Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
poniedziałek, 06 lutego 2017

Zawsze jak przyjeżdżam w rejony mojej starej dzielnicy ogarnia mnie jakaś taka dziwna melancholia. I niby mieszkam już w nowej dzielnicy mojego miasta prawie 9 lat, a jednak wciąż tęsknie za starymi śmieciami, za kamienicami rozpadającymi się z dnia na dzień, za zaułkami ulic, za klimatem starej warszawskiej Pragi. Nie wiem jak to nazwać: regionalnym patriotyzmem? Będąc właśnie podczas weekendu na uczelni i odwiedzając przy okazji stare śmiecie, poczułam jak tętni we mnie zazdrość, że już nie jestem mieszkańcem tej dzielnicy ;-) W każdym razie sprawy uczelni mam już z głowy - teraz aż do 4 marca mam czas wolny. Tak zwane - ferie ;-)

O sytuacji w domu nie będę się rozpisywać ponieważ dziadek do narzeczonej nie pojechał i miałam to szczęście, że w sobotę wybyłam do szkoły, moja Mania pojechała na łyżwy z koleżanką, Szanowny pracował, a Młody miał jak zwykle jakieś zobowiązania na mieście. Nikogo nie było w domu, a i tak wieczorem słyszeliśmy, że teściowi zginęły pieniądze i ktoś mu wrzucił jego stare spodnie do piwnicy (!) To już nie jest ten umysł co kiedyś. To mózg pracujący na zwolnionych obrotach, podlewany alkoholem.

Mania na spotkaniu łyżwiarskim została sfotografowana (razem z koleżanką) przez jakiegoś pana z agencji, który poprosił o telefon do rodzica. Okazało się w sobotę wieczorem, że pani, która do mnie zadzwoniła reprezentuje agencję, która szuka nowych twarzy do telewizji. Robią teraz casting do nowego serialu dla HBO. Moja córka spytała się czy dzwonili do mnie z tej agencji i powiedzieli, czy ona załapała się na drugą turę, mimo tego, że się załapała odparłam, że nie dzwonili. Skłamałam i byłam pewna, że zrobiłam dobrze. Nie widziałam w jej oczach żalu, a nawet sama dodała: może i dobrze, bo nie wiadomo co to był za pan, a ja bym nie chciała, żeby mnie miliony ludzi oglądali. Mam taką wewnętrzną dewizę, że nie chciałabym "sprzedawać" wizerunku swojej córki do mediów publicznych. Nawet nie zamieszczam jej zdjęć na swoim koncie na FB. Chcę, żeby to ona decydowała o prezentowaniu siebie samej, a z jej wrażliwością trudno byłoby później odkręcać jakieś niewygodne sytuacje.

Z poniedziałku mam jak zwykle dużo roboty. Jeszcze się okazało, że mamy przygotowane wnioski na starych wzorach i wszystkie je musimy poprawiać na nowo. Dzień mam z głowy. Ale przynajmniej czas szybko minie.

sobota, 04 lutego 2017

Wiele się działo w piątek, a z założenia miało być tylko honorowe oddanie krwi. Z tego powodu już w czwartek powiadomiłam pracodawcę, że mnie nie będzie następnego dnia na stanowisku pracy. Mamy taki fajny program do zgłaszania nieobecności, które są później zatwierdzane przez przełożonego, a dopiero potem idą do kadr. Program zawiera wszystkie dostępne możliwości zwolnienia z pracy: urlop, u. macierzyński, u. tacierzyński, u. dodatkowy, opiekę na dziecko, godziny na karmienie, zwolnienie lekarskie, szkolenie i różne inne, których nie pamiętam ;-) Ale nie o tym.

Pojechałam więc w piątek rano oddać honorowo krew. To już było moje kolejne spotkanie ze stacją krwiodawstwa więc już szło lekko. Tym razem dostałam książeczkę dawcy, żebym mogła wpisywać sobie kolejne donacje (to fachowa nazwa oddania krwi). Okazało się, że było bardzo dużo ludzi. Pani w okienku mówiła, że w piątki zawsze jest tłum. Przyswoiłam więc informację i na następną wizytę wezmę sobie już jakiś inny dzień. Zauważyłam też, że było więcej mężczyzn niż kobiet. Więcej 40-50 latków niż 20-30. Z czego to wynika? Nie wiem...

