Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
niedziela, 12 marca 2017

Jak już kiedyś pisałam: Mania moja uczy się grać na gitarze. Nie ma oczywiście w tym nic dziwnego ponieważ wiele dzieci chodzi na różne dodatkowe zajęcia. Ale moja córka zapragnęła czegoś więcej: otóż zamarzyła jej się gra na keyboardzie i nauka gry na pianinie. Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką i w luźniej rozmowie wyszło pragnienie mojej Mani. Koleżanka napomknęła, że jej brat chce sprzedać używany keyboard za cenę, za jaką nabył go w UK. Po przeliczeniu na złotówki okazało się, że to wcale nie tak dużo. Keyboard ma wiele funkcji, jest w pełni sprawny i jako instrument do nauki gry na pianinie doskonale się do tego nadaje. Kupiłam więc. 

To było już jakiś miesiąc temu. Instrument najpierw musiał być przeze mnie przetestowany, znam bowiem układ nut na klawiaturze i pamiętam jeszcze kilka utworów ze szkoły średniej. Chodziłam do liceum dla przyszłych nauczycielek - przedszkolanek. Lekcje gry na instrumencie miałam obowiązkowe. 

Tak więc w ciągu tego miesiąca z hakiem moja Mania zdążyła nauczyć się (ze słuchu) "Ody do radości" Bethovena, prostych linii melodycznych w typie: "happy birthday to you", "wlazł kotek na płotek" i parę innych. Ściągnęłam jej z internetu nuty na utwór Beethovena "Do Elizy", który na dzień dzisiejszy gra na dwie ręce, wolno i tylko ten podstawowy motyw, ale gra! Do tego uczę ją czytania nut - gdzie i jaka nuta odpowiada położeniu na klawiaturze oraz jak długo się ją gra. Obie czerpiemy z tego niezłą zabawę.

Kiedy jednak spytałam ją o naukę taką profesjonalną, na lekcjach płatnych, gdzieś w klubie, szkole muzycznej, stanowczo odmówiła. Powiedziała, że woli jak uczy się w domu, ze mną. Nawet zrezygnowała z lekcji gry na gitarze w szkole i sięga po instrument tylko jak jestem w domu i może mnie podpytać czy dobrze wykonuje utwory. 

Zainteresowania mojej córki kłócą się z ogólnie przyjętymi stereotypami. Ponieważ Mania ma umysł ścisły, doskonale radzi sobie z matematyką oraz przyrodą. Odrabianie lekcji z zakresu języka polskiego oraz historii to dla niej kara. Zawsze muszę jej w tym pomagać i siedzieć przy lekcjach. Z prac klasowych z matematyki i przyrody przynosi czwórki, piątki, z polskiego i historii: trójki, czwórki, zdarzyły się też dwójki i jedna pała. 

Słuch moje dziewczę ma, słyszy melodię, potrafi ją odtworzyć, wyczucie rytmu też. Na razie chęci również są i to chyba jest najważniejsze. Jak potoczy się dalej jej zainteresowanie muzyką nie wnikam i tym bardziej nie naciskam. Rozmawiam, pytam. Mania chce być informatykiem (!). Chce chodzić do technikum informatycznego i projektować strony internetowe. Całkiem konkretne plany ;-) Jak to się jednak ułoży - zobaczymy z czasem...

środa, 08 marca 2017

Jestem świeżo po emisji "Ostatniej rodziny". Filmu biograficznego o losach Beksińskich. Moja Mama była fanką audycji prowadzonych przez Tomka Beksińskiego, słuchała namiętnie Trójki i zarażała mnie tymi klimatami. To też dzięki niej słucham teraz tego co słucham i miłość do muzyki odbieram każdą swoją komórką cielesną. 

