Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
czwartek, 05 lipca 2012

 Zlepek informacji, ale u mnie tak już jest, że wiele się dzieje. Korzystając z wolnego czasu spotkałam się z bliską przyjaciółką, która była tak uprzejma i postawiła mi piwo. Przyznam, że browar za cudzesy smakuje z goryczką, ale jeśli jest okazja do wyjścia z domu to po prostu z niej korzystam.

 Z przyjaciółką weszłyśmy na tematy moich obecnych warsztatów, w których uczestnictwo jest dla mnie coraz bardziej korzystne. Choć znam te wszystkie psychologiczne procedury „prania mózgu” dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy, które pomagają w znalezieniu pracy. Rozmowa przeszła nam z wolna na sprawy rodzinne; trochę poskarżyłyśmy się na swoich mężów, a potem analizowałyśmy własne zachowanie względem nich. Takie babskie plotki. Uzyskałam poradę nałożenia niewidzialnego „klosza” względem spraw, które się wokół mnie dzieją. Czyli innymi słowy zlekceważenia tego wszystkiego. Niby staram się stosować do tej rady i naprawdę od dłuższego czasu dobrze sobie radzę, ale siłą rzeczy nie zawsze wychodzi.

 Mieszkając pod jednym dachem ludzie przecież muszą się w pewnych kwestiach dogadywać. W naszym przypadku najtrudniejsze jest dogadanie się z Golasem. Chyba wszystkie sposoby przekonania go do współżycia społecznego były już przerabiane. Uczę się więc zakładać ten klosz dla dobra ogółu.

 Wracając późną, wieczorową porą z „browarnego” spotkania Szanowny mąż zadzwonił do mnie z domu z informacją, że właśnie pożegnał się z panią kurator. Sprawa Golasa, o której pisałam na moim starym blogu http://zycie-w-dzungli.blog.onet.pl/1,DA2012-02-09,index.html właśnie zatacza koło. (muszę nauczyć się wklejać aktywne linki, teraz nie mam do tego głowy) Mąż powiedział mi, że ta sama pani kurator, która nadzorowała sprawę karną jego syna, została przydzielona do nadzorowania Golasa po wyroku. Chłopak ma się u niej meldować raz na jakiś czas (dokładnie nie wiem) ma się również „spowiadać” z życia prywatnego; tzn. czy znalazł pracę, czy zamierza się jeszcze uczyć, a przede wszystkim czy nadal ma ciągoty do złodziejstwa. Z pierwszą wizytą pani kurator umówiła się na najbliższy poniedziałek.

 Usłyszałam natomiast od mojego męża bardzo ciekawą wypowiedź w temacie opowiedzenia pani kurator sytuacji jaka jest nadal w naszym domu. Co mam na myśli? Otóż mąż mój, do tej pory bierny w swoich działaniach przyznał się kuratorce, że nie daje sobie z tym wszystkim rady, że żona (czyli ja) wiercę mu dziurę w brzuchu, żeby zrobił porządek ze swoim niesubordynowanym synem, że w pokoju Golasa panuje smród i bałagan, no i w ogóle wiele innych… Z każdym wypowiadanym słowem przez męża otwierałam szerzej paszczę, nie wierząc tak naprawdę, że to powiedział. Mam nadzieję, że chociaż takie zachowanie – współpraca ojca i kuratorki – doprowadzi do wyprostowania spraw chłopaka.

 Kiedy przyjechałam już do domu, na przystanek wyszli po mnie mąż z córką. I tu będzie teraz na wesoło: otóż na własne oczy zobaczyłam jak moja córka, lat sześć i pół, SAMODZIELNIE jeździ na rowerze! Czas najwyższy, bo była to dla niej bariera nie do przeskoczenia. Wolała brać zawsze hulajnogę, niż próbować uczyć się jazdy na rowerze. Ale w końcu się udało i myślę, że niedługo zrobimy sobie jakąś rodzinną wycieczkę. Tylko niech te upały już sobie pójdą….

wtorek, 03 lipca 2012

 Odpowiedź jest tylko i wyłącznie twierdząca. Bilans kompetencji, który dzisiaj wałkowaliśmy obnażył moje pozytywne cechy jak również negatywne. To znaczy nie chcę podkreślać, że nie byłam ich świadoma, ale jednak oswojenie się z nimi na podstawie testów i analiza własnego postępowania, nakreśliła mi tor, którym muszę podążać, aby do czegoś dojść w życiu zawodowym.

