Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
wtorek, 07 marca 2017

Tak to jest, że kiedy układa nam się na jednej płaszczyźnie życia, to na drugiej powstają jakieś bruzdy. Kiedy w moim przypadku sfera służbowo-małżeńska idzie po jak najlepszej drodze, to kwestie bratersko-synowskie są na ostrzu noża. Jako najbliższa sobie rodzina, tworząc zestawy: mama-syn, siostra-brat, siostrzeniec-wujek, mamy ostatnio we wszystkich dziedzinach na pieńku. I nie uważam się wcale za ogniwo najbardziej poszkodowane w tym zestawie, bo też mam swój udział w tych sporach. Nasze ambicje, potrzeby i priorytety mijają się wielce, ale nie da się żyć tak, żeby osoby A i B robiły tak samo jak osoba C. To nielogiczne. Zresztą moja Mama zawsze mnie uczyła, że należy walczyć o swoją niezależność i nie ograniczać jej innym. 

Źle się czuję po takich spornych chwilach i jakkolwiek umiem potem dojść do porozumienia z moim synem, to jakoś z bratem nie i nie walczę już o to porozumienie. Zaczynamy się coraz bardziej rozbiegać. Kiedy jeszcze jakiś czas temu pisałam, że brat to święte więzy krwi i w ogóle, tak dziś nie trzymam się już kurczowo tej maksymy. Choć nasza Mama zawsze nam wpajała: "szanujcie się bo jak mnie zabraknie będziecie mieć tylko siebie". Wiem co miała na myśli mimo tego, że ja mam swoją rodzinę, a i mój brat samotnym człowiekiem nie jest. 

Mama wywodząca się z toksycznego domu, gdzie cztery siostry były na siebie wręcz szczute i nie uczono ich wzajemnej akceptacji, za wszelką cenę chciała stworzyć dom hermetyczny w miłości. Może to był błąd, który zaowocował toksycznym powiązaniem w innym kierunku... Dziś dowiedziałam się, że mój syn też cierpiał, kiedy moja Mama zmarła. Nigdy tak otwarcie nie mówił mi o tym, że babcia była dla niego kimś tak bardzo ważnym... 

Kłótnie są bardzo potrzebne dla oczyszczenia zatęchłej atmosfery, która czasem wytwarza się niechcący powstając przy rutynie, nudzie, zniechęceniu do innych. Ale te kłótnie muszą odbywać się w sposób cywilizowany. Ja na szczęście mam już wiele miesięcy nauki (terapii) kłócenia się i godzenia. Żadnych wyzwisk, żadnego wypominania, tylko merytoryczne argumenty i pragnienia. Wiem, że to czasem trudne, ale można się tego nauczyć. Serio. Mogą nawet czasem lecieć łzy, facet też potrafi płakać, tylko czasem można powiedzieć o jedno niewłaściwe słowo za dużo. I czasem wydłuża to okres powrotu do potencjalnej normalności. 

Tagi: rodzina
18:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 marca 2017

W sobotę pożegnałam się ze swoim samochodem. Moja Micra, pieszczotliwie nazywana przeze mnie Białą Mewą ;-) nie poszła pod topór, ale tak jakby koło niego się znalazła. Autko bowiem nie nadawało się już do naprawy - za dużo było do roboty i za drogo. Poza tym kończył się przegląd, którego by nie przeszła i za chwilę miałabym do zapłacenia ubezpieczenie na nowy okres.

Tak więc Szanowny zadzwonił do takiego faceta, który skupuje używane samochody, nie nadające się do jazdy. Co z nimi później robi - szczerze nie interesowało nas to, w każdym razie był to człowiek zawodowo handlujący autami.

Za zezłomowanie Białej Mewy dostalibyśmy coś około 250zł, natomiast ten człowiek dał nam dwa razy więcej. Dobre i to.

