Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS
środa, 21 grudnia 2016

...będzie inaczej. Ponieważ nigdy nie przepadałam za świątecznym czasem, za tym zgiełkiem, za gonitwą po sklepach za prezentami, za szybkim krojeniem warzyw na sałatkę, wszystko mnie wkurzało. I tak nigdy nie starałam się dostosować do reszty gospodyń ;-) domowych, które myją okna "przed świętami", lepią pierogi - ja już się nalepiłam, już sobie obiecałam, że więcej swoich bolących nadgarstków poświęcać nie będę ;-)

W tym roku Święta wypadają podczas weekendu. Ja pracuję do samego końca, do piątku, tak więc nawet nie będę się szarpać z żadnymi "przygotowaniami". Choinkę jak co roku kupi Szanowny w ostatniej chwili (bo dobra cena) i ubierze ją z Manią. Choinka to symbol świecki, tak jak obdarowywanie się prezentami. Opłatkiem u mnie się nie dzieli od lat, odkąd pamiętam. I też w związku z tym będę miała święty spokój ;-) ponieważ dziadek wiecznie narzekał, że wieczór wigilijny u mnie nie jest taki jak potrzeba. Raczej nie jest taki jakim on by chciał. Wiele razy słyszałam, że nie szanuję tradycji (jakiej tradycji? czyjej? bo nie mojej) Kiedyś też usłyszałam, jak skarżył się przez telefon, że "mu wnuczki do komunii nie puściłam". A czy moja Mania jest jego własnością? Nikomu krzywdy nie robię nie poddając córki indoktrynacji religii katolickiej.

Tak więc spędzimy te trzy dni wolnego od zgiełku czasu we czwórkę. Szanowny, Pierworodny, Mania i ja. No i oczywiście nasze koty :-) Nastawiam się na upieczenie ciast, ale dopiero w niedzielę lub poniedziałek, kiedy nikt do niczego mnie nie będzie gonił. Z rzeczy nie tak słodkich nie będzie żadnego karpia (nikt z nas tej ryby nie lubi), za to przygotujemy z Szanownym dla siebie śledzie w oleju z cebulką. W zeszłym tygodniu mój kochany mąż uwędził zamarynowane trzy tygodnie wcześniej schaby, balerony i kiełbasy. Mamy więc zapas mięsiwa nawet jakby miały być miesiąc zamknięte sklepy ;-)

Co do prezentów to córka dostanie nowy plecak szkolny, o którym marzyła, Szanowny nową, ciepłą bluzę, ja zamarzyłam o nowym zegarku, a Syn mój dostał ode mnie opłacony kurs prawa jazdy :-)

Nie spodziewamy się gości albowiem Była zaprosiła swoich synów z synowymi i wnukami tradycyjnie na pogaduszki świąteczne. U niej jest to zorganizowane z pełną okrasą obrzędów kościoła katolickiego, włączając pasterkę. Tak więc synowie Szanownego chyba nie dadzą rady obskoczyć wszystkich domów ;-)

Fajnie jest czuć wolność, kiedy nic nie trzeba. Kiedy robi się coś z przyjemności, a nie z przymusu. Kiedy czas dla siebie ma być czasem wymarzonym, a nie wypoconym. Nawet jeśli ten czas ma trwać tylko trzy dni.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Mimo strasznie napiętego końca roku i masy pracy służbowej czuję się wyśmienicie! Energia mnie rozpiera, uśmiecham się, nie choruję, jakby życie moje toczyło się w innym wymiarze, na przekór tego, co dokoła się dzieje. Nawet nie mam chwili dla moich ukochanych drutów, szydełka czy igły... Ledwo zdążyłam podpisać kilka kartek świątecznych i puścić w Polskę ;-) 

Nie ukrywam, że mój nastrój spowodowany jest stabilizacją finansową, na którą pozwoliła mi praca w resorcie ;-) Oczywiście wynagrodzenie moje nie daje mi możliwości kupna nowego samochodu :-D ale np. mam spokojną głowę kiedy opłacę rachunki i mogę sobie pozwolić na spełnianie marzeń w postaci ratalnego zakupu.

