Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
piątek, 03 sierpnia 2012

 Chłopak od wczoraj na budowie pracuje. Wszyscy jesteśmy z tego powodu zadowoleni, nawet sam pracujący, bo nadchodziły takie chwile, że jego półka w lodówce zaczynała przypominać pustynię.

 Jako wykwalifikowany cukiernik wykłada ocieplinę na rurach, które znajdują się na wspomnianej budowie. Musiał być naprawdę zdesperowany, że podjął się takiego zadania. Opowiada, że jest ciężko, ale da się przeżyć. Nosi z innymi ocieplinę po piętrach. W czasie upału, na otwartym terenie rozładowuje samochody z dostarczonym towarem. Mimo tego, że nie jest to szczyt jego marzeń, pracuje, mając nadzieję na ochłodzenie.

 Najważniejsze to wpaść w rytm pracy. Cieszę się, że chłopak w końcu ruszył tyłek sprzed konsoli bo to i dla niego lepsze doświadczenie, znowu zacznie być „na swoim”.

 A ja dzisiaj znów złożyłam kolejne CV w kilku miejscach. Ten upał mnie dobija, wróciłam do domu po czterech godzinach załatwiania spraw na mieście i nie wiedziałam jak się nazywam. Nie cierpię tak gorącego lata. Nie chce mi się nawet stukać w klawiaturę.

 

Tagi: pasierb praca
11:55, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2012

 Jest okropna i trudna do zniesienia, ale jakoś sobie z tym dajemy radę. Teść ma 71 lat, od 4 jest wdowcem. Prowadzi maleńki sklepik, który założył jeszcze z żoną w domu, w którym mieszkamy. Sklepik upada, ale dziadek jest niereformowalny; nawet mleka czy kawy nie da przestawić na inną półkę, bo „klient się przyzwyczaja”.

 Teść ma jedną przypadłość: lubi sobie wypić. W ciągu dnia jest to zazwyczaj piwko, wieczorem – flaszeczka z kolegami. Tata jest cukrzykiem, pijący tryb życia nie wpływa dobrze na jego stan zdrowia. Do tego dochodzi chyba pierwsze stadium demencji starczej. I o tym chcę dziś napisać posługując się kilkoma przykładami.

 Dziadkowi czasem giną pieniądze z kasy. Nie są to wielkie kwoty, ale jest wtedy manko. Próbowaliśmy z mężem zaobserwować kilka takich zjawisk i doszliśmy do wniosku, że tata po prostu nie nadaje się już do prowadzenia sklepu. Owszem, na początku były to sprawki Golasa, został nawet kilka razy przyłapany na gorącym uczynku. Ale teraz chłopak znika na całe dnie, poza tym są domownicy, nie sposób ukraść czegoś bez udziału świadków.

 Przykład sprzed kilku dni doskonale nakreśla jak niebezpieczne jest dla dziadka bycie samotnym człowiekiem. Otóż mąż przeszedł na stronę taty bo czegoś od niego chciał. Dodam, że mieszkamy w bliźniaku, chodzi się z pokoju do pokoju, z jednej części do drugiej. Taty nie było ani w sklepie, ani w jego pokoju. Za to na ladzie sklepowej, w centralnym miejscu leżał dziadka portfel. Otwarty. W środku plik setek, dowód osobisty, karta emeryta i inne duperele istotne dla starszego człowieka. Mąż się zdenerwował, portfel skubnął. Celowo. Poszedł dalej szukać ojca. Okazało się, że dziadek spędzał przyjemnie czas w ogrodzie, zajmując się roślinkami. Padło pytanie: „tato, gdzie masz swój portfel?”, szukanie po kieszeniach nic nie dało, teść zdezorientowany uśmiechnął się dopiero na widok swojej osobistej rzeczy w rękach syna. Na nic się zdały tłumaczenia, żeby staruszek się pilnował, dziadek z uśmiechem stwierdził tylko, że: „każdemu się może zdarzyć”. Ale jemu zdarza się to nagminnie, niestety.

 Kolejny przykład mieliśmy wczoraj. Była prawie awantura i posądzanie wszystkich domowników, nawet Małej. Ok. 15.30 wychodziłam na zajęcia, kiedy wróciłam okazało się, że w tym czasie dziadek wyjechał do przychodni, kiedy wrócił, stwierdził, że z kasy zginęło mu kilkanaście monet 5 zł, a papużki nimfy należące do teścia znajdowały się w naszym pokoju (nie mogą – my mamy koty) Ojciec od razu wysunął swoją teorię, że: tylko pojechał do lekarza, a ktoś wszedł od nas do jego części, zapomniał zamknąć drzwi, (wtedy to musiały przefrunąć papugi), ten ktoś złapał szybko plik piątek z kasy i uciekł.

