Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 18 lipca 2012

 Są okropne. To znaczy okropność ich polega na tym, że zanikła gdzieś ta dawna nić porozumienia. Codziennych rozmów nie ma, a nawet jeśli istnieją to dotyczą spraw naszych kotów. W kwestii wychowania dzieci zazwyczaj jest monolog z mojej strony, natomiast w sprawach pieniędzy i biedy w jakiej żyjemy pojawiają się kłótnie.

 Wczoraj znowu jedno słowo wywołało lawinę wymiany niepotrzebnych zdań. Przyznaję, że bywam furiatką, a mój mąż nie jest z tych co się lubią kłócić. Albo wsadzi szpilkę pod żebro, albo się nie odzywa. Poszło o pieniądze. Oderwała się nam rączka od kabiny prysznicowej, pokazałam mężowi, bo to już druga zepsuta w tym miesiącu. Stwierdził: „jak się kupuje chłam za grosze to tak później bywa” (kabina była kupowana dwa lata temu, przy remoncie łazienki). Ja musiałam dodać swoje trzy grosze, teraz żałuję, że się w ogóle uniosłam, bo skwitowałam: „jak się zarabia śmieszne pieniądze to i na dobrą kabinę nie stać”. No i się zaczęło. On mi: „jak się nie pracuje, to nie ma kasy”, ja jemu: „ojcem rodziny jesteś? Poczuj odpowiedzialność finansową”, on mi: „chciałyście równouprawnienia? To teraz do roboty”, od słowa do słowa poczułam się obrzydliwie.

 Nie mogę zdzierżyć, że mój mąż, nawet jeśli nie myśli o tych sprawach poważnie i znosi moje bezrobocie w ciszy duszy, potrafi wcisnąć mi raz na jakiś czas szpileczkę o tym, że bardzo niedobrze, że nie pracuję. Bo przeze mnie jest bieda, bo przeze mnie nie możemy wyjść z długów, bo to wszystko moja wina. Niby nie powie mi tego wprost, ale dokuczyć potrafi. Jeśli tylko wchodzę na temat jego najmłodszego syna, Golasa, w ten sam sposób podkreślając, że nie pracuje, nie dokłada się do „domowego”, nie sprząta, a czasem ukradnie, od razu słyszę, że „mam schizy” na punkcie tego chłopaka, albo zastaję zmianę tematu.

 Jako „zawodowa” samotna matka (siedmioletnie i nadal, doświadczenie przy własnym synu) czuje ogromną odpowiedzialność w wychowaniu moich dzieci. Za wszystko odpowiadam głową, pilnuję, żeby Małej się nic nie stało kiedy wyjeżdża rowerem na uliczki z koleżankami. Wkładam jej do głowy zasady dobrego wychowania, uczę, że o takiej i takiej godzinie ma się pojawić w domu, chcę, żeby znała swoje granice i możliwości. Przyjeżdża mój mąż z pracy i praktycznie wszystko burzy. Dla niego jest tylko zabawa i brak ograniczeń godzinowych. Totalna anarchia.

 Czuję na plecach taki niewidzialny oddech mojego męża, że jednak przez te 11 lat bycia razem przyzwyczaił się do żony, która trzyma w garści cały dom, jego, nasze dziecko, jego dzieci też, potrafi zadbać o finanse bo sama ma ich dużo, a teraz nagle medal się odwrócił i on nie może sobie z tą sytuacją dać rady. Kiedy był ze swoją pierwszą żoną, to on musiał pilnować porządku domowego, choć równie ciężko pracował, ale zarabiał kilkakrotnie więcej. SS malowała pazury i opalała się na podwórku. Chłopcy samopas puszczeni, czekali tylko kiedy tata wróci z pracy. Rachunki domowe, większe zakupy, za to wszystko odpowiedzialny był mój mąż. Teraz tego nie musi. W naszym związku od tego zawsze byłam ja. To ja musze mieć kwadratowy łeb, jak z pensji 2.000,00 i alimentów 500,00 na mojego syna, utrzymać czteroosobową rodzinę. Do tego dochodzą mieszkający wspólnie i korzystający ze wspólnych mediów dwaj niepracujący moi pasierbowie. Dobrze, że ich żywić nie muszę, ale u Uszaka zaraz się oszczędności skończą i zapewne przyjdzie podpytać czy może przyjść na miskę zupy. Cholera jasna, będę wredną macochą i odmówię. Przestanę się litować nad dorosłymi facetami bo nade mną nikt się nie lituje. Mimo wymagań jakie stawiam domownikom, każdemu się wydaje, że ja nie mogę zejść z roli w jaką weszłam te kilkanaście lat temu. Mam być ciągle silną fest – babką od załatwiania brudnej roboty, czarnych myśli i rozwiązywania problemów. A kto rozwiąże moje problemy? Może rzeczywiście wrednym sukom jest łatwiej z życiu? Może tak naprawdę powinnam zacząć sobie malować pazury, położyć się plackiem na podwórku i lekceważyć wszystkich dokoła.