Aktualnie więc poruszam się tylko i wyłącznie na własnych nogach oraz za pomocą warszawskiej komunikacji, która nie jest zła ;-) I nawet nie było mi żal Mewy, kiedy odjeżdżała z podwórka. Nie rozglądam się za innym samochodem, nawet mimo tego, że być kierowcą bardzo lubię ;-)

Wracam szybko do pracy, bo wniosków jest mnóstwo!

Tagi: samochód
12:49, sokramka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 lutego 2017

Weekend mija spokojnie, bez większych emocji, co jest w moim odczuciu czymś czego mi zawsze brakowało. Oczywiście nie należę do osób, które lenistwo mają wpisane w plan dnia, ale nie lubię stresowych sytuacji. Jak mawiała moja Mama: najważniejszy jest święty spokój :-) 

W czwartek poznałam się z trzynastką. To taka dodatkowa pensja, która wypłacana jest w przedsiębiorstwach państwowych. Nie ukrywam, że bardzo mnie to ucieszyło, bo planowałam już od dłuższego czasu zakupić sobie nowy laptop. Stary sprzęt Szanownego do niczego już nie nadawał, a i potrzeba uniezależnienia się była ogromna. Tak więc zakupu wymarzonego modelu dokonałam w piątek i już dziś śmigam na nowej klawiaturze bezprzewodowej, którą mi Szanowny kupił łącznie z myszką na zbliżające się moje urodziny. Jestem przeszczęśliwa!

Od zeszłego tygodnia czytam biografię Feliksa Dzierżyńskiego, polskiego szlachcica, który stał się twórcą pierwszych organów kontrolujących społeczeństwo w rewolucyjnej Rosji. W planach leży na półce do przeczytania Biedroń, Największe kłamstwa w historii oraz muszę w końcu zabrać się za opowieść o Tomku Beksińskim. Zazdroszczę Bezcielesnej, że ma to już za sobą ;-) 

Jutro czeka mnie w pracy trzygodzinne szkolenie ... z niczego. W instytucji w której pracuje powszechnym jest gadanie dla gadania, z którego nic konkretnego nie wynika. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że marnowanie czasu na pierdoły jest tu normą. Czekają mnie również wnioski, w których rzeźbię już jak w gównie, bo będąc osobą która lubi konkrety, nie umiem dostosować się do wymagań tutejszych standardów. Piszesz wniosek według wzoru a i tak góra będzie miała wąty do tego czy napiszesz: "dotyczy dostawy", czy "do dostawy". Przeszkadzają przecinki, mają być kropki. Zresztą nie jestem osamotniona - podobne odczucia ma moja koleżanka z lewej ;-) 

Dzisiejszy wieczór zapowiada się filmowo. Doszliśmy ostatnio z Szanownym do wniosku, że posiadając najnowsze techniczne możliwości jakimi są: telewizor ze smart tv, komputer z możliwością podłączenia obrazu do tv, nie mamy potrzeby korzystania z ogólnodostępnej telewizji, jaka serwuje papkę zaśmiecającą umysł. Jeśli chcemy wiadomości mamy Player, w którym możemy zobaczyć każde wydanie Faktów. To samo w przypadku dostępnej Ipli. Czytamy też wiadomości internetowe i nie musimy gapić się o 19.00 w ekran. NIC nie musimy. Seriali nie oglądamy, programy popularno naukowe są dostępne w necie oraz na najróżniejszych kanałach. Zestaw filmów mamy dostępny czy to na cda.pl czy tez na Netflixie. Telewizja dla nas nie istnieje, a jednak oglądamy to co chcemy i kiedy chcemy. Nie będę się rozpisywać nad planami obecnego rządu w kwestii przymusu płacenia abonamentu, bo chcę mieć zdrowe serce ;-) 

Od jutra zaczyna się szkoła po dwutygodniowych feriach. Moja Mania będzie miała ciężki poranek, bo choć próbowałam ją budzić wcześniej, ma upodobania do długiego spania ;-) 

Tagi: weekend
20:25, sokramka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2017

Próbowałam, próbowałam, ale nie mogę :-) No nie mogę stać się kimś, kim wewnętrznie nie jestem. Ponieważ od roku pracuję znowu za biurkiem, w dużym przedsiębiorstwie państwowym, postanowiłam zrobić z siebie "damę". Konkretnie chodziło mi o ubiór, styl dodatków i inne. Kupiłam sobie nawet ładną torebkę "do biura", ale nie mogę. Tęsknię za plecakiem, za wygodnymi dżinsami i jak dostanę najbliższą wypłatę - kupię sobie ten wymarzony plecak.

