Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
sobota, 22 września 2012

 Nie chcę dziś nikogo obrażać, ot mam ochotę obsmarować pewną grupę ludzi związanych ze sobą zawodowo.

 Mówi się, ze nie ma pieniędzy w kraju, że jest kryzys, a to co dziś widziałam wcale nie potwierdza tej reguły. Zostałam zaproszona na piknik kolejarzy. Impreza zgromadziła setki osób w hali, w której zmieściłoby się chyba 5 pociągów jeden obok drugiego. Na listę gości mieli się wpisywać pracownicy kolei wraz z osobami towarzyszącymi lub najbliższą rodziną. Brano też pod uwagę dzieci. Oczywiście nikt list nie sprawdzał, liczyło się posiadanie imiennego zaproszenia.

 Koleżanka (pracownica kolei) kilka dni wcześniej wpisała mnie i moją Małą, do tego sprowadziła swojego rodzonego brata z żoną i córką – równolatką naszych dziewczyn. Wszyscy zostaliśmy na wejściu zaobrączkowani kolorowymi opaskami na rękach, w celu identyfikacji uczestników. Skusiłam się na tę imprezę, bo koleżanka zapewniała, że będą atrakcje dla dzieci. Okazało się jednak, że maluchy mogły korzystać tylko z gumowego, dmuchanego domku – zjeżdżalni. Mała się pobawiła, a potem się nudziła. Z nudów jadła.

 I tu nawiążę do początkowego zdania mojego dzisiejszego wpisu. O pieniądzach, o kryzysie, o jedzeniu. Dostaliśmy vouchery uprawniające nas do darmowego obżerania się. Tak, będę prostolinijna: „do obżerania się za darmochę”. Dzieci miały do dyspozycji: kiełbaskę, nugata z kurczaka, mini kebab, ciasto drożdżowe ze śliwką oraz napoje wielosmakowe do woli. Dorośli podobnie z dodatkową karkówką, pierogami, zupą gulaszową, kaszanką, no i oczywiście przydziałowym piwem. Kawa, herbata, woda i napoje bez ograniczeń.

 Rozdawane były również koszulki firmowe, dla k a ż d e g o za darmo. Ktoś jednak musiał za ten wydruk zapłacić, ktoś musiał zakupić setki kiełbasek, kilogramy karkówki, tysiące bułek, mnóstwo kaszanki, serwetek, kubków, talerzyków i innych pierdół. Do tego imprezę miał okrasić występ polskiej wokalistki. Nie sądzę, aby obsługa cateringowa również pracowała charytatywnie. Całość ogólnie mi się nie podobała.

 Bez obrazy kogokolwiek, ale z pewnym zniesmaczeniem wyszłam stamtąd kilka godzin wcześniej niż koleżanka miała w planach, one zostały do końca. Właściwie to Mała już nudziła się okropnie i marudziła, że dla niej jest za głośno. Kolejowe towarzystwo to większość ludzi prostych, nastawionych na przaśną zabawę przy rytmicznych dźwiękach umpa, umpa. Sorry, ale to nie dla mnie. O 14.00 co trzeci facet był już bardzo wesół, bo oprócz wypitego piwa na miejscu koledzy poprzynosili flaszki z czystą.

 Na pewno wśród tej specyficznej grupy znajdują się osoby, które z takich imprez nie korzystają i mają ambitniejsze plany na spędzenie wolnego czasu. Nie wszyscy są pszenno – buraczani. Naoglądałam się i już więcej się nie skuszę, ale chciałam zorganizować czas córce. Nawet przy wyjściu koleżanka opierniczyła mnie, że chcę wyrzucić voucher, który do końca nie został wykorzystany: „zwariowałaś? Idź po kiełbasę i karkówkę, przecież to t w o j e, zapakuj do reklamówki, weź do domu”.

 Trochę jak w szkolnej kuchni, w której pracuję, ale tam wiem, że na jedzenie, które zabieram ze sobą zapracowałam sobie. Kolejarze może i też sobie zapracowali, ale skala rozmachu w jakiej została zorganizowana impreza mnie poraziła. I mówi się, że w Polsce jest kryzys.

 

Tagi: Spotkanie
17:46, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 września 2012

 Zakończone w ostatnią środę prawie dwutygodniowe spotkania dały mi wiele do myślenia. Spotkałam osoby, które mają różne charaktery, potrzeby życiowe, problemy, no a co najważniejsze: różne nastawienie do życia. Jeszcze dwa lata temu być może zachowywałabym się podobnie do niektórych tam obecnych, ale siła własnej woli i wsparcie bliskich mi osób (i tu niespodzianka: nie męża) pozwoliły mi wyjść z głębokiej depresji.