Nie oszukujmy się, że w dzisiejszym, kapitalistycznym świecie bez pieniędzy można wyżyć. Nie da się. Sama świadomość, że możesz opłacić dziecku dodatkowe zajęcia (moja córka chodzi na lekcje gitary), że możesz spokojnie dać na koncert, na wycieczkę szkolną, że córka nie czuje się gorsza od innych, bo czegoś tam nie ma, jest budująca. Choć nie samą kasą człowiek żyje.

Co do uczuć wyższych, to już dawno sygnalizowałam, że pożycie moje i Szanownego pływa na wyżynach głębokiej miłości małżeńskiej ;-) Aż nie do uwierzenia i nie chcę zapeszać, ani krakać, żeby nie było spadku ;-)

Tymczasem biorę się za pracę, bo przed końcem roku mam jej mnóstwo!

:-*

Mały update: moje samopoczucie ma tym bardziej tendencję wzrostową ponieważ dziadek wyjechał ze swoją narzeczoną do sanatorium na całe dwa tygodnie! Wraca dopiero po nowym roku. Żadnych awantur, żadnego alkoholu, żadnego smrodu papierosów, czysty spokój :-)

Tagi: dom Mąż praca
12:21, sokramka
Link Komentarze (5) »
środa, 07 grudnia 2016

Dziadek sprzedaje dom :-))) Zostaniemy bez mieszkania. Szanowny, Mania, Pierworodny i ja. Z drugiej strony Scareface, Blondyna i Królewna.

To oczywiście bujdy na resorach, bo teść krzyczał wszem i wobec w pijackim transie. Tego jeszcze nie było, ale zostanie chyba potraktowane jako hit roku. Teoretycznie dom wart jest jakieś 200-250 tys. To ruina, która została wybudowana w latach 30 ubiegłego wieku. Więcej jest warta ziemia, bo dzielnica znajduje się w dobrym miejscu miasta. Ale i tak jesteśmy w szoku jakie pomysły przychodzą do głowy ojcu...

Biskich spotkań z alkoholikiem ciąg dalszy zapewne nastąpi...

wtorek, 06 grudnia 2016

Mam ostatnio straszne zaległości i filmowe i książkowe. Niestety wiąże się to z tym, że mój rytm dnia diametralnie się zmienił odkąd zaczęłam pracować w systemie ośmiogodzinnym. Do tego ostatni rok studiów i pisanie pracy magisterskiej jest niezwykle absorbujące. Niemniej jednak próbuje wydłubywać okruchy dnia na lekturę i ogólnie kulturę ;-) (marzy mi się pójść na koncert dr. Misio, będzie w warszawskiej Rivierze...)

Obejrzałam ostatnimi czasy kilka animacji, które bardzo lubię i polecam. "Ruchomy zamek Hauru" to produkcja japońska, w stylu manga. Już kilkanaście lat temu zetknęłam się z reżyserem Hayao Miyazaki oglądając jego "Spirited Away. W krainie Bogów". Zachwyciłam się tą piękną bajką dla dorosłych i nawet mam ją na płycie, w zestawie filmów domowych. "Ruchomy zamek Hauru" już mnie tak nie zachwycił, ale i tak byłam pod wrażeniem pięknej animacji, treści i bajkowości.

Oto młoda Sophie zostaje zamieniona w staruszkę przez Wiedźmę z pustkowia. W poszukiwaniu dawnej postaci wyrusza w niebezpieczną podróż znajdując po drodze ruchomy zamek Hauru, w którym zamieszkuje. Tam zaprzyjaźnia się z demonem Kalsiferem, który składa jej pewną propozycję...

"Ruchomy zamek..." otrzymał ode mnie 9 na 10 pkt na Filmwebie.

Kolejnym filmem, jaki sobie zarzuciłam była "Księżniczka Mononoke". I tu się rozpisywać nie będę ponieważ w punktacji film ten otrzymał ode mnie najwyższą notę: 10. Za muzykę, za fabułę, za przesłanie, za łzy, które się przez chwilę pojawiły.... Piękno samo w sobie...