Potem pojechałam na uczelnię pozałatwiać zaległe sprawy, poszwendałam się po sklepach i w końcu odebrałam Manię ze szkoły. Była bowiem umówiona u fryzjera na przycięcie końcówek włosów. A gdy przyjechałyśmy do domu i porobiłyśmy trochę weekendowych porządków oraz coś do żarcia, wrócił Szanowny z pracy. Zaniósł dziadkowi list jaki do niego przyszedł i od tego czasu atmosfera w domu zmieniła się diametralnie. 

Do teścia przyszedł PIT rozliczeniowy - informacja z ZUSu ile miał dochodu, kosztów itd. Dziadek nie musi nic z tym robić ponieważ rozlicza go ZUS. To było tylko potwierdzenie tych danych. Ale dla ojca był to kolejny powód do zwietrzenia spisku. Wypił sobie oczywiście już w ciągu dnia coś mocniejszego i szukał zwady. "Ten PIT to ja mu podłożyłam, sfałszowałam, bo nie ma podpisu...prezesa ZUSu...." To dziadka argumenty. "On zadzwoni do ZUSu i się wszystkiego dowie. Wyjdzie na jaw, że go ewidentnie w balona robimy". Nie, przepraszam, krzyczał, że "robimy go w chuja". "Ten papier to możemy sobie w dupę wsadzić (i go porwał) a ja mam mu oddać 200 zł które mu zginęło w zeszłym tygodniu i... pokrywkę od największego garnka."

Mój Szanowny tez w końcu nie wytrzymał i zaczął kłócić się z ojcem. Ale to było słowo przeciw słowu i na dodatek wypowiadane do pijanego człowieka, który i tak nic nie będzie pamiętał. 

Na sam koniec dnia ok godziny 20.00 odwiedzili nas strażnicy miejscy z kontrolą pieców. Od razu mówię, że panowie mieli specjalne nakazy, które upoważniały ich do wejścia na posesję i nie wpuszczenie ich groziło mandatem. Ale ponieważ my nic nie mieliśmy do ukrycia, plastikiem nie palimy, a i ogrzewanie gazowe też mamy, wpuściliśmy panów do środka. Panowie sporządzili protokół i poszli dalej na inspekcję. Mówili, że mogą pukać do domów od 6.00 do 22.00. Jak policja, kurde ;-) Niech się boją ci, którzy spalają śmieci i nie dbają o nasze środowisko i tak mocno zdewastowane przez ręce człowieka. 

A dziś szykuję się na uczelnię. To ostatni zjazd przed zakończeniem semestru więc tylko zaliczenia i wpisy. A potem - kolejny semestr rozpocznie się dopiero w marcu. Może znajdę w końcu czas na zaległe wyjścia ;-) 

 

środa, 01 lutego 2017

Dłubane wieczorami, wolnymi sobotami. Jeden z tworów to prezent. Mam nadzieję, że spodoba się obdarowanemu ;-)

Ubranka są robione szydełkiem, a mitenki wykonane na pięciu drutach.

Miłego dnia!

Tagi: moje hobby
10:39, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Już dawno nie przechodziłam tak końca tygodnia jak ostatnio. Miałam plany, których nie udało się zrealizować, miałam zaplanowane spotkanie, które nie doszło do skutku. Ale cóż - dziś świat się nie kończy, a z poniedziałkiem otuliła mnie nowa, mocna energia :-)

Wracając jednak do weekendu. Mieliśmy z Szanownym gości. Przyjechał Uszak ze swoją rodzinką. Pacholę ma już dwa latka. Rany, jak ten czas leci?!?!? Oni się gościli w dużym pokoju, ja zaś w garach, a potem w drutach. Takich do włóczki - powstaje nowy projekt - prezent :-)

Niedziela dopadła mnie z samego rana bólem głowy tak potwornym, że z czasem przeobraził się on w galopującą migrenę. Później nawet doszukiwałam się teorii spiskowych, że ból, który nie przechodzi jest skutkiem wysokiego smogu panującego od jakiegoś czasu w Warszawie. Wyciągnęłam te wnioski po tym, jak moja ukochana Migea nie zadziałała :-( Musiałam nawet wysłać Pierworodnego do sklepu po zakupy, bo sama nie byłam w stanie wyjść, nie mówiąc o prowadzeniu samochodu.

