Chyba lepiej być samemu, ale z drugiej znów strony kiedy ma się tak liczną rodzinę wciąż coś się dzieje. Nie wiadomo co lepsze aby móc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że jest się szczęśliwym :-
Liczniki odwiedzin
Kategorie: Wszystkie | W pigułce. | Wspomnienia. | x
RSS

Wspomnienia.

czwartek, 22 stycznia 2015

Taki wpis z okazji Dnia Dziadków ;)

Brommba zainspirowała mnie do wspomnień ;) ale chyba zbytnio nie będzie o czym pisać, bo dziadków słabo pamiętam.

Mój ojciec pochodzi ze wsi, teraz to miasteczko z Radą, w której zasiada mój stryjek (wygooglałam sobie onegdaj jego nazwisko), ale w dawnych, zamierzchłych czasach ;) to była wieś zabita dechami, z krowami, końmi i błotem przed domostwem.

Rodzice mojego ojca prowadzili pełnoetatowe gospodarstwo: były kury, kaczki, króliki, wyprowadzałam z Babcią krowy na pastwisko, a Dziadek opiekował się końmi. Był szanowanym we wsi kowalem. Próbuję uruchomić wyobraźnię wspomnień i niestety nie widzę Dziadka przy mnie. Nawet nie mam obrazu jego twarzy. Dziadka nigdy w domu nie było; albo pracował w kuźni, do której nam-dzieciom-nie wolno było podchodzić, albo szedł na rynek popijać z kolegami. Wracał późno i kładł się spać. Babcia bardzo ciężko pracowała i była strasznie religijną osobą. Moge nawet użyć słowa-dewotką. Przed oczami mam mieszającą zaczyn na chleb Babcię, siedzącą okrakiem na wersalce, a między jej nogami stoi ogromna micha z ciastem. Pamiętam też pierzynę, którą mnie przykrywała (nawet latem) a ja jako dziecko bałam się jej sprzeciwić. Wakacji u Dziadków nie wspominam za dobrze, bo dla nich byliśmy z Bratem "miastowi". Do kościoła nie chcą w niedzielę iść, spać chcą do dziewiątej, a ten mały to przeklina strasznie, takie rzeczy słyszeliśmy od Dziadków. Nasz ojciec jako jedyny ze swojego rodzeństwa wyjechał do Warszawy za pracą. Reszta została na wsi. 

Po rozwodzie moich rodziców stosunki z Dziadkami strasznie się pogorszyły. Juz nie byliśmy tylko "miastowi", byliśmy "bękartami", "antychrystami", Dziadek zazwyczaj mówił mało, Babcia trajkotała. Na komunii mojego Brata był nowy partner mojej Mamy. pamiętam jak Babcia zaciągnęła mnie na bok i spytała, czy "wujek" jest dla mnie dobry, czy nie bije czasem? A może wolalabym znowu być z tatusiem. Nie, nie wolałabym. Kiedy umarł Dziadek-nie wiem. Pamiętam tylko jego ogromne dłonie kowala. Kiedy umarła Babcia tez nie wiem, bo spotykając się jeszcze z ojcem, zobaczyłam pewnego dnia w klapie jego marynarki żałobę. Gdy spytałam kto umarł, uzyskałam odpowiedź od ojca: nikt dla ciebie ważny. Miałam wtedy 18 lat. 

Przykro pisać o takich rzeczach, ale miałam jeszcze Dziadków ze strony Mamy. 

Mama moja była najmłodszą córką z czterech żywo urodzonych dziewczyn mojej Babci. Więc Babcia była słusznego wieku. Umarła mając 84 lata, kiedy była już Prababcią dla dorosłych wnuków. Tez się rozwiodła w młodym wieku, ale Dziadek mój umarł, kiedy moja Mama miała 17 lat. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie. Babcia wyszła za mąz drugi raz mając 60 lat ;) Chyba szukała wrażeń, bo nie mogla się odnaleźć w nowym miejscu i kursowała co tydzień - Warszawa/Łódź, Łodź/Warszawa. Na wakacje do "nowego" Dziadka, do Łodzi lubiłam jeździć, ale Babcia nie czula się tam dobrze i udzielała mi się jej atmosfera. Nowy Dziadek był bardzo fajny, inteligentny, wykształcony, chciał jeszcze użyć coś życia, ale Babcia nie miała już chęci. Myślę, że po cichu liczyła na jego pieniądze. Moja Babcia była trochę materialistką. Babcia przeżyła wojnę i nie chciała o niej opowiadać, chociaż ja-fanka historii-bardzo chciałam tego posłuchać. Kiedy ciągnęłam Babcię za język to opowiadała tylko o wielkim marszu w stronę Pruszkowa, że wszyscy...że toboły...że majątek został...