Książę Ashitaka pokonuje w walce demona, który jednak w ostatniej chwili rzuca klątwę na młodzieńca. Ashitaka wyrusza w podróż, aby poprosić ducha lasu o ratunek. W lesie spotyka księżniczkę Mononoke, która wychowana jest przez białą wilczycę. Tam też Ashitaka jest świadkiem walki pomiędzy cywilizacją a siłami natury...

Anime nie każdy lubi. Ja z racji swoich zdolności rysunkowych oraz upodobania do obserwacji innych mistrzów oraz amatorów ołówka - anime lubię bardzo. Ale tylko filmy, ruchome obrazki, które ogląda się z czystą przyjemnością. Z komiksów toleruję tylko Grzegorza Rosińskiego lub jemu kresce podobne arcydzieła.

Ale są jeszcze inne, dobre filmy animowane dla dorosłych. Na przykład taki "Heavy Metal 1981" Film składa się z kilku epizodów, związanych ze sobą zieloną kulą. Przybywa ona z kosmosu wraz z astronautą i opowiada małej dziewczynce, że jest przyczyną wszelkiego zła panującego we wszystkich możliwych światach.

Mamy w tej bajce dla dorosłych wiele erotyzmu, bardzo dobrej oprawy muzycznej: Nazareth, Chip Trick, Black Sabbath, Journey i wiele innych klasycznych utworów z tamtego okresu. Bożenko! Polecam, jeśli jeszcze nie widziałaś ;-) Skopiuję jeden z komentarzy pod filmem: "kosmos, cycki, roboty, magiczne moce, statki kosmiczne, kosmiczne cycki, lasery, wybuchy, kosmiczne dupy, miecze, topory, kosmiczne zombie, kosmiczne cycki, i na to wszystko maksymalnie wieśniacki 80s hard rock. pełna synteza formy i treści, jedno i drugie w 100% oldksulowe.". Sama słodycz ;-) Bajka dla niegrzecznych dorosłych dostała ode mnie 7 na 10. 

W niedzielę wrzuciłam sobie natomiast film fabularny, ale też pochodzący z półki "dla dużych dzieci". Mianowicie obejrzałam "Legion samobójców". Wybrałam tę pozycję m.in. ze względu na soundtrack, który też zachwyca zestawem samych dobrych klasyków, ale ma w składzie ostatni hit, który przejawia się prawie w każdej stacji radiowej i mimo zmęczenia jego pozycjonowaniem na listach wciąż mam ochotę go słuchać. To "Heathens" Twenty One Pilots. Niedługo lodówkę otworzę i zobaczę w niej Tylera Josepha ;-)

"Legion samobójców" to w większości wrogowie Batmana, choć są antybohaterowie z innych komiksów. W sumie każdą z postaci można polubić, ale ja nie mogłam się przekonać do Jokera granego przez Jareda Leto. Mimo tego, że 30 sec to Mars słucham i znam, uważam, że postaci Jokera nie dźwignął. Być może dlatego, że bohatera w tym filmie widać mało i jest w sumie jakoś tak obsadzony bez sensu.. Bardzo dobrze wypadł Will Smith, który z brodą i ogolona pałą prezentował się znakomicie. Nareszcie coś innego :-) Oglądając film zastanawiałam się skąd znam twarz Enchantress - a potem doznałam olśnienia, że takie brwi ma tylko jedna modelka Mango: Cara Delevingne. Do tego wspaniała Margot Robbie jako Harley Quinn - zwyczajnie rozwaliła ten film swoją postacią. Chciałabym, żebyś kiedyś powstał film tylko o niej. "Legon..." dostał ode mnie 5.

Ogólnie rzecz biorąc tymi filmami rozluźniłam się trochę. Miałam w planach pójście na "Ostatnią rodzinę" o Beksińskich, miałam obejrzeć też "Jestem mordercą" z Arkiem Jakubikiem. Nic z tych rzeczy. Nie mam czasu, nie mam z kim pójść, albo jak ktoś może to nie umiemy się zgrać.

Z książek czytam teraz "Historię antykoncepcji" wydawnictwa Bellona. Bardzo ciekawa pozycja, ale niestety wpadły mi w oko błędy stylistyczne; słabego musieli mieć korektora ;-) Technicznie książka też odbiega od doskonałości - mając dodane do druku zdjęcia bardzo słabej jakości. Ale jak treść fajna, to człowiek stara się na takie rzeczy nie zwracać uwagi.