Początkowo oglądałam film z pewnym dystansem, ponieważ Dawid Ogrodnik wcielający się w postać Tomasza Beksińskiego, jak dla mnie nie wyszedł do końca z roli chorego Mateusza z filmu "Chce się żyć". Jego Tomasz był nad wyraz pobudzony, ruchowo stwarzał wrażenie chorego psychicznie, co podobno kłóciło się z rzeczywistością, o co toczyli batalię z reżyserem przyjaciele Tomka na czele z Weissem. Nie ukrywam, że aktorstwo Ogrodnika mi odpowiada i tak samo podobał mi się w Idzie. W "Ostatniej rodzinie" również pokazał klasę, ale zastanawiające jest skąd brał wzorce do scen łóżkowych oraz kłótni z dziewczynami? Podobno żadna z jego kobiet nie chciała o nim nigdy rozmawiać. 

Postać samego Zdzisława zagrana jest przez Andrzeja Seweryna rewelacyjnie. To pełen kunszt aktorski, nie mówiąc o fizycznym podobieństwie, zgodności naśladowania akcentu oraz mimiki i ruchów ciała. Chylę czoła przed panem Andrzejem.

To, co mi się w filmie strasznie nie spodobało to wplecenie granych przez Ogrodnika scen w autentycznie nakręcone obrazy. Chodzi mi tutaj konkretnie o jego "Wywiad z wampirem". Tragiczne posunięcie, które spaczyło według mnie całą ideę filmu biograficznego. Niemniej jednak Dawid Ogrodnik niesamowicie musiał się postarać, żeby przypominać Tomka z tamtego programu. Ale wyszedł z tego obronną ręką. 

To, co również nasunęło mi osobiste refleksje po obejrzeniu tego filmu, to fakt, że Beksińscy, mimo odpowiedniego wykształcenia nie oszczędzali w prostych słowach. To mi się podobało, bo ja zawsze myślałam, że mówiąc wprost, że czegoś nie chcę czy nie lubię, czy nie będę robić, stawiam się w roli wariata, który sprzeciwia się ogółowi. A tu się okazało, że Tomek Beksiński kiedy nie chciał zaglądać do umierającej babci, nie szedł i mówił: "bo tam śmierdzi i jeszcze się porzygam". Że Zdzisław Beksiński otwarcie mówił, że on "żadnego podawania i łamania się opłatkiem nie chce, a tym bardziej ściskania czy całowania". Mam i miałam tak samo: czy zatem jestem osobą niespełna rozumu?? Czy jak Tomek odbierał muzykę całym sobą, zamykał oczy i wyginał się w rytm utworu - ja bardzo często robię to samo - czy jestem niespełna rozumu? I w końcu mowa o śmierci - dla jednych to nie do pomyślenia, np. dla mojego Szanownego. Kiedy mówię mu, że chciałabym być spopielona on uważa, że "nie czas teraz na takie rozmowy". A ja uważam, że zawsze jest czas na takie rozmowy. Tak samo swobodne wypowiadanie się o umieraniu: kiedy odchodzi babcia Beksińska, Zdzisław woła do żony: Zosiu! Beksińska umarła! Jakby wołał do żony: przynieś mi solniczkę. Nie widzę w tym nic strasznego, tym bardziej, że Beksiński czekał na śmierć swojej matki i wiedział, że to w każdej chwili nastąpi. 

Nie znam Beksińskich ani z opowieści Weissa, ani z opowieści Grzebałkowskiej. Będę musiała to nadrobić. Znam Tomka ze słuchania jego audycji przy Mamie i pamiętam jako prezentera ciepłego, wrażliwego, przeżywającego muzykę każdym skrawkiem swojego ciała. 

Film przyjęłam ciepło, ale nie gorąco. Nie wiem też jak mam go ocenić, bo za rolę każdy ode mnie dostałby inną notę, natomiast za reżyserię odjęłabym punkty. Nie jestem ani wstrząśnięta, ani zmieszana ;-) Ot: film biograficzny jakich mało, z tym że poruszający losy niezwykłych ludzi. Ludzie ci paradoksalnie byli normalni, tylko każdy z nich żył w swoim, odosobnionym świecie. Zbyt dobrze to rozumiem. 