Teraz moje dzieci też nie cieszą się zbytnio towarzystwem Dziadków. Moja Mama nie żyje, z ojcem nie utrzymuję kontaktów, chyba nawet nie wie, że ma i ile ma wnuków. Młodego ojciec to Były, z którym poprawne stosunki ograniczają się tylko do zapełnienia kasą jego konta bankowego. Mania ma tylko jednego Dziadka, na którego nie może liczyć, bo zależne jest to od ilości wypitych procentów danego dnia. Teściowa nie żyje. 

Tak więc smutne te moje dziadkowe wspomnienia, ale nie ma tego złego, kiedys i ja będę babcią. Może lepszą niż te moje, bo będę babcią słuchającą metalu ;)


piątek, 19 grudnia 2014

Prezenty jakie dostawałam od Mamy zawsze były praktyczne, miłe, zgodne z moimi oczekiwaniami, dlatego nie zapadały mi długo w pamięć. Prezenty od cioć były niepraktyczne, lub zawsze związane z higieną osobistą (mydełko, szampon) to już jak byłam większa, można powiedzieć - jak byłam nastolatką. Z dzieciństwa nie pamiętam prezentów oprócz jednego. Tego, który ojciec przywiózł mi z delegacji z Moskwy. Ponieważ był zawodowym kierowcą i dość często opuszczał dom na dłuższą wyprawę, zawsze starał się tę rozłąkę rekompensować.

Kiedy ja otrzymałam do dziś pamiętany prezent miałam 7 lat. Była to lalka rosyjska, która trzymana za rękę poruszała nogami i mogła chodzić. Cudowny prezent. Niestety nie pamiętam co się z lalą stało, a od 9 r. ż. nie przebywałam już w mieszkaniu rodzinnym.

 

A temu misiu ;) co siedzi po mojej prawicy (na zdjęciu brązowy niedźwiadek) po latach, kiedy brat miał 4 lata, a ja 10 zrobiliśmy operację i wypruliśmy mu flaki (jakąś watolinę) wycinając w brzuchu nożyczkami wielką dziurę ;)

sobota, 13 grudnia 2014

Mam chyba 9 lat, tak, nie więcej. Starsza siostra mojej Mamy zaprasza nas na wakacje na działkę. Całą naszą trójkę, bo Mama właśnie wniosła pozew o rozwód do sądu więc na wakacje z ojcem nie mamy co liczyć. Zresztą ja nie pamiętam wakacji z ojcem. W tym sęk, że on widnieje w moich wspomnieniach jako człowiek zapracowany lub siedzący w swoim ulubionym fotelu przed telewizorem. 

Miejscowość jest mała, to raczej wioska, której nazwę do dziś pamiętam. Mieszkamy w małym domku. Poznaję inne dzieci - tubylców. Wśród nich jest chłopak, chyba czternasto-piętnastoletni. Bardzo mi się podoba. Takie dziecięce zauroczenie. Jest gorąco, wszyscy spotykamy się na podwórku u cioci na działce. Ciocia rządzi. Jest bezdzietną mężatką, ale ma dryg do rozkazywania i ustawiania innych po kątach.