Tak więc idziemy do przodu i korzystamy z życia. Może w końcu uda mi się zorganizować jakieś wyjście, np. na koncert Dr. Misio. A teraz posłuchajcie proszę co mnie urzekło w "Księżniczce Mononoke"


Tagi: film
08:58, sokramka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 grudnia 2016

Od trzech dni wróciło do mnie dziwne kołatanie w sercu. Ostatnie takie przygody spotkały mnie w 2013r. Wtedy Bromm kazała mi się zapisać do kardiologa. Nie zrobiłam tego, ale wykonałam podstawowe badania, które nie wykazały nic niepokojącego. Teraz postanowiłam postawić krok naprzód i posłuchać się koleżanki, męża, syna, bo od wtorku znów mi dokucza to kołatanie. Wyczuwam nierównomierne bicie organu i autentycznie się go boję. To jest takie uczucie, jakby ktoś chciał się wydostać z mojej klatki piersiowej i walił w nią z całych sił od środka. Trwa to chwilę i zaraz ustaje. Po kilkunastu minutach powtórka. Do tego czuję zduszony oddech, który też pojawia się na chwilę i za moment ustaje.

Do lekarza pierwszego kontaktu zapisałam się na przyszły tydzień. Znalazłam też przychodnię, w której wizyta u kardiologa może być wyznaczona w przeciągu 10 dni.

Nie należę do osób, które użalają się nad sobą i z każdym katarkiem lecą po antybiotyk, ale serce to nie przelewki. Tym bardziej, że miewam częste kurcze nóg i wiecznie mam zimne stopy oraz ręce (nie przeszkadza mi to - wręcz bardzo to lubię, nie pocę się ;-)) Poza tym sytuacja domowa nie jest do pozazdroszczenia, stres związany z szykanami ze strony dziadka dobija mnie chyba bardziej niż Szanownego ponieważ o wszystkie plagi świata to ja jestem wiecznie oskarżana. Teść czyni mnie winną wszystkiego zła, które go dotyka i opowiada to wszem i wobec.

Nie wiem jak długo to kołatanie się utrzyma i jakie będą wyniki kiedy okaże się, że na wizycie nic mi nie dolega. Podobno można nosić tzw Holter, który bada czynność serca przez dłuższy czas. Wszystko okaże się po wizycie u kardiologa.

To jest rzecz, której autentycznie się boję, bo to nie boli, a wkurwia.

Tagi: zdrowie
10:11, sokramka
Link Komentarze (6) »
środa, 30 listopada 2016

Dużo mówimy ostatnio o polityce. I w domu i w pracy. W pracy trafiłam akurat na taki zespół, który jest absolutnie anty-PIS i to mi się podoba, bo przynajmniej w kwestiach polityki nie musimy się przed sobą kryć. Czasem zastanawiam się jednak, jakie przemyślenia kierują ludźmi, którzy jawnie przyznają się do tego, że na wybory nie chodzą i nie głosują ponieważ oni wszyscy tam - wyżej, to jedna wielka klika złodziejska i kto by nie doszedł do stołka to i tak będzie kradł. 

No cóż. Osobiście uważam, że jest to wielce prawdopodobne, chociaż żadnego posła nigdy za rękę ja nie złapałam ;-) Nawet taki szlachetny premier Kanady Justin Trudeau ostatnio miał jakieś nieprzyjemności (szczegółów nie znam, nie doczytałam), ale prezydent Barack Obama pozostawił po sobie bardzo przyjemne wspomnienia. Żadnych afer czy niewyjaśnionych sytuacji. Dla czego u nas w kraju nie może tak być?