Tagi: film
18:54, sokramka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 marca 2017

Tak to jest, że kiedy układa nam się na jednej płaszczyźnie życia, to na drugiej powstają jakieś bruzdy. Kiedy w moim przypadku sfera służbowo-małżeńska idzie po jak najlepszej drodze, to kwestie bratersko-synowskie są na ostrzu noża. Jako najbliższa sobie rodzina, tworząc zestawy: mama-syn, siostra-brat, siostrzeniec-wujek, mamy ostatnio we wszystkich dziedzinach na pieńku. I nie uważam się wcale za ogniwo najbardziej poszkodowane w tym zestawie, bo też mam swój udział w tych sporach. Nasze ambicje, potrzeby i priorytety mijają się wielce, ale nie da się żyć tak, żeby osoby A i B robiły tak samo jak osoba C. To nielogiczne. Zresztą moja Mama zawsze mnie uczyła, że należy walczyć o swoją niezależność i nie ograniczać jej innym. 

Źle się czuję po takich spornych chwilach i jakkolwiek umiem potem dojść do porozumienia z moim synem, to jakoś z bratem nie i nie walczę już o to porozumienie. Zaczynamy się coraz bardziej rozbiegać. Kiedy jeszcze jakiś czas temu pisałam, że brat to święte więzy krwi i w ogóle, tak dziś nie trzymam się już kurczowo tej maksymy. Choć nasza Mama zawsze nam wpajała: "szanujcie się bo jak mnie zabraknie będziecie mieć tylko siebie". Wiem co miała na myśli mimo tego, że ja mam swoją rodzinę, a i mój brat samotnym człowiekiem nie jest. 

Mama wywodząca się z toksycznego domu, gdzie cztery siostry były na siebie wręcz szczute i nie uczono ich wzajemnej akceptacji, za wszelką cenę chciała stworzyć dom hermetyczny w miłości. Może to był błąd, który zaowocował toksycznym powiązaniem w innym kierunku... Dziś dowiedziałam się, że mój syn też cierpiał, kiedy moja Mama zmarła. Nigdy tak otwarcie nie mówił mi o tym, że babcia była dla niego kimś tak bardzo ważnym... 

Kłótnie są bardzo potrzebne dla oczyszczenia zatęchłej atmosfery, która czasem wytwarza się niechcący powstając przy rutynie, nudzie, zniechęceniu do innych. Ale te kłótnie muszą odbywać się w sposób cywilizowany. Ja na szczęście mam już wiele miesięcy nauki (terapii) kłócenia się i godzenia. Żadnych wyzwisk, żadnego wypominania, tylko merytoryczne argumenty i pragnienia. Wiem, że to czasem trudne, ale można się tego nauczyć. Serio. Mogą nawet czasem lecieć łzy, facet też potrafi płakać, tylko czasem można powiedzieć o jedno niewłaściwe słowo za dużo. I czasem wydłuża to okres powrotu do potencjalnej normalności. 

Tagi: rodzina
18:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 marca 2017

W sobotę pożegnałam się ze swoim samochodem. Moja Micra, pieszczotliwie nazywana przeze mnie Białą Mewą ;-) nie poszła pod topór, ale tak jakby koło niego się znalazła. Autko bowiem nie nadawało się już do naprawy - za dużo było do roboty i za drogo. Poza tym kończył się przegląd, którego by nie przeszła i za chwilę miałabym do zapłacenia ubezpieczenie na nowy okres.

Tak więc Szanowny zadzwonił do takiego faceta, który skupuje używane samochody, nie nadające się do jazdy. Co z nimi później robi - szczerze nie interesowało nas to, w każdym razie był to człowiek zawodowo handlujący autami.

Za zezłomowanie Białej Mewy dostalibyśmy coś około 250zł, natomiast ten człowiek dał nam dwa razy więcej. Dobre i to.

Aktualnie więc poruszam się tylko i wyłącznie na własnych nogach oraz za pomocą warszawskiej komunikacji, która nie jest zła ;-) I nawet nie było mi żal Mewy, kiedy odjeżdżała z podwórka. Nie rozglądam się za innym samochodem, nawet mimo tego, że być kierowcą bardzo lubię ;-)

Wracam szybko do pracy, bo wniosków jest mnóstwo!