Tagi: Mąż
10:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lipca 2012

Tak naprawdę nie do końca.

 Mam poprawione moje CV przez doradcę zawodowego, tego samego, który z nami prowadził warsztaty aktywizacyjne. Fantastyczna babka! Jestem jej wdzięczna za to, że potrafiła wyzwolić we mnie pozytywną energię i uwierzyć w swoje możliwości. Poza tym dzięki niej będę miała zajęcia z emerytowaną nauczycielką matematyki, która pozwoli mi przygotować się do poprawki w sierpniu. Może wtedy te cholerne dwa punkty, które przeszkodziły mi zaliczyć egzamin w tym roku, przełknę jak bułkę z masłem? Zasada współpracy z nauczycielką polega na wolontariacie. Opieka społeczna organizuje jej pomoc w postaci sprzątania, zakupów, drobnych napraw w domu (kobieta ma problemy z chodzeniem), a ona w zamian udziela korepetycji z matematyki. Super układ.

 Dostałam również z opieki społecznej doładowanie karty miejskiej do końca l i s t o p a d a. Mogę sobie teraz jeździć do woli po mieście w poszukiwaniu pracy. Wstaję codziennie rano, myję się, ubieram, maluję, chcę prowadzić taki tryb życia jakbym tę pracę miała. Boję się zagłębić w lenistwo, marazm, zniechęcenie. I tak teraz wynalazłam sobie robotę przy maszynie więc muszę być czasowo ogarnięta.

 Z wieści urzędowych: pani SS w końcu zostanie wymeldowana. Byłam wczoraj w urzędzie dowiedzieć się czy teść musi stawić się osobiście na wezwanie, w celu przejrzenia zgromadzonych dokumentów w sprawie. Pani zaprzeczyła. Dostałam również informację, że SS była, przyznała się, że nie mieszka i na podstawie tego oraz zeznań sąsiadów zostanie wydana decyzja o wymeldowaniu jej. A tak się odgrażała, żeby je pokój szykować bo ona tu wracać będzie…

 Wszystko układa się w jednolitą całość. Małe elementy puzzli układają się tak jak powinny. Jeszcze tylko kilka ważnych części musi się złożyć w całość. Zresztą, jak się nic nie dzieje to jest źle. Lubię jak sprawy nabierają rozpędu, jak trzeba czegoś dopilnować, załatwić, poszukać. W przeciwieństwie do mojego męża; on chciałby, żeby jego życie było spokojne, bez wrażeń, może nawet całkiem jałowe, żeby nie musiał się niczym martwić, przejmować.

 Czytam i czytam. Nadrabiam zaległości, które powstały podczas przygotowywania się do egzaminów. Pamiętam, że dawnymi czasy zdarzały się takie lata, kiedy nie otworzyłam żadnej książki. Nie było na to czasu. Teraz znów chłonę lektury, w autobusie, w łazience, pilnując kąpiącej się Małej, przed snem. Warto. Cieszę się, że „nauczyłam książek” moje dzieci. Młody chce się zapisać do osiedlowej biblioteki; z racji braku pracy, a co za tym idzie przypływu gotówki, nie mam mu za co kupować czytadeł. Mała na razie słucha jak czytam jej, ale widzę, że lubi sama składać litery w wyrazy i typowo dziecięce pozycje podczytuje sama.

 Nawiązując jeszcze do tematu pasożyta Golasa, po wczorajszym spotkaniu z przyjaciółką i przegadaniu babskich tematów, postanowiłam nałożyć ten znamienny klosz i od dziś wyłączam gaz. Najzwyczajniej nie będzie ciepłej wody. Nie ukrywam, że moja przyjaciółka trochę mnie podbuntowała, ale to tylko wyjdzie na dobre sprawie ponieważ ona uświadomiła mi, że tak naprawdę mój mąż daje mi wolną rękę do działań. Na podstawie moich opowieści co do postępowania wobec jego dzieci dawniej i dziś. Jeśli ojciec nie potrafi radykalnie zmienić przyzwyczajeń swojego synka do darmochy domowej, ja skutecznie będę chłopakowi to życie utrudniać. Już i tak jestem posądzana o bycie wredną macochą, przynajmniej teraz będę wiedziała, że sobie na takie miano w pełni zasłużyłam.