Jako lewaczka od lat, moje upodobania polityczne kierowały się zawsze w stronę SLD. Stracili w moich oczach kiedy w strukturach partii nie było widać nikogo innego tylko Leszka. Wszędzie Miller, Miller, Miller. Miałam już dość oglądania jego gęby z tym ironicznym uśmieszkiem i brakiem pomysłów na dobrą Polskę. Nie dopuszczał nikogo z młodych do głosu, a miałam w pewnym momencie nadzieję, że Wojtek Olejniczak wypłynie na szerokie wody polskiej polityki. Była jeszcze Kasia Piekarska, Marek Borowski (SDPL) - to byli ludzie, do których miałam (jako wyborca) zaufanie. Potem pojawił się Palikot i realna szansa oddzielenia państwa od kościoła. Niestety plany nie wyszły, a sam Janusz został zepchnięty na margines. Swoją drogą jego zachowanie spowodowało, że wielu moich znajomych, którzy byli po jego stronie zniesmaczyli się strasznie i szukali dalej swojego kandydata. I pojawiła się Basia Nowacka. Córka zmarłej tragicznie Izabeli Jarugi-Nowackiej, która też jako polityk (działaczka Ligi Kobiet Polskich) była przeze mnie podziwiana. Baśka jest mi bliska światopoglądowo, wiekowo (jest z mojego rocznika) wywodzi się z Ruchu Palikota i sprawuje pieczę nad fundacją imienia swojej matki. Niestety w ostatnich wyborach nie dostała się do Sejmu ponieważ weszła w koalicję Zjednoczona Lewica, która musiała przekroczyć ośmioprocentowy próg wyborczy i niestety nie udało im się to.

Tyle z mojego punktu widzenia. Wracając do nurtującego mnie pytania co myślą ludzie, którzy: albo nie głosują, albo chodzą na wybory i oddają pustą kartkę. Ja wiem, że demokracja to rządy ludu i każdy ma prawo własnym sposobem wyrazić swoje zdanie, ale nie zgadzam się z twierdzeniem, że nie branie udziału w wyborach bo "nie ma na kogo" nie jest przyczyną dojścia do władzy najgorszych szumowin. Tak, tak, piję tu do naszego aktualnego rządu. Ci, których znam, którzy nie głosowali lub oddawali pustą kartkę absolutnie nie mają sobie nic do zarzucenia. A narzekań końca nie widać. PIS be, PIS głupi, rujnuje kraj. Tak właśnie jest, to czemuś człowieku nie głosował? Powtórzę: argument, że nie było na kogo do mnie nie dociera.

Aktualnie mamy tak skonstruowaną sytuację w kraju, że PIS ma i Sejm i Senat i Prezydenta i media publiczne i nie jest w stanie przekazać żadnego słowa złego na temat swoich poczynań. Prokurator Piotrowicz obroni, marszałek Kuchciński zagłuszy, a Prezydent Duduś przyklepie. Pełna propaganda sukcesów obecnej władzy.

Nie myślałam, że dożyję czasów, kiedy będę musiała obawiać się o poziom kształcenia historycznego mojego dziecka, kiedy przez myśl przejdą mi aresztowania za demonstracje nie związane z prorządowymi pomysłami. Dusze się w tej Polsce, a z drugiej strony nie chcę myśleć jak wiele ludzi, że "z tego bajzlu należy spierdalać". Dlaczego uciekać? Zostawić kraj w łapach oszołomów i ich wyborców - buraków/cebulaków, którzy zostali kupieni 500+, 4000+, a zaraz się okaże i że program mieszkanie+ jest cudownym przedsięwzięciem...

8 lat rządów PO nie spełniło moich oczekiwań, ale nie było aż tak źle jak obecnie. Od początku byłam przeciwna przejęciu rządu przez panią Kopacz po wyjeździe do Brukseli Tuska, choć moja blogowa koleżanka mówiła, żeby dać jej szansę. Niestety pani premier nie wykorzystała jej, ale nie naraziła Polski na ruinę jak wspominała Szydełkowa w kampanii. Dziś, przy rządach "brochy" PKB leci na łeb, poziom zadłużenia kraju sięga rubikonu, ale taki szary wyborca PIS tego nie widzi. Widzi tylko to, że wyciągają brudy z czasów PO i pokazują publicznie złodziei. Wszystko co należało do pracy poprzedniego rządu musi być zniszczone w imię zemsty małego, zakompleksionego człowieczka.

Pracuje w instytucji publicznej bezpośrednio związanej z jednym z ministerstw. Nie ukrywam, że boimy się co zastaniemy jutro. Nie wszyscy jednak podzielają mój strach...