 Teoria dziadka musiała zostać przeze mnie udowodniona. Po pierwsze: nie lubię bezpodstawnych oskarżeń, a po drugie: wiele razy tata sam chował gdzieś pieniądze ze strachu, albo okradał go kumpel od kieliszka. Zrobiłam więc zebranie w domu (bo ja jestem zwolenniczką zebrań) i poprosiłam chłopców o komisyjne pokazanie zawartości kieszeni i osobistych portfeli. Już przy samej obserwacji zachowania Młodego i Uszaka zauważyłam, że robią to bez stresu, nawet nie pytając w jakim to celu. Byli czyści. Potem „przesłuchałam” Małą, oczywiście zadając jej proste, acz treściwe pytania, ale dały mi jasność, że córka też u dziadka nie była. Potem poprosiłam ojca o nakreślenie faktów i zespoliłam z faktami, które przekazali mi chłopcy.

 Dziadek pojechał do przychodni o 15.00, ja wyszłam z domu o 15.30, w tym czasie na pewno nikt na jego stronę nie chodził. Ok. 15.40 z zeznań chłopców wynikało, że dziadek przyszedł do nich i pytał, czy jest jego najmłodszy wnuczek, Golas. Zorientował się, ze brak mu tych piątek. Wchodząc do nas musiał nie domknąć drzwi, papugi za swoim panem przeleciały do naszego pokoju, ale zdezorientowane usiadły na żyrandolu. Po powrocie do siebie teść zorientował się, że brakuje jego ptaszków, przyszedł znowu na naszą stronę i zauważył je pod sufitem. Ot i cała filozofia.

 Zostaliśmy nazwani złodziejami, wszyscy, bo usłyszałam, że to nawet ja mogłam wejść i te pieniądze skubnąć. Nie dał sobie wytłumaczyć, że przecież mógł się pomylić, że ktoś jakby chciał go okraść nie brałby samych monet, ale i banknoty. Nie dał sobie powiedzieć, że nie zamyka drzwi i że za każdym razem musimy mu zwracać uwagę, żeby nasze koty nie poszły sobie na polowanko. Wszyscy wokół byli winni, dziadek nie.

 Stwierdziłam, że nie ma co dyskutować. To już galopująca starość i trzeba teraz tylko tolerować i przytakiwać. Nie ma co walczyć z wiatrakami. Moja mama zawsze mówiła: „litości dla mnie na starość, bo starość jest okropna”. Nie dożyła jej. Mam starego teścia, muszę być dla niego bardzo litościwa i wyrozumiała.

Tagi: teść
07:30, sokramka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2012

 Tak, sama może nie jestem święta, ale od tego mam bloga, żeby ze swojego punktu widzenia ukazywać zjawiska, które się wokół mnie zdarzają. Nikt nie musi się ze mną zgadzać.

 Pasierb mój najstarszy nie pracuje od maja bieżącego roku, czyli w zasadzie od tego samego czasu co ja. Ja do tej pory byłam na (chyba) czterech rozmowach kwalifikacyjnych, odbyłam kurs aktywizacji zawodowej i chodzę sprzątać za marne grosze, ale robię c o ś. Natomiast mój 23 letni pasierb całymi dniami siedzi przed komputerem. Wstaje o 10.00 i 12 godzin spędza nad swoją konsolą, albo przy komputerze mojego Młodego, jak mu pozwoli. Dziś pobił chyba swój własny rekord w pomysłowości ponieważ robił notatki ze strategii gry słuchając „wykładu” na YouTube.

 Nie odzywam się już bo moje słowa nie docierają, a poza tym mam klosz – kiedy zakładam nie widzę problemu, ale kiedy przychodzą rachunki za prąd ten problem (chciał nie chciał) pojawia się. Za chwilę chłopak nie będzie miał z czego żyć i za co jeść. Ale to tak naprawdę nie powinno mnie obchodzić. Ja mu nie pożyczę, nie mam z czego, mogę co najwyżej podzielić się miską zupy. (Wg zasady ustalonej dawno temu: każdy tworzy osobną jednostkę rodzinną, zrzucamy się tylko na rachunki).

 Nie umiem zrozumieć postępowania tego młodego chłopaka. Ma dziewczynę, zachcianki no i obowiązki w postaci dokładania się do domowego budżetu. Nie wybielam się, bo również popełniam błędy, jestem bez stałej pracy, ale staram się nie być pasożytem i co najważniejsze dbać o moich najbliższych. Sprzątam, gotuję, piorę, pilnuję Małej, wspieram Młodego. Dbam o dom. A Uszak nawet ostatnimi czasy u siebie nie odkurza.

 Chłopak z takim wykształceniem, młody, bez zobowiązań spokojnie mógłby znaleźć sobie zajęcie na miarę swoich możliwości. Jego wadą jest głupi upór. Zaparł się na jedną firmę, w której właśnie w maju tego roku nie przedłużyli mu umowy próbnej. Może się nie sprawdził? Nie wiem. W każdym razie on tłumaczył to tym, że wstrzelił się w niewłaściwy okres i nie było dla niego zajęcia. Przykro mi, ale nie wierzę.

