Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 04 stycznia 2017

Przed świętami dziadek wyjechał ze swoja narzeczoną do sanatorium. W tym czasie był taki błogi spokój, że przemknęła mi nawet myśl, że nie przejęłabym się, gdyby teścia nie było już zawsze.....

Wczoraj pojawił się wczesnym popołudniem i zadzwonił do Szanownego, że syn mógłby ojca odwiedzić i pogadać. Szanowny przystał na propozycję i zaraz po powrocie z pracy poszedł na stronę dziadka. Zdziwił się jednak, bowiem chałupa była zamknięta, a w oknach widniała ciemność. Mąż mój wykonał więc telefon do swojego ojca i po chwili usłyszał niezrozumiały bełkot, który ogólnie informował Szanownego, że "właśnie się położyłem, bo taki zmęczony jestem i chcę iść spać". Oczywiście słowa te wypowiedziane były już po wypiciu dobrej ilości alkoholu i nie sposób było dogadać się z teściem.

W nocy w okolicach pierwszej słyszeliśmy zza drzwi łomot i rozmowy. Ojciec dzwonił do jakichś swoich znajomków i przepraszał, że obudził, ale "może byśmy się jutro zobaczyli?"...

Za długo był spokój. Wiedziałam, że dziadek musi odreagować dwa tygodnie abstynencji i po powrocie do domu musi się nachlać jak meserszmit. Doszłam do wniosku, że teraz albo zapije się na śmierć, albo zrobi sobie jakąś krzywdę zdrowotną (cukrzyk). Już mi się nie chce o tym myśleć.

A niedługo Dzień Babci i Dziadka. Teść będzie zapewne wymagał zainteresowania i życzeń od swojej wnuczki, a ja jak co roku będę namawiać Manię do zrobienia jakiejś laurki. W końcu ma tylko jednego dziadka i żadnej babci.

wtorek, 03 stycznia 2017

Czas zacząć nowy rozdział, choć dzień jak każdy poprzedni niczym szczególnym się nie wyróżnia. Sylwestra spędziliśmy w ambasadzie japońskiej - to znaczy w kimono i spać :-)))) Gdzieś usłyszałam ten tekst i strasznie mi się spodobał. Ledwo wytrzymaliśmy do północy, ale nie ma się czemu dziwić - oboje budzimy się codziennie skoro świt. Organizm przyzwyczajony. Mania oczywiście siedziała dłużej, Pierworodny też, choć miał zaproszenie na jakąś imprezę w gronie swoich znajomych, to jednak został w domu.

Petard wiele nie było w naszej okolicy, ludzie albo powyjeżdżali, albo zmądrzeli i nie chcieli straszyć zwierząt. My tez nie strzelaliśmy.

A dzień pierwszego stycznia okazał się dniem totalnego lenistwa, co w moim przypadku jest co najmniej dziwne ;-) Nawet nie umyłam zębów, nie ubrałam sie i nie czesałam :-D ale było fajnie - beznadziejnie leniwie i najważniejsze - NIC nie musiałam. Robiłam to, co chciałam, np. kończyłam komin na drutach, o którym wspominałam jakiś czas temu oraz przeglądałam filmiki na YT zawierające jakieś fajne wzory na szydełko i druty.

Z przyjemności: zaczęłam również ją czerpać z posiadania nowego telewizora zakupionego Szanownemu w ramach prezentu świątecznego. Telewizor jest bardzo duży, bardzo płaski i ma zainstalowany Netflix. Miesiąc mamy darmowy, ale już się z Pierworodnym umówiłam, że za abonament będziemy płacić wspólnie ponieważ i on i ja (i Mania) mamy z tego przyjemność. Netflix posiada szeroką gamę filmów i seriali, które można sobie wieczorem zarzucić zamieniając wieczorny czas rozrywką zamiast papki telewizyjnej, która sączy się z popularnych kanałów. Wczoraj obejrzeliśmy "Jestem Bogiem" z Bradleyem Cooperem, wcześniej zarzuciłam "Wielkiego Gatsbiego" z DiCaprio, a Mania szaleje za filmowymi bajkami w typie "Królewny śnieżki" z Julią Roberts. Mój Syn siedzi przed serialami i to samo proponuje mnie. Nie mam czasu na takie rzeczy, bo praktycznie po przyjściu z pracy wieczór spędzam w kuchni, a filmy z Szanownym oglądamy już w łóżku. Ale przyznam szczerze, że takie technologiczne usprawnienia potrafią uprzyjemnić wspólne chwile.