Tagi: samochód
12:49, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 lutego 2017

Weekend mija spokojnie, bez większych emocji, co jest w moim odczuciu czymś czego mi zawsze brakowało. Oczywiście nie należę do osób, które lenistwo mają wpisane w plan dnia, ale nie lubię stresowych sytuacji. Jak mawiała moja Mama: najważniejszy jest święty spokój :-) 

W czwartek poznałam się z trzynastką. To taka dodatkowa pensja, która wypłacana jest w przedsiębiorstwach państwowych. Nie ukrywam, że bardzo mnie to ucieszyło, bo planowałam już od dłuższego czasu zakupić sobie nowy laptop. Stary sprzęt Szanownego do niczego już nie nadawał, a i potrzeba uniezależnienia się była ogromna. Tak więc zakupu wymarzonego modelu dokonałam w piątek i już dziś śmigam na nowej klawiaturze bezprzewodowej, którą mi Szanowny kupił łącznie z myszką na zbliżające się moje urodziny. Jestem przeszczęśliwa!

Od zeszłego tygodnia czytam biografię Feliksa Dzierżyńskiego, polskiego szlachcica, który stał się twórcą pierwszych organów kontrolujących społeczeństwo w rewolucyjnej Rosji. W planach leży na półce do przeczytania Biedroń, Największe kłamstwa w historii oraz muszę w końcu zabrać się za opowieść o Tomku Beksińskim. Zazdroszczę Bezcielesnej, że ma to już za sobą ;-) 

Jutro czeka mnie w pracy trzygodzinne szkolenie ... z niczego. W instytucji w której pracuje powszechnym jest gadanie dla gadania, z którego nic konkretnego nie wynika. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że marnowanie czasu na pierdoły jest tu normą. Czekają mnie również wnioski, w których rzeźbię już jak w gównie, bo będąc osobą która lubi konkrety, nie umiem dostosować się do wymagań tutejszych standardów. Piszesz wniosek według wzoru a i tak góra będzie miała wąty do tego czy napiszesz: "dotyczy dostawy", czy "do dostawy". Przeszkadzają przecinki, mają być kropki. Zresztą nie jestem osamotniona - podobne odczucia ma moja koleżanka z lewej ;-) 

Dzisiejszy wieczór zapowiada się filmowo. Doszliśmy ostatnio z Szanownym do wniosku, że posiadając najnowsze techniczne możliwości jakimi są: telewizor ze smart tv, komputer z możliwością podłączenia obrazu do tv, nie mamy potrzeby korzystania z ogólnodostępnej telewizji, jaka serwuje papkę zaśmiecającą umysł. Jeśli chcemy wiadomości mamy Player, w którym możemy zobaczyć każde wydanie Faktów. To samo w przypadku dostępnej Ipli. Czytamy też wiadomości internetowe i nie musimy gapić się o 19.00 w ekran. NIC nie musimy. Seriali nie oglądamy, programy popularno naukowe są dostępne w necie oraz na najróżniejszych kanałach. Zestaw filmów mamy dostępny czy to na cda.pl czy tez na Netflixie. Telewizja dla nas nie istnieje, a jednak oglądamy to co chcemy i kiedy chcemy. Nie będę się rozpisywać nad planami obecnego rządu w kwestii przymusu płacenia abonamentu, bo chcę mieć zdrowe serce ;-) 

Od jutra zaczyna się szkoła po dwutygodniowych feriach. Moja Mania będzie miała ciężki poranek, bo choć próbowałam ją budzić wcześniej, ma upodobania do długiego spania ;-) 

Tagi: weekend
20:25, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2017

Próbowałam, próbowałam, ale nie mogę :-) No nie mogę stać się kimś, kim wewnętrznie nie jestem. Ponieważ od roku pracuję znowu za biurkiem, w dużym przedsiębiorstwie państwowym, postanowiłam zrobić z siebie "damę". Konkretnie chodziło mi o ubiór, styl dodatków i inne. Kupiłam sobie nawet ładną torebkę "do biura", ale nie mogę. Tęsknię za plecakiem, za wygodnymi dżinsami i jak dostanę najbliższą wypłatę - kupię sobie ten wymarzony plecak.