Bawimy się pod drzewem, które daje dużo cienia i nagle ciocia podchodzi do mnie i mówi przy moich koleżankach/kolegach (nie pamiętam: dwoje, troje) żebym zdjęła koszulkę bo jest gorąco. W głowie narasta strach, bo przecież dojrzewam, a tu obok stoi mój "ukochany". Ciocia nadal powtarza polecenie, że przecież jest gorąco i mam zdjąć koszulkę. Traktuje mnie jak dziecko. Jeszcze tylko szkoda, żeby pieluchę mi założyła. Z uporem maniaka odmawiam, na co ciocia podchodzi do mnie i ściąga mi przy wszystkich tę koszulkę. Czuję się...goła. Do dziś pamiętam próbę osłonięcia zalążków piersi, składanie rąk i odmowę wspólnej zabawy. Choć żadne z dzieci nie śmiało się i nawet jedna z moich koleżanek też bawiła się w samych majtach, dla mnie pozostaje to traumą. Ukochany kolega nawet nie zwracał na mnie (na dziecko) uwagi, ale ja we wnętrzu strasznie to przeżyłam. 

poniedziałek, 01 grudnia 2014

Mam cztery lata. Właśnie dostaliśmy z rodzicami przydział na lokal komunalny na Pradze. Wchodzę do mieszkania, które jest dla mnie ogromne. Potem okaże się, że to tak naprawdę kawalerka 24m2. Pokój z kuchnią, przedpokojem i łazienką. Woda i centralne na gaz. W pokoju regał i szafa na wysoki połysk, wersalka dla rodziców, dla mnie jeszcze łóżeczko. Potem to łóżeczko zamieni się na rozkładany fotel.

Pamiętam sen z tamtego okresu: jest noc, wszyscy mieszkańcy bloku śpią, ale ja nie. Wiem, że po świecie chodzi czarodziej i wrzuca do domów magiczne zapałki, które przynoszą szczęście. Czuwam. Wydaje mi się, że czarodziej przelatuje obok naszych okien, tak! To on. Wrzuca szybkim gestem garść zapałek, a ja zrywam się z łóżka i próbuję palcami zbierać te zapałki. Mama się budzi. - Co ty robisz dziecko kochane? - Zapałki, trzeba zbierac zapałki... Potem będąc dorosłą słyszę od Mamy, że to było jak w gorączce. Taki sen na jawie, z którego Mama musiała mnie budzić zapalając światło i lekko mną trząchając. 

Ot taka dziecięca wyobraźnia ;)

wtorek, 19 listopada 2013

Mam dylemat, który gryzie mnie od dłuższego czasu. Otóż postanowiłam wysłać mojemu ojcu kartkę urodzinową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ze swoim ojcem nie widziałam (i nie słyszałam się) ... ojej, już 20 lat. 

Moi rodzice rozwiedli się kiedy miałam 13 lat. Z domu wyprowadziłam się z Mamą i Rodzonym mając 10. Od czasu wyroku, w którym sąd nakazał regularne widzenia ojca z dziećmi, moje oczy oglądały rodzica zaledwie parę razy. Aż do moich 18 urodzin, kiedy to uchachana tak doniosła chwilą w końcu udało mi się "dorwać tatę" pod blokiem. Po krótkiej rozmowie podekscytowana powiadomiłam go krótko: "tato, a ja skończyłam już 18 lat!", na co mój ojciec odparł: "no i co z tego?". Pojawiły się łzy w moich oczach, coś ścisnęło mi gardło, w jednej chwili przyszła mi do głowy myśl, którą przetworzyłam przez struny głosowe: "wiesz co? nie chcę cię znać, od dziś nie mam ojca, a ty nie masz córki".

Odwróciłam się na pięcie i od tamtej pory mój kontakt z ojcem urwał się. Długo nie mogłam się z tym pogodzić. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego mój ojciec nie chce się ze mną widywać. Pamiętam z dzieciństwa mój wielki respekt przed "tatą", wtedy jeszcze mogłam śmiało wymówić to słowo. Dziś nie mogę go przełknąć i chyba już na zawsze pozostanie dla mnie "ojcem".

Jako mała dziewczynka chyba byłam kochana przez ojca, ale jak próbował okazywać mi uczucia nigdy mu to nie wychodziło. Kiedy przytulał - bolało - był/jest, bo żyje, bardzo wysokim i silnym facetem (syn kowala). Kiedyś siedziałam mu na kolanach, kupił mi nowe spinki do włosów, takie motylki, bujał mnie na tych swoich kolanach, aż w końcu moja głowa niechcący opadła na podłogę uderzając nowymi spinkami. Ozdoby połamały się w drobny mak.