A na koniec obiecane twory. Łapki kuchenne (prezent) i wzór mojego nowego komina, który juz skończyłam i przymierzam się do wykonania z tej samej włóczki pary mitenek.

Dobrego Nowego Roku!

czwartek, 29 grudnia 2016

No właśnie - te kilka dni wolnego, trochę przedłużony weekend, a jednak takie dni, podczas których mogą się zdarzyć rzeczy niespotykane w ciągu roku. 

U nas nie ma czegoś takiego jak kolacja wigilijna. Owszem - choinkę ubiera Szanowny z Manią, ale ja nie szykuję żadnych specjałów na stół. A ostatnio nawet postanowiłam tylko zrobić dobry obiad i w spokoju zjeść go we czwórkę, jak nigdy. Dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium więc nikomu i z niczego nie musiałam się tłumaczyć. Nareszcie czas spędziliśmy tak naprawdę po naszemu. Miło, spokojnie, z prezentami, które sami sobie wybraliśmy i sami się nimi obdarowaliśmy. 

Muszę też przyznać, że w tym roku mój syn chyba poczuł zew wolności i jakieś dziwne parcie na kuchnię, albowiem sam przygotował dwa ciasta na ten świąteczny weekend, a od wczoraj pichci jakieś dwie kolejne pyszności na pożegnanie koleżanki z hufca ;-) Szacun dla Pierworodnego!

Natomiast w niedzielę odwiedził Szanownego jego najmłodszy syn ze swoją kobietą i dzieckiem, które urodziło się w sierpniu. Szanowny widział wnuczka po raz pierwszy. Najgorsze z tej wizyty było okraszenie jej... wódką. Tak, tak, kolejny raz ostro wyraziłam swoje zdanie na temat tego alkoholu. Synuś przyniósł flaszkę do obalenia razem z tatusiem. Potem pojawił się najstarszy z moich pasierbów ze swoją rodzinką, a ja udałam, że baaaaaardzo mnie boli głowa i poszłam czytać do Maniutkowego pokoju. 

Ech najchętniej to bym chciała, żeby całą wódę świata zalało morze i żeby jej nigdy nie było, a jedynym alkoholem dostępnym dla ludzi było piwo i wino. Nie wiem dlaczego akurat do wódki mam taką awersję. Mój mąż nie jest alkoholikiem, wódkę pije właśnie raz w roku i jest po niej wesoły i niesamowicie wygadany, czego nie można o nim powiedzieć kiedy jest trzeźwy ;-) Ale ten konkretny alkohol nie pasuje mi do żadnej okazji. A jeszcze jak zobaczyłam, że piją oboje młodzi rodzice (!) tego najświeższego malucha, to doznałam szoku. Do tego oboje palący.