 Niedawno koleżanka podesłała mi link do forum, gdzie kobieta pytała się „ile ma żądać od swojego dorosłego syna za mieszkanie?”. Wywiązała się burzliwa dyskusja ponieważ jak się potem okazało, syn jest pasożytem i do tego alkoholikiem. Większość doradzała matce pozbycie się syna z domu, ale ona była daleka od tej decyzji, bała się co się stanie jak synuś sobie nie poradzi. Śmiem twierdzić, że takie obawy ma również mój mąż. Nie pozbędzie się syna – złodzieja z domu, bo: „gdzie on się wyprowadzi? Jak on sobie poradzi? A jak wróci z policją i powie, że go z własnego domu wyrzuciłem?”.

 Czytając tę forumową polemikę dotknęło mnie jeszcze jedno zdanie, napisane przez osobę, która właściwie wypowiadała się dosyć konstruktywnie: „Pewnie w końcu spoważnieje, na dobre dorośnie, on ma dopiero 21 lat.DOPIERO? Dla mnie 21 lat to JUŻ, no chyba, że ktoś swoje dzieci wychowuje właśnie na roszczeniowych pasożytów i do 40 roku życia chce fundować dziecięciu studia, darmowe mieszkanie, wikt i opierunek.

 Nie jestem za wychowywaniem dzieci w otoczeniu wszystkiego co dostępne, podane na talerzu. Dziecko musi nauczyć się życia na podstawie własnych doświadczeń. To tak jak się mądrze mówi: nie dawaj mu ryby, daj mu wędkę, niech sam ją złowi. Najpierw wytłumacz, pokaż, wyjaśnij, sparzy się? Nic nie szkodzi, następnym razem będzie uważać.

 Mała ma teraz na wakacje kolegę, który przyjechał do siostry mojego męża aż z drugiego końca Polski. Chłopczyk ma 8 lat, moja córka 6,5. Chłopczyk nie umie jeździć na rowerze – moja córka śmiga jak strzała, tamten nie wie co to hulajnoga – moja córka śmiga jak strzała, tamten siedzi całymi dniami przed komputerem – moja Mała nie usiedzi kilku minut w domu jak ma możliwość wyjścia na podwórko. Dochodzi do tego, że z Chłopczykiem nikt się nie chce bawić, Mała próbowała go wtopić w swoje towarzystwo, ale i on nie bardzo chciał i reszta dzieci go nie akceptowała. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia jego zachowania; jest bardzo zarozumiały, wysławia się po dorosłemu, ale jednocześnie nie zna elementarnych zasad dobrego wychowania. Nie powie „dzień dobry”, „dziękuję”, „przepraszam”. Siostra męża tłumaczy takie zachowanie „wychowaniem przez samych dorosłych”, a ja śmiem się nie zgodzić! Nawet jeśli są sami dorośli w domu to nie problem zabrać dziecko na plac zabaw, nauczyć jazdy na rowerze, hulajnodze, tłumaczyć, że się trzeba witać z sąsiadami. Najwygodniej jest posadzić dziecko przed komputerem i mieć „problem z głowy”.

Ale się rozpisałam, a przecież wieje nudą....

 

 

 

środa, 11 lipca 2012

 Wczorajsza moja wizyta u lekarza pierwszego kontaktu wzbudziła we mnie refleksję na temat działalności całej państwowej służby zdrowia. Otóż, po pierwsze: żeby dostać receptę na lek, który przyjmuję codziennie, musiałam się zapisać na wizytę. Wizyta pacjenta w grafiku lekarza trwa „ustawowe” 15 minut. Dużo więc tych pacjentów taki lekarz nie naprzyjmuje podczas, powiedzmy, czterogodzinnej pracy w publicznej placówce. Potem pod gabinetem wciągnęłam się w dyskusję ze starszą panią, dla której chciałam być miła i w końcu ją przepuściłam. Było to dla mnie zgubne posunięcie; pani weszła zamiast na 15 minut to na 40.

 Na szybką wizytę u specjalisty tez nie ma co liczyć; ja mam dopiero termin na koniec przyszłego tygodnia. Oczywiście idę tylko po receptę. Kiedyś mogłam zostawić w recepcji karteczkę z nazwą leku i następnego dnia tę receptę sobie odebrać, a dziś muszę się zapisywać na wizytę i nie ważne czy to kontrolne badanie czy wypisanie recepty.  

 No cóż, dziś natomiast miałam wizytę u lekarza medycyny pracy w celu wydania zaświadczenia potrzebnego do UP na potrzeby zatrudnienia mnie przy opisywanych przeze mnie niedawno pracach społeczno – użytecznych. Przychodnia aż pachniała nowoczesnością, kontrakt z NFZ oczywiście podpisany, ale widać, że to już inne standardy pracy. Pokój lekarza medycyny pracy w pełni wyposażony w klimatyzację, na korytarzu wejścia do gabinetów z każdej specjalizacji osobno, a recepcjonistki oraz obsługa administracyjna wiekowo na moje oko do 28 lat.