Pamiętam też jak poszedł ze mną na sanki, miałam chyba z sześć lat. Chciał mnie puścić z wysokiej góry, bałam się, a on chciał na siłę zrobić ze mnie odważne dziecko. Puścił mnie mimo protestów. Wystraszona odwracałam się na sankach wołając za tatą, a mój ruch ciała spowodował zmianę toru ruchu sanek. Wylądowałam na drzewie. Miałam rozbity nos. Leciała krew.

Pamiętam jak już w trakcie rozwodu moich rodziców, kiedy jeszcze mieszkaliśmy z nim razem, ojciec buntował mojego małego wówczas Brata (lat 4) słowami: "masz czekoladkę i zjedz sam, nie dawaj siostrze, bo ona jest dla taty niedobra". A ja byłam tylko silnie związana emocjonalnie z Mamą.

Długo tkwiłam w przekonaniu, że mój ojciec dla mnie zmarł. Nienawidziłam go za to, że pobił nasza Mamę, że po złości wsypywał jej sól do butów, wkładał masło, wyłączał budzik i psuł piecyk, żebyśmy nie mieli ciepłej wody jak on wychodził do pracy. Nieżywego nie można tłumaczyć, tym bardziej, że on to robił na trzeźwo. Alkoholika tez można usprawiedliwiać chorobą.

Kiedy mój syn miał 7 lat, postanowiłam zabrać go do rodzinnego miasteczka mojego ojca. Tam jeździłam do babci na wakacje, tam mieszkało moje stryjeczne rodzeństwo. Chciałam pokazać Młodemu grób jego pradziadków, nikt nigdy nie poinformował mnie o śmierci dziadków. Pytając się kiedyś o żałobę w klapie marynarki mojego ojca, otrzymałam odpowiedź, że to nikt dla mnie ważny. Udało mi się również trafić do mieszkania siostry mojego ojca. Ciocia bardzo się ucieszyła z naszej wizyty. Jednak zaraz zadzwoniła do swojego brata i za chwilę oboje wypytywali mnie, po co ja w ogóle tu przyjechałam. Odczułam fałsz. Do tego bacznie mi się przyglądali. Usłyszałam nawet, że pewnie chcę się skontaktować z ojcem, bo mam ochotę na jego mieszkanie.

Rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma. Ja mam tylko trzy ciotki ze strony Mamy, ich dzieci, i rodzinę własną, najbliższą. Dlatego ten dylemat - czy mu to wysłać, czy sobie darować. Czy rozdrapywanie ran przyniesie korzyści? czy pogrąży mnie w większej rozterce?

Nie wiem nic o moim ojcu - czy na coś choruje, czy sobie kogoś znalazł. Wiem tylko, że wciąż mieszka w komunalnej kawalerce, z której 28 lat temu wyniosła się nasza Mama zabierając trzy rzeczy: torebkę, córkę i syna. W tym roku ojciec skończy 63 lata.      

wtorek, 04 czerwca 2013

 Nie budynku, nie kamienicy, ani bloku, ale Domu Rodzinnego. Dlatego pojawiła się duża litera.

 Kiedy się urodziłam podobno mieszkaliśmy u mojej babci – mamy mojej Mamy. W dwupokojowym mieszkaniu starej, przedwojennej kamienicy zamieszkało pięć osób: mój ojciec, moja Mama, moja babcia, starsza siostra mojej Mamy (córka babci) i ja. Ta siostra to moja ciotka – palaczka, którą czasem odwiedzam. Nie wiem jakie panowały stosunki wewnętrzne, ale chyba nie było zbyt ciekawie, bo Mama zawsze opowiadała mi, że jej wielkim pragnieniem było jak najszybciej wynieść się z Jej Rodzinnego Domu.