To niby nie moje małpy i nie mój cyrk, ale zauważyłam jak dziwnie łączą się ludzie w pary: moja Mama uciekła z rodzinnego domu w małżeństwo, w którym nie mogła dogadać się pod względem intelektualnym, chociaż czarę goryczy przelała przemoc ojca wobec mojej Mamy. Rozwiodła się. Moja teściowa - kobieta wykształcona, z dobrego, bogatego domu, związała się z człowiekiem ze wsi, mimo oporów i sprzeciwów jej opiekunki. Gdyby nie fakt, że teściowa była kobietą niezwykle ugodową, zapewne też by się rozwiedli ze względów intelektualno-kulturowych. Następnie mój mąż ożenił się z kobieta niezwykle religijną, prostą, z małego miasteczka, której edukacja zakończyła się na szkole zawodowej i zapewne do dziś pani przejawia strach przed zabobonami, a nauka czy nowości techniczne są dla niej obce (wiem, że nie posiada nawet adresu mailowego). Rozwiedli się. A ich synowie - każdy ma kobietę inną, z różnych środowisk, jednak są to dziewczyny proste, nie przejawiające żadnych ambicji. No, może Blondyna Scareface'a jest kobietą o szerszym horyzoncie myślowym, jakieś tam studia chciała podejmować, ale urodziło się dziecko i siedzi teraz w domu. 

Patrzę na dzieci mojego męża i jestem zadziwiona. Porównując ich do mojego syna widzę ogromny mur, choć żaden z nich nie jest ani złodziejem (no, jeden był...) ani narkomanem, porobili dzieci, pracują na te dzieci i w miarę możliwości się tym swoim domem zajmują. Nic szczególnego, nic specjalnego, żadnych ambicji, marzeń, pasji, hobby. Mój syn kiedyś został nazwany przez dziadka "pedałem". "On to chyba jakiś pedał jest, bo dziewczyny jeszcze nie ma". Strasznie mnie to zabolało, bo wyszła z dziadka zaściankowość i patrzenie na życie przez pryzmat stereotypów.  

Na szczęście głos teścia nie będzie słyszalny aż do 5 stycznia i chwała mu za to :-) 

W poniedziałek wzięłam się za maszynę i uszyłam prezent właśnie dla jednej z moich synoch, która wg mnie jest z nich trzech najbardziej "ludzka". To łapki kuchenne, które już wiszą na Insta. Powiesiłam też nasze zdjęcia z ostatnich wakacji w dużej ramce, a z chłopem rozplanowaliśmy wykonanie łóżka dla Mani, do którego jakiś czas temu zakupiliśmy sam materac. W najbliższą sobotę zapewne pojedziemy po dechy. 

Mam cały tydzień urlopu międzyświątecznego. Do pracy idę dopiero w nowym roku. Mimo to wstaje najpóźniej o 7.00 bo dzień wtedy zupełnie inaczej się układa. O 12.00 mam już zrobione pranie, zmywanie, przykładam się też do dawno nie trzymanych drutów i włóczki (mam w planach szalik). No i oczywiście w międzyczasie pisanie pracy magisterskiej pochłania moje wolne minuty. Aktualnie czytam też drugi tom Krugera autorstwa Marcina Ciszewskiego. Bardzo długo na tę pozycję czekałam i już prawie zapomniałam co się działo w pierwszym tomie ;-) 

W każdym razie zaraz będziemy starsi o kolejny rok. I oby ten 2017 był milszy od tego cholernego 2016, podczas którego zgasły wielkie gwiazdy i osobistości oraz w czasie którego Polska rozbiła się na dwa wrogie sobie obozy. 

piątek, 23 grudnia 2016

A gdyby tak bojkotować sklepy sprzedające żywe karpie? Sorry za wpis o rybach, ale już nie mogę.

Tradycja polską jest jedzenie na wigilię karpia. Najpierw jednak trzeba go zakupić, najlepiej żywego, aby potem móc go utłuc w wannie, poszatkować na dzwonka i usmażyć lub włożyć pod galaretę.

To nie jest moja tradycja. Nigdy nie była - Mama nie lubiła karpia i go nie kupowała - ja mam podobnie. Obrzydzenie mnie bierze i wstręt ogarnia kiedy widzę w sklepach te "wanny" pełne karpi, które zgniecione między sobą jak sardynki w puszce próbują łapać dostępne powietrze w wodzie. Potem taka ekspedientka wyławia dla klienta jednego z tych karpi, waży i ... wkłada w reklamówkę. Droga tej ryby ze sklepowej wanny do domowej wanny jest straszna. Ludzie najczęściej rzucają rybę do koszyka pomiędzy inne zakupy i zwierze szamocząc się w reklamówce zdycha w męczarniach.

