziś wiem już, że do tej pory głoszona przeze mnie plotka o "niebycie" mojego ojca stała się faktem. 

Nie uroniłam ani jednej łzy, bo dla mnie ta śmierć była wiadomością dnia codziennego. Ot umarł człowiek. Nic dla mnie nie znaczący. Zastanawia mnie jednak fakt, jak bardzo musiał się wyalienować, że nawet jego rodzona siostra i brat nie wiedzieli o zgonie. Albo wiedzieli tylko nic nie chcieli zrobić...

Po wrzuceniu na moim blogu tagu "ojciec" zobaczyłam, że nawet ja kiedyś miałam przebłysk odnowienia kontaktów z moim rodzicem. Nie udało się.  

Tagi: ojciec
20:25, sokramka
Link Komentarze (8) »
sobota, 16 września 2017

Na rozluźnienie złej atmosfery (jakiejkolwiek) zawsze działają na mnie dziergawki, szyjoszki i inne tFory autorstwa moich niespokojnych rąk ;-) No chyba że dopada mnie gnida, wtedy nic mi nie wychodzi. W moich oczach jest to bez wyrazu, ładu, składu i wyglądu.

Ale do rzeczy: powstało ostatnio kilka rzeczy, które zostały albo wysłane w świat, albo zostały na miejscu z przeznaczeniem dla kogoś lub po coś. Wszystkie na pewno są regularnie wstawiane na Insta i tam na bieżąco można je oglądać.  

Ponieważ potrzebna mi była jakaś torba śniadaniowa, a nie chciałam chodzić z reklamówkami czy jakimiś innymi "siatami", uszyłam sobie ze starych dżinsów "śniadaniówkę":

Potem złapałam się za drutowanie i szydełkowanie. Wyszło mniej więcej coś takiego:

Szydełkowy słonecznik-serwetka, która powędrowała w świat jako prezent na nowe mieszkanie.

Potem na pięciu drutach zaczęłam tworzyć skarpety z włóczki, którą dostałam od koleżanki. Włóczka była po jej babci, czy mamie (nie pamiętała), ale jak miała ją wyrzucić to wolała ją oddać mnie. I dobrze zrobiła :-) dołożyłam tylko szarej resztki z własnych zapasów i powstały: 

 

Mania jak je zobaczyła to mi ich pozazdrościła i zabrała :-) Obiecałam jej więc, że wydziergam jej skarpety w jej ulubionym kolorze, czyli niebieskim. Jestem już na etapie kończenia drugiej. I miała rację Ciapara, że skarpety wciągają! To jest gorsze niż czipsy :-)))))) Już mam pomysły na następne. A tym czasem Maniutkowe niebieskie prezentują się tak: 

W międzyczasie powstały rękawiczki, oczywiście wszystko było robione pode mnie, aby wszelkie błędy nosić z godnością ;-) Mam ten syndrom (niestety) cholernego perfekcjonizmu i to mnie gubi w robieniu "na zakaz" z rosyjskiego, czyli na zamówienie. Oto i rękawiczki:

No i na koniec projekt (próbka), który mam zamiar wstawić w następnych rękawiczkach, tym razem pięciopalczastych. Uwaga - będę je robić pierwszy raz i mam nadzieję, że filmiki z rosyjskim instruktażem dobrze mnie tego nauczą ;-)

A tymczasem miłej soboty! 

Tagi: moje hobby
11:19, sokramka
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61