Z zasady nie maluję ust, nie maluję rzęs (choć próbowałam, ale czułam się jak lalka w skorupie), nie maluję paznokci, czasem - jakaś odżywką, bo kruche są niesamowicie. Czasem nawet zastanawiam się nad powrotem do kucyka, co wiąże się z zapuszczaniem włosów, bo codzienne układanie (z lakierem) fryzury jest cholernie czasochłonne. Dobrze, że nie kupiłam sobie po drodze żadnej sukienki :-) bo już i takie zapędy miałam w myślach. Pewnie leżałaby w kącie i czekała na jakąś inną, bardziej godną "damę".

;-)

Nie da się na siłę zmienić stylu jeśli człowiek źle się w tym czuje. To dlatego odczuwałam koszmary pracując kiedyś krótko w banku. Te koszule zapinane pod szyją i mundurki sztywne (spódnice ołówkowe - fuuuuuj) doprowadzały mnie do szału. Teraz nie muszę się dostosowywać do jakiegoś dress code, bo nic w tej instytucji takiego nie obowiązuje.

To taki luźny wpis na Dzień Pączka ;-) 

 

10:45, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 22 lutego 2017

... z tymi rachunkami? Jak zwykle temat śliski, bo o pieniądzach ludzie chyba nie lubią gadać. A trzeba. Ja mówię zawsze wprost, czy to dobrze czy źle. Mój mąż nie lubi tego tematu i unika go jak diabeł święconej wody i to na mojej głowie zawsze siedzą najgorsze zmory.

Sytuację mieszkaniową mam jaką mam. Dobrze, że od dłuższego czasu nie dzielę już wspólnej kuchni ani z dziadkiem, ani z żadnym z moich pasierbów. Ale "zespolona" jestem z nimi wspólnymi: rachunkiem za ścieki, za śmieci i w podatku za chałupę. O ile mój pasierb stara się wywiązywać z comiesięcznego dokładania do rachunków (ale szczegóły później), o tyle teść ma to głęboko w zadzie i chyba nic się już do jego śmierci nie zmieni. Odkąd oddzieliliśmy się od niego jako osobna jednostka rodzinna i odkąd nie kłócimy się w zakresie podziału kasy za zużyty gaz czy prąd, dziadek ma (mówiąc językiem bardzo nieliterackim) wyjebane na koszty związane z obsługą domu. W swoim mieszkaniu teść ma swoje liczniki za gaz i energię. Opłaca je, ale gęga za każdym razem jaki to on jest biedny (ale na wódkę ma zawsze). Kiedyś przynosił mi pieniądze i rachunek, żebym mu opłaciła, bo on nie ma siły iść na pocztę. Raz mnie oszukał i dał rachunek, a kasa miała być przyniesiona później, czekał ponoć na emeryturę.  Złotówki na oczy nie zobaczyłam, a teść mi później wpierał, że mi kasę dawał tylko ja teraz chcę go oszukać i wyciągnąć pieniądze. Zapewne nie zrobił tego celowo, bo to już i demencja starcza i skutki alkoholizmu, ale kto go tam wie... Od tamtej pory przestałam pośredniczyć w opłacaniu jego rachunków. Przerzucił się więc na Scareface'a i jego młodą żonę. Wiem, że oni też już mu nie pomagają, bo w ten sam sposób nie dał im kasy na rachunek za komórkę.

Scareface jest podpięty podlicznikiem do naszego licznika energii. Wie ile ma do zapłaty i stara się przynosić kasę co miesiąc. Jednak jeśli nie ma "bata" nad głową w postaci papierowego rachunku, czy nawet wiadomości na @,(tak jak to robią firmy obsługujące swoich klientów) trzeba mu przypominać. Młodzi żyją tylko z jednym zobowiązaniem za energię (z gazu nie korzystają).