 Uszak jeździ do tej firmy średnio raz w tygodniu od maja do dnia dzisiejszego i prosi się o pracę. Ja na jego miejscu już dawno bym sobie dała spokój – nie chcą mnie to szukam pracy gdzie indziej. No, ale może to jego metoda. W końcu zarabiał tam w okolicach średniej krajowej.

 Rozmowy też już nic nie dają. On niby wszystko rozumie, zdaje sobie sprawę z konsekwencji braku pracy – tak dla siebie, jak i dla domu. Chłopak nie robi nic, żeby swój status polepszyć. Nawet nie jest zarejestrowany w UP. „Bo się nie opłaca, bo przecież zaraz mnie przyjmą gdzieś, bo kazali przyjść za dwa tygodnie”

 Z jednej strony jestem wkurzona na tego chłopaka, a z drugiej strony ogromnie mi go żal. Nie miał go kto nauczyć odpowiedzialności. Bo tego przecież trzeba się nauczyć . Jesteśmy sami odpowiedzialni za to, co robimy.

Tagi: pasierb praca
20:51, sokramka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lipca 2012

 Od wczoraj, tj. od piątku zaczęłam prace społeczno – użyteczne. Polega to na tym, że zawieram kontrakt z Opieką Społeczną na określony czas i jako osoba bezrobotna idę sobie „dorobić” wykonując wszelkie prace związane z pomocą. I tak np. wczoraj sprzątałam kuchnię szkolną wraz z innymi, dwoma paniami zatrudnionymi na tych samych zasadach. Pieniądz z tego nie jest wielki, ale najważniejsze, że jest. Mam do wypracowania 40 godzin w miesiącu, stawka wynosi 7,50 na rękę.

 Dopóki nie znajdę stałego zajęcia będę te prace wykonywać. Potrzebne mi są pieniądze i dany rytm dnia. Jak na razie w trakcie poszukiwań pracy docieram tylko do etapu rozmowy kwalifikacyjnej. Później jest porażka. Ale wolę tak nie myśleć i pisać bo mnie ostatnio moja przyjaciółka zrugała za takie pesymistyczne podejście do sprawy.

 Pracuję z jedną młodą dziewczyną, która dopiero co skończyła średnią szkołę oraz starsza panią, która ma kilka miesięcy do emerytury. Obie nie mogły się zdziwić, że ja – tyluletnia sekretarka, fakturzystka, pomoc księgowej nie mogę znaleźć dla siebie stanowiska. Ano nie mogę. Biurwy mają zawsze najgorzej. Później pojawiły się dyskusje o sytuacji w Polsce i ja się po angielsku zaczęłam wycofywać. Nie lubię rozmów o polityce w miejscu pracy, a szczególnie przy pierwszym spotkaniu.

 Po czterech godzinach wróciłam do domu i zdychałam z powodu upału. Podczas takiej aury zupełnie nie wiem jakie gotować dzieciom obiady. Nic się nie chce; ani jeść, ani tej żywności przyrządzać.

 A teraz wpis dla ludzi o mocnych nerwach. Ja już swoje nerwy zjadłam od środka więc piszę zupełnie bez emocji, na sucho. Oczywiście to żart, ale problem dotyczy Golasa. Wstałam w nocy ok. 1.00 na siusiu. Zaspana podążałam w kierunku łazienki, ale już po chwili byłam totalnie obudzona. Otrzeźwił mnie smród jaki unosił się od przedpokoju do kuchni wyziewający oczywiście z „gabinetu” mojego najmłodszego pasierba. Domyślam się, że w czasie upału jego stopy kisiły się w starych butach oraz noszonych kilka dni skarpetach. Nie umiem opisać tego, co opanowało nasze mieszkanie. Mój Młody oraz Uszak nie spali i własnymi metodami próbowali wietrzyć chałupę. Najgorsze jest to, że Golas ma wydzielony swój pokój na terenie kuchni. Czasem człowiek nie jest w stanie wziąć cokolwiek z lodówki.

 Dziś rano oczywiście Golas zniknął. Traktuje dom jak hotel, na przespanie. Unika konfrontacji, nie odbiera telefonów od ojca, nie chce zmian. Jego reakcją na zniszczone podczas domowego wypadku drzwi przesuwne, było zawieszenie jakiejś szmaty znalezionej na strychu. Okropność. Ale uwaga: mam klosz, nie denerwuję się, wezmę zielona herbata, włożę do buzi i naciągammmmmmmmm.

Tagi: pasierb praca
08:46, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2012

 Nie wiem jak zacząć, bo mnie wczoraj szlag trafił jak usłyszałam co się stało. Wieczorem wróciłam z zajęć i Szanowny zaczął mi opowiadać koniec historii kotów, które należały do jego szwagra.