 Dziś się samorealizuję stosując: „małe kroki do sukcesu”, jestem z siebie bardzo zadowolona.

 Pani Asystent rodzinny niestety nie będzie mogła dziś do mnie przyjść. O możliwościach studiowania dowiem się zapewne w przyszłym tygodniu.

 Wczoraj próbowałam załatwić jedną z nurtujących mnie od dwóch tygodni spraw. Mianowicie nie mogłam odebrać swojego świadectwa ukończenia dwuletniego studium o kierunku: Technik Administracji. Znowu do głosu dochodzą zmory z przeszłości: lata nauki przypadały na 2007-2009. Na trzy miesiące przez zakończeniem IV semestru przestałam chodzić na zajęcia a co za tym idzie zaliczać materiał. Zostałam z przysłowiową ręką w nocniku z trzema przedmiotami bez ocen końcowych. Realizując moje małe kroki do sukcesu, po uprzednim telefonie do szkoły, dopisałam się do IV semestru w tym roku i po kolei zaliczałam zaległości. W czerwcu zdałam indeks i oczekiwałam na odbiór świadectwa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mojego świadectwa nie ma.

 Podczas wakacji skupiałam się na poprawce z matematyki. Dopiero teraz zaczęłam drążyć sprawę tajemniczego zaginięcia dokumentu. Okazało się, że mam do zaliczenia jeszcze jeden przedmiot, o którym żadna z pań sekretarek podczas całego IV semestru nie zdołała mi powiedzieć.

 Problem jest do odkręcenia. Nie byłabym sobą, gdybym nie potrafiła znaleźć recepty ;) Napisałam podanie i już wczoraj byłam umówiona z panem dyrektorem szkoły. Dostałam jednak telefon, że pan musiał udać się do lekarza. Spotkanie zatem przesunięte.

 Dziś prace społeczno-użyteczne, jutro piknik kolejarzy zorganizowany z myślą o dzieciach (dostałam zaproszenie od koleżanki), a w niedzielę być może odwiedzę kolejną znajomą, aby przy smaku kawy i świergoleniu naszych dzieci poplotkować trochę o życiu.

 Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim mojego męża, odsuwamy się od siebie niezauważalnie. Ja ewoluuję; po stanach depresyjnych i natłoku problemów próbuję wracać do „żywych”. On wciąż stoi w miejscu i chyba mnie nie rozumie. Na moje delikatnie żartobliwe pytanie: „czy jak pójdę na studia nie będzie ci przeszkadzać, że twoja żona może być lepiej wykształcona?” odpowiedział: „a ucz się, uczennico, mógłbym się tylko wkurzyć, gdybyś zaczęła zarabiać lepiej ode mnie”.

 Mam w głowie wątek o oddalaniu się, właśnie z myślą o Szanownym. Na chwilę obecną staram się ignorować jego postępowanie, ale przecież wpis nie tego dotyczył ;)

wtorek, 18 września 2012

 Dziś już nie tak bardzo, ale wczoraj tak. Życie czasem pisze nam różne scenariusze i bywa się raz na wozie, raz pod wozem. Nauczyłam się bycia cierpliwą i konsekwentną w swoich zaplanowanych działaniach. Przynosi to efekty. Takim efektem jest odebrane wczoraj świadectwo dojrzałości. To dla mnie krok milowy, który przekroczyłam, wyznaczając sobie cel. 18 lat przerwy w nauce – od ukończenia L.O. do dziś, a jednak się udało, dałam radę sama przekroczyć tę granicę. Teraz tylko pozostaje mi czekać na telefon od mojego opiekuna rodzinnego. Pani po wczorajszej wiadomości, którą jej osobiście przekazałam, obiecała poszukać w zasobach ofert UE wydziałów, które być może nie będą oczekiwały wygórowanych opłat. Przyjemniej potem wpisać w CV: studentka I roku bla, bla, bla.

 Nie mam dziś zbytnio ochoty pisać. Mam ochotę poszaleć, poskakać, pośpiewać, uśmiechać się do sąsiadów, psów, kotów, nawet wrogów. To jest naprawdę budujące; chce się iść dalej, kiedy coś wychodzi, udaje się, kiedy robi się coś dla siebie z myślą, że zaowocuje to w przyszłości :) 

Tagi: nauka
10:03, sokramka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 września 2012

 Dziś będą dwa wpisy. Jak nigdy. Ten będzie nawiązywał do wcześniejszego bohaterami: Scareface’em i jego Supermamą.