 Jutro mogę odebrać wyniki badania krwi i zaświadczenie o tym, że jestem zdolna do… sprzątania :) Proszę jak szybko i bezproblemowo.

 

 

Tagi: zdrowie
15:53, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 lipca 2012

 Trwały tylko pięć dni, a ja żałuję, że nie dłużej. Choć i tak znam metody prania mózgów uczestników takich spotkań, przyjeżdżałam tam z chęcią, uśmiechem i perspektywą lepszego jutra. Mimo upałów nawet dobrze się bawiłam. Na koniec dostałam dyplom uczestnika ;) oraz teczkę składającą się z papierowych form wsparcia przy szukaniu pracy.

 Udało mi się również skorzystać z propozycji pracy tzw. społeczno - użytecznej. Otóż za pośrednictwem Prowadzącej warsztaty (również pracownika opieki społecznej) podpisałam tzw. „kontrakt” na 40 godzin pracy w najbliższym miesiącu za wynagrodzenie w wysokości 350,00 zł. Kurcze, jak się nie ma ani grosza to każda złotówka jest ważna. Będę sprzątać w szkole. Pojechałam dziś załatwiać formalności. Urzędnicy zakręceni jak barani ogon wysyłali mnie od Annasza do Kajfasza, ale w końcu się udało. Pani w szkole, w której będę pracownikiem, bardzo sympatyczna zresztą, umówiła się ze mną na telefon. Nie będę podjeżdżać co dzień tylko parę dni w tygodniu ale za to dłużej posiedzę na miejscu. Moim zdaniem uczciwe podejście.

 Nie omieszkałam się od razu zapytać czy pani nie zna kogoś kto potrzebuje kobiety do pracy. Ja już taka jestem, że nie boję się otworzyć buzi do człowieka, który wzbudza moje zaufanie. Jest to może niebezpieczne, ale w większości przypadków mam miłe doświadczenia z rozmów z dopiero co poznanymi ludźmi.

 Kiedy wróciłam do domu okazało się, że pani kurator, która umówiła się z Golasem była już z samego rana. Nie widziałam, ani nie słyszałam ich rozmowy, ale Uszak „doniósł” mi uprzejmie, że pytała się chłopaka co planuje dalej i dlaczego ma taki bałagan w swoim pokoju.

 Dzisiaj tez przyszło postanowienie sądowe w sprawie mojego Młodego, które tak naprawdę już nie ma racji bytu, bo o rozstrzygnięciu wiedziałam na rozprawie, a teraz tylko Sąd utwierdził nas w tym postanowieniu. W piśmie zawarte było stwierdzenie o umorzeniu postępowania w sprawie. Link przypominający http://zycie-w-dzungli.blog.onet.pl/1,DA2012-04-02,index.html  Mamy zatem wiele powodów do zadowolenia ponieważ dochodzi jeszcze udany start w Technikum mojego syna. Dostał się bez większych problemów.

 Żeby tylko te upały zelżały bo serdecznie mam ich już dosyć. No i znaleźć pracę… tak bardzo bym chciała.

18:27, sokramka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2012

 Zlepek informacji, ale u mnie tak już jest, że wiele się dzieje. Korzystając z wolnego czasu spotkałam się z bliską przyjaciółką, która była tak uprzejma i postawiła mi piwo. Przyznam, że browar za cudzesy smakuje z goryczką, ale jeśli jest okazja do wyjścia z domu to po prostu z niej korzystam.

 Z przyjaciółką weszłyśmy na tematy moich obecnych warsztatów, w których uczestnictwo jest dla mnie coraz bardziej korzystne. Choć znam te wszystkie psychologiczne procedury „prania mózgu” dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy, które pomagają w znalezieniu pracy. Rozmowa przeszła nam z wolna na sprawy rodzinne; trochę poskarżyłyśmy się na swoich mężów, a potem analizowałyśmy własne zachowanie względem nich. Takie babskie plotki. Uzyskałam poradę nałożenia niewidzialnego „klosza” względem spraw, które się wokół mnie dzieją. Czyli innymi słowy zlekceważenia tego wszystkiego. Niby staram się stosować do tej rady i naprawdę od dłuższego czasu dobrze sobie radzę, ale siłą rzeczy nie zawsze wychodzi.

 Mieszkając pod jednym dachem ludzie przecież muszą się w pewnych kwestiach dogadywać. W naszym przypadku najtrudniejsze jest dogadanie się z Golasem. Chyba wszystkie sposoby przekonania go do współżycia społecznego były już przerabiane. Uczę się więc zakładać ten klosz dla dobra ogółu.