A Szanowny dziś urlopuje. Nie z przyjemności, a z musu. Spuchło mu pół twarzy, wczoraj bolał go niemiłosiernie ząb. Wiedziałam, że tak może się zdarzyć ponieważ mój mąż należy do tych ludzi, który boją się dentysty jak diabeł święconej wody. Już nie będę go obgadywać co posiada na stanie w jamie gębowej, bo to wstyd, ale zapowiedziałam mu, że nie podaruję i na siłę zrobię mu górną i dolną szufladę zębów. Przeraził się jak dziecko, ale niestety musiał się ze mną zgodzić.

Z jednej strony go rozumiem, bo facet jest z '64 roku, kiedy plomby wstawiano ołowiane, a trauma wyrywanego zęba przez dentystkę, która mojego chłopa przytrzymywała kolanem, tkwi z tyłu głowy do dziś. Serio - można nie lubić stomatologii.

W każdym razie siedzi dziś w domu i będzie płukał zęby szałwią. Podjął decyzję, że jak będę sobie niedługo robić siódemkę, mam jego pozwolenie na zapisanie go na wizytę.

Dbajcie o swoje zęby! Miłego poniedziałku :-)

Tagi: weekend
07:44, sokramka
Link Komentarze (4) »
środa, 25 stycznia 2017

Rozmawiałam wczoraj z mamą jednej z koleżanek mojej córki. Tematów było mnóstwo, aż w końcu zeszło nam się na szkolny przedmiot (nieobowiązkowy) popularnie zwany religią. Koleżanka mojej córki na religię chodzi i w związku z tym jej mama opowiedziała mi wczoraj o rzeczy, jaka została przekazana dzieciom na jednej z tych lekcji.

Otóż dzieci uczy siostra zakonna z pobliskiej parafii. Powiedziała dzieciom, że miała widzenie (!) ukazała się jej matka boska (!) i poinformowała siostrę zakonną, że zbliża się III wojna światowa i żeby dzieci dużo modliły się o pokój na świecie. Koleżanka mojej Mani ponoć miała dwie noce nieprzespane po tej lekcji, wstawała z płaczem do rodziców pytając czy rzeczywiście taka wojna będzie miała miejsce i jak ona (ta dziewczynka) może temu zapobiec. Czy żarliwa modlitwa pomoże?

Obie byłyśmy w szoku. Ja - z racji tego, że jestem niewierząca i nie daję wiary żadnym gusłom, przepowiedniom, horoskopom, nie wierzę w duchy, gwiazdy. Każdy jest kowalem własnego losu i życia. Moja koleżanka była natomiast w szoku, że takie rzeczy przekazuje się jedenastoletnim/ dwunastoletnim dzieciom, które mają ogromną wrażliwość. Podobno taką sama informację miał przekazać proboszcz tutejszej parafii na mszy odprawianej specjalnie dla dzieci....

To, co wyprawiają księża i reszta ich rodzinnej mafii, przyprawia mnie o wymioty. Autentycznie. Ostatnio widziałam zalążek artykułu, w którym znany bokser Tomasz Adamek mówił z pełną świadomością, że chciałby, aby w Polsce rządził Tadeusz Rydzyk (!) Tępaków nie sieją, sami się rodzą...

Nie mam nic przeciwko nauczaniu mitologii chrześcijańskiej, greckiej czy hebrajskiej w ramach lekcji historii czy języka polskiego, nie mam nawet żadnych obiekcji w stosunku do nauki dziejów kościoła, czy symboliki. Ale wyrażam swoje niezadowolenie w ramach próby wychowywania dzieci na religijnie posłuszne matołki, za pieniądze wszystkich podatników. To, że ktoś wierzy - to jest tylko i wyłącznie jego indywidualna sprawa, natomiast próba tworzenia z państwa świeckiego zalążka kraju wyznaniowego mnie absolutnie poraża. Jak głęboko spróbują jeszcze wejść czarni, żeby uzyskać władzę nad ludźmi? To już nie jest traktowane jako "posługa boża", to zaczyna już przypominać straż watykańską :-(

10:07, sokramka
Link Komentarze (7) »
środa, 18 stycznia 2017

Poniedziałek był dla mnie dniem wolnym od pracy ponieważ już jakiś czas temu zapisałam się do stomatologa na zdjęcie osadu i kamienia z zębów. Staram się to robić regularnie, a niestety przez ostatnią niszę finansową zaniedbałam moje zębiska i kamienia było mnóstwo. Siedziałam na fotelu ponad 50 min.