 Uszak z bratem wybrali się około południa do sklepu. Po powrocie starszy z synów wspomniał, że spotkali mamę z jej aktualnym facetem. Scareface nie chciał mówić. Poszedł do siebie i widać było, że coś go poruszyło. Tata jak zwykle pospieszył synowi na ratunek ducha. Syn wyrzucił z siebie, że oni zbytnio nie chcieli rozpoczynać rozmowy, ale mama widząc ich zarzuciła Scareface’a pytaniami: „dlaczego znajduje czas na odwiedziny u ojca, a do niej nie raczy nawet na obiad podjechać”. Chłopak nie myślał, że dziwnym zbiegiem okoliczności tego samego dnia co on, matka będzie chciała podjechać do swojej koleżanki, z którą utrzymywała bliskie kontakty mieszkając tu jeszcze. Nie myślał też, że tak przypadkowo może ją tutaj spotkać, kilka posesji obok.

 Po godzinie ja też musiałam podjechać po zakupy. Poprosiłam chłopa, żeby również wsiadł na rower i przejechał się ze mną. Wracając widzieliśmy SS w oknie domku jej koleżanki. Nikt jej nie broni widywać się ze swoimi znajomymi, ale cały czas nie mogę pojąć pretensji jakie żywi do synów o pozytywne relacje z ojcem.

 Będąc dzieckiem rozwiedzionych rodziców lgnęłam do ojca, póki tliła się we mnie naiwna wiara w jego dobroć. Mama nigdy złego słowa mi o ojcu nie przekazała, wiedząc jakich krzywd doznała od swojego byłego męża. To ja sama przekonałam się na własnej skórze jakim potworem jest mój ojciec. I dopiero wtedy mama otworzyła się na swoje krzywdy pokazując prawdziwy obraz mojego rodzica.

 Analogicznie do mojej historii, mamy teraz taką sytuację. Mąż nigdy nie mówił chłopcom źle o ich matce. Ja również. Mogłam co prawda ulać sobie jadu i przeklinać ją przy mężu, ale chłopcy zawsze słyszeli, że to ich matka i mają ją szanować.

 SS publicznie i wszędzie gdzie się dało rozpowiadała, że jej były mąż to skurwysyn, łajdak, a ja to jego dziwka, kurwa. Chłopcy do pewnego momentu nie wnikali w zażyłości pomiędzy rodzicami, ale przyszedł taki czas, że najpierw Uszak zaczął inaczej patrzeć na matkę, a teraz Scareface. Z pewnego źródła wiem, że Golas u matki też nie mieszka, bo po awanturze, którą tu opisywałam, Supermama powiedziała synkowi, że ona jednak nie ma warunków na przyjęcie na noce własnego dziecka.

 Co musi siedzieć w głowie takiej kobiety, która mszcząc się na byłym mężu niszczy relacje z własnymi synami? Jak wielka musi być nienawiść do ojca swoich dzieci, że przesłania resztę uczuć, które skupić powinny się na chłopakach. Co wyniosą tacy synowie z rodzinnego domu i jakie związki pozakładają? I czy w ogóle pozakładają…

Tagi: była pasierb
16:43, sokramka
Link Dodaj komentarz »

 Wczoraj rano Szanowny poinformował mnie, że będziemy mieli gościa na noc. Pomyślałam o dziewczynie Uszaka – panna dosyć często nocuje, ale mąż zaprzeczył. Dopiero później uświadomił mnie, że tym gościem będzie Scareface.

 Chłopak przyjechał przed 16.00 i był niesamowicie przybity, wrócił do nałogu i znowu odpalał jednego papierosa za drugim. Na początku nie chciałam wnikać, nie chciałam pytać. Wiedziałam, że prędzej czy później sam się otworzy. Niesamowite jest to, jak bardzo syn podobny jest charakterem do ojca – wypisz, wymaluj tatuś.

 Scareface przyjechał z butelką. Ok, myślę sobie; syn chciałby napić się z ojcem, przecież mają do tego prawo. U nas alkohol zdarza się okazjonalnie. Ponieważ byłam zajęta szykowaniem materiałów na kolejne łapki, mąż przygotował kanapki, kieliszki, nakrył do stołu i zaczął z synem rozmowę.

 Nie siedziałam z nimi przy stole, niczego nie słyszałam, jednak potem drzwi do dużego pokoju otworzyła moja Mała i Scareface chciał, żebym przyszła. Wypiłam z nimi jeden kieliszek. Wódka nie jest dla mnie dobrym trunkiem, mogę wypić dobre piwo i tyle. Win pić nie lubię, nie jestem ich smakoszem. Ale siedząc z moimi chłopakami do prawie 23.00 usłyszałam wiele głębokich stwierdzeń.