 Wracając późną, wieczorową porą z „browarnego” spotkania Szanowny mąż zadzwonił do mnie z domu z informacją, że właśnie pożegnał się z panią kurator. Sprawa Golasa, o której pisałam na moim starym blogu http://zycie-w-dzungli.blog.onet.pl/1,DA2012-02-09,index.html właśnie zatacza koło. (muszę nauczyć się wklejać aktywne linki, teraz nie mam do tego głowy) Mąż powiedział mi, że ta sama pani kurator, która nadzorowała sprawę karną jego syna, została przydzielona do nadzorowania Golasa po wyroku. Chłopak ma się u niej meldować raz na jakiś czas (dokładnie nie wiem) ma się również „spowiadać” z życia prywatnego; tzn. czy znalazł pracę, czy zamierza się jeszcze uczyć, a przede wszystkim czy nadal ma ciągoty do złodziejstwa. Z pierwszą wizytą pani kurator umówiła się na najbliższy poniedziałek.

 Usłyszałam natomiast od mojego męża bardzo ciekawą wypowiedź w temacie opowiedzenia pani kurator sytuacji jaka jest nadal w naszym domu. Co mam na myśli? Otóż mąż mój, do tej pory bierny w swoich działaniach przyznał się kuratorce, że nie daje sobie z tym wszystkim rady, że żona (czyli ja) wiercę mu dziurę w brzuchu, żeby zrobił porządek ze swoim niesubordynowanym synem, że w pokoju Golasa panuje smród i bałagan, no i w ogóle wiele innych… Z każdym wypowiadanym słowem przez męża otwierałam szerzej paszczę, nie wierząc tak naprawdę, że to powiedział. Mam nadzieję, że chociaż takie zachowanie – współpraca ojca i kuratorki – doprowadzi do wyprostowania spraw chłopaka.

 Kiedy przyjechałam już do domu, na przystanek wyszli po mnie mąż z córką. I tu będzie teraz na wesoło: otóż na własne oczy zobaczyłam jak moja córka, lat sześć i pół, SAMODZIELNIE jeździ na rowerze! Czas najwyższy, bo była to dla niej bariera nie do przeskoczenia. Wolała brać zawsze hulajnogę, niż próbować uczyć się jazdy na rowerze. Ale w końcu się udało i myślę, że niedługo zrobimy sobie jakąś rodzinną wycieczkę. Tylko niech te upały już sobie pójdą….

wtorek, 03 lipca 2012

 Odpowiedź jest tylko i wyłącznie twierdząca. Bilans kompetencji, który dzisiaj wałkowaliśmy obnażył moje pozytywne cechy jak również negatywne. To znaczy nie chcę podkreślać, że nie byłam ich świadoma, ale jednak oswojenie się z nimi na podstawie testów i analiza własnego postępowania, nakreśliła mi tor, którym muszę podążać, aby do czegoś dojść w życiu zawodowym.

 Lubię rozwiązywać testy, lubię siebie poznawać, lubię siebie obnażać (psychicznie, choć sfera cielesna również nie jest mi obca) Być może pisanie bloga również jest jakąś terapią, publicznym obnażaniem się, ekshibicjonizmem, który po czasie pozwala mi analizować swoje błędy w zachowaniu i postępowaniu. Od lat pisałam pamiętniki a teraz forma „spowiedzi” przelewana jest na monitor.

 Na warsztatach analizowaliśmy swoje cechy charakteru, mocne i słabe strony, wartości jakimi kierujemy się w życiu i sferze zawodowej, umiejętności nabyte oraz zdolności, zainteresowania, które miały nakreślić nasze predyspozycje zawodowe. Na koniec pomógł nam John Holland i jego zestaw testów, pokazujący nam sześć typów osobowości zawodowej. Wyszło, że jestem typ społeczny. Chcę pomagać innym ludziom, cenię działalność społeczną, lubię informować, nauczać, wyjaśniać, wspierać, posiadam zdolności interpersonalne.

 Pani doradca zawodowy, która prowadzi z nami te warsztaty powiedziała mi, żebym poważniej zastanowiła się nad młodzieńczymi planami bycia wychowawcą w przedszkolu. Ponieważ barierą dla mnie nie do przeskoczenia w tej chwili jest brak studiów pedagogicznych oraz słuszny wiek (nauczycielki w moim wieku już mają awanse zawodowe na wysokim poziomie), do tej pory wydawało mi się, że praca nauczycielki jest już dla mnie pomysłem nierealnym. Kto zatrudni do opieki nad dziećmi byłą sekretarkę, pomoc księgowej, fakturzystkę, która przez 15 lat życia zawodowego zajmowała się papierkami i z pracą z dziećmi nie ma nic wspólnego?