Do dentysty lubię chodzić. Może to dlatego, że zębinę mam mocną i w wieku 42 lat mam dwie plomby i jeden ubytek, który i tak został mi wyrwany przez głupotę. Mógł być leczony.

Kiedy kamień został zdjęty postanowiłam zapisać się na następną wizytę, podczas której wezmę się za leczenie małej próchnicy. Potem piaskowanie i na końcu lakierowanie. Będą ząbki jak perełki ;-) Chodzę do takiej przychodni, która ma podpisaną umowę z NFZ. Terminy ma około miesięczne, niektóre usługi w ramach ubezpieczenia, a niektóre za kasę. Staram się mieszać te usługi i np. plomby biorę białe, światłoutwardzalne, za kasę.

Wiem, że swoim wpisem mogę wkurzać tych, którzy zmagają się z problemami zębowymi, bardzo przepraszam, ale to jest chyba jedyna rzecz w moim organizmie, z której jestem naprawdę dumna i dzięki której nie popadam w nadmierne kompleksy. Moje zęby powodują, że uśmiecham się od ucha do ucha, mogę gryźć, zgrzytać i kąsać ;-) bez zbędnych problemów. Jako nastolatka otwierałam butelki z piwem za pomocą zębów (moich) :-)))))) Teraz pukam się w głowę z powodu głupoty jaka mi wtedy towarzyszyła.

Z moich dzieci tylko Pierworodny odziedziczył po mamusi dobrą kość zębową. Mania ma niestety ząbki po tatusiu. Słabe i żółte. Ale jedno, co mi się udało w sprawie stomatologicznej, to nauczenie moich dzieci, że dentysta to taki sam lekarz jak internista czy laryngolog. Dlatego też i Mania i Pierworodny siadają na fotelach bez lęku ;-)

wtorek, 17 stycznia 2017

Moja córka dziś kończy 11 lat. W zasadzie to jeszcze dziecko, ale już wchodzące w dział "nastolatki". Największy problem oprócz gry hormonów i ukazujących się co i raz fochów mam z ubraniem jej.

Kupując jej buty na początku sezonu byłam świadoma, że jako JESZCZE dziecko zdąży je zniszczyć nim sezon się skończy. Tak się właśnie stało. To znaczy buty są jeszcze ok, ale wyglądają jakby po nich przeszło stado żubrów ;-) W związku z tym, postanowiłam podczas weekendu pobiegać z nią po sklepach i skorzystać z zimowych wyprzedaży, planując kupno butów dla niej. Niestety, oferta dla dzieci kończy się na rozmiarze 35, natomiast wszystko co na Manię jest dobre, to buty albo na obcasie, albo na koturnie, albo w takim stylu, że moja córka mówi, że "jak dla starych bab" ;-)

Moje dziecko ma rozmiar 39/40. Wskakuje swobodnie w moje obuwie. Kiedy pojechaliśmy na wspólne wakacje, okazało się, że tenisówki, które spakowałam dla niej są na nią za małe. Oddałam jej swoje, świeżo kupione specjalnie na wyjazd. No cóż - dzieci rosną. A jeszcze niedawno przyjmowałam z rozkoszą wszelkie ubranka na małą dziewczynkę. Dziś już śmiało chodzę z nią po sklepach dla dorosłych i wybieram rozmiar ubrań 38/40.

Dziewczę moje ma już prawie 160 cm wzrostu i jakoś nie zamierza na tym poprzestać. Rośnie wzwyż i najgorsze, że wszerz też. Mam cichą nadzieję, że kiedy przyjdzie wiosna i Mania zacznie się więcej ruszać jej waga przełoży się na wzrost.

Tymczasem butów nie kupiłyśmy i myślę sobie, że sroga zima nas już nie dopadnie, bo w tym co zostało Mani na nogach niedługo już pobiega.