 Lubię rozwiązywać testy, lubię siebie poznawać, lubię siebie obnażać (psychicznie, choć sfera cielesna również nie jest mi obca) Być może pisanie bloga również jest jakąś terapią, publicznym obnażaniem się, ekshibicjonizmem, który po czasie pozwala mi analizować swoje błędy w zachowaniu i postępowaniu. Od lat pisałam pamiętniki a teraz forma „spowiedzi” przelewana jest na monitor.

 Na warsztatach analizowaliśmy swoje cechy charakteru, mocne i słabe strony, wartości jakimi kierujemy się w życiu i sferze zawodowej, umiejętności nabyte oraz zdolności, zainteresowania, które miały nakreślić nasze predyspozycje zawodowe. Na koniec pomógł nam John Holland i jego zestaw testów, pokazujący nam sześć typów osobowości zawodowej. Wyszło, że jestem typ społeczny. Chcę pomagać innym ludziom, cenię działalność społeczną, lubię informować, nauczać, wyjaśniać, wspierać, posiadam zdolności interpersonalne.

 Pani doradca zawodowy, która prowadzi z nami te warsztaty powiedziała mi, żebym poważniej zastanowiła się nad młodzieńczymi planami bycia wychowawcą w przedszkolu. Ponieważ barierą dla mnie nie do przeskoczenia w tej chwili jest brak studiów pedagogicznych oraz słuszny wiek (nauczycielki w moim wieku już mają awanse zawodowe na wysokim poziomie), do tej pory wydawało mi się, że praca nauczycielki jest już dla mnie pomysłem nierealnym. Kto zatrudni do opieki nad dziećmi byłą sekretarkę, pomoc księgowej, fakturzystkę, która przez 15 lat życia zawodowego zajmowała się papierkami i z pracą z dziećmi nie ma nic wspólnego?

 Zobaczymy jak zajęcia wpłyną na mnie jutro. Będziemy analizować nasze CV oraz wspólnie zastanawiać się co tak naprawdę musi znajdować się w liście motywacyjnym.

 Chodzę uśmiechnięta choć grosza przy duszy nie mam i czuję widmo odłączonych liczników. Przecież nie może być gorzej niż jest…

 

 

 

Tagi: warsztaty
20:42, sokramka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

 Po dwóch dniach upału (który de facto nie ustępuje), mam chwilowo dosyć temperatury powyżej 30 st. C. Sobota i niedziela zmusiły mnie do siedzenia w domu i pracy z maszyną. To znaczy nie traktowałam tego w kategorii przymusu, ale jednak aura nie pomagała mi spędzić wolnego czasu na powietrzu. Stworzyłam dwa piórniczki, z których jeden służy mi za woreczek do nożyczek krawieckich, a z drugiego jestem mniej zadowolona, nie udał się, ale myślę, że po kilku próbach dojdę do wprawy.

 W niedzielę zadzwoniła koleżanka – słyszała, że mają wolny etat u niej w pracy, miałam w związku z tym pilnie podjechać w poniedziałek (dzisiaj) i zostawić swoje CV. Ponieważ mój Młody wyjeżdżał dziś na obóz harcerski (już jako kadra zarządzająca) wstaliśmy z synem o 5.00 rano i zaczęliśmy się szykować. Odwiozłam go na 7.00 pod szkołę, gdzie miał podjechać autokar, pożegnałam się i od razu pojechałam w ustalone przez koleżankę miejsce złożenia aplikacji.

 Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, wolne miejsce jest już obsadzone i ogłoszenie w związku z tym nieaktualne. Trudno – świat się nie zawalił, szukam więc pracy dalej.