Oj tam, oj tam, ktoś napisze - to "tylko" ryba, to tradycja, tak było zawsze.

Ok. Ale jesteśmy ludźmi. Uczymy się, ewoluujemy. Nasze zachowanie od wieków się zmienia. Gdybyśmy chcieli utrzymywać wieloletnią tradycję, to mężczyźni zdobywaliby nas, kobiety, waląc pałką w łeb i szarpiąc do domu za włosy.

Ewolucja kulturowa to także inne spojrzenie na rytualne uboje zwierząt. To nie powinno się dziać w XXI wieku. Nie mówię, że każdy od dziś ma zostać wegetarianinem, bo człowiek ma żuchwę przystosowaną do gryzienia mięsa, ale może w przyszłości się okazać, że poddani ewolucji ;-) zaczniemy stosować inne diety, np. pastylkowe i nasze zęby zmienią kształt.

Drodzy, jedzcie sobie te karpie, ale nie kupujcie ich żywych. Nie każcie dzieciom patrzeć jak zwierze poddawane jest nieludzkiemu traktowaniu. Ja też jadam mięsko i ostatnio nawet obrabiałam półtuszę wieprzową, z której mam zapas wędlin i kiełbas. Ale wiem, że świniak był ubity w sposób humanitarny, a nie zadźgany za stodołą przez pijanego chłopa.

Moja koleżanka, która mięsko lubi jeść jak mało kto, ma taką teorię, która deczko ją usprawiedliwia w tym uwielbieniu wieprzowiny. Twierdzi, że świnki rosną na drzewach i dojrzewające spadają na ziemię, gotowe do zjedzenia ;-)

Za wegetarianina się nie uważam, myślę też, że niejedzenie mięsa i ryb wiąże się ściśle z wyznawaniem jakiejś ideologii, do której mi daleko. Ale przestrzeganie humanitarnych zasad współżycia ze światem zwierzęcym chyba nie jest mi obce. Karpie żyją i czują, to, że nie wydają głosu nie upoważnia nas, ludzi, do tak obrzydliwego ich traktowania.

08:22, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Mimo strasznie napiętego końca roku i masy pracy służbowej czuję się wyśmienicie! Energia mnie rozpiera, uśmiecham się, nie choruję, jakby życie moje toczyło się w innym wymiarze, na przekór tego, co dokoła się dzieje. Nawet nie mam chwili dla moich ukochanych drutów, szydełka czy igły... Ledwo zdążyłam podpisać kilka kartek świątecznych i puścić w Polskę ;-) 

Nie ukrywam, że mój nastrój spowodowany jest stabilizacją finansową, na którą pozwoliła mi praca w resorcie ;-) Oczywiście wynagrodzenie moje nie daje mi możliwości kupna nowego samochodu :-D ale np. mam spokojną głowę kiedy opłacę rachunki i mogę sobie pozwolić na spełnianie marzeń w postaci ratalnego zakupu.

Nie oszukujmy się, że w dzisiejszym, kapitalistycznym świecie bez pieniędzy można wyżyć. Nie da się. Sama świadomość, że możesz opłacić dziecku dodatkowe zajęcia (moja córka chodzi na lekcje gitary), że możesz spokojnie dać na koncert, na wycieczkę szkolną, że córka nie czuje się gorsza od innych, bo czegoś tam nie ma, jest budująca. Choć nie samą kasą człowiek żyje.

Co do uczuć wyższych, to już dawno sygnalizowałam, że pożycie moje i Szanownego pływa na wyżynach głębokiej miłości małżeńskiej ;-) Aż nie do uwierzenia i nie chcę zapeszać, ani krakać, żeby nie było spadku ;-)

Tymczasem biorę się za pracę, bo przed końcem roku mam jej mnóstwo!