 Kiedy miałam cztery miesiące wyprowadziliśmy się do wynajmowanego mieszkania w innej dzielnicy. Było podobno ciasne, wilgotne, ze ślepą kuchnią, ale Mama opowiadała, że pierwszy raz poczuła oddech wolności. Ojciec zapisał się do partii, żeby móc szybciej uzyskać mieszkanie komunalne. Po czterech latach przenieśliśmy się „na swoje”.

 Mieszkano było znowu malutkie, choć większe od poprzedniego, wynajmowanego. Kuchnia już miała okno, było centralne ogrzewanie, a w pokoju balkon. Jak na warunki PRLowskie – super lokal. Nie pamiętam zbytnio swojego dzieciństwa z tamtych czasów. Nie chodziłam do przedszkola, Mama nie pracowała, ojciec zarabiał dobre pieniądze. Często wyjeżdżał w delegacje i mógł zapewnić byt rodzinie. Miałam drogie i dobre prezenty przywożone przez ojca głównie z Moskwy. Mamie przywiózł samowar, złote pierścionki, mieliśmy kasę na wyjazdy, wczasy pod gruszą. Ale to nie jest wykładnia Domu Rodzinnego.

 Ojciec był dla mnie zawsze zimny, suchy. Jak przytulał to czułam ręce Pinokia. Kiedy miałam sześć lat urodził się mój Brat. Pamiętam wielkie ręce mojego ojca trzymającego mojego Brata jak kruszynkę, którą zaraz mógłby zgnieść.

 Kilka ładnych lat na 24m2 jednopokojowej kawalerki spłodziło jakąś dziwną, zatęchłą atmosferę w Domu. Rodzice zaczęli się kłócić. Ojciec zaczął być cholernie zazdrosny, zaczął wydzielać pieniądze, a mojego czteroletniego Brata buntował przeciw nam – kobietom. Aż w końcu doszło do tego, że podniósł na Mamę rękę. Mama miała złamany oczodół, przedramię, wstrząs mózgu. Długo leżała w szpitalu, ale nie pamiętam, żebym Ją odwiedzała. Nie pamiętam też gdzie się wtedy znajdowałam i kto się mną zajmował.

 Moja pamięć dociera dopiero do momentu kiedy Mama oświadcza mi, że musimy się wyprowadzić. Miałam wtedy 10 lat. Pierwszym Domem Rodzinnym na łodzi rozbitków był ponownie Dom babci. Znowu dwupokojowa kamienica bez ogrzewania i bieżącej, ciepłej wody i znowu aura spalanych przez ciotkę kilogramów papierosów. Spałam na polówce w pokoju ciotki, a Mama z Bratem i babcią na wersalce u babci.

 Następną „siedzibą rodzinną” był Dom Samotnej Matki, który Mama załatwiła poprzez pomoc Opieki Społecznej i Sądu. Wniosek o rozwód był już dawno złożony, ale ojciec oczywiście uparł się, że tego rozwodu za nic w świecie nie da. Ze wspomnień kołaczą mi się słowa mojej drugiej babci – matki ojca – że nasza matka jest zła, zabierając dzieciom ojca i na pewno bóg się na niej za to zemści. Wtedy też zaczęło mi coś świtać, że tego prawdziwego boga nie ma.

 Mama silnie przeciwstawiła się niedogodnościom losu. Sama broniła się w Sądzie, pracowała na trzech etatach. Po trzech latach uzyskała rozwód z wyłącznej winy męża. Za psychiczne i moralne znęcanie się nad rodziną. Miałam wtedy 13 lat. Jednak w Domu Samotnej Matki nie mogliśmy długo mieszkać. Warunki umowy były surowe i dom taki miał być przejściowym azylem, dla znalezienia sobie innego lokum. Mama miała złożone papiery w Urzędzie o przydział komunalnego mieszkania. W międzyczasie przeprowadziła się do innej, starszej siostry. Tam mieszkaliśmy bardzo krótko. Pamiętam jedynie, że ciotka i wuj, którzy własnych dzieci nie mieli, chcieli nas wychowywać pod nieobecność Mamy. Ciotka kazała mi ubierać się tak jak ona chce, jedliśmy przy stole „dla dzieci”, nie wolno mi było słuchać muzyki jakiej bym chciała, a jeśli była mowa o muzyce to musiałam ćwiczyć na pianinie ciotki. Ciotka skończyła szkołę muzyczną. To nie był Dom Rodzinny.