Tagi: polityka
08:56, sokramka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 listopada 2016

Wegetarianie proszeni są o przejście do innego wpisu ;-) Będzie dużo mięcha :-D

W piątek zamówiliśmy półtuszkę. Tak brakowało mojemu mężowi mięsa, na którym mógł polegać, że w końcu namówił mnie na zakup świniaczka. Ostatni raz braliśmy półtuszę w 2014 roku. Przyznam szczerze, że jesteśmy trochę zawiedzeni, bo na rachunku widniała cena 8,3x50kg. Równe 50 kg, co może dziwić, bo zazwyczaj trafiają się końcówki w stylu 49.20; 50.60, a my wywazylismy mieso na 41.50 kg. Trochę nas przycięli, ale trudno. Może czas poszukać innego dostawcy mięsa.

Enyłej - od 8.00 do 15.00 ciężko pracowaliśmy, rozprawiając świniaczka na kawałki. Szanowny ma zamarynowane mięso na kiełbachy, ja mam szynkę i karkówkę do pieczenia, a w zamrażarce mielone, żeberka, schab i różne inne dobra. Zrobiliśmy też sami salceson. Wyszedł PYSZNY! Pieprzno - kminkowy, wyrazisty w smaku, bez zbędnego owłosienia (tak jak to czasem zdarza sie w tych sklepowych salcesonach, błe...)

Nawet nasze koty były szczerze zainteresowane produkcją mięsną i nie odstępowały nas na krok. Kotom nie jest wskazane podawanie wieprzowiny, ale my nie mogliśmy się oprzeć i nasze dwa futrzaki dostały kapkę na smaka z pańskiego stołu ;-)

Bycie kotem udomowionym wcale nie pomniejsza jego instynktu łowieckiego :-)



piątek, 25 listopada 2016

Mamy takich sąsiadów za płotem, z którymi utrzymujemy dość dobre, koleżeńskie stosunki. Sąsiedzi są w wieku raczej mojego Szanownego (przypominam różnicę wieku między nami - 11 lat), ale rozmawia się z nimi bardzo przyjemnie i nigdy nie mieliśmy żadnych zatargów. Sąsiedzi mają jedno dziecko - dorosłą już pannicę, mieszkającą na stałe poza granicami kraju.

Któregoś dnia przyszło mnie i Szanownemu do głowy, że coś sie musiało stać z Nim. Jego samochód nie stał na podwórku, nie było widać Jego podczas prac ogródkowych, nie On wychodził z psem tylko Ona. Ponieważ On miał pracę w ruchu drogowych, pomyśleliśmy, że dostał jakieś dalsze zlecenie i dlatego Go nie widać. W końcu Szanowny nie wytrzymał i zapytał Jego teściowej (z którą wspólnie mieszkają) co się stało z zięciem? Otrzymał odpowiedź: a poszedł do innej pani...

Moja zaprzyjaźniona blogerka napisała ostatnio o adoratorach, którzy krążą wokół niej, pytajac czy to męski kryzys wieku średniego? ;-) Próbowaliśmy sami analizować sytuację, czy i naszemu sąsiadowi nie odbiła szajba, ale doszliśmy do wniosku (znając Ich życie), że jednak nie.

Nie jestem zwolenniczką utrzymywania związku/małżeństwa na siłę. Ale nie jestem też zwolenniczką rozwodu bez powodu. Bo "tak". To wszystko jest bardzo złożone. Jako DDRR sama miałam zapędy do rozwalenia mojego małżeństwa, które po osobistej analizie jest chyba najlepszym związkiem na świecie i byłam najgorszą i najgłupszą, gdybym podjęła kroki rozwodowe. Co innego moja Mama: Ona była bita, szykanowana, sprawdzana, szkoda słów. Krok ku wolności osobistej to było najlepsze co mogła w swoim krótkim życiu zrobić. I mimo traumy jaką nam rodzice zafundowali, jestem Mamie za ten rozwód wdzięczna.