Z zasady nie maluję ust, nie maluję rzęs (choć próbowałam, ale czułam się jak lalka w skorupie), nie maluję paznokci, czasem - jakaś odżywką, bo kruche są niesamowicie. Czasem nawet zastanawiam się nad powrotem do kucyka, co wiąże się z zapuszczaniem włosów, bo codzienne układanie (z lakierem) fryzury jest cholernie czasochłonne. Dobrze, że nie kupiłam sobie po drodze żadnej sukienki :-) bo już i takie zapędy miałam w myślach. Pewnie leżałaby w kącie i czekała na jakąś inną, bardziej godną "damę".

;-)

Nie da się na siłę zmienić stylu jeśli człowiek źle się w tym czuje. To dlatego odczuwałam koszmary pracując kiedyś krótko w banku. Te koszule zapinane pod szyją i mundurki sztywne (spódnice ołówkowe - fuuuuuj) doprowadzały mnie do szału. Teraz nie muszę się dostosowywać do jakiegoś dress code, bo nic w tej instytucji takiego nie obowiązuje.

To taki luźny wpis na Dzień Pączka ;-) 

 

10:45, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 22 lutego 2017

... z tymi rachunkami? Jak zwykle temat śliski, bo o pieniądzach ludzie chyba nie lubią gadać. A trzeba. Ja mówię zawsze wprost, czy to dobrze czy źle. Mój mąż nie lubi tego tematu i unika go jak diabeł święconej wody i to na mojej głowie zawsze siedzą najgorsze zmory.

Sytuację mieszkaniową mam jaką mam. Dobrze, że od dłuższego czasu nie dzielę już wspólnej kuchni ani z dziadkiem, ani z żadnym z moich pasierbów. Ale "zespolona" jestem z nimi wspólnymi: rachunkiem za ścieki, za śmieci i w podatku za chałupę. O ile mój pasierb stara się wywiązywać z comiesięcznego dokładania do rachunków (ale szczegóły później), o tyle teść ma to głęboko w zadzie i chyba nic się już do jego śmierci nie zmieni. Odkąd oddzieliliśmy się od niego jako osobna jednostka rodzinna i odkąd nie kłócimy się w zakresie podziału kasy za zużyty gaz czy prąd, dziadek ma (mówiąc językiem bardzo nieliterackim) wyjebane na koszty związane z obsługą domu. W swoim mieszkaniu teść ma swoje liczniki za gaz i energię. Opłaca je, ale gęga za każdym razem jaki to on jest biedny (ale na wódkę ma zawsze). Kiedyś przynosił mi pieniądze i rachunek, żebym mu opłaciła, bo on nie ma siły iść na pocztę. Raz mnie oszukał i dał rachunek, a kasa miała być przyniesiona później, czekał ponoć na emeryturę.  Złotówki na oczy nie zobaczyłam, a teść mi później wpierał, że mi kasę dawał tylko ja teraz chcę go oszukać i wyciągnąć pieniądze. Zapewne nie zrobił tego celowo, bo to już i demencja starcza i skutki alkoholizmu, ale kto go tam wie... Od tamtej pory przestałam pośredniczyć w opłacaniu jego rachunków. Przerzucił się więc na Scareface'a i jego młodą żonę. Wiem, że oni też już mu nie pomagają, bo w ten sam sposób nie dał im kasy na rachunek za komórkę.