 Wszystko zaczęło się parę dni temu, kiedy to mąż siostry Szanownego postanowił zlikwidować swoją „kociarnię”, składającą się z kotki – matki, jej czterech małych, kocura i sędziwej, wysterylizowanej już kotki. Starą postanowił oszczędzić, a resztę kotów wsadził do samochodu i wywiózł ok. 5 km za dom, pod las. Otworzył drzwi i wyrzucił jak śmiecie. Skąd te wieści? Ano stąd, że w tym procederze uczestniczył pracownik szwagra, który się temu sprzeciwiał, ale zbyt wiele nie miał do powiedzenia. Koty dla szwagra były podobno „zbyt dużym obciążeniem finansowym”. Ten pracownik ponoć chciał te koty zabrać do siebie, ale wola „pana” była niezmienna. Dodam, że pracownik mieszka na terenie posesji szwagra.

 Minął chyba tydzień z hakiem (tak, bo dziś jest wtorek, a szwagier koty wywiózł w zeszłą sobotę) a pracownik przyszedł do nas z płaczem (dorosły mężczyzna) i zaczął opowiadać ciąg dalszy kociej historii: Kocia matka, jako jedyna wróciła do domu. Do dziś się zastanawiamy z mężem w jaki sposób znalazła drogę do domu? Pies, kieruje się węchem, ale kot? Jakie musiała mieć parcie na powrót do domu, że po tygodniu trafiła z lasu, w którym została wyrzucona.

 Kotka wróciła z brzuchem. Szwagier wściekły, ale poddając się prośbom pracownika postanowił „dla świętego spokoju” zwierzę wysterylizować. Nie wiem, nie pytałam się żadnego weterynarza, czy możliwe jest w ogóle robienie zabiegu na ciężarnej kotce? Szwagier jest strasznym skąpcem i dusigroszem, „załatwił” podobno gdzieś darmowy zabieg sterylizacji. Tu również powstały wątpliwości, bo jeśli nawet zgłosimy się na taką operację i skłamiemy, że zwierzę jest bezdomne, to musimy mieć skierowanie od urzędu miasta na wykonanie bezpłatnego zabiegu, a potem zwierzę zostaje kilka dni w lecznicy. Kotka w niedzielę miała operację, wczoraj zdechła.

 Sama jestem właścicielką dwóch kotów. W domu rodzinnym miałam psa, kanarka. Co siedzi w głowie takich ludzi, że bez skrupułów pozbywają się żywych stworzeń jak śmieci? Mam na myśli nie tylko szwagra, ale i innych, którzy przywiązują psy w lesie, wyrzucają z samochodu? Nie pojmuję tego i chyba nigdy nie pojmę. Do tego zastanawia mnie całkowicie bierna postawa siostry mojego męża, a żony tego oprawcy. Na próbę rozmowy w tym temacie pytała tylko: czy nie ma innych problemów do dyskusji.

 Szwagier wzbudzał kontrowersje od samego początku. Teściowie moi (i jego też) byli ponoć bardzo przeciwni małżeństwu ich córki z tym panem. Po pierwsze z powodów religijnych, a po drugie z powodów znajomości tej rodziny i ich usposobienia. Mąż został wielokrotnie oszukany przez szwagra i nie utrzymuje z nim jakichś zażyłych kontaktów.

Tagi: koty
08:11, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

 Wróciłam z rozmowy kwalifikacyjnej, która diametralnie różniła się od ostatniej, u pana szefa z „wesołym fotelikiem”. Przyjęły mnie dwie panie, na moje oko przedział wiekowy 32-40, rzeczowe, ale uśmiechnięte. Nie było idiotycznych pytań w stylu: „dlaczego pokrywy od studzienek kanalizacyjnych są okrągłe?”. Spotkanie trwało 15 minut; umiesz? potrafisz? znasz się? chcesz? Zadzwonimy w przeciągu dwóch dni, jeśli nie – to wiadomo. Od siebie dodałam tylko pytanie, na które panie wymieniły się spojrzeniami i znaczącą uśmiechnęły: "jeśli to nie jest tajemnica służbowa, chciałabym wiedzieć czy dużo ofert przyszło na to konkretne stanowisko?". Otrzymałam odpowiedź, że nie jest i one miały ponad 100 zgłoszeń, z czego wybrały do rekrutacji 30 pań. 

 Kiedy siedziałam na korytarzu czekając na spotkanie, obserwowałam przemieszczające się tam osoby – prawdopodobnie pracowników. Z moich obserwacji były to tzw. „białe kołnierzyki”. Faceci biegali po korytarzu z telefonami przy uchu, albo mijali się pośpiesznie, przekazując sobie tylko „znak pokoju”. Kobiet mało, a te, które utkwiły mi w pamięci siedziały za biurkami stukając pilnie w klawiaturę. Ogólnie panował tam „cichy szmer”, ja – wyczulona na wszelkiego rodzaju dźwięki postradałabym chyba zmysły w takiej atmosferze pracy. Na szczęście usłyszałam, że jeśli przejdę kolejny etap rekrutacji, pracę wykonywać będę w innym miejscu.  