:-*

Mały update: moje samopoczucie ma tym bardziej tendencję wzrostową ponieważ dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium na całe dwa tygodnie! Wraca dopiero po nowym roku. Żadnych awantur, żadnego alkoholu, żadnego smrodu papierosów, czysty spokój :-)

Tagi: dom Mąż praca
12:21, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 07 grudnia 2016

Dziadek sprzedaje dom :-))) Zostaniemy bez mieszkania. Szanowny, Mania, Pierworodny i ja. Z drugiej strony Scareface, Blondyna i Królewna.

To oczywiście bujdy na resorach, bo teść krzyczał wszem i wobec w pijackim transie. Tego jeszcze nie było, ale zostanie chyba potraktowane jako hit roku. Teoretycznie dom wart jest jakieś 200-250 tys. To ruina, która została wybudowana w latach 30 ubiegłego wieku. Więcej jest warta ziemia, bo dzielnica znajduje się w dobrym miejscu miasta. Ale i tak jesteśmy w szoku jakie pomysły przychodzą do głowy ojcu...

Biskich spotkań z alkoholikiem ciąg dalszy zapewne nastąpi...

wtorek, 06 grudnia 2016

Mam ostatnio straszne zaległości i filmowe i książkowe. Niestety wiąże się to z tym, że mój rytm dnia diametralnie się zmienił odkąd zaczęłam pracować w systemie ośmiogodzinnym. Do tego ostatni rok studiów i pisanie pracy magisterskiej jest niezwykle absorbujące. Niemniej jednak próbuje wydłubywać okruchy dnia na lekturę i ogólnie kulturę ;-) (marzy mi się pójść na koncert dr. Misio, będzie w warszawskiej Rivierze...)

Obejrzałam ostatnimi czasy kilka animacji, które bardzo lubię i polecam. "Ruchomy zamek Hauru" to produkcja japońska, w stylu manga. Już kilkanaście lat temu zetknęłam się z reżyserem Hayao Miyazaki oglądając jego "Spirited Away. W krainie Bogów". Zachwyciłam się tą piękną bajką dla dorosłych i nawet mam ją na płycie, w zestawie filmów domowych. "Ruchomy zamek Hauru" już mnie tak nie zachwycił, ale i tak byłam pod wrażeniem pięknej animacji, treści i bajkowości.

Oto młoda Sophie zostaje zamieniona w staruszkę przez Wiedźmę z pustkowia. W poszukiwaniu dawnej postaci wyrusza w niebezpieczną podróż znajdując po drodze ruchomy zamek Hauru, w którym zamieszkuje. Tam zaprzyjaźnia się z demonem Kalsiferem, który składa jej pewną propozycję...

"Ruchomy zamek..." otrzymał ode mnie 9 na 10 pkt na Filmwebie.

Kolejnym filmem, jaki sobie zarzuciłam była "Księżniczka Mononoke". I tu się rozpisywać nie będę ponieważ w punktacji film ten otrzymał ode mnie najwyższą notę: 10. Za muzykę, za fabułę, za przesłanie, za łzy, które się przez chwilę pojawiły.... Piękno samo w sobie...

Książę Ashitaka pokonuje w walce demona, który jednak w ostatniej chwili rzuca klątwę na młodzieńca. Ashitaka wyrusza w podróż, aby poprosić ducha lasu o ratunek. W lesie spotyka księżniczkę Mononoke, która wychowana jest przez białą wilczycę. Tam też Ashitaka jest świadkiem walki pomiędzy cywilizacją a siłami natury...

Anime nie każdy lubi. Ja z racji swoich zdolności rysunkowych oraz upodobania do obserwacji innych mistrzów oraz amatorów ołówka - anime lubię bardzo. Ale tylko filmy, ruchome obrazki, które ogląda się z czystą przyjemnością. Z komiksów toleruję tylko Grzegorza Rosińskiego lub jemu kresce podobne arcydzieła.