 Od dzisiaj natomiast zaczęłam aktywne uczestnictwo w warsztatach aktywizacji zawodowej. Forma pomocy wychodzi z Ośrodka Pomocy Społecznej. Wcale nie martwi mnie to, że musze tu być, wręcz CHCĘ tu być i to mnie cieszy. Chyba po raz pierwszy czuję satysfakcję ze spotkań aktywizujących (integracyjnych). Pamiętam jak miałam dwumiesięczną przygodę z pracą w banku. Cholerny kierat, przemiał mózgu i właśnie te spotkania integracyjne. Radosne okrzyki, siła perswazji prowadzących, zmuszanie do działań, rozmów, wspólnych projektów. Rzygać mi się chciało. Klasyczny wyścig szczurów – kto pierwszy ten lepszy, a potem w oddziale banku – kto więcej sprzeda kart i kredytów może się uważać za boga. Nawet prywatny czas po pracy był rezerwowany wspólnie na spotkania w kręgielniach, pubach i innych takich. Szaleństwo! Mózg miałam wyprany do tego stopnia, że szybko zrezygnowałam z dalszej współpracy. Nawet perspektywa dobrych zarobków nie przekonała mnie do pozostania w tym banku i godzenia się na np. dwutygodniowe szkolenia. Ja? Bez moich dzieci dwa tygodnie? I tu pojawia się uśmiech, bo oczywiście dzieci nie są przecież malutkie, ale ja jestem bardzo rodzinna.

 Teraz widzę diametralną różnicę pomiędzy dzisiejszymi warsztatami, a ówczesnymi spotkaniami bankowymi. Tutaj Prowadząca ma nas za partnerów, rozmawia z nami, pyta się nas „czy chcemy” i „co chcemy”, a tam mieliśmy narzucane formy sprzedania swojej osoby i między innymi sprzedaży produktów bankowych.

 Będę mieć te zajęcia do końca tygodnia po 6 godzin. Mam nadzieję, że skorzystam, a jeśli nawet nie, to zajmie mnie codzienne wychodzenie z domu i bywanie wśród ludzi.

 

piątek, 29 czerwca 2012

Ponieważ zaczęły się już wakacje i moje dzieciaki pokończyły, odpowiednio: Młody gimnazjum, a Mała zerówkę, zaczęły się problemy z opieką nad dziećmi, które nigdzie nie wyjeżdżają. Mam koleżankę, której córka chodziła z moją do klasy, wcześniej znałyśmy się z przedszkola, a znajomość nasza sięga czasów żłobkowych. Zaproponowałam koleżance, że zaopiekuję się jej córką bo przecież i tak siedzę w domu i tak sprawuję opiekę nad swoim dzieckiem. Znajoma przystała na propozycję i tak oto stałam się niańką na dziewięć godzin jak w świetlicy.

Dziewczynki bardzo się lubią, siedziały w jednej ławce w klasie zerowej i widzę, że ich przyjaźń rozkwita. Z matką dziecka tez mam dobre układy, poprawne, bo tak naprawdę za wiele o sobie nie wiemy. Na razie mi to wystarcza. Obserwując dziewczyny widzę, że moja Mała jest żarłokiem, a tamta raczej niejadkiem. Jeśli chodzi zaś o wygląd to tamta jest pączusiem, a moja Mała wysoką, postawną kozą. Zainteresowania też obie mają rozbieżne: moja siedziałaby cały dzień w domu, przy puzzlach, rysowaniu, oglądaniu bajek, ewentualnie mogłaby pojeździć na hulajnodze wokół domu. Tamta zaś odwrotnie: jeśli tylko jest okazja do wyjścia to jest pierwsza, żadnego domatorstwa, na plac zabaw i już.

Wydaje mi się, że wynika to z miejsca zamieszkania: tamta dziewczynka wychowuje się w typowym blokowisku. Każde opuszczenie mieszkania to wyprawa, a my jesteśmy jakby na wsi; chcąc nie chcąc podwórko jest również naszym domem. Granica kończy się na furtce, u tamtej na drzwiach wyjściowych z mieszkania.

Dzisiejszy dzień mógłby być sielanką i zapewne taki będzie jeśli wyrzucę z głowy obrzydliwe myśli dotyczące Golasa. W zasadzie nie ma dnia, żebym o tym problemie jakim jest ten chłopak, nie myślała. Ktoś powie: daruj sobie, olej go, ignoruj, ale ja nie mogę. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że mieszkając pod jednym dachem z osobą, która tak do końca nie jest mi obca (syn mojego męża) mogę lekceważyć, czy tolerować jak kto woli, zachowania poniżej krytyki.