 Oczywiście nie ustaję w dalszych poszukiwaniach, bo kot jak pilnował jednej dziury to z głodu zdechł. :)

Tagi: praca
16:45, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2012

 Mieliśmy wczoraj powód do rewolucji kuchennej w zakresie większego sprzątania. Golas ma wydzieloną część kuchni z oknem na swój pseudo pokój, mnie pozostaje część ślepa. Wejściem do jego pokoju były drzwi przesuwane, które Golas sobie sam zakładał z pomocą ojca (pokój istnieje od jakichś trzech lat). Wczoraj staliśmy we czwórkę i dyskutowaliśmy namiętnie o jakichś sprawach. Mój Młody ze mną przy wejściu do kuchni, Uszak przy drzwiach do swojego pokoju, a Szanowny opierał się o przesuwane wejście do pokoju Golasa. Kiedy dyskusja się skończyła mój mąż odsunął się od drzwi, a one z hukiem opadły na środek kuchni lądując na zmywarce. Ponieważ w całym domu od kilku ładnych lat istnieją same prowizorki, konsekwencją tego zdarzenia było zniszczenie jednej z nich.

 Przesuwane drzwi pociągnęły za sobą kabel od Internetu ciągnący się przez prawie całe mieszkanie. Spadła drukarka, która stała na lodówce, rozsypała się na drobne, spadły również moje słoiki z dżemem truskawkowym, które robiłam w czerwcu, było ich 8 sztuk, ostało się 5.

 Na podłodze w kuchni przewalało się szkło zmieszane z lepiącą masą truskawkową. Po ścianach spływał truskawkowy dżem, a ja nie wiedziałam za co się najpierw zabrać, żeby zrobić porządek. W końcu zaczęliśmy sprzątać w trójkę, bo Uszak szybko uciekł do swojego pokoju.

 Dżem z rozbitym szkłem został zebrany na szufelkę. Drukarka zapewne będzie działać, bo Szanowny obejrzał sprzęt i powiedział, że „pacjent będzie żył”. Najbardziej rozbawił mnie stwierdzeniem, że nie żal mu tej drukarki, bo stara, nie żal mu drzwi rozbitych (miały lustro z jednej strony, bo były od szafy) ale najbardziej żal mu dżemików truskawkowych, których jest o 3 mniej. Jak dziecko. Powoli dochodzę do wniosku, że mój mąż naprawdę wchodzi w etap zdziecinnienia spowodowanego andropauzą. Nie skomentowałam.

 Golas nie wrócił na noc. Wstałam rano i po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam światło dzienne w kuchni. Dziwne wrażenie. Jestem ciekawa reakcji chłopaka na tę sytuację, bo stare drzwi nie dadzą się już założyć, a na pewno chciałby mieć znowu zamknięty azyl.

 Jestem okropna, wredna i świńska, ale ja najbardziej chciałabym, żeby się w końcu wyprowadził.

Tagi: pasierb
09:40, sokramka
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 lipca 2012

 Ta emerytowana nauczycielka matematyki, którą poleciła mi pani z opieki społecznej. Byłam wczoraj u niej na pierwszej lekcji. Na moje oko w wieku ok. 60 lat. Nie jest niepełnosprawna, jak ktoś błędnie mnie poinformował, ma tylko problemy z kręgosłupem, czeka ja operacja wstawienia implantów. Złapałyśmy nawet wspólny temat, bo jeśli u mnie nic się nie zmieni, to na starość też mogą mi grozić implanty.

 Mieszka w małej, komunalnej kamienicy. Mieszkanko jest niewielkie, ale przytulne. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy kawę, rozwiązywałyśmy zadania i czasem przeklinałyśmy.

 Pani ma tak fantastyczne podejście do człowieka, że przypomina mi się tylko jedna nauczycielka z dziecinnych lat o takim usposobieniu: moja matematyczka z podstawówki, pani Basia. Ogrom cierpliwości i wyrozumiałość, a jednocześnie możliwie najlepszy sposób przekazania posiadanej wiedzy. To właśnie wspólne cechy łączące te dwie panie.

 Kiedy byłam mała i mieszkałam jeszcze z ojcem, podczas odrabiania lekcji siedział ze mną właśnie on. Nie wiem dlaczego był taki podział ról, miałam przecież lepszy kontakt z mamą. Może to właśnie mama zainicjowała te spotkania przy lekcjach? Żeby się ojciec „wykazał”, albo żeby się ojciec poczuł rodzicem w pełni? W każdym razie ja bardzo nie chciałam siedzieć z nim przy odrabianiu lekcji. Miał taki dziwny, złośliwy stosunek do pracy z dzieckiem.