Scareface jest podpięty podlicznikiem do naszego licznika energii. Wie ile ma do zapłaty i stara się przynosić kasę co miesiąc. Jednak jeśli nie ma "bata" nad głową w postaci papierowego rachunku, czy nawet wiadomości na @,(tak jak to robią firmy obsługujące swoich klientów) trzeba mu przypominać. Młodzi żyją tylko z jednym zobowiązaniem za energię (z gazu nie korzystają).

Nie mam kłopotów z artykułowaniem problemu, ale wychodzi na to, że tylko ja robię z tego większe utrapienie niż by się wydawało. Mój mąż pensję przynosi w zębach do domu, zostawia sobie drobne na cały miesiąc i wali go cała reszta. Dopiero jak podstawię mu rachunki pod nos, wtedy otwiera szeroko oczy. Nie przeczę, że odpowiedzialność za domowe rachunki mam we krwi i dobrze mi z tym, ale nie lubię jak robi się ze mnie raroga czyhającego na cudzą kasę. Przecież ten dom jest wspólny, razem mieszkają tu trzy rodziny, a nikt oprócz naszej nie ponosi odpowiedzialności za ogólny stan domu. Zimową porą Scareface odśnieżał, tak więc mogę go trochę wybronić.

Od samego początku (od młodości) kiedy zaczęłam zarabiać jakiekolwiek pieniądze nigdy nie miałam ich w stu procentach "dla siebie". Może dlatego jestem tak wyczulona na szastanie groszem bądź nie myślenie o opłatach. A one są przecież najważniejsze. Mojego Syna uczę gospodarowania złotówką. Ma swoją półkę w lodówce, je co chce i co sam sobie kupi. Zarabia jakieś drobne, okazjonalnie, ma alimenty i z tego ma się utrzymać. Nie płacę za jego bilet miesięczny, pierze sobie we własnych środkach czystości. Ale jak pójdzie do pracy to będzie choć trochę musiał dołożyć się do rachunków i zapłacić samodzielnie za swój rachunek telefoniczny.

Nie wiem już jak mam rozgrywać te śliskie tematy, bo mój chłop problemu nie widzi, tylko jak zobaczy teraz (niedługo) wysokość rachunku za energię to zdębieje. Ja go oczywiście opłacę, ale wtedy nie będzie miał obiadków do pracy codziennie. To samo z podatkiem za chałupę, nie wynosi on niestety 100 zł i jakoś z tej opłaty trzeba wybrnąć.

A najgorsze jest to, że ten dom nigdy nie będzie moją własnością.

14:30, sokramka
Link Komentarze (8) »
piątek, 17 lutego 2017

Od początku miesiąca mam mnóstwo pracy. I niech nikt nie myśli, że przełoży się to na zarobki czy jakąś dodatkową premię, o nie... Tutaj płaca naliczana jest według starych, socjalistycznych zasad: czy się stoi czy się leży to każdemu, po równo się należy. I tak. Dodatkowo dowiedziałam się, że nasz wydział ma najniższe stawki w całej instytucji. No trudno. Zaczynam po roku pracy wchodzić w etap przyzwyczajenia do stałej, lepszej niż mopowa pensji, ale wciąż tęsknię za zarobkami, które chwytałam w firmie budowlanej ;-)

Dlatego dziś musiałam sobie zafundować reset wewnętrzny i wychodząc razem z moim Szanownym zabrałam się z nim, jego samochodem do centrum miasta. Potem z miejsca wysiadki przeszłam pieszo do miejsca pracy. Jakieś 3,5 km. Dobrze mi to zrobiło. Taki ponad półgodzinny spacer wśród budzących się osiedlowych bloków i pilnujących miasta wron i kruków. W uszach zestaw rockowych ballad, a nad głową postępująca mżawka. Do pracy przyszłam z szerokim uśmiechem i pozytywnym nastawieniem. A już myślałam o L4 albo o wzięciu urlopu na żądanie :-)))

Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu wyjdę z tego bałaganu wnioskowego. Dodatkowo odchodzi od nas jeden pracownik, musimy przejąć jego obowiązki. Chociaż tymczasowo dopóki nie przyjdzie ktoś nowy. Koleżanka jest na dłuższym urlopie i każda ręka do pracy jest przydatna.