Od poniedziałku chłopak chyba wychodził do jakiejś pracy, cholera go wie, nie sprawdzę, ale regularnie o 7.00 opuszczał mieszkanie. Dziś było inaczej. Wyjście z barłogu miało miejsce o 10.00, a wyjście z domu o 10.30. Poza tym fakt nieodzywania się do całej rodziny (oprócz siostry) i unikanie jej członków stwarza wrażenie jakby miał nas wszystkich dość. Ja się mu nie narzucam, to nie moje dziecko, ale uważam, że chłopak ma ojca, który powinien w tej kwestii coś zdziałać. Jedynym usprawiedliwieniem mojego męża w sprawie braku kontaktu z synem jest odpowiedź: no przecież jego ciągle nie ma.

Najgorsze jest to, że Golasa pseudo-pokój jest siedliskiem obrzydliwego smrodu i brudu, który zalega tam już od …. O rany, właśnie sobie uświadomiłam, że to trwa już od trzech lat. Słowo: sprzątanie pasuje tam jak wół do karety, tylko patrzeć jak zalęgną nam się karaluchy. Nie umiem znaleźć wytłumaczenia na tolerancję takiego zachowania własnego syna przez ojca. Do tego postawa roszczeniowa i rosnący w siłę pasożyt, korzystający z wygód pt. ciepły prysznic, prąd do telewizora oraz gaz do własnoręcznie przygotowanych potraw.

Co tu dużo mówić: właściwie nic nie można mówić, bo metody jakimi przez tyle lat posługiwałam się tak w stosunku do tego chłopaka, jak i w stronę mojego męża zawodzą. Wszystkie. Odkąd Golas przestał się do mnie odzywać przynajmniej mam ten komfort psychiczny, że nie strzępię sobie języka na darmo. Co do męża to nie wiem czy temu człowiekowi coś przyjdzie do głowy, czy po prostu któregoś dnia dojdzie do tragedii albo najzwyczajniej w świecie do 40 roku życia będzie chował sobie pasożyta. Jak w klasycznej historii: „Ballada o Januszku” tylko tutaj Gienią jest mój mąż.

Pocieszam się jedynie tym, że nie jestem osamotniona. Ostatnie wpisy na pewnym forum dały mi wiele do myślenia. Postanowiłam przeczytać zawartość mężowi z prośbą o niekomentowanie tylko przemyślenie. Bo gdyby zaczął komentować usłyszałabym: „znowu bzdury czytasz, jakieś forumowe brednie”. Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona do wyprowadzki w obliczu tragedii jaka mogłaby się wydarzyć z powodu Golasa.


15:16, sokramka
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012

Całość spotkania trwała może 15 minut. Poza mną siedziała w „poczekalni” jeszcze jedna pani, jedna właśnie wychodziła z rozmowy i za mną przyszły jeszcze dwie. Wiek pań zbliżony do mojego, przedział: 30 – 45. Zresztą sam szef na takiego wyglądał. Kadra, która pracowała jak mróweczki na moich oczach również prezentowała się w takim przedziale wiekowym. Za to każde z państwa (czy to pani, czy pan) wygląd miało nienaganny. Przypominam sobie, że nawet w ogłoszeniu oprócz podstawowych umiejętności i wymagań rekrutacyjnych było napisane: bardzo dobra prezencja. Czyżby szef był estetą?

Weszłam więc na zaproszenie, a właściciel od progu krzyknął: proszę na wesoły fotelik! W ogóle podczas rozmowy tryskał humorem, pytanie czy mam jakieś nałogi wyglądało: „no wie pani: picie, palenie, dragi, w żyłę i te sprawy?”. Reszta pytań klasyczna jak przy spotkaniu rekrutacyjnym: „czego pani oczekuje od potencjalnego pracodawcy?”, „dlaczego chce pani u nas pracować?”, „jakie są pani oczekiwania względem zarobków?”, „czy poradziłaby pani sobie z tym zakresem prac?”, standard.