Ale są jeszcze inne, dobre filmy animowane dla dorosłych. Na przykład taki "Heavy Metal 1981" Film składa się z kilku epizodów, związanych ze sobą zieloną kulą. Przybywa ona z kosmosu wraz z astronautą i opowiada małej dziewczynce, że jest przyczyną wszelkiego zła panującego we wszystkich możliwych światach.

Mamy w tej bajce dla dorosłych wiele erotyzmu, bardzo dobrej oprawy muzycznej: Nazareth, Chip Trick, Black Sabbath, Journey i wiele innych klasycznych utworów z tamtego okresu. Bożenko! Polecam, jeśli jeszcze nie widziałaś ;-) Skopiuję jeden z komentarzy pod filmem: "kosmos, cycki, roboty, magiczne moce, statki kosmiczne, kosmiczne cycki, lasery, wybuchy, kosmiczne dupy, miecze, topory, kosmiczne zombie, kosmiczne cycki, i na to wszystko maksymalnie wieśniacki 80s hard rock. pełna synteza formy i treści, jedno i drugie w 100% oldksulowe.". Sama słodycz ;-) Bajka dla niegrzecznych dorosłych dostała ode mnie 7 na 10. 

W niedzielę wrzuciłam sobie natomiast film fabularny, ale też pochodzący z półki "dla dużych dzieci". Mianowicie obejrzałam "Legion samobójców". Wybrałam tę pozycję m.in. ze względu na soundtrack, który też zachwyca zestawem samych dobrych klasyków, ale ma w składzie ostatni hit, który przejawia się prawie w każdej stacji radiowej i mimo zmęczenia jego pozycjonowaniem na listach wciąż mam ochotę go słuchać. To "Heathens" Twenty One Pilots. Niedługo lodówkę otworzę i zobaczę w niej Tylera Josepha ;-)

"Legion samobójców" to w większości wrogowie Batmana, choć są antybohaterowie z innych komiksów. W sumie każdą z postaci można polubić, ale ja nie mogłam się przekonać do Jokera granego przez Jareda Leto. Mimo tego, że 30 sec to Mars słucham i znam, uważam, że postaci Jokera nie dźwignął. Być może dlatego, że bohatera w tym filmie widać mało i jest w sumie jakoś tak obsadzony bez sensu.. Bardzo dobrze wypadł Will Smith, który z brodą i ogolona pałą prezentował się znakomicie. Nareszcie coś innego :-) Oglądając film zastanawiałam się skąd znam twarz Enchantress - a potem doznałam olśnienia, że takie brwi ma tylko jedna modelka Mango: Cara Delevingne. Do tego wspaniała Margot Robbie jako Harley Quinn - zwyczajnie rozwaliła ten film swoją postacią. Chciałabym, żebyś kiedyś powstał film tylko o niej. "Legon..." dostał ode mnie 5.

Ogólnie rzecz biorąc tymi filmami rozluźniłam się trochę. Miałam w planach pójście na "Ostatnią rodzinę" o Beksińskich, miałam obejrzeć też "Jestem mordercą" z Arkiem Jakubikiem. Nic z tych rzeczy. Nie mam czasu, nie mam z kim pójść, albo jak ktoś może to nie umiemy się zgrać.

Z książek czytam teraz "Historię antykoncepcji" wydawnictwa Bellona. Bardzo ciekawa pozycja, ale niestety wpadły mi w oko błędy stylistyczne; słabego musieli mieć korektora ;-) Technicznie książka też odbiega od doskonałości - mając dodane do druku zdjęcia bardzo słabej jakości. Ale jak treść fajna, to człowiek stara się na takie rzeczy nie zwracać uwagi.