 Mój pasierb przyjechał po ostatnich zmaganiach z dwoma najbliższymi mu kobietami. Pokłócił się z dziewczyną, z którą wynajmuje pokój i o którą od dawna zabiegał, ale jakoś ona nie przystawała na jego amory. Chyba nici z tego związku, który tak do końca nawet nie istniał.

 No i Supermama: obraziła się na kolejnego już swojego syneczka. SS z pierwszym synem - Uszakiem nie utrzymuje już takich kontaktów jak dawniej, bo syn: „trzyma z ojcem i paple jemu wszystko co u matki się dzieje”. To słowa SS, chłopak się absolutnie od tego odcina. Na Scareface’a obraziła się bo: „broni ojca i decyzji podjętych w sprawie Golasa”, „jest głupi, bo ślepo wierzy w ojca, a ojciec to przecież kawał skurwysyna”. Scareface płakał jak to opowiadał. Chłopak ma 21 lat. Mówił, że zawsze chciał być neutralny, nie oskarżać nikogo, nikogo usilnie nie bronić. I tak takie postępowanie obróciło się przeciw niemu, bo Supermama, jeśli nie jesteś z nią, nie trzymasz jej strony, mści się okrutnie. Tego właśnie chłopak nie mógł zrozumieć – jak najbliższa mu osoba, jaką jest matka mogła wypomnieć mu kontakty z ojcem, który według niej jest zły.

 Scareface podkreślał, że ostatnimi czasy tylko na ojca może liczyć. Zdziwiła mnie postawa dziadka, który po 21 latach obserwacji swojego wnuka stwierdził zaskoczony: „nie wiedziałem, że on taki uczuciowy”.

 Rozmowa była długa, o pracy, w której chłopak nie daje sobie już rady, bo to nie jest praca jego marzeń. Mógłby nawet założyć swój interes, ale nie ma o tym zielonego pojęcia. Dodam, że pasierb jest po mechanicznej szkole, a pracuje w KFC.

 Poszłam spać, kiedy z randki wrócił Uszak. We czterech: ojciec, dwóch synów i mój Młody siedzieli jeszcze w Uszaka pokoju do późnej nocy. Ja już dawno wiedziałam, że Supermama zostanie sama jak palec, dzięki swojemu postępowaniu. Straciła już kontakt z najstarszym synem na własne życzenie, teraz odsunęła od siebie środkowego, a za chwilę najmłodszy, Golas nie będzie chciał z nią rozmawiać. Jeszcze tylko poczekamy jak jej aktualny facet obudzi się z letargu i przekona się jakim człowiekiem jest ta kobieta. Wyjdzie na to, że Scareface wróci do nas do domu :) Ale to się jeszcze okaże. 

 

Tagi: była pasierb
13:04, sokramka
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 września 2012

 Dzisiejsze spotkanie warsztatowe było bardzo wyczerpujące. Emocjonalnie byliśmy wyprani i wyciśnięci jak ścierka w pralce Frania. Tematem było poczucie własnej wartości, stawianie granic, asertywność. Nie mogłam się opanować i na przerwie nie omieszkałam poruszyć tematu moich relacji z moim mężem.

 Generalnie diabeł tkwi w szczegółach i tam gdzie myślimy, że mamy do czynienia z „normalną”, pełną rodziną, bez większych kłopotów, problemów, wychodzi na to, że emocjonalnie może się tam niezbyt dobrze dziać. O tym, że mój mąż pozbawiony jest jakichkolwiek uczuć wyższych wiedziałam od samego początku. Przepraszam – on te uczucia zna – on ich nie umie artykułować, nie potrafi wyrażać się emocjonalnie. Słowa „kocham cię” były do pewnego momentu ciężkim kamieniem siedzącym w krtani mojej połówki. Mimo wszystko nauczył się ich po pewnym czasie.

 Rodzice Szanownego byli razem do końca (tzn. do śmierci mojej teściowej), a jednak ich życie toczyło się osobno, bardzo obco. Ona żyła i spała w jednym pokoju, on w drugim. Spotykali się tylko przy wspólnym posiłku, kiedy ktoś ich odwiedzał: syn z żoną, córka z mężem, brat, zaprzyjaźniona sąsiadka. Obserwując ich relacje zauważyłam, że ci ludzie się tolerowali, nie wyrażając wobec siebie żadnych emocji. Ten dom był zimny, zamknięty, cichy. Chociaż teściowa spędzała ze mną wiele czasu i była wobec mnie niezwykle otwarta. Dowiedziałam się później, że rodzice mojego męża byli gotowi już na rozstanie; nie rozwiedli się ponieważ stwierdzili, że „dla dzieci” muszą zostać razem.