 Zobaczymy jak zajęcia wpłyną na mnie jutro. Będziemy analizować nasze CV oraz wspólnie zastanawiać się co tak naprawdę musi znajdować się w liście motywacyjnym.

 Chodzę uśmiechnięta choć grosza przy duszy nie mam i czuję widmo odłączonych liczników. Przecież nie może być gorzej niż jest…

 

 

 

Tagi: warsztaty
20:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

 Po dwóch dniach upału (który de facto nie ustępuje), mam chwilowo dosyć temperatury powyżej 30 st. C. Sobota i niedziela zmusiły mnie do siedzenia w domu i pracy z maszyną. To znaczy nie traktowałam tego w kategorii przymusu, ale jednak aura nie pomagała mi spędzić wolnego czasu na powietrzu. Stworzyłam dwa piórniczki, z których jeden służy mi za woreczek do nożyczek krawieckich, a z drugiego jestem mniej zadowolona, nie udał się, ale myślę, że po kilku próbach dojdę do wprawy.

 W niedzielę zadzwoniła koleżanka – słyszała, że mają wolny etat u niej w pracy, miałam w związku z tym pilnie podjechać w poniedziałek (dzisiaj) i zostawić swoje CV. Ponieważ mój Młody wyjeżdżał dziś na obóz harcerski (już jako kadra zarządzająca) wstaliśmy z synem o 5.00 rano i zaczęliśmy się szykować. Odwiozłam go na 7.00 pod szkołę, gdzie miał podjechać autokar, pożegnałam się i od razu pojechałam w ustalone przez koleżankę miejsce złożenia aplikacji.

 Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, wolne miejsce jest już obsadzone i ogłoszenie w związku z tym nieaktualne. Trudno – świat się nie zawalił, szukam więc pracy dalej.

 Od dzisiaj natomiast zaczęłam aktywne uczestnictwo w warsztatach aktywizacji zawodowej. Forma pomocy wychodzi z Ośrodka Pomocy Społecznej. Wcale nie martwi mnie to, że musze tu być, wręcz CHCĘ tu być i to mnie cieszy. Chyba po raz pierwszy czuję satysfakcję ze spotkań aktywizujących (integracyjnych). Pamiętam jak miałam dwumiesięczną przygodę z pracą w banku. Cholerny kierat, przemiał mózgu i właśnie te spotkania integracyjne. Radosne okrzyki, siła perswazji prowadzących, zmuszanie do działań, rozmów, wspólnych projektów. Rzygać mi się chciało. Klasyczny wyścig szczurów – kto pierwszy ten lepszy, a potem w oddziale banku – kto więcej sprzeda kart i kredytów może się uważać za boga. Nawet prywatny czas po pracy był rezerwowany wspólnie na spotkania w kręgielniach, pubach i innych takich. Szaleństwo! Mózg miałam wyprany do tego stopnia, że szybko zrezygnowałam z dalszej współpracy. Nawet perspektywa dobrych zarobków nie przekonała mnie do pozostania w tym banku i godzenia się na np. dwutygodniowe szkolenia. Ja? Bez moich dzieci dwa tygodnie? I tu pojawia się uśmiech, bo oczywiście dzieci nie są przecież malutkie, ale ja jestem bardzo rodzinna.

 Teraz widzę diametralną różnicę pomiędzy dzisiejszymi warsztatami, a ówczesnymi spotkaniami bankowymi. Tutaj Prowadząca ma nas za partnerów, rozmawia z nami, pyta się nas „czy chcemy” i „co chcemy”, a tam mieliśmy narzucane formy sprzedania swojej osoby i między innymi sprzedaży produktów bankowych.

 Będę mieć te zajęcia do końca tygodnia po 6 godzin. Mam nadzieję, że skorzystam, a jeśli nawet nie, to zajmie mnie codzienne wychodzenie z domu i bywanie wśród ludzi.

 

piątek, 29 czerwca 2012

Ponieważ zaczęły się już wakacje i moje dzieciaki pokończyły, odpowiednio: Młody gimnazjum, a Mała zerówkę, zaczęły się problemy z opieką nad dziećmi, które nigdzie nie wyjeżdżają. Mam koleżankę, której córka chodziła z moją do klasy, wcześniej znałyśmy się z przedszkola, a znajomość nasza sięga czasów żłobkowych. Zaproponowałam koleżance, że zaopiekuję się jej córką bo przecież i tak siedzę w domu i tak sprawuję opiekę nad swoim dzieckiem. Znajoma przystała na propozycję i tak oto stałam się niańką na dziewięć godzin jak w świetlicy.