Nie mam kłopotów z artykułowaniem problemu, ale wychodzi na to, że tylko ja robię z tego większe utrapienie niż by się wydawało. Mój mąż pensję przynosi w zębach do domu, zostawia sobie drobne na cały miesiąc i wali go cała reszta. Dopiero jak podstawię mu rachunki pod nos, wtedy otwiera szeroko oczy. Nie przeczę, że odpowiedzialność za domowe rachunki mam we krwi i dobrze mi z tym, ale nie lubię jak robi się ze mnie raroga czyhającego na cudzą kasę. Przecież ten dom jest wspólny, razem mieszkają tu trzy rodziny, a nikt oprócz naszej nie ponosi odpowiedzialności za ogólny stan domu. Zimową porą Scareface odśnieżał, tak więc mogę go trochę wybronić.

Od samego początku (od młodości) kiedy zaczęłam zarabiać jakiekolwiek pieniądze nigdy nie miałam ich w stu procentach "dla siebie". Może dlatego jestem tak wyczulona na szastanie groszem bądź nie myślenie o opłatach. A one są przecież najważniejsze. Mojego Syna uczę gospodarowania złotówką. Ma swoją półkę w lodówce, je co chce i co sam sobie kupi. Zarabia jakieś drobne, okazjonalnie, ma alimenty i z tego ma się utrzymać. Nie płacę za jego bilet miesięczny, pierze sobie we własnych środkach czystości. Ale jak pójdzie do pracy to będzie choć trochę musiał dołożyć się do rachunków i zapłacić samodzielnie za swój rachunek telefoniczny.

Nie wiem już jak mam rozgrywać te śliskie tematy, bo mój chłop problemu nie widzi, tylko jak zobaczy teraz (niedługo) wysokość rachunku za energię to zdębieje. Ja go oczywiście opłacę, ale wtedy nie będzie miał obiadków do pracy codziennie. To samo z podatkiem za chałupę, nie wynosi on niestety 100 zł i jakoś z tej opłaty trzeba wybrnąć.

A najgorsze jest to, że ten dom nigdy nie będzie moją własnością.

14:30, sokramka
Link Komentarze (8) »
piątek, 17 lutego 2017

Od początku miesiąca mam mnóstwo pracy. I niech nikt nie myśli, że przełoży się to na zarobki czy jakąś dodatkową premię, o nie... Tutaj płaca naliczana jest według starych, socjalistycznych zasad: czy się stoi czy się leży to każdemu, po równo się należy. I tak. Dodatkowo dowiedziałam się, że nasz wydział ma najniższe stawki w całej instytucji. No trudno. Zaczynam po roku pracy wchodzić w etap przyzwyczajenia do stałej, lepszej niż mopowa pensji, ale wciąż tęsknię za zarobkami, które chwytałam w firmie budowlanej ;-)

Dlatego dziś musiałam sobie zafundować reset wewnętrzny i wychodząc razem z moim Szanownym zabrałam się z nim, jego samochodem do centrum miasta. Potem z miejsca wysiadki przeszłam pieszo do miejsca pracy. Jakieś 3,5 km. Dobrze mi to zrobiło. Taki ponad półgodzinny spacer wśród budzących się osiedlowych bloków i pilnujących miasta wron i kruków. W uszach zestaw rockowych ballad, a nad głową postępująca mżawka. Do pracy przyszłam z szerokim uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. A już myślałam o L4 albo o wzięciu urlopu na żądanie :-)))

Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu wyjdę z tego bałaganu wnioskowego. Dodatkowo odchodzi od nas jeden pracownik, musimy przejąć jego obowiązki. Chociaż tymczasowo dopóki nie przyjdzie ktoś nowy. Koleżanka jest na dłuższym urlopie i każda ręka do pracy jest przydatna.

Tymczasem wielkimi krokami zbliża się weekend...

Tagi: praca
08:12, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2017

Właśnie kończę czytać "Dygot" Jakuba Małeckiego. Książkę kupiłam w piątek i prawie 300 stron czytania już jest za mną.