Tymczasem wielkimi krokami zbliża się weekend...

Tagi: praca
08:12, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 lutego 2017

Właśnie kończę czytać "Dygot" Jakuba Małeckiego. Książkę kupiłam w piątek i prawie 300 stron czytania już jest za mną.

Tak pięknie namalowanej ballady dawno nie czytałam. Wciągnęłam się od pierwszej strony i mimo tego, że ten rodzaj literatury nie jest moim konikiem, spokojnie mogę dać tej pozycji 9/10. To o czym pisze Małecki pozostawię do wygooglania, bo nie lubię powielać streszczeń widniejących prawie na każdym portalu czytelniczym. Niemniej jednak pan Jakub pisze pięknie, malowniczo, barwnie, czasem strasznie, czasem śmiesznie. Raz zdarzyło mi się uronić łzę i musiałam przestać czytać ponieważ stałam z książką w pociągu i zwyczajnie głupio mi było ryczeć publicznie nad kartkami. Często też unosiłam brwi w zdumieniu nad napisanym tekstem. I właśnie w kontekście tekstu pisanego chciałam opisać swoje doznania. Język jakim posługuje się autor książki jest dla mnie bardzo ważny. I dlatego mimo uwielbienia kryminałów, powieści sensacyjnych oraz horrorów nie ograniczam się tylko do tego działu. Wśród innych form literatury można odnaleźć piękno. Ale też wśród uwielbianych działów można spotkać kicz. To właśnie ze względu na kruchy i łamliwy język Puzyńskiej nie zachwyciłam się jej twórczością. To właśnie z tego samego powodu pan Mróz Remigiusz (którym zachwycają się rzesze fanów) nie podbił mojego serca. To również z tego powodu pani Bonda ostatnio znudziła mnie swoimi wywodami i odstawiłam ją totalnie na boczny tor.

Wciąż pozostaję wierną fanką Kinga, Miłoszewskiego, Ciszewskiego, Świerczka, Krajewskiego, Akunina, Deavera. Być może po sięgnięciu po kolejną pozycję Małeckiego stanie on na półce wśród moich ulubionych ;-)

P.S. Bromm - dziękuję!

Tagi: książki
09:19, sokramka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lutego 2017

Mamy w pracy nowego pracownika. Koleś jest lekko po czterdziestce, jest bardzo miły, sympatyczny, zabawny, rozmowny, towarzyski...oj za dużo chwalenia. No właśnie. Po mojemu ma jedną wadę: wszystkie panie całuje w rączkę na powitanie. Fuuuj. Z racji mojego podejścia do spraw damsko-męskich, czyli spłaszczania wizerunku kobiety i mężczyzny, otwarcie powiedziałam do naszego kolegi (zachowując jednocześnie pełną kulturę i uśmiech), że ze mną proszę witać się "po męsku". Najlepiej gdyby uścisnął mi dłoń i na tym poprzestał. Kolega oczywiście odwzajemnił uśmiech i z nieukrywanym szyderstwem w głosie odparł: "zobaczymy, zobaczymy, prędzej czy później się złamiesz". No na takie teksty to ja zawsze byłam cięta i mój obrzydliwy charakter powodował, że zawsze robiłam na przekór.