 Mama wpadała na różne, dzikie pomysły, żeby tylko mieć „święty spokój”, ten zwrot powtarzała do śmierci jak mantrę. Kiedy nie mogła dogadać się z własną siostrą zajęła mieszkanie na dziko. Taki pustostan, w którym nawet nikt nie był zameldowany. Miałam prawie 14 lat. Powiesiła swoje zasłonki, bo to uważała za wyraz swobody, zaprzyjaźniła się z kilkoma sąsiadkami i żeby być uczciwą, poszła do Urzędu złożyć pismo w sprawie starania się o przydział zajmowanego pustostanu. Długo nie trzeba było czekać na interwencję władz. Za uczciwość trzeba płacić. W pamięci mam obraz chyba trzech lub czterech funkcjonariuszy, który zrywają Mamy zasłonki i pakują w nie wszystkie rzeczy z lokalu. My z Bratem mieliśmy chyba iść nawet do domu dziecka, ale już nie pamiętam czemu do tego nie doszło. Zaprzyjaźniona sąsiadka zdołała w ostatniej chwili przechwycić nasz mały telewizorek, bo okazało się potem, że z magazynu policyjnego większość naszych rzeczy zaginęła…

 Kiedy po długich rozmowach z Mamą podjęliśmy decyzję o wyprowadzce do trzeciej ciotki (Mama miała trzy siostry) na chwilę poczuliśmy oddech świeżości. Przeprowadzka do blokowiska w innej dzielnicy, gdzie ciotka dysponowała mieszkaniem trzypokojowym z centralnym, wanną i ogromną, widną kuchnią napełniła mnie chwilową radością. Córka mojej ciotki, a moja starsza siostra cioteczna pożyczała mi swoje ciuchy, modne i kolorowe. Syn ciotki, a mój brat cioteczny słuchał razem ze mną tej samej muzyki, a ja sama poznałam mnóstwo przyjaciół i rówieśników, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakty.

 Potem, ze względu na koszmar dojazdów do szkoły, Mama postanowiła wynająć mieszkanie w naszej rodzimej dzielnicy, od swoich szkolnych kolegów – braci, którzy rozwarstwieni byli m. in. w zakładach karnych. Jeden się ostał i chciał tylko tyle kasy, żeby na wódkę starczyło.

 Aż w końcu nadeszło pismo o przydziale mieszkania komunalnego. Miałam wtedy 17 lat. Nie ukrywam, że nie obyło się bez walki mojej Mamy. Jej naprawdę było ciężko, sama z dwójką dzieci, zmieniająca adresy zameldowania co i rusz, mająca pracę na czarno, na zlecenie, na dyżury. Wielki szacun. Sprowadzając się do kamienicy (paradoksalnie w tej samej dzielnicy co babcia i ciotka – palaczka) bez centralnego i bieżącej, ciepłej wody, mieliśmy uśmiechy od ucha do ucha. To był już „nasz Dom Rodzinny”. Razem z Mamą malowaliśmy pokój, odnawialiśmy kuchnię, chodziliśmy po węgiel, potem rozwalaliśmy piec kaflowy, zbudowaliśmy łazienkę z prysznicem i sedesem, a wieczorem i w nocy uprawialiśmy wspólne Polaków rozmowy. Do północy czasem trwały dyskusje o planach i marzeniach. Nawet mój 11 letni Brat uwielbiał te wieczory.

 To był mój Prawdziwy Dom Rodzinny, nawet kiedy wyprowadziłam się z synem, do „swojej” kawalerki, z lubością wracałam do tamtego Domu. Mój syn przez sześć lat spędził tam swój czas i również się do tego mieszkania przyzwyczaił. Teraz kamienicę odzyskali potomkowie dawnych właścicieli. Chałupa jest w tragicznym, remontowo stanie, a mojego Brata czeka rychła wyprowadzka.

 Jednak wspomnienia zostają…