Przyznam, że nie starałam się na siłę robić z siebie super – fachowca, byłam spokojna, rzeczowa i nawet trochę olewałam poziom tej rozmowy, bo szef, który w przerwie między jedną rozmową rekrutacyjną a drugą opowiada sprośne anegdoty swojej sekretarce, jest mało wiarygodny. Jak dla mnie. Cóż, może jestem staroświecka, ale zawsze miałam lepszy kontakt ze współpracownikami statecznymi i nawet starszymi od siebie, a rówieśnicy, którzy zasypiali przy pracy po nieprzespanej, zabalowanej nocy, budzili u mnie niesmak. Nie twierdzę, że nie wolno się bawić, ależ trzeba, z tym, że należy oddzielić pracę od zabawy i pracę od rodziny. Nigdy tez nie byłam zwolenniczką służbowych integracji, wyjazdów na pikniki, wspólnie wypijanych piw i ognisk palonych razem z koleżanką/kolegą z działu.

Tak więc po piętnastu minutach dowiedziałam się, że „jeśli do końca tygodnia się nie odezwiemy będzie to znaczyło, że wybraliśmy kogoś innego”. Zobaczymy.

 

Tagi: praca
17:54, sokramka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Postanowiłam dzisiaj pojechać do Mamy. Pomyślałam, że dawno nie było tam sprzątane, poza tym ja miałam nową zawieszkę z wierszem, który dla Mamy kiedyś napisałam więc będzie okazja, żeby tę zawieszkę przymocować.

Podróż na cmentarz z mojego miejsca zamieszkania to prawie dwie godziny wyjęte z całego dnia. Do tego powrót – również prawie dwie godziny i coś porobić na miejscu – dodatkowe 30 minut. Wykorzystałam więc czas bezrobotnej do odwiedzenia Mamy na Jej grobie. Już kiedyś popełniłam wpis na blogu Maliny, że jeżdżę do Mamy kiedy czuję taką potrzebę, a nie kiedy wypada bądź jest taki przymus. Właśnie wczoraj wieczorem poczułam taką potrzebę, żeby się do Rodzicielki przejechać.

Pogoda była super – nie za gorąco, ale też nie za zimno – w sam raz na prace porządkowe oraz wewnętrzne pogaduchy. Choć nie wierzę, że Ona mogła mnie słuchać mówiłam jak głupia do Mamy o mojej sytuacji, o moich problemach, o zameldowaniu pod nowym adresem, o wymeldowaniu SS. Ale najgorzej było jak weszłam na temat dzieci, a Jej wnuków. Kiedy wypowiedziałam zdanie, że Mała już od września idzie do pierwszej klasy, a Młody złożył papiery do technikum, łza mi się zakręciła w oku i nie ukrywam, że całkiem zaszkliły mi się oczy. Już miałam ryczeć ze wzruszenia kiedy w kieszeni zabrzęczał mi telefon – ktoś się chciał ze mną skontaktować.

Szybko otarłam łzy i odebrałam połączenie. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że… zapraszają mnie na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy. Pamiętam, że jakieś dwa tygodnie temu składałam CV do owej firmy i w zasadzie już o nich zapomniałam. Ale za to oni pamiętali o mnie. Ucieszona podziękowałam Mamie (no bo komu???)))) powiedziałam do siebie, że to musi być jakiś łut szczęścia i zmierzałam do wyjścia cmentarnego.

I to był właśnie ten wesoły akcent mojej dzisiejszej, a bądź co bądź smutnej podróży. W środę dowiem się co dalej z moją "karierą" :)

 

Tagi: mama praca
17:19, sokramka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 czerwca 2012

 W ramach naładowania bateryjek, które ostatnio nie dawały mi wiele energii, umówiłam się z bliską koleżanką, Maliną na spotkanie, które okrasiłyśmy sobie poezją Jana Kochanowskiego. Kochanowski „obchodził imieniny” w jednym z naszych miejscowych parków. Odbywał się tam „mecz poetycki”, którego uczestnikami byli aktorzy polskich scen. Nasłuchawszy się trenów i fraszek wieszcza poczułam się o wiele lepiej, a dodatkowo przy dużej dawce humoru naszych aktorów, uśmiech nie schodził mi z twarzy.

 Mało kto wie, że staropolszczyzna potrafi nacieszyć współczesnego człowieka dawką dobrego humoru. Mało kto wie, że słowo: „bindasz” oznacza nic innego jak męski członek, wyraz: „łątki” to marionetki, a „wacek” to po prostu woreczek, sakiewka.