 Ja jestem z innego domu. Wychowywała mnie samotnie Mama, która rozwiodła się z damskim bokserem. Mimo prób ratowania tego małżeństwa, podejmowanych przez Mamę, nie udało się. W jakimś stopniu odbiło się to na mojej psychice i mam tego świadomość. Patriarchalność nigdy nie została mi ukazana. To kobieta była wzorem do naśladowania, to kobieta musiała wbijać gwoździe, to kobieta wypowiadała jedyne, znaczące zdanie, ostateczne decyzje też należały do niej. Ojciec/mężczyzna nie istniał. Byliśmy bardzo zżytą rodziną, wieczory przepełnione były śmiechem i wspólnymi planami. Gdzie mama tam i my.

 Mój mąż zawsze uważał, że jego dom był „normalny”, mój natomiast nie do końca. Mam nadbagaż emocji, potrafię się kłócić, śmiać do rozpuku, aż mi łzy będą leciały, potrafię z lekkością mówić, że kogoś kocham, doceniam, szanuję i że jestem dumna, tak samo umiem wykrzyczeć nienawiść i rozładować swoją złość. Łatwo przychodzi mi później powrót do stabilności. Generalnie wyglądam jak sinusoida. Szanowny jest tych emocji pozbawiony, jest jak gruba prosta krecha, która ciągnie się w nieskończoność. Lubi wspierać się na mojej osobie, ale pozostawiony sam, wiem, że sobie poradzi, jednak innych ze swojego otoczenia zniszczy. Potrzebuje sternika.

 Każdy dźwiga jakiś bagaż doświadczeń – bywają DDA, ja jestem DDRR, bywają dorośli notorycznie bici w dzieciństwie i albo to będą powielać, albo będą chcieli to w sobie zniszczyć. Przecież moi pasierbowie również mają doświadczenie rodziny, które nie do końca jest pozytywne. Na dzisiejszych zajęciach mieliśmy przykład ogromnych emocji. Uczestniczka popłakała się czytając test zdań niedokończonych. Jednym z nich było: „jestem dumny z…”. Otworzyła się do nas sprawami całkowicie prywatnymi, musieliśmy uświadamiać jej, ze to nie są zajęcia terapeutyczne, ale luźne warsztaty. Trenerka jednak podziękowała za taką szczerość, bo to czasem wyzwala. Uwalniamy się od demonów, które siedzą głęboko w nas.

 Druga z dziewczyn płakała z powodu braku akceptacji siebie. Od tego zazwyczaj się zaczyna – trzeba wyjść z siebie (jak mawiała moja Mama) i spojrzeć na siebie z boku, innymi oczami, by lepiej siebie zrozumieć.

 Odkąd zaczęłam leczyć się na depresję taki ekshibicjonizm emocjonalny strasznie mi się spodobał. Poznawanie siebie i analiza swoich reakcji bardzo mnie fascynuje. Jestem siebie ś w i a d o m a. Przeszłam test lustra, walczę ze swoją agresją, poznałam komunikacyjne uszy von Thuna, staram się nie brać wszystkiego do siebie.

 Jesteśmy dość zgraną grupą, myślę, że po przyszłej środzie będzie nam ciężko się rozstawać.  

 

wtorek, 11 września 2012

 Objęta kontraktem socjalnym zostałam skierowana na kolejne warsztaty. Mają tytuł: „Warsztaty umiejętności społecznych”. Spotkania są trzy razy w tygodniu z małżeństwem psychologów. Grupa liczy sześć osób łącznie ze mną. Forma zajęć przewidywalna, ja jako depresantka po terapii w poradni zdrowia psychicznego, wiem już na czym polegają takie zajęcia. Ale nie zniechęcam się, jest mi bardzo przyjemnie być tą „bardziej oświeconą”, tym bardziej, że po wstępnej integracji i zaznajomieniu się z potrzebami uczestników grupy, trenerzy zrobili sobie ze mnie (można tak powiedzieć) swoją prawą rękę. Wiedzą, że nie mogę się nudzić na klasycznych zajęciach.

 Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie. Przedstawialiśmy się, wiek, coś o sobie, jakie mamy oczekiwania względem warsztatów. Oczywiście w trakcie okazało się, że zaczynamy nawiązywać rozmowy na tematy odbiegające od planu zajęć, ale przecież o to chodzi – uczestnik ma wyjść ze skorupy, ma zacząć być aktywny, musi dostrzegać innych ludzi i pozwolić się być zauważalnym. Ale ja już to wiedziałam ;)

 Potem bawiliśmy się w „wszyscy, którzy…”. Też znałam tę zabawę. Polega ona na ustawieniu krzesełek o jedno mniej niż jest uczestników. W naszym przypadku było to siedem sztuk, ponieważ trenerzy też się bawili. Jedna osoba stoi i mówi: „wszyscy, którzy mają skarpetki”. Zgodnie z prawdą muszą wstać te osoby, które mają te skarpetki i przesiąść się na wolne krzesło, prowadzący również musi znaleźć sobie miejsce. Zostająca osoba bez siedzenia mówi następnie: „wszyscy, którzy mają (np.) krótkie włosy”. I tak dalej, wymyślając dalsze „wszyscy, którzy…”. Ofiar w ludziach nie było, raz tylko zderzyliśmy się dupami z jednym facetem na tym samym krzesełku ;)

 Potem były anonimowe ankiety z pytaniami np.: czy lubię siebie? Ja odpowiedziałam: tak, ale twierdzących odpowiedzi było zaledwie trzy. Druga połowa uczestników siebie nie lubiła. Pamiętam, jak na terapii z moją panią psycholog też odpowiedziałam, że siebie nie lubię, ale to było dawno.

 Wypisywaliśmy swoje mocne i słabe strony, bawiliśmy się w życzenie do złotej rybki, ogólnie poznawaliśmy siebie.  

 Warsztaty trwają pięć godzin, mamy do dyspozycji kawę, herbatę, soki, ciasteczka, w środę będą podobno kanapki. No raj. Godzę to doskonale z dorywczą pracą w szkole ponieważ i tu i tu mam być co drugi dzień. Reasumując: najbliższe dwa tygodnie mam zajęte tak, jakbym miała pracę na cały etat.

 Tylko tych finansów wciąż mało. Wczoraj siedziałam przed komputerem i głowiłam się jak i co opłacać najpierw. Uszak dostał swoją pierwszą „budowlaną” wypłatę, Szanowny jak co dwa tygodnie przyniósł swoją krwawicę, przyszły alimenty Młodego, a ja zsumowałam nasze dochody i w dalszym ciągu brakuje nam na podstawowe rzeczy.

 

Tagi: warsztaty
09:28, sokramka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2012

Są wielkie. Przynajmniej u mnie, chociaż wierzę, że Szanowny też chciałby żebyśmy w końcu mieli swoje wypieszczone gniazdko.

Zajmujemy ok. 90 m2 dziadkowego domu, Uszak ma swojego pokoju 25 m2, a teść ma pozostałe 45 m2. Oczywiście łazienka i kuchnia po „naszej” stronie jest do użytku Uszaka i także była chłopców kiedy mieszkali jeszcze Scareface i Golas.

Moje marzenia remontowe opierają się głównie na obrobieniu kuchni. Po wyprowadzce Golasa jest dodatkowych parę metrów kwadratowych z oknem, z którymi kompletnie nie wiem co zrobić. Są pewne zamysły, ale na to wszystko jest potrzebna kasa. Trzeba przede wszystkim zerwać starą glazurę, która pamięta jeszcze czasy, kiedy mój aktualny mąż chadzał w pieluchach (to już, cholercia, zaraz 50 lat będzie). Do tego wykładzina podłogowa – ta chyba przetrwała trzy wojny domowe ;) Terakoty tam w ogóle nie można położyć ponieważ strop piwniczny jest z belek drewnianych.

Dużym mankamentem remontowym jest ciąg komunikacyjny w kuchni, który z racji budowy domu systemem przedwojennym występuje we wszystkich izbach przez ich środek. Tzn. żeby przejść z jednego pokoju do trzeciego trzeba przejść przez drugi, a do kuchni mamy po drodze trzy izby. Uszak ma najwygodniej – jego pokój jest na końcu szeregu.

Mebli kuchennych prawie w ogóle nie posiadam. Po wyprowadzce Golasa te, które miałam są na swoich starych miejscach, a ściany z jego części świecą golizną. No, nie tak do końca, bo zostały napisy, malunki i naklejki. Nawet na farbę nie mamy, żeby to jakoś pokryć.

Pokój, który zajmował Scareface jest aktualnie moją „pracownią”. Stoi tam maszyna do szycia, materiały w workach i duże biurko. Łóżko, na którym chłopak spał też zostało i często się zdarzało, że gniewając się z chłopem spałam tam sama. Ściany tego pokoju też wypadałoby odmalować, mają paskudny, zielony kolor, który w kilku miejscach odłazi. Widoczne są również dziury po półkach Scareface’a.