 Pamiętam jak dziś, właśnie zadaną pracę z matematyki, ojciec siedział nade mną i pytał: „no nie wiesz ile to jest? Pomyśl, to zadanie dla głupków”, kiedy w końcu zgadłam wynik ojciec postanowił mi wbić jeszcze szpileczkę pytając: „a jesteś tego pewna? To na pewno dobry wynik?” miałam mętlik w głowie. Tak było zawsze. Ojciec nigdy mnie nie chwalił, zawsze uważał, że ja powinnam wszystko umieć śpiewająco. Może dlatego w szkole podstawowej byłam przez pewien czas prymuską, żeby nie przesiadywać z ojcem nad lekcjami, a potem rodzice się rozstali, przestał mieć wreszcie nade mną kontrolę, ale o tym już kiedyś pisałam….

 Wracając do emerytowanej matematyczki; nawet przyzwyczajenia ma do dzisiaj nauczycielskie: w moim zeszycie poprawia mi wszystko na czerwono, a jak chce coś podkreślić, albo wytłumaczyć, używa koloru zielonego. Kiedy do niej przyszłam zapytała czy mam poduszki w spodniach, bo ona strasznie krzyczy i bije swoich uczniów. Ma ogromne poczucie humoru. Z czułością wspomina swoich byłych uczniów, nawet tych, którzy już są dorośli – musi posiadać duży autorytet skoro tyle lat ludzie o niej pamiętają.

 No i przede wszystkim nie ma strachu przed brakiem wiedzy u tej pani. Matematyka jest do polubienia, ale trzeba ją zrozumieć, a żeby zrozumieć trzeba pytać. Tutaj każde pytanie, ma odpowiedź. Nie ma głupich pytań, pani jest w stanie odpowiedzieć na każde: „dlaczego”.

 Lubię spotykać na swojej drodze osoby, które mają pasję, są szczere, uśmiechnięte i skromne. Drażnią mnie ludzie (i chyba się boję z nimi obcować), którzy prą do przodu mimo wszystko, a nade wszystko na pierwszym miejscu stawiają własne „ja”. To znaczy obnoszą się ze swoimi działaniami, są aroganccy wobec świata i nieuprzejmi. Być może to naiwne, ale jednak mam więcej znajomych o dużej dawce skromności niż tych, którzy chcą być panami świata.

 Mam nadzieję, że współpraca z tą panią przyniesie oczekiwane skutki.

środa, 18 lipca 2012

 Są okropne. To znaczy okropność ich polega na tym, że zanikła gdzieś ta dawna nić porozumienia. Codziennych rozmów nie ma, a nawet jeśli istnieją to dotyczą spraw naszych kotów. W kwestii wychowania dzieci zazwyczaj jest monolog z mojej strony, natomiast w sprawach pieniędzy i biedy w jakiej żyjemy pojawiają się kłótnie.

 Wczoraj znowu jedno słowo wywołało lawinę wymiany niepotrzebnych zdań. Przyznaję, że bywam furiatką, a mój mąż nie jest z tych co się lubią kłócić. Albo wsadzi szpilkę pod żebro, albo się nie odzywa. Poszło o pieniądze. Oderwała się nam rączka od kabiny prysznicowej, pokazałam mężowi, bo to już druga zepsuta w tym miesiącu. Stwierdził: „jak się kupuje chłam za grosze to tak później bywa” (kabina była kupowana dwa lata temu, przy remoncie łazienki). Ja musiałam dodać swoje trzy grosze, teraz żałuję, że się w ogóle uniosłam, bo skwitowałam: „jak się zarabia śmieszne pieniądze to i na dobrą kabinę nie stać”. No i się zaczęło. On mi: „jak się nie pracuje, to nie ma kasy”, ja jemu: „ojcem rodziny jesteś? Poczuj odpowiedzialność finansową”, on mi: „chciałyście równouprawnienia? To teraz do roboty”, od słowa do słowa poczułam się obrzydliwie.

 Nie mogę zdzierżyć, że mój mąż, nawet jeśli nie myśli o tych sprawach poważnie i znosi moje bezrobocie w ciszy duszy, potrafi wcisnąć mi raz na jakiś czas szpileczkę o tym, że bardzo niedobrze, że nie pracuję. Bo przeze mnie jest bieda, bo przeze mnie nie możemy wyjść z długów, bo to wszystko moja wina. Niby nie powie mi tego wprost, ale dokuczyć potrafi. Jeśli tylko wchodzę na temat jego najmłodszego syna, Golasa, w ten sam sposób podkreślając, że nie pracuje, nie dokłada się do „domowego”, nie sprząta, a czasem ukradnie, od razu słyszę, że „mam schizy” na punkcie tego chłopaka, albo zastaję zmianę tematu.