 Kupiłyśmy sobie później z Maliną piwo, zjadłyśmy ostre nachos i przywarłyśmy do straganów z książkami. Nabyłam sobie publikację Tadeusza Żeleńskiego (Boya) o absurdach i patologiach polskiego życia społecznego, których wspólnym mianownikiem są: wojujący katolicyzm i prymitywny konserwatyzm. Malina również dokonała zakupu i tak oto wyszłyśmy stamtąd bogatsze o literackie doznania i biedniejsze o parę złotych w portfelu.

 Powrót wydawał się równie przyjemny ponieważ masy ludzi zmierzały na koncert, gdzie muzyka słyszalna była i bez obecności na nim. Kobiety próbowały wić wianki i rzucać je do wody, ale również próbowały skorzystać z publicznej toalety, do której kolejka była jak za komuny.

 Fajnie mi było, dzięki takim wyjściom oddycham, ładuję się pozytywnie, ale mój mąż daleki jest od czytania literatury i nie byłby w stanie dobrze się bawić na takich spotkaniach. Pamiętam jak kilka lat temu zabrałam go do klubu na koncert rockowego zespołu. Nudził się niemiłosiernie, a mnie się go zrobiło najzwyczajniej żal. Takie wypady muszę sobie organizować sama, a czas z mężem spędzać na rowerze, albo wyprawach górskich.

Tagi: Spotkanie
09:57, sokramka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2012

Prawdziwych Przyjaciół, a nie takich, którzy się za nich uważają. Wczorajszy giga dół powstał z rana, kiedy odbierałam swój nowy dowód osobisty. Paradoks? Śmieszne. Wracając piechotą z Urzędu postanowiłam wysłać smsy do osób, którym ufam, ze mi źle, tak po prostu. Nie zawiodłam się, wszyscy odpisali. To było takie budujące, że popłakałam na leśnej ścieżce.

Jest wiele różnych imion, Kaś, Marków, Zoś i Krzyśków jest mnóstwo, a ksywkę każdy ma jedyną, niepowtarzalną. Pozwolę sobie zatem podziękować moim Przyjaciołom imiennie:

1.    Dziękuję przede wszystkim Ali, która namówiła mnie do blogowania i zawsze służy dobrym, pocieszającym  słowem.

2.    Dziękuję Bożence, która jak mało kto o depresji wie najlepiej i jest dla mnie jak matka.

3.    Dziękuję Ani, która będąc blisko naszych problemów nie zniechęca się do rozmów ze mną, jest cierpliwa i pomocna.

4.    Dziękuję Edytce, która mimo zapracowania i dzielących nas kilometrów jednak o mnie pamięta.

5.    Dziękuję Wioli, która mimo niezrozumiałości wielu moich problemów zawsze potrafi być strażnikiem dobrego słowa.

6.    A ostatnie, najważniejsze podziękowania niech lecą do mojego Brata. Diabeł z niego jest i robi czasem głupstwa, ale na nikogo tak nie mogę liczyć jak na niego. Kocham Cię Braciszku!

Dzisiejszy dzień zapowiada się bardziej pozytywnie ponieważ wybieram się na rozładowanie negatywnych doznań. Zostawiam za sobą cały bałagan i idę do ludzi. I niech cholera weźmie te wszystkie kłopoty – dziś ja jestem najważniejsza!

 

 

Tagi: przyjaźń
08:14, sokramka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2012

Podobno depresanci najgorzej czują się rankiem, im bliżej wieczora tym lepiej. Tak właśnie mam dzisiaj, choć wierzę, że to przejściowe. 

Motorem do zapędzania się w giga dół jest oczywiście brak pracy, a co za tym idzie: pusty portfel. To pierwszy i najważniejszy punkt dzisiejszych smętów. Jeśli nic nie znajdę w ciągu najbliższych tygodni to będzie bardzo źle. Może nawet odłączą nam licznik gazowy. 