Tak więc idziemy do przodu i korzystamy z życia. Może w końcu uda mi się zorganizować jakieś wyjście, np. na koncert Dr. Misio. A teraz posłuchajcie proszę co mnie urzekło w "Księżniczce Mononoke"


Tagi: film
08:58, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 grudnia 2016

Od trzech dni wróciło do mnie dziwne kołatanie w sercu. Ostatnie takie przygody spotkały mnie w 2013r. Wtedy Bromm kazała mi się zapisać do kardiologa. Nie zrobiłam tego, ale wykonałam podstawowe badania, które nie wykazały nic niepokojącego. Teraz postanowiłam postawić krok naprzód i posłuchać się koleżanki, męża, syna, bo od wtorku znów mi dokucza to kołatanie. Wyczuwam nierównomierne bicie organu i autentycznie się go boję. To jest takie uczucie, jakby ktoś chciał się wydostać z mojej klatki piersiowej i walił w nią z całych sił od środka. Trwa to chwilę i zaraz ustaje. Po kilkunastu minutach powtórka. Do tego czuję zduszony oddech, który też pojawia się na chwilę i za moment ustaje.

Do lekarza pierwszego kontaktu zapisałam się na przyszły tydzień. Znalazłam też przychodnię, w której wizyta u kardiologa może być wyznaczona w przeciągu 10 dni.

Nie należę do osób, które użalają się nad sobą i z każdym katarkiem lecą po antybiotyk, ale serce to nie przelewki. Tym bardziej, że miewam częste kurcze nóg i wiecznie mam zimne stopy oraz ręce (nie przeszkadza mi to - wręcz bardzo to lubię, nie pocę się ;-)) Poza tym sytuacja domowa nie jest do pozazdroszczenia, stres związany z szykanami ze strony dziadka dobija mnie chyba bardziej niż Szanownego ponieważ o wszystkie plagi świata to ja jestem wiecznie oskarżana. Teść czyni mnie winną wszystkiego zła, które go dotyka i opowiada to wszem i wobec.

Nie wiem jak długo to kołatanie się utrzyma i jakie będą wyniki kiedy okaże się, że na wizycie nic mi nie dolega. Podobno można nosić tzw Holter, który bada czynność serca przez dłuższy czas. Wszystko okaże się po wizycie u kardiologa.

To jest rzecz, której autentycznie się boję, bo to nie boli, a wkurwia.

Tagi: zdrowie
10:11, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 30 listopada 2016

Dużo mówimy ostatnio o polityce. I w domu i w pracy. W pracy trafiłam akurat na taki zespół, który jest absolutnie anty-PIS i to mi się podoba, bo przynajmniej w kwestiach polityki nie musimy się przed sobą kryć. Czasem zastanawiam się jednak, jakie przemyślenia kierują ludźmi, którzy jawnie przyznają się do tego, że na wybory nie chodzą i nie głosują ponieważ oni wszyscy tam - wyżej, to jedna wielka klika złodziejska i kto by nie doszedł do stołka to i tak będzie kradł. 

No cóż. Osobiście uważam, że jest to wielce prawdopodobne, chociaż żadnego posła nigdy za rękę ja nie złapałam ;-) Nawet taki szlachetny premier Kanady Justin Trudeau ostatnio miał jakieś nieprzyjemności (szczegółów nie znam, nie doczytałam), ale prezydent Barack Obama pozostawił po sobie bardzo przyjemne wspomnienia. Żadnych afer czy niewyjaśnionych sytuacji. Dla czego u nas w kraju nie może tak być?