 Jako „zawodowa” samotna matka (siedmioletnie i nadal, doświadczenie przy własnym synu) czuje ogromną odpowiedzialność w wychowaniu moich dzieci. Za wszystko odpowiadam głową, pilnuję, żeby Małej się nic nie stało kiedy wyjeżdża rowerem na uliczki z koleżankami. Wkładam jej do głowy zasady dobrego wychowania, uczę, że o takiej i takiej godzinie ma się pojawić w domu, chcę, żeby znała swoje granice i możliwości. Przyjeżdża mój mąż z pracy i praktycznie wszystko burzy. Dla niego jest tylko zabawa i brak ograniczeń godzinowych. Totalna anarchia.

 Czuję na plecach taki niewidzialny oddech mojego męża, że jednak przez te 11 lat bycia razem przyzwyczaił się do żony, która trzyma w garści cały dom, jego, nasze dziecko, jego dzieci też, potrafi zadbać o finanse bo sama ma ich dużo, a teraz nagle medal się odwrócił i on nie może sobie z tą sytuacją dać rady. Kiedy był ze swoją pierwszą żoną, to on musiał pilnować porządku domowego, choć równie ciężko pracował, ale zarabiał kilkakrotnie więcej. SS malowała pazury i opalała się na podwórku. Chłopcy samopas puszczeni, czekali tylko kiedy tata wróci z pracy. Rachunki domowe, większe zakupy, za to wszystko odpowiedzialny był mój mąż. Teraz tego nie musi. W naszym związku od tego zawsze byłam ja. To ja musze mieć kwadratowy łeb, jak z pensji 2.000,00 i alimentów 500,00 na mojego syna, utrzymać czteroosobową rodzinę. Do tego dochodzą mieszkający wspólnie i korzystający ze wspólnych mediów dwaj niepracujący moi pasierbowie. Dobrze, że ich żywić nie muszę, ale u Uszaka zaraz się oszczędności skończą i zapewne przyjdzie podpytać czy może przyjść na miskę zupy. Cholera jasna, będę wredną macochą i odmówię. Przestanę się litować nad dorosłymi facetami bo nade mną nikt się nie lituje. Mimo wymagań jakie stawiam domownikom, każdemu się wydaje, że ja nie mogę zejść z roli w jaką weszłam te kilkanaście lat temu. Mam być ciągle silną fest – babką od załatwiania brudnej roboty, czarnych myśli i rozwiązywania problemów. A kto rozwiąże moje problemy? Może rzeczywiście wrednym sukom jest łatwiej z życiu? Może tak naprawdę powinnam zacząć sobie malować pazury, położyć się plackiem na podwórku i lekceważyć wszystkich dokoła.

Tagi: Mąż
10:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012

Tak naprawdę nie do końca.

 Mam poprawione moje CV przez doradcę zawodowego, tego samego, który z nami prowadził warsztaty aktywizacyjne. Fantastyczna babka! Jestem jej wdzięczna za to, że potrafiła wyzwolić we mnie pozytywną energię i uwierzyć w swoje możliwości. Poza tym dzięki niej będę miała zajęcia z emerytowaną nauczycielką matematyki, która pozwoli mi przygotować się do poprawki w sierpniu. Może wtedy te cholerne dwa punkty, które przeszkodziły mi zaliczyć egzamin w tym roku, przełknę jak bułkę z masłem? Zasada współpracy z nauczycielką polega na wolontariacie. Opieka społeczna organizuje jej pomoc w postaci sprzątania, zakupów, drobnych napraw w domu (kobieta ma problemy z chodzeniem), a ona w zamian udziela korepetycji z matematyki. Super układ.

 Dostałam również z opieki społecznej doładowanie karty miejskiej do końca l i s t o p a d a. Mogę sobie teraz jeździć do woli po mieście w poszukiwaniu pracy. Wstaję codziennie rano, myję się, ubieram, maluję, chcę prowadzić taki tryb życia jakbym tę pracę miała. Boję się zagłębić w lenistwo, marazm, zniechęcenie. I tak teraz wynalazłam sobie robotę przy maszynie więc muszę być czasowo ogarnięta.

 Z wieści urzędowych: pani SS w końcu zostanie wymeldowana. Byłam wczoraj w urzędzie dowiedzieć się czy teść musi stawić się osobiście na wezwanie, w celu przejrzenia zgromadzonych dokumentów w sprawie. Pani zaprzeczyła. Dostałam również informację, że SS była, przyznała się, że nie mieszka i na podstawie tego oraz zeznań sąsiadów zostanie wydana decyzja o wymeldowaniu jej. A tak się odgrażała, żeby je pokój szykować bo ona tu wracać będzie…

 Wszystko układa się w jednolitą całość. Małe elementy puzzli układają się tak jak powinny. Jeszcze tylko kilka ważnych części musi się złożyć w całość. Zresztą, jak się nic nie dzieje to jest źle. Lubię jak sprawy nabierają rozpędu, jak trzeba czegoś dopilnować, załatwić, poszukać. W przeciwieństwie do mojego męża; on chciałby, żeby jego życie było spokojne, bez wrażeń, może nawet całkiem jałowe, żeby nie musiał się niczym martwić, przejmować.