Kolejna sprawa, która spędza mi sen z powiek to odwieczny problem z Golasem, jego zachowaniem, podejściem do wspólnego zamieszkiwania oraz bezradnością jego ojca, czyli mojego męża. Chłopak znowu został przyłapany jak szperał w naszym pokoju w szufladach i szafkach. Czego szukał? Nie wiem, bo od dłuższego czasu nie trzymam w domu żadnych pieniędzy. Jeśli chodzi o jedzenie również nie mogę sobie poradzić z tym problemem. Jeśli kupię 6 jajek to następnego dnia znikają mi 2, jeśli włożę do lodówki 8 plasterków wędliny, to następnego dnia mam 4. Wszystko muszę chować, bo wszystko może zniknąć. O „innych” winnych nie ma mowy ponieważ Uszak sam zamyka swoje rzeczy w swoim pokoju na klucz, Scareface się przecież wyprowadził, a mój Młody sam informuje mnie o zauważonych „akcjach” Golasa. Poza tym nie zapominajmy o zainstalowanej kiedyś kamerze, która nagrała chłopaka grzebiącego w cudzych rzeczach. 

Ten dziewiętnastolatek bawi się reakcjami mojego męża od bardzo dawna. Wie, że nie spotka go żadna kara i dlatego pozwala sobie na takie wyskoki. Nigdy mój mąż na niego nie krzyknął, zawsze były tylko rozmowy i prośby. Golas obiecywał poprawę… i dalej robił swoje. Nawet w przypadku interwencji kuratora po złapaniu go na kradzieży torebek i telefonów, mąż mój pozostawił wszystko do dyspozycji organów ścigania. Jego inicjatywa była znikoma. Z jednej strony usprawiedliwiam męża, bo jest człowiekiem niezwykle spokojnym, ufnym, pracowitym, łagodnym, nie lubi awantur, kłótni unika jak ognia, ale z drugiej strony mam żal do niego, że nie umie zatroszczyć się o byt własnej rodziny. Przecież działanie wspólne z policją, kuratorem, dzielnicowym, psychologiem w kierunku wyprostowania krzywizny społecznej Golasa nie jest wymierzone przeciw własnemu dziecku! Czasem trzeba zrobić coś wbrew sobie, żeby dziecko wiedziało, że kontrolujemy sytuację i zagubione w swojej niewiedzy czuło „twardą rękę” rodzica. Mój mąż sam jest zagubiony w swoim życiu i być może wybrał mnie na kierunkowskaz. Ale ja już opadam z sił i sama zaczynam się staczać, nie mając znikąd wsparcia. 

Kradzieże, podbieranie artykułów spożywczych, niechęć do własnej rodziny, unikanie jej, bycie sobie sterem, okrętem i żeglarzem – to główne przesłania Golasa. I nie jest to stwierdzone od wczoraj. Problem istniał jeszcze jak jego rodzice byli małżeństwem. Ja, jako macocha też starałam się do niego dotrzeć, były próby powrotu do szkoły, wsparcie w lekcjach, nikt tak nie biegał z nim po specjalistach jak ja. Dziś już się nie angażuję bo chłopak sam zrezygnował z jakiejkolwiek pomocy. Tylko, że problem narasta i obawiam się, że kiedyś osiągnie szczyt nie do ogarnięcia. Bierność mojego męża i ciche przyzwolenie na bunt jego syna może być tego główną przyczyną. 

Sprawa wymeldowania SS zatacza coraz szersze kręgi ponieważ Urząd w zgodzie z obowiązującymi przepisami wysłał wezwania do przypadkowych sąsiadów o potwierdzenie niezamieszkiwania tutaj pani SS. Wybrano cztery osoby. Tylko jedna pojedzie i bez problemu potwierdzi, reszta „nie chce się wtrącać”. Za to wtrącać się ma wielką ochotę siostra mojego męża, a jednocześnie bliska koleżanka SS. Ona jej broni starając się wyperswadować własnemu ojcu, a mojemu teściowi działania urzędowe. Jak na razie teść nie ma zamiaru rezygnować z powziętych już kroków meldunkowych i oby wytrzymał konsekwentnie w swoich przekonaniach. 

A na pocieszenie: odebrałam dzisiaj rano swój nowy dowód z nowym adresem zameldowania.  

Musze najpierw sprawdzić jak działają ustawienia bloga, tak więc pierwszy wpis na próbę. Obiecuję pisać na bieżąco :)

12:14, sokramka
Link Komentarze (2) »
1 ... 56 , 57