Jako lewaczka od lat, moje upodobania polityczne kierowały się zawsze w stronę SLD. Stracili w moich oczach kiedy w strukturach partii nie było widać nikogo innego tylko Leszka. Wszędzie Miller, Miller, Miller. Miałam już dość oglądania jego gęby z tym ironicznym uśmieszkiem i brakiem pomysłów na dobrą Polskę. Nie dopuszczał nikogo z młodych do głosu, a miałam w pewnym momencie nadzieję, że Wojtek Olejniczak wypłynie na szerokie wody polskiej polityki. Była jeszcze Kasia Piekarska, Marek Borowski (SDPL) - to byli ludzie, do których miałam (jako wyborca) zaufanie. Potem pojawił się Palikot i realna szansa oddzielenia państwa od kościoła. Niestety plany nie wyszły, a sam Janusz został zepchnięty na margines. Swoją drogą jego zachowanie spowodowało, że wielu moich znajomych, którzy byli po jego stronie zniesmaczyli się strasznie i szukali dalej swojego kandydata. I pojawiła się Basia Nowacka. Córka zmarłej tragicznie Izabeli Jarugi-Nowackiej, która też jako polityk (działaczka Ligi Kobiet Polskich) była przeze mnie podziwiana. Baśka jest mi bliska światopoglądowo, wiekowo (jest z mojego rocznika) wywodzi się z Ruchu Palikota i sprawuje pieczę nad fundacją imienia swojej matki. Niestety w ostatnich wyborach nie dostała się do Sejmu ponieważ weszła w koalicję Zjednoczona Lewica, która musiała przekroczyć ośmioprocentowy próg wyborczy i niestety nie udało im się to.

Tyle z mojego punktu widzenia. Wracając do nurtującego mnie pytania co myślą ludzie, którzy: albo nie głosują, albo chodzą na wybory i oddają pustą kartkę. Ja wiem, że demokracja to rządy ludu i każdy ma prawo własnym sposobem wyrazić swoje zdanie, ale nie zgadzam się z twierdzeniem, że nie branie udziału w wyborach bo "nie ma na kogo" nie jest przyczyną dojścia do władzy najgorszych szumowin. Tak, tak, piję tu do naszego aktualnego rządu. Ci, których znam, którzy nie głosowali lub oddawali pustą kartkę absolutnie nie mają sobie nic do zarzucenia. A narzekań końca nie widać. PIS be, PIS głupi, rujnuje kraj. Tak właśnie jest, to czemuś człowieku nie głosował? Powtórzę: argument, że nie było na kogo do mnie nie dociera.

Aktualnie mamy tak skonstruowaną sytuację w kraju, że PIS ma i Sejm i Senat i Prezydenta i media publiczne i nie jest w stanie przekazać żadnego słowa złego na temat swoich poczynań. Prokurator Piotrowicz obroni, marszałek Kuchciński zagłuszy, a Prezydent Duduś przyklepie. Pełna propaganda sukcesów obecnej władzy.

Nie myślałam, że dożyję czasów, kiedy będę musiała obawiać się o poziom kształcenia historycznego mojego dziecka, kiedy przez myśl przejdą mi aresztowania za demonstracje nie związane z prorządowymi pomysłami. Dusze się w tej Polsce, a z drugiej strony nie chcę myśleć jak wiele ludzi, że "z tego bajzlu należy spierdalać". Dlaczego uciekać? Zostawić kraj w łapach oszołomów i ich wyborców - buraków/cebulaków, którzy zostali kupieni 500+, 4000+, a zaraz się okaże i że program mieszkanie+ jest cudownym przedsięwzięciem...

8 lat rządów PO nie spełniło moich oczekiwań, ale nie było aż tak źle jak obecnie. Od początku byłam przeciwna przejęciu rządu przez panią Kopacz po wyjeździe do Brukseli Tuska, choć moja blogowa koleżanka mówiła, żeby dać jej szansę. Niestety pani premier nie wykorzystała jej, ale nie naraziła Polski na ruinę jak wspominała Szydełkowa w kampanii. Dziś, przy rządach "brochy" PKB leci na łeb, poziom zadłużenia kraju sięga rubikonu, ale taki szary wyborca PIS tego nie widzi. Widzi tylko to, że wyciągają brudy z czasów PO i pokazują publicznie złodziei. Wszystko co należało do pracy poprzedniego rządu musi być zniszczone w imię zemsty małego, zakompleksionego człowieczka.

Pracuje w instytucji publicznej bezpośrednio związanej z jednym z ministerstw. Nie ukrywam, że boimy się co zastaniemy jutro. Nie wszyscy jednak podzielają mój strach...

Tagi: polityka
08:56, sokramka
Link Komentarze (3) »