Okropnie to wszystko wygląda, jak u meliniarzy, albo brudasów patologicznych. Wstyd zaprosić kogokolwiek na kawę czy ciastko, bo nawet porządnego stołu brak. Ale niestety na wszystko potrzebny jest szmal.

Jedyny pokój, który jako tako się prezentuje to nasz. Śpi w nim też nasza Mała. Jest odmalowany w dwóch kolorach, jeszcze kiedy miałam pracę i można było przejechać się po kubełki farby.

Na wszystko przyjdzie czas, mam taką nadzieję, ale się wtedy złapię za pędzel i będę jechać ;)

Prognozy statystyczne z zakresu bezrobocia niestety na koniec roku mają osiągnąć 15%.

Tagi: dom
22:00, sokramka
Link Dodaj komentarz »

 Zakontraktowana do końca listopada bieżącego roku, wykonuję prace społeczno – użyteczne na terenie szkoły. Opieka Społeczna zapewniła mi drobne zajęcie od lipca, żeby nie być na marginesie społecznym z powodu bezrobocia. Zagwarantowane mam 40 godz. Średnio, miesięcznie wychodzi dwa razy w tygodniu po 5 godzin. Niby nic, ale nie należy ta praca do lekkich.

 Od sekretarki do pomocy kuchennej. Nie przeszkadza mi to, wszak będąc piękną i młodą ;) zaczynałam swoją przygodę z pracą od handlary ciuchami, barmanki i salowej. Sokramka pracującą kobietą jest i żadnej pracy się nie boi ;) Mimo pięciu godzin jakie spędzam na szkolnej kuchni wracam do domu jakbym przewaliła łopatą górę piachu. Bolą mnie nogi (stopy) plecy (dobrze, że asekuruję się moimi przeciwbólowymi lekami) i ogólnie czuję zmęczenie fizyczne.

 Ale nie tylko minusy występują w tego rodzaju pracy. Każdego dnia bowiem, kiedy wychodzę do domu dostaję prowiant na wynos. Mam ze sobą przechodni słoiczek i koleżanki zawsze wpakują mi do niego to, co zostało z obiadu dla dzieci, a miałoby się wyrzucić. Jest to naprawdę dużo dla mnie, bo nawet przynosząc jedną porcję mam gotowy obiad dla mojego Młodego. My, starzy jakoś sobie poradzimy, a Mała zawsze ciepły posiłek zje na stołówce w swojej szkole.

 Pamiętam jak pracowałam w przedszkolu (to mój ostatni etat, którego mi nie przedłużyli) i jako sekretarka mogłam w czasie obiadu wskoczyć na stołówkę na przysłowiową miskę zupy. Robiłam to ukradkiem, jak większość osób, które nie opłacały porcji obiadowych. Pani dyrektor była zagorzałą przeciwniczką złodziejstwa. To znaczy, według niej nikt nie miał prawa zjeść „za darmo”; czego nie zjadły dzieci trzeba było wylewać i wyrzucać. Dodam, ze chodzi cały czas o posiłki w garnkach, a nie o te, które pozostawały na talerzach ;)

 Dziewczyny, pracownice, te które przychodziły na kuchnię po kryjomu, często burzyły się decyzjom dyrektorki. Ja z racji swojego charakteru przychodziłam „na zupę” tylko wtedy kiedy dyrekcji faktycznie nie było w placówce. Chociaż moje zdanie było takie samo jak większości pracowników. Dziś też uważam, że lepiej zjeść to, co zostanie niż wylewać do ścieków.

 Tak więc są plusy i minusy takiej pracy. Wiadomo, że wolałabym wrócić za biurko (albo za kierownicę), ale na chwilę obecną głową muru nie przebiję. Wiem tylko jedno: nie zrozumie takiego charakteru pracy żaden człowiek, który nigdy tak nie pracował. Który nigdy nie musiał dźwigać 70, czy 100 litrowego gara z zupą. Nie zrozumie też taki, który nie musiał przewinąć przez swoje dłonie prawie 200 sztuk talerzy czy miseczek. Tyle właśnie wychodzi obiadów w tejże szkole. To gimnazjum i podstawówka razem. Od 11.30 do 13.00 dzieje się tam prawdziwe tornado. Talerze fruwają: szast, prast jeden za drugim. Dobrze, że są dwie przerwy obiadowe.