Tagi: córka sklepy
09:52, sokramka
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2017

A teraz pochwalę się dziełem Szanownego :-) innych też trzeba chwalić.

Tak więc poniżej zamieszczam wieszak na klucze, którego strasznie mi brakowało w naszym przedpokoju, bo kluczy mamy dużo i wiele i w ogóle ;-)

Pomysł i szkic jest mój, wykonanie, czyli - wycięcie, pomalowanie, zalakierowanie, wbicie haczyków i przymocowanie do ściany jest autorstwa mojego męża.

Także i o:

 

wtorek, 10 stycznia 2017

W niedzielę dowiedziałam się o śmierci znajomej. Dziewczyna była z rocznika '83. Pracowała z moim Bratem. W zeszłym roku okazało się, że ma jakiegoś guza mózgu. Przeszła operację, odjęli jej część czaszki... Mimo tego ona sama pozostawała do samego końca w dobrym nastroju. Nawet jak po operacji mówili jej, że rak nie lubi słodyczy i żeby je ograniczyła, ona jadła je mimo ostrzeżeń ponieważ bardzo je lubiła.

Przyznam się szczerze, że gdy się o tym dowiedziałam przeszły mi ciarki po plecach. Gdyby istniał jakiś algorytm na umieranie na pewno byłoby mi łatwiej to przyswoić. A tak: dziś człowiek jest - jutro go nie ma :-(

Rozmawiałam z moim Bratem na temat śmierci tej dziewczyny. Stwierdziłam, że to niesprawiedliwe: ona młoda, ładna, wykształcona, znała języki, miała podwójne obywatelstwo, miłośniczka zwierząt, do tego światopoglądem bliska mnie: ateistka. W związku homoseksualnym, prowadząca normalne, spokojne, ustabilizowane życie. Mój Brat tylko mnie spytał: a nasza Mama? czy to było sprawiedliwe? A inni umierający zbyt wcześnie? Takie życie....

Zeszły rok był tragicznie śmiertelny. Ten zaczął już żniwa. Jest mi tak cholernie żal tej dziewczyny, jej rodziny, jej "żony", tego co zostawiła.

Pogrzeb w środę...

07:51, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

Ostatni taki długi weekend właśnie minął, teraz długo, długo nic, aż do kwietnia ;-) Rozochoceni rozleniwieniem postanowiliśmy kontynuować tę nową tradycję domową i siedzieliśmy w domu całe trzy dni. Może to wynikało też z aury panującej na zewnątrz, bo nawet moje koty przespały mróz w naszej łazience - mamy tam ogrzewanie podłogowe :-D Nie pojechaliśmy po materiał na łóżko dla Mani, ale za to robiliśmy inne rzeczy. Szanowny wykonał wieszak na klucze do przedpokoju, jak będzie gotowy (lakier schnie) to się nim pochwalę. Ja zaś wydziergałam mitenki dla Mani, bo mi pozazdrościła moich, zrobionych na szydełku.

Pierworodny wyjechał ze swoją drużyną na cały weekend, a dziadek również opuścił swoje mieszkanie jadąc jak zwykle do narzeczonej. I tu bym chciała wtrącić odpowiedź dla jol-ene: teść może i chciałby zamieszkać ze swoją kobietą, ale ona tego nie chce. Po pierwsze jest świadoma alkoholizmu dziadka i chyba nie chce się z tym problemem użerać. Po drugie narzeczona dziadka ma bardzo wysoką rentę po swoim pierwszym, zmarłym mężu i kiedyś opowiadała, że nie chce jej stracić. Ta emerytura jest po obywatelu USA i tam chyba są inne uwarunkowania jej otrzymywania. Wiem, że jeśli chce nadal te pieniądze pobierać nie może wyjść za mąż. Być może zamieszkanie z kimś na stałe wiązałoby się ze strachem przed stratą kasy. Nie wiem.

A poniżej mitenki szydełkowe, które widzicie dwa razy ;-) pierwszy i ostatni. Sprułam je bowiem i z tej włóczki robię inne, na pięciu drutach.

A mitenki granatowe są wykonane metodą pięciu drutów :-) bez szwów, na okrągło. Są wydzierganie dla Mani i już dziś pobiegła w nich do szkoły.

Miłego dnia!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58