Dziewczynki bardzo się lubią, siedziały w jednej ławce w klasie zerowej i widzę, że ich przyjaźń rozkwita. Z matką dziecka tez mam dobre układy, poprawne, bo tak naprawdę za wiele o sobie nie wiemy. Na razie mi to wystarcza. Obserwując dziewczyny widzę, że moja Mała jest żarłokiem, a tamta raczej niejadkiem. Jeśli chodzi zaś o wygląd to tamta jest pączusiem, a moja Mała wysoką, postawną kozą. Zainteresowania też obie mają rozbieżne: moja siedziałaby cały dzień w domu, przy puzzlach, rysowaniu, oglądaniu bajek, ewentualnie mogłaby pojeździć na hulajnodze wokół domu. Tamta zaś odwrotnie: jeśli tylko jest okazja do wyjścia to jest pierwsza, żadnego domatorstwa, na plac zabaw i już.

Wydaje mi się, że wynika to z miejsca zamieszkania: tamta dziewczynka wychowuje się w typowym blokowisku. Każde opuszczenie mieszkania to wyprawa, a my jesteśmy jakby na wsi; chcąc nie chcąc podwórko jest również naszym domem. Granica kończy się na furtce, u tamtej na drzwiach wyjściowych z mieszkania.

Dzisiejszy dzień mógłby być sielanką i zapewne taki będzie jeśli wyrzucę z głowy obrzydliwe myśli dotyczące Golasa. W zasadzie nie ma dnia, żebym o tym problemie jakim jest ten chłopak, nie myślała. Ktoś powie: daruj sobie, olej go, ignoruj, ale ja nie mogę. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że mieszkając pod jednym dachem z osobą, która tak do końca nie jest mi obca (syn mojego męża) mogę lekceważyć, czy tolerować jak kto woli, zachowania poniżej krytyki.

Od poniedziałku chłopak chyba wychodził do jakiejś pracy, cholera go wie, nie sprawdzę, ale regularnie o 7.00 opuszczał mieszkanie. Dziś było inaczej. Wyjście z barłogu miało miejsce o 10.00, a wyjście z domu o 10.30. Poza tym fakt nieodzywania się do całej rodziny (oprócz siostry) i unikanie jej członków stwarza wrażenie jakby miał nas wszystkich dość. Ja się mu nie narzucam, to nie moje dziecko, ale uważam, że chłopak ma ojca, który powinien w tej kwestii coś zdziałać. Jedynym usprawiedliwieniem mojego męża w sprawie braku kontaktu z synem jest odpowiedź: no przecież jego ciągle nie ma.

Najgorsze jest to, że Golasa pseudo-pokój jest siedliskiem obrzydliwego smrodu i brudu, który zalega tam już od …. O rany, właśnie sobie uświadomiłam, że to trwa już od trzech lat. Słowo: sprzątanie pasuje tam jak wół do karety, tylko patrzeć jak zalęgną nam się karaluchy. Nie umiem znaleźć wytłumaczenia na tolerancję takiego zachowania własnego syna przez ojca. Do tego postawa roszczeniowa i rosnący w siłę pasożyt, korzystający z wygód pt. ciepły prysznic, prąd do telewizora oraz gaz do własnoręcznie przygotowanych potraw.

Co tu dużo mówić: właściwie nic nie można mówić, bo metody jakimi przez tyle lat posługiwałam się tak w stosunku do tego chłopaka, jak i w stronę mojego męża zawodzą. Wszystkie. Odkąd Golas przestał się do mnie odzywać przynajmniej mam ten komfort psychiczny, że nie strzępię sobie języka na darmo. Co do męża to nie wiem czy temu człowiekowi coś przyjdzie do głowy, czy po prostu któregoś dnia dojdzie do tragedii albo najzwyczajniej w świecie do 40 roku życia będzie chował sobie pasożyta. Jak w klasycznej historii: „Ballada o Januszku” tylko tutaj Gienią jest mój mąż.

Pocieszam się jedynie tym, że nie jestem osamotniona. Ostatnie wpisy na pewnym forum dały mi wiele do myślenia. Postanowiłam przeczytać zawartość mężowi z prośbą o niekomentowanie tylko przemyślenie. Bo gdyby zaczął komentować usłyszałabym: „znowu bzdury czytasz, jakieś forumowe brednie”. Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona do wyprowadzki w obliczu tragedii jaka mogłaby się wydarzyć z powodu Golasa.