Ale nie o tym. Nasi sąsiedzi są (jeszcze) małżeństwem od prawie 30 lat. To długi staż. Ale od kilku lat (przynajmniej od czasu kiedy tam mieszkam) nie widziałam, żeby ten związek nazwać "dobrym małżeństwem". Wszędzie chodzili osobno - ona do kościoła sama, on na zakupy sam. W zasadzie tylko w czasie Świąt wyjeżdżali razem, bo zabierali ze sobą teściową/matkę, starszą już osobę. On w ogrodzie zapieprzał jak głupi - koszenie, pielenie, dbanie o tuje. Jej nigdy nawet z grabiami nie widziałam. On przy samochodach od rana do wieczora, w piwnicy, przy piecu, koło domu, rozpalał grilla. Jej nigdy nie widziałam nawet z jedną siatką zakupów, nigdy nie wyszła z psem, nie widziałam, żeby myła okna...

Gwoździem do trumny była opowiedziana kiedyś przez starszą panią historia, że ona im zmienia pościel i każde z nich ma osobną kołdrę. Hmm... uważam, że wykładnią zgodnego małżeństwa/związku jest spanie w jednym łóżku, pod jedną kołdrą. Zawsze można się przytulić, za łapkę złapać, no i innych rzeczy skosztować ;-) Sama wiem po sobie, że jak się wkurzałam na Szanownego to wyciągałam kołdrę z szafy i spałam w przeciwnym do niego kierunku ;-) Taki foch. A u nich foch trwa już od wielu lat. Ale o tym potem.

Któregoś dnia, kiedy miałam dzień urlopu starsza pani zaprosiła mnie na herbatę. Lubię ją, czasem zrobię drobne zakupy (gazetki, jakaś meliska) bo córka nie ma dla niej nigdy czasu. Pani zwierzyła mi się, że zięć wyprowadził się do innej kobiety, że jej córka ma to głęboko w dupie i nie będzie walczyć o męża. Potem zjawił się On. Akurat kończyłam rozmowę i chciałam wychodzić. Sąsiad wziął psa na spacer i odprowadził mnie do bramy. Po drodze miał ogromną potrzebę wygadania się i chyba... wytłumaczenia. Usłyszałam, że zamierzał Ją zostawić już od kilku ładnych lat, ale zawsze było "coś". A to córka szła do komunii, to nie (argumenty Jej - żony), a to córka zdawała maturę, to nie był dobry moment, a to zdawała na studia, to też nie był dobry moment na rozwód. Powiedział mi też, że zawsze miało być tak, jak Ona chciała - wakacje - tylko według jej potrzeb, kredyty - tylko za jej wymaganiami, samochód chciała - kupił jej i wiecznie mało... Katalizatorem stała się w końcu znajomość z kobietą prawie 15 lat młodszą. Wynajmują razem mieszkanie. On zrobił sobie zęby, w dniu spotkania ze mną był ogolony, wypachniony, ładnie ubrany, naprawdę niezłe ciacho jak na faceta po 50.

Znamy ich oboje i wiemy, że coś z tych jego opowieści było prawdą. Choć wiadomo, każdy kij ma dwa końce. Dlatego uważam, że o małżeństwo czy związek dwóch osób muszą dbać obie strony. Wiem to po sobie, że jeśli będzie się za dużo wymagać a za mało dawać, to rusztowanie szybko runie. I nie ma sensu być razem tylko aby być. Albo dla dzieci, albo dla rodziców, marazm w małżeństwie i nuda zabija wszelkie uczucia. Trzeba nauczyć się drugiej drugiej osoby, rozmawiać, pytać o potrzeby. Mój Szanowny jeszcze się tego uczy, bo on w zasadzie żadnych potrzeb większych nie ma, ale też uczymy się siebie wzajemnie.