Kolega zajmuje pokój obok, ale zawsze przychodzi do nas i kulturalnie wita kolejny dzień pracy. Dziewczyny, z którymi siedzę już powoli mają dość tego savoir-vivre, ale żadna nie ma odwagi, żeby jemu to powiedzieć. Na samym początku kolega usłyszał ode mnie jasną deklarację i mam teraz spokój. Nie próbuje mnie lizać po dłoni na siłę :-P

I teraz mnie zastanawia: czy koleżanki są za mało asertywne? Czy może myślą, że nie wypada urazić kolegi mówiąc mu otwarcie, że to się im już nie podoba? A poza tym czytałam zasady dobrego wychowania i całowanie kobiet po łapkach w miejscu pracy jest nie na miejscu. Ale kolega widać, że chce być blisko pań. Nawet bardzo blisko ;-) Ja staram się zawsze zachować ten bezpieczny mur, granicę bliskości, która według psychologów wynosi długość wyciągniętej przed siebie ręki.

Chwilowo sytuacja się nie zmienia i nie wiem czy któraś odważy się otwarcie zaprotestować, że nie ma ochoty na cmokanie w łapki ;-) W każdym razie nowy kolega jest obecnie powodem naszych codziennych plotek.

poniedziałek, 06 lutego 2017

Zawsze jak przyjeżdżam w rejony mojej starej dzielnicy ogarnia mnie jakaś taka dziwna melancholia. I niby mieszkam już w nowej dzielnicy mojego miasta prawie 9 lat, a jednak wciąż tęsknie za starymi śmieciami, za kamienicami rozpadającymi się z dnia na dzień, za zaułkami ulic, za klimatem starej warszawskiej Pragi. Nie wiem jak to nazwać: regionalnym patriotyzmem? Będąc właśnie podczas weekendu na uczelni i odwiedzając przy okazji stare śmiecie, poczułam jak tętni we mnie zazdrość, że już nie jestem mieszkańcem tej dzielnicy ;-) W każdym razie sprawy uczelni mam już z głowy - teraz aż do 4 marca mam czas wolny. Tak zwane - ferie ;-)

O sytuacji w domu nie będę się rozpisywać ponieważ dziadek do narzeczonej nie pojechał i miałam to szczęście, że w sobotę wybyłam do szkoły, moja Mania pojechała na łyżwy z koleżanką, Szanowny pracował, a Młody miał jak zwykle jakieś zobowiązania na mieście. Nikogo nie było w domu, a i tak wieczorem słyszeliśmy, że teściowi zginęły pieniądze i ktoś mu wrzucił jego stare spodnie do piwnicy (!) To już nie jest ten umysł co kiedyś. To mózg pracujący na zwolnionych obrotach, podlewany alkoholem.

Mania na spotkaniu łyżwiarskim została sfotografowana (razem z koleżanką) przez jakiegoś pana z agencji, który poprosił o telefon do rodzica. Okazało się w sobotę wieczorem, że pani, która do mnie zadzwoniła reprezentuje agencję, która szuka nowych twarzy do telewizji. Robią teraz casting do nowego serialu dla HBO. Moja córka spytała się czy dzwonili do mnie z tej agencji i powiedzieli, czy ona załapała się na drugą turę, mimo tego, że się załapała odparłam, że nie dzwonili. Skłamałam i byłam pewna, że zrobiłam dobrze. Nie widziałam w jej oczach żalu, a nawet sama dodała: może i dobrze, bo nie wiadomo co to był za pan, a ja bym nie chciała, żeby mnie miliony ludzi oglądali. Mam taką wewnętrzną dewizę, że nie chciałabym "sprzedawać" wizerunku swojej córki do mediów publicznych. Nawet nie zamieszczam jej zdjęć na swoim koncie na FB. Chcę, żeby to ona decydowała o prezentowaniu siebie samej, a z jej wrażliwością trudno byłoby później odkręcać jakieś niewygodne sytuacje.