15:16, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012

Całość spotkania trwała może 15 minut. Poza mną siedziała w „poczekalni” jeszcze jedna pani, jedna właśnie wychodziła z rozmowy i za mną przyszły jeszcze dwie. Wiek pań zbliżony do mojego, przedział: 30 – 45. Zresztą sam szef na takiego wyglądał. Kadra, która pracowała jak mróweczki na moich oczach również prezentowała się w takim przedziale wiekowym. Za to każde z państwa (czy to pani, czy pan) wygląd miało nienaganny. Przypominam sobie, że nawet w ogłoszeniu oprócz podstawowych umiejętności i wymagań rekrutacyjnych było napisane: bardzo dobra prezencja. Czyżby szef był estetą?

Weszłam więc na zaproszenie, a właściciel od progu krzyknął: proszę na wesoły fotelik! W ogóle podczas rozmowy tryskał humorem, pytanie czy mam jakieś nałogi wyglądało: „no wie pani: picie, palenie, dragi, w żyłę i te sprawy?”. Reszta pytań klasyczna jak przy spotkaniu rekrutacyjnym: „czego pani oczekuje od potencjalnego pracodawcy?”, „dlaczego chce pani u nas pracować?”, „jakie są pani oczekiwania względem zarobków?”, „czy poradziłaby pani sobie z tym zakresem prac?”, standard.

Przyznam, że nie starałam się na siłę robić z siebie super – fachowca, byłam spokojna, rzeczowa i nawet trochę olewałam poziom tej rozmowy, bo szef, który w przerwie między jedną rozmową rekrutacyjną a drugą opowiada sprośne anegdoty swojej sekretarce, jest mało wiarygodny. Jak dla mnie. Cóż, może jestem staroświecka, ale zawsze miałam lepszy kontakt ze współpracownikami statecznymi i nawet starszymi od siebie, a rówieśnicy, którzy zasypiali przy pracy po nieprzespanej, zabalowanej nocy, budzili u mnie niesmak. Nie twierdzę, że nie wolno się bawić, ależ trzeba, z tym, że należy oddzielić pracę od zabawy i pracę od rodziny. Nigdy tez nie byłam zwolenniczką służbowych integracji, wyjazdów na pikniki, wspólnie wypijanych piw i ognisk palonych razem z koleżanką/kolegą z działu.

Tak więc po piętnastu minutach dowiedziałam się, że „jeśli do końca tygodnia się nie odezwiemy będzie to znaczyło, że wybraliśmy kogoś innego”. Zobaczymy.

 

Tagi: praca
17:54, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Postanowiłam dzisiaj pojechać do Mamy. Pomyślałam, że dawno nie było tam sprzątane, poza tym ja miałam nową zawieszkę z wierszem, który dla Mamy kiedyś napisałam więc będzie okazja, żeby tę zawieszkę przymocować.

Podróż na cmentarz z mojego miejsca zamieszkania to prawie dwie godziny wyjęte z całego dnia. Do tego powrót – również prawie dwie godziny i coś porobić na miejscu – dodatkowe 30 minut. Wykorzystałam więc czas bezrobotnej do odwiedzenia Mamy na Jej grobie. Już kiedyś popełniłam wpis na blogu Maliny, że jeżdżę do Mamy kiedy czuję taką potrzebę, a nie kiedy wypada bądź jest taki przymus. Właśnie wczoraj wieczorem poczułam taką potrzebę, żeby się do Rodzicielki przejechać.

Pogoda była super – nie za gorąco, ale też nie za zimno – w sam raz na prace porządkowe oraz wewnętrzne pogaduchy. Choć nie wierzę, że Ona mogła mnie słuchać mówiłam jak głupia do Mamy o mojej sytuacji, o moich problemach, o zameldowaniu pod nowym adresem, o wymeldowaniu SS. Ale najgorzej było jak weszłam na temat dzieci, a Jej wnuków. Kiedy wypowiedziałam zdanie, że Mała już od września idzie do pierwszej klasy, a Młody złożył papiery do technikum, łza mi się zakręciła w oku i nie ukrywam, że całkiem zaszkliły mi się oczy. Już miałam ryczeć ze wzruszenia kiedy w kieszeni zabrzęczał mi telefon – ktoś się chciał ze mną skontaktować.

Szybko otarłam łzy i odebrałam połączenie. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że… zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy. Pamiętam, że jakieś dwa tygodnie temu składałam CV do owej firmy i w zasadzie już o nich zapomniałam. Ale za to oni pamiętali o mnie. Ucieszona podziękowałam Mamie (no bo komu???)))) powiedziałam do siebie, że to musi być jakiś łut szczęścia i zmierzałam do wyjścia cmentarnego.

I to był właśnie ten wesoły akcent mojej dzisiejszej, a bądź co bądź smutnej podróży. W środę dowiem się co dalej z moją "karierą" :)

 

Tagi: mama praca
17:19, sokramka
Link Dodaj komentarz »