 Te panie zarabiają po 1200-1300 zł na rękę, umęczą się, napocą po to, żeby pani dyrektor zgarnęła 4 tysie na swoim koncie. Wiem, wiem, „nie chciało się nosić teczki, trzeba dźwigać woreczki”, ale te panie mają skończone szkoły zawodowe – kierunkowe, gastronomiczne. Często wyjeżdżają na specjalistyczne kursy, są doszkalane. Pilnują porządku i ładu – codziennie wysyłane są próbki jedzenia do sanepidu, żeby w razie wystąpienia zatrucia u dziecka stwierdzono, że szkoła była w porządku.

 Ciężko jest pracować fizycznie i tym bardziej taki rodzaj pracy powinien być mocniej doceniany.

Tagi: praca
12:29, sokramka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 września 2012

 Młody bez entuzjazmu, zdziwiony był tylko małą ilością godzin przeznaczonych na przedmioty maturalne: język polski oraz matematyka. Za to dużo czasu szkoła przeznacza na przedmioty stricte zawodowe. W tym przypadku to po kilka godzin na raz geodezji. Dla mnie najgorsze jest to, że w jednym roku, po trzech latach nauki mają zdawać egzamin zawodowy i egzamin maturalny. To co w takim razie będą robić w ostatniej, czwartej klasie? Zobaczymy. Tym bardziej, że mój syn jest tzw. królikiem doświadczalnym nowej podstawy programowej. Maturę też na nowo już będzie pisać.

 Mała rozanielona. Koleżanki w klasie ma te same, które chodziły z nią do zerówki i do tego niektóre dzieci doszły z jej dawnego przedszkola. Pani się podoba, dziecku oczywiście, bo co ja – matka – mogę o niej powiedzieć? Ot, kobieta po 40 roku życia, dosyć postawna, trochę zamknięta w sobie, ale do dzieci ma bardzo dobre podejście. Zobaczymy na pierwszym zebraniu.

 Natomiast byłam dziś świadkiem bardzo nieprzyjemnej sytuacji, z powodu której ucierpiało dziecko. Jedna głupia baba nawrzeszczała drugiej głupiej babie przy publice w szatni. Historia dotyczy bliskich spotkań trzeciego stopnia z wszami. W klasie zerowej chodziła z moją Małą dziewczynka, której rodzice są bardzo biedni, a ojciec jest wręcz czynnym alkoholikiem. Matka, bez wykształcenia, perspektyw, zapuszczona brudem, z pazurami takimi, że chyba dopiero od pługa odeszła. Dziewczynkę nazwijmy Ania. Ania była lubiana przez dzieci, bo skromna, sympatyczna, uśmiechnięta, koleżeńska. Ania ma starszą o rok siostrę i sześć lat młodszego braciszka. Kiedy na początku wiosny okazało się, że w klasie panuje wszawica nie spanikowałam. Podpisanie zgody na „przewiskanie” głowy dziecka przez pielęgniarkę szkolną oraz domowe kontrole pozwoliły mi być spokojną. Po kilku dniach okazało się, że „nosicielem” wszy jest nasza bohaterka Ania.

 Matka dostała od pedagoga szkolnego szerokie wytyczne dotyczące działań zmierzających do zlikwidowania robactwa. Nie wiem czy się zastosowała ponieważ za chwilę problem zniknął, a potem pojawiły się wakacje.

 Na rozpoczęciu roku szkolnego zauważyłam, że Ania nie będzie chodzić z moją Małą do tej samej klasy. Przyznam nieskromnie, że się ucieszyłam. Ale zmierzam do sytuacji, jakiej byłam świadkiem rano w szatni szkolnej. Jedna z matek zrobiła karkołomną awanturę matce Ani. Krzyczała przy dzieciach i rodzicach znajdujących się w szatni: „jak nie zrobisz porządku z tymi gnidami, to postaram się, żeby cię nie wpuścili do szkoły”. Były wyzwiska w postaci: „brudasów”, „leni”, „flejtuchów” etc. Ania stała pod ścianą i płakała. Potem, po rozejściu się sprawy widziałam jak Ania pytała mamę czy zostaje w szkole i czy może iść na śniadanie.

 Dawno nie spotkałam się z tak ogromną skalą brudu. Podobno starsza siostra Ani nie ma już żadnych koleżanek, bo tak śmierdzi, ze nikt się nie chce z nią bawić. Nie wiem jak się dalej sprawa potoczy bo tym właśnie powinna się zająć Opieka Społeczna. Ale jeśli ze strony rodzica nie ma współpracy, albo wręcz jest awersja do służb państwowych to głową muru się nie przebije. A w takich sytuacjach, za głupotę rodziców najbardziej cierpią dzieci.

 

13:05, sokramka
Link Komentarze (2) »