Z poniedziałku mam jak zwykle dużo roboty. Jeszcze się okazało, że mamy przygotowane wnioski na starych wzorach i wszystkie je musimy poprawiać na nowo. Dzień mam z głowy. Ale przynajmniej czas szybko minie.

sobota, 04 lutego 2017

Wiele się działo w piątek, a z założenia miało być tylko honorowe oddanie krwi. Z tego powodu już w czwartek powiadomiłam pracodawcę, że mnie nie będzie następnego dnia na stanowisku pracy. Mamy taki fajny program do zgłaszania nieobecności, które są później zatwierdzane przez przełożonego, a dopiero potem idą do kadr. Program zawiera wszystkie dostępne możliwości zwolnienia z pracy: urlop, u. macierzyński, u. tacierzyński, u. dodatkowy, opiekę na dziecko, godziny na karmienie, zwolnienie lekarskie, szkolenie i różne inne, których nie pamiętam ;-) Ale nie o tym.

Pojechałam więc w piątek rano oddać honorowo krew. To już było moje kolejne spotkanie ze stacją krwiodawstwa więc już szło lekko. Tym razem dostałam książeczkę dawcy, żebym mogła wpisywać sobie kolejne donacje (to fachowa nazwa oddania krwi). Okazało się, że było bardzo dużo ludzi. Pani w okienku mówiła, że w piątki zawsze jest tłum. Przyswoiłam więc informację i na następną wizytę wezmę sobie już jakiś inny dzień. Zauważyłam też, że było więcej mężczyzn niż kobiet. Więcej 40-50 latków niż 20-30. Z czego to wynika? Nie wiem...

Potem pojechałam na uczelnię pozałatwiać zaległe sprawy, poszwendałam się po sklepach i w końcu odebrałam Manię ze szkoły. Była bowiem umówiona u fryzjera na przycięcie końcówek włosów. A gdy przyjechałyśmy do domu i porobiłyśmy trochę weekendowych porządków oraz coś do żarcia, wrócił Szanowny z pracy. Zaniósł dziadkowi list jaki do niego przyszedł i od tego czasu atmosfera w domu zmieniła się diametralnie. 

Do teścia przyszedł PIT rozliczeniowy - informacja z ZUSu ile miał dochodu, kosztów itd. Dziadek nie musi nic z tym robić ponieważ rozlicza go ZUS. To było tylko potwierdzenie tych danych. Ale dla ojca był to kolejny powód do zwietrzenia spisku. Wypił sobie oczywiście już w ciągu dnia coś mocniejszego i szukał zwady. "Ten PIT to ja mu podłożyłam, sfałszowałam, bo nie ma podpisu...prezesa ZUSu...." To dziadka argumenty. "On zadzwoni do ZUSu i się wszystkiego dowie. Wyjdzie na jaw, że go ewidentnie w balona robimy". Nie, przepraszam, krzyczał, że "robimy go w chuja". "Ten papier to możemy sobie w dupę wsadzić (i go porwał) a ja mam mu oddać 200 zł które mu zginęło w zeszłym tygodniu i... pokrywkę od największego garnka."

Mój Szanowny tez w końcu nie wytrzymał i zaczął kłócić się z ojcem. Ale to było słowo przeciw słowu i na dodatek wypowiadane do pijanego człowieka, który i tak nic nie będzie pamiętał. 

Na sam koniec dnia ok godziny 20.00 odwiedzili nas strażnicy miejscy z kontrolą pieców. Od razu mówię, że panowie mieli specjalne nakazy, które upoważniały ich do wejścia na posesję i nie wpuszczenie ich groziło mandatem. Ale ponieważ my nic nie mieliśmy do ukrycia, plastikiem nie palimy, a i ogrzewanie gazowe też mamy, wpuściliśmy panów do środka. Panowie sporządzili protokół i poszli dalej na inspekcję. Mówili, że mogą pukać do domów od 6.00 do 22.00. Jak policja, kurde ;-) Niech się boją ci, którzy spalają śmieci i nie dbają o nasze środowisko i tak mocno zdewastowane przez ręce człowieka. 

A dziś szykuję się na uczelnię. To ostatni zjazd przed zakończeniem semestru więc tylko zaliczenia i wpisy. A potem - kolejny semestr rozpocznie się dopiero w marcu. Może znajdę w końcu czas na zaległe wyjścia ;-) 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59