 Czytam i czytam. Nadrabiam zaległości, które powstały podczas przygotowywania się do egzaminów. Pamiętam, że dawnymi czasy zdarzały się takie lata, kiedy nie otworzyłam żadnej książki. Nie było na to czasu. Teraz znów chłonę lektury, w autobusie, w łazience, pilnując kąpiącej się Małej, przed snem. Warto. Cieszę się, że „nauczyłam książek” moje dzieci. Młody chce się zapisać do osiedlowej biblioteki; z racji braku pracy, a co za tym idzie przypływu gotówki, nie mam mu za co kupować czytadeł. Mała na razie słucha jak czytam jej, ale widzę, że lubi sama składać litery w wyrazy i typowo dziecięce pozycje podczytuje sama.

 Nawiązując jeszcze do tematu pasożyta Golasa, po wczorajszym spotkaniu z przyjaciółką i przegadaniu babskich tematów, postanowiłam nałożyć ten znamienny klosz i od dziś wyłączam gaz. Najzwyczajniej nie będzie ciepłej wody. Nie ukrywam, że moja przyjaciółka trochę mnie podbuntowała, ale to tylko wyjdzie na dobre sprawie ponieważ ona uświadomiła mi, że tak naprawdę mój mąż daje mi wolną rękę do działań. Na podstawie moich opowieści co do postępowania wobec jego dzieci dawniej i dziś. Jeśli ojciec nie potrafi radykalnie zmienić przyzwyczajeń swojego synka do darmochy domowej, ja skutecznie będę chłopakowi to życie utrudniać. Już i tak jestem posądzana o bycie wredną macochą, przynajmniej teraz będę wiedziała, że sobie na takie miano w pełni zasłużyłam.

 Niedawno koleżanka podesłała mi link do forum, gdzie kobieta pytała się „ile ma żądać od swojego dorosłego syna za mieszkanie?”. Wywiązała się burzliwa dyskusja ponieważ jak się potem okazało, syn jest pasożytem i do tego alkoholikiem. Większość doradzała matce pozbycie się syna z domu, ale ona była daleka od tej decyzji, bała się co się stanie jak synuś sobie nie poradzi. Śmiem twierdzić, że takie obawy ma również mój mąż. Nie pozbędzie się syna – złodzieja z domu, bo: „gdzie on się wyprowadzi? Jak on sobie poradzi? A jak wróci z policją i powie, że go z własnego domu wyrzuciłem?”.

 Czytając tę forumową polemikę dotknęło mnie jeszcze jedno zdanie, napisane przez osobę, która właściwie wypowiadała się dosyć konstruktywnie: „Pewnie w końcu spoważnieje, na dobre dorośnie, on ma dopiero 21 lat.DOPIERO? Dla mnie 21 lat to JUŻ, no chyba, że ktoś swoje dzieci wychowuje właśnie na roszczeniowych pasożytów i do 40 roku życia chce fundować dziecięciu studia, darmowe mieszkanie, wikt i opierunek.

 Nie jestem za wychowywaniem dzieci w otoczeniu wszystkiego co dostępne, podane na talerzu. Dziecko musi nauczyć się życia na podstawie własnych doświadczeń. To tak jak się mądrze mówi: nie dawaj mu ryby, daj mu wędkę, niech sam ją złowi. Najpierw wytłumacz, pokaż, wyjaśnij, sparzy się? Nic nie szkodzi, następnym razem będzie uważać.

 Mała ma teraz na wakacje kolegę, który przyjechał do siostry mojego męża aż z drugiego końca Polski. Chłopczyk ma 8 lat, moja córka 6,5. Chłopczyk nie umie jeździć na rowerze – moja córka śmiga jak strzała, tamten nie wie co to hulajnoga – moja córka śmiga jak strzała, tamten siedzi całymi dniami przed komputerem – moja Mała nie usiedzi kilku minut w domu jak ma możliwość wyjścia na podwórko. Dochodzi do tego, że z Chłopczykiem nikt się nie chce bawić, Mała próbowała go wtopić w swoje towarzystwo, ale i on nie bardzo chciał i reszta dzieci go nie akceptowała. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia jego zachowania; jest bardzo zarozumiały, wysławia się po dorosłemu, ale jednocześnie nie zna elementarnych zasad dobrego wychowania. Nie powie „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”. Siostra męża tłumaczy takie zachowanie „wychowaniem przez samych dorosłych”, a ja śmiem się nie zgodzić! Nawet jeśli są sami dorośli w domu to nie problem zabrać dziecko na plac zabaw, nauczyć jazdy na rowerze, hulajnodze, tłumaczyć, że się trzeba witać z sąsiadami. Najwygodniej jest posadzić dziecko przed komputerem i mieć „problem z głowy”.

Ale się rozpisałam, a przecież wieje nudą....