W sumie to kibicujemy z Szanownym Jemu. Nasz sąsiad to bardzo pracowity człowiek, nie palący, nie pijący, wesoły (teraz bardziej - wcześniej przygaszony). Gdzie tkwi przyczyna rozpadu tego związku - nie nam wnikać. Na pewno źle się działo od lat i przyznam szczerze, że to było widać. To były dwa cienie przemykające obok siebie i oprócz przymusowych, rodzinnych wyjazdów nasi sąsiedzi nic nie robili razem. A to jest przecież bardzo ważne, żeby mimo dbania o własne zainteresowania i spełnianie swoich osobistych potrzeb, być partnerem w codziennym życiu.

czwartek, 24 listopada 2016

Miałam opisać moje pożegnania z samochodem. Jak to w marcu będę płakać za moją Białą Mewą, która niestety nie przejdzie już badań technicznych i musi zostać zutylizowana, albo sprzedana jakiemuś amatorowi. Niestety mój Szanowny nie jest w stanie wkładać w nią ani swoich cennych zdolności (zawodowy mechanik) ani pieniędzy. Nie opłaca się. Trudno. Autobusy też dla ludzi ;-)

Miałam również opisać jakie katusze przechodzę wspólnie z moim Młodym, siedząc nad lekcjami Mani. Pomagamy jej na zmianę w lekcjach. Konkretnie chodzi o język angielski. Ona jest tak odporna na wiedzę językową, a przedmioty typu matematyka i przyroda chwyta w mig. Może to i dobrze, bo ludziom z umysłem ścisłym jest łatwiej, ale język jest obecny na wszystkich etapach edukacji i musi się do niego przekonać.

Miałam również opisać swoje doznania z przeprowadzanych szkoleń w naszym "zakładzie pracy" ;-) miało być opisane jak piorą nam mózgi, jak każą oglądać stare filmy szkoleniowe, które nic dobrego nie wnoszą, jak niczego się nie uczymy, jak nie korzystamy jeszcze z SAPa (a szkolenie trwało 4 dni).

Miałam, ale nie mam czasu.

Nie dość, że poprzychodziły już finanse i planowane zakupy na 2017r. to realizujemy jeszcze dostawy z umów podpisanych w tym roku. A że pracuję w instytucji, w której nie wyciąga się konsekwencji wobec ludzi popełniających błędy, to niestety panuje tu wszechobecny burdel na kółkach w każdej dziedzinie. Ale zadania mamy realizować "na cito".

W międzyczasie skrobię w pracy magisterskiej. Teraz powiedziałam sobie, że nie dam się zaskoczyć upływającym czasem i postaram się skończyć ją szybciej.

13:33, sokramka
Link Komentarze (3) »
środa, 16 listopada 2016

Ile można znieść obelg i szykan? Ile można przyjąć na klatę inwektyw? Wczoraj wieczorem przez drzwi łączące nasz świat ze światem teścia-alkoholika słyszeliśmy potok obelg skierowanych w naszym kierunku. Potem było wydzwanianie chyba do wszystkich kontaktów, jakie dziadek miał w telefonie. Nie rozumiem jak można szczuć własne wnuki na własne dziecko (a ojca tych wnuków). Nie rozumiem jak można opowiadać rzeczy, które nigdy się nie zdarzyły, a urodziły się w przepitym umyśle pijaka.

Wciąż jesteśmy złodziejami, trucicielami, szpiegami (?) i nic w tym zakresie się nie zmieniło. Szanowny jest "pizdą życiową" ja jestem "szmatą", cyniczną i wyrachowaną suką. A już myślałam, że nic gorszego od "kukułczego jaja" mnie nie spotka....

Ojciec nie reagował na pukanie do drzwi, na słowa Szanownego, żeby się uspokoił. Był jak w transie. Potrafi pójść w kilkudniowy cug, a potem jak gdyby nigdy nic wyjechać do swojej narzeczonej na weekend i nie wypić ani kropelki. Nawet piwa.

Wczoraj przemknęło mi przez myśl, żeby się teść w końcu zachlał na śmierć, ale przecież nie można życzyć ludziom najgorszego. Dziś o świcie słyszeliśmy zza drzwi jęki i stęki zapijaczonego, zarzyganego starego dziada. Powiedziałam Szanownemu, że nie będę już witać się z ojcem "cześć tato". Nie zasługuje na to. Będę służbowa mówiąc "dzień dobry panu". Choć pewnie jak ojciec wytrzeźwieje nic nie będzie pamiętał.

Bardzo to boli i czuję się bezradna, zła i sfrustrowana.

Jak długo jeszcze?

Ile się jeszcze nasłuchamy? :-(