Tak pięknie namalowanej ballady dawno nie czytałam. Wciągnęłam się od pierwszej strony i mimo tego, że ten rodzaj literatury nie jest moim konikiem, spokojnie mogę dać tej pozycji 9/10. To o czym pisze Małecki pozostawię do wygooglania, bo nie lubię powielać streszczeń widniejących prawie na każdym portalu czytelniczym. Niemniej jednak pan Jakub pisze pięknie, malowniczo, barwnie, czasem strasznie, czasem śmiesznie. Raz zdarzyło mi się uronić łzę i musiałam przestać czytać ponieważ stałam z książką w pociągu i zwyczajnie głupio mi było ryczeć publicznie nad kartkami. Często też unosiłam brwi w zdumieniu nad napisanym tekstem. I właśnie w kontekście tekstu pisanego chciałam opisać swoje doznania. Język jakim posługuje się autor książki jest dla mnie bardzo ważny. I dlatego mimo uwielbienia kryminałów, powieści sensacyjnych oraz horrorów nie ograniczam się tylko do tego działu. Wśród innych form literatury można odnaleźć piękno. Ale też wśród uwielbianych działów można spotkać kicz. To właśnie ze względu na kruchy i łamliwy język Puzyńskiej nie zachwyciłam się jej twórczością. To właśnie z tego samego powodu pan Mróz Remigiusz (którym zachwycają się rzesze fanów) nie podbił mojego serca. To również z tego powodu pani Bonda ostatnio znudziła mnie swoimi wywodami i odstawiłam ją totalnie na boczny tor.

Wciąż pozostaję wierną fanką Kinga, Miłoszewskiego, Ciszewskiego, Świerczka, Krajewskiego, Akunina, Deavera. Być może po sięgnięciu po kolejną pozycję Małeckiego stanie on na półce wśród moich ulubionych ;-)

P.S. Bromm - dziękuję!

Tagi: książki
09:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lutego 2017

Mamy w pracy nowego pracownika. Koleś jest lekko po czterdziestce, jest bardzo miły, sympatyczny, zabawny, rozmowny, towarzyski...oj za dużo chwalenia. No właśnie. Po mojemu ma jedną wadę: wszystkie panie całuje w rączkę na powitanie. Fuuuj. Z racji mojego podejścia do spraw damsko-męskich, czyli spłaszczania wizerunku kobiety i mężczyzny, otwarcie powiedziałam do naszego kolegi (zachowując jednocześnie pełną kulturę i uśmiech), że ze mną proszę witać się "po męsku". Najlepiej gdyby uścisnął mi dłoń i na tym poprzestał. Kolega oczywiście odwzajemnił uśmiech i z nieukrywanym szyderstwem w głosie odparł: "zobaczymy, zobaczymy, prędzej czy później się złamiesz". No na takie teksty to ja zawsze byłam cięta i mój obrzydliwy charakter powodował, że zawsze robiłam na przekór.

Kolega zajmuje pokój obok, ale zawsze przychodzi do nas i kulturalnie wita kolejny dzień pracy. Dziewczyny, z którymi siedzę już powoli mają dość tego savoir-vivre, ale żadna nie ma odwagi, żeby jemu to powiedzieć. Na samym początku kolega usłyszał ode mnie jasną deklarację i mam teraz spokój. Nie próbuje mnie lizać po dłoni na siłę :-P

I teraz mnie zastanawia: czy koleżanki są za mało asertywne? Czy może myślą, że nie wypada urazić kolegi mówiąc mu otwarcie, że to się im już nie podoba? A poza tym czytałam zasady dobrego wychowania i całowanie kobiet po łapkach w miejscu pracy jest nie na miejscu. Ale kolega widać, że chce być blisko pań. Nawet bardzo blisko ;-) Ja staram się zawsze zachować ten bezpieczny mur, granicę bliskości, która według psychologów wynosi długość wyciągniętej przed siebie ręki.

Chwilowo sytuacja się nie zmienia i nie wiem czy któraś odważy się otwarcie zaprotestować, że nie ma ochoty na cmokanie w łapki ;-) W każdym razie nowy kolega jest obecnie powodem naszych